wtorek, 12 września 2017

"Gdy lew się wybiera do fryzjera" Katarzyna Zych&Natan do Wydawnictwa Bajkopis [RECENZJA]

Tu, od razu to napiszę, nie chodzi o fryzurę. 
Nie chodzi też o samego fryzjera, ani tym bardziej Bogu ducha winnego lwa. 
Zawsze przecież chodzi o to, jak my, rodzice, zinterpretujemy dziecku to, co im czytamy i na co zwrócimy uwagę.





 - Chyba żartujesz! - oburzyłam się w pierwszej chwili, wchodząc do łazienki, gdzie moja starsza córka miała się rozczesać. 

Na górze - i owszem - rozczesane, ale od połowy długości włosów jeden wielki kołtun. Cała ta fryzura przypominała mi jeden wielki wodospad: z góry spływa woda równiutko, gładką taflą, ale kiedy zderza się na dole z płaską powierzchnią, wzburzona rozbryzguje się na wszystkie strony, tworząc jakby spienione kłębowisko. Wypisz-wymaluj moja Bu po samodzielnym czesaniu. 

Z typową dla siebie podkówką schyliła głowę. Wiedziałam, że jest na granicy płaczu. Jej to jednak niewiele trzeba. 
- No, już dobrze - westchnęłam. - Nic się nie stało, ale po prostu musimy teraz rozwiązać ten problem, który ci niespodziewanie powstał na głowie.
Bu skrzywiła się, słusznie przewidując szarpaninę, chociaż starałam się naprawdę wyjątkowo, by potraktować jej włosy tak delikatnie, jak na to pozwalała jej fryzura. 
- Chyba nie ma wyjścia - powiedziałam, lekko zasapana po walce z upartym włosem. - Umawiam nas do pani fryzjerki.

No i pojechałyśmy. I okazało się, że pani fryzjerka nie tylko nie gryzie, ale też częstuje cukierkami. A przy tym jest bardzo miła. Dobrze, że umie także przekonać upartego klienta, by nie obcinał włosów, tak jak się mu zamarzyło (pomysły maluchów bywają szalone do granic bólu i jednocześnie śmieszności; tak, da się tak). 




Kiedy jakiś czas później w moje ręce wpadła książeczka "Gdy lew się wybiera do fryzjera" od Bajkopisu, pomyślałam, że nie jest to pozycja przeznaczona jedynie do czytania dla rozrywki i nie traktuje tylko o tym, jak to mądry fryzjer potrafił przekonać różne zwierzęta, by zdały się na jego opinię w kwestii pomysłu na fryzurę.

Bo o czym opowiada ta krótka rymowana historyjka? O tym, że lew, pchnięty przez nudę, chciał coś zmienić w swoim wyglądzie. Najlepiej, rzecz jasna, fryzurę. Poszedł więc do tego fryzjera, a tam kolejka jak za komuny. Stwierdził jednak, że poczeka. No to się nasłuchał w tej kolejce - jak to w kolejkach bywa - co kto planuje w swoim image'u zmienić. Trzeba przyznać, że zwierzęta miały iście szalone pomysły. Jak to dobrze, że trafiły właśnie do tego fryzjera, bo wyjaśnił im, że nie wszystkim dobrze we wszystkim.

I miał rację. Bo jeśli fryzjer zawsze ślepo zgadza się z klientem i nie potrafi mu doradzić mądrze, to nie powinien być fryzjerem. A klient? No, klient nie powinien być taki uparty. A przecież bywa różnie.

Można także wyjaśnić przy okazji dziecku, że rady biegłych w swym fachu należy brać pod uwagę, bo się znają. Oczywiście, że mama jest generalnie fachowcem na kilku, jak nie kilkunastu frontach i dlatego należy rozważyć, czy to co proponuje nie jest lepsze od tego, co akurat w danym momencie ubzdurało sobie dziecko. Oczywiście, że czasem należy mu pozwolić popełnić błąd, by zobaczyło, co się dzieje, kiedy się ten błąd popełnia. Chodzi jednak o to, by pokazać dziecku, że może zrobić coś po swojemu, ale dobrze byłoby wiedzieć, że ktoś, kto się na tym zna, może doradzić, podpowiedzieć coś. A podążanie za czyjąś radą wcale nie jest oznaką słabości czy oportunizmu. To już decyzje, które podejmujemy o nas świadczą, a nie fakt, że wysłuchamy rady czy nawet po przemyśleniu, podążymy za nią.

Książeczka jest co prawda kierowana do dwulatków, ale moja niespełna czteroletnia Bunia z błyskiem w oku przegląda stronice książeczki i opowiada historię lwa swoim podopiecznym, kiedy bawi się w przedszkole. Wkrótce, kiedy będę jej musiała wytłumaczyć poważniejsze kwestie, będę zapewne rozpoczynać od "... A pamiętasz tę książeczkę...?"





Książka jest absolutnie cudownie wydana. Dopieszczona w każdym calu, widać to na pierwszy rzut oka. Ilustracje Agaty Krzyżanowskiej są jedyne w swoim rodzaju, z duszą. Kolory są elektryzujące i magnetycznie przyciągają, wciągają. Nie sposób przejść obok nich obojętnie. Jest o tyle ciekawie, że sama ilustratorka maluje pędzlem tekst rymowanej historyjki. Tekst, który jest naprawdę wdzięczny i naturalny. Żadne rymy nie są nadęte i pretensjonalne, czy - w drugą stronę - prymitywne i "kalwaryjskie", jak to się u nas mówi, bez urazy droga Kalwario.


Moja ocena: Bardzo polecam!

Tytuł: Gdy lew się wybiera do fryzjera
Autor: Katarzyna Zych&Natan, ilustracje Agata Krzyżanowska
Wydawnictwo: Bajkopis
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788394472337

Oprawa: oprawa twarda, aksamitna w dotyku (soft skin), strony kartonowe
Liczba stron: 24

Recenzja powstała dzięki uprzejmości p.Kasi Zych z Wydawnictwa Bajkopis. 

Bajki dla dzieci


sobota, 2 września 2017

"Wesoły Ryjek i lato" Wojciech Widłak [RECENZJA]


Są takie książeczki, na które czekają nie tylko dzieci, ale także ich rodzice. I nie chodzi o to, że rodzic będzie miał w końcu święty spokój - dziecko zajmie się tą swoją upragnioną książeczką. 
Są takie książeczki, które pojawiając się w życiu dziecka, nie chcą zejść na drugi plan, nie chcą ustąpić miejsca innym pozycjom.
Są takie książeczki, które można czytać do znudzenia, które nie chce nastąpić. 

I właśnie taki jest Wesoły Ryjek i lato Wojciecha Widłaka. Podejrzewałam - znając zimową edycję Ryjka - że książeczka będzie kolejnym hitem w naszym domu. I nie pomyliłam się. 




Kiedy listonosz przyniósł paczkę, uśmiechnięta od ucha do ucha wyobraziłam sobie reakcję Buńki.
- Mam dla ciebie niespodziankę - powiedziałam z zagadkowym uśmiechem, kiedy wchodziłyśmy do domu po powrocie z przedszkola. - Tylko przebierz buty i weź pudełko z podwieczorkiem do kuchni.
- Dobrze, mamo! - zawołała, jak zwykle bardzo oficjalnie. Często myślę, że równie dobrze mogłaby wołać mnie per "matko", wtedy dopiero byłoby śmiesznie. Zwłaszcza, że nie jestem typem sztywniaka, któremu na piśmie należy złożyć wniosek o plaster na poturbowane kolano.

- To gdzie ta niespodzianka? - zapytała rozentuzjazmowana.
- Przyszła dziś paczką - wskazałam palcem książeczkę na stole.

Buńka nie umie czytać, a jednak jak tylko zobaczyła okładkę, wyszczerzyła się do mnie, jak zawsze, kiedy dostaje niezapowiedziane niespodzianki.
- To Ryjek, prawda? - zawołała przytulając się do książki. - Och, jak ja uwieeeeelbiam Ryjka! Poczytasz mi go teraz? Proooooosze!

Roześmiałam się i pokręciłam głową.
- Teraz, póki jasno i ciepło, idziemy na rower, a Mańka pojeździ na Hipciu. - Hipcio, jest małym pojazdem w kształcie hipopotama, którego Mania dosiada okrakiem i porusza na nim, opychając się nogami. - Wieczorem poczytamy, zgoda?

Podkówka zarysowała się na twarzy Bu tak wyraźnie, że miałam ochotę jej ulec. Jestem całym sercem za tym, by czytała, ale przed snem wygonić się muszą obie, nie ma przebacz. Mańka na razie nie wykazuje dobrej woli, kiedy próbuję czytać coś Buńce, więc zaniechałyśmy prób, dla dobra książek. Czytamy wieczorami te książeczki, które w rączkach Mani mogą się zniszczyć. 

- Wiesz, jak jest. Delikatne książeczki czytamy wieczorem, tak? - uśmiechnęłam się delikatnie, wskazując, że czytanie nam nie ucieknie. Tylko przesuniemy je w czasie.

Chyba ją przekonałam, bo odłożyła książeczkę na stół i zawołała:
- A mogę te fioletowe sandałki?



Generalnie wiem, kiedy książka jest trafiona. Po pierwsze sama ją przeczytałam i spodobała mi się, a po drugie równocześnie podoba się córce. Oczywiście, że w przyszłości zapewne nie jeden raz spodoba jej się coś zupełnie pozbawionego wartości, ale na dzień dzisiejszy, kiedy podtykam jej książki naprawdę dobre, kształtuję jej gust, który obroni się w momencie próby. Mam nadzieję, że ta taktyka zadziała.



Nowy Ryjek spodobał mi się z takiego samego powodu, z jakiego poprzednia pozycja z serii. Jest zabawny, bardzo dziecięcy ale przy tym niezwykle prawdziwy. Takie prostolinijne myślenie kilkulatka, którego doskonale świadom jest autor, to klucz do do sukcesu tej książeczki. Dziecko jest przekonane, że w końcu znalazło bohatera, z którym może się utożsamić. Nie jest to kolejna książeczka napisana najlepszą polszczyzną z możliwych, a przekład opowiadania, jakie mogłoby potencjalnie stworzyć dziecko. Nie zrozummy się źle: książka nie ma błędów językowych, wszystko jest na swoim miejscu, jednak autor celowo stosuje powtórzenia, a nie używa synonimów, bo dziecko - szczególnie to małe - zupełnie nie myśli kategoriami "o, chyba wciąż używam tego samego słowa", bo ... najczęściej nie zna innych, które mogłyby je zastąpić. I tak dalej.



Prócz tej ujmującej narracji, ułatwia małemu czytelnikowi zrozumienie pewnych zjawisk, tłumaczy je, ale też pomaga mu w dość niekonwencjonalny sposób traktować różne (nawet bardzo trudne) sytuacje jak wyzwania lub najsmakowitsze wręcz przygody.

W tym tomie, w konwencji letniej wakacyjnej aury, dziecko może nauczyć się, czym jest przyjaźń i kim tak naprawdę jest przyjaciel. Błachy problem braku kapitańskiej czapki z imieniem Ryjka odsyła nas wprost do powiększającej się grupy dzieci o spolszczonych, a nie tradycyjnie polskich imionach, z których często się kpi (z imion, nie z dzieci; tych to jest nam jest masowo żal). Jak poradzić sobie z burzą, której boją się wszyscy, nawet rodzice; jak wygląda rozpalanie ogniska i czy jagody rosną na krzaczkach same czy z pierogami. Zauważmy, że dotykamy tu fundamentalnych spraw. Fundamentalnych dla dzieci, oczywiście. Dzieci świat odkrywają po swojemu, swoimi zmysłami. Okazuje się, że Ryjek nie wie wielu rzeczy, jak każde dziecko. Ale jego przygody, uczą nie tylko jego samego, ale też nasze pociechy.

- Idziemy do kąpieli - powiedziałam, zabierając talerzyk po zjedzonej kolacji. - Napuszczę ci wody do wanny, chcesz?
- A Ryjek? - popatrzyła na mnie, jakby już walczyła z moją odmową.
- Będzie - kiwnęłam głową na potwierdzenie. - Poczytamy, jak będziesz brała kąpiel.
- Taaak! - ucieszyła się i pobiegła do łazienki.

I rzeczywiście, opowiadanie za opowiadaniem czytałyśmy, kiedy Buńka przelewała kubeczkami wodę.
- Przeczytaj mi jeszcze raz o burzy...

I tak jest za każdym razem. Kiedy tylko pojawia się temat Ryjka, od razu prosi o przeczytanie tego właśnie opowiadania. Wzięła go nawet raz do przedszkola, choć nigdy żadnej książeczki nie chciała brać.



Wesoły Ryjek i lato, muszę powiedzieć, jest trochę słabszy niż przygody Ryjka zimą. Mam tu na myśli to, w jaki sposób autor prowadzi fabułę każdego opowiadania. Te zimowe są bardziej złożone, są też błyskotliwsze. Tata Ryjka nie jest już tak w widoczny sposób przewodnikiem na męskim, trudnym szlaku, którym idzie każdy porządny facet, a mama nie ma w sobie tego ciepełka, które roztacza przy okazji pierogów, omletów i tych wszystkich uroczych rozmówek. Jednak Ryjek  nadal pozostaje Ryjkiem Od razu mówię, że nie mam na myśli jakiejś przepaści jakościowej, czy tego, że jestem zawiedziona. Nowy Ryjek podoba mi się. Po prostu zimowego Ryjka uczytałyśmy się do znudzenia i wiem, że to nie to samo. Ale dzieciom się spodoba, jestem pewna. Buńka wciąż jest pod jego urokiem. 



Moja ocena: Polecam!


Tytuł: Wesoły Ryjek i lato
Autor: Wojciech Widłak
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2012
ISBN: 9788380083417

Oprawa: twarda, matowa, papier delikatnie błyszczący, grubszy od tradycyjnego
Liczba stron: 48

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina:


Podobny obraz

poniedziałek, 31 lipca 2017

"Osobliwy dom Pani Peregrine" Ransom Riggs [RECENZJA]


Fragmenty pisane niebieską czcionką dotyczą samej książki.


Był ciepły, słoneczny dzień. Trawa miękka i pachnąca. Wciągnęłam powietrze głęboko do płuc. Tylko lato miało taki zapach: pełen świeżości i soczystości. Mieszanka aromatów otaczającej nas roślinności w ogrodzie u moich rodziców była upajająca.

W cieniu rozłożyłam duży koc i kazałam bratu przynieść nasze toboły. Dziewczynki już szalały po ogrodzie: jedna tańczyła, a druga w zasadzie głównie przewracała się, idąc po trawie. Uśmiechnęłam się do siebie: o, ironio, dlaczego to, co takie słodkie i urocze musi być równocześnie tak absorbujące i wycieńczające?

- Co ty tam tak strasznie napakowałaś? - zapytał mnie brat, z niedowierzaniem spoglądając na torbę.
- Dzieci, chociaż małe, mają spore wymagają, wiesz? - odparłam. - Picie, jedzenie, przekąski, ubrania, pampersy dla Mańki, jakieś zabawki i już masz pełną torbę.

Wzruszył ramionami.
- Przecież u nas też jest picie i jedzenie. Przekąski jakieś też się znajdą, o zabawkach już nie wspominam. Nie mieszkamy na końcu świata, wiesz?
- Niby to prawda – roześmiałam się – ale mając dzieci nauczyłam się, że zawsze musisz brać pod uwagę alternatywny scenariusz, mieć plan B. Coś jak: „spodziewaj się niespodziewanego”.

On tylko pokręcił głową i westchnął. Ma czternaście lat, to jest raczej dla niego abstrakcyjna tematyka. Chociaż ja w jego wieku zajmowałam się właśnie nim, takim niemowlakiem, jakim jeszcze przed paroma miesiącami była Mania. 




- Wciąż ją czytasz? - zapytał, wskazując głową książkę, którą wraz z innymi zabawkami wyjęłam z torby. Osobliwy dom Pani Peregrine, Ransoma Riggsa. - Ja ją opchnąłem w dwa dni.
Uniosłam nonszalancko jedną brew.
- Skończyłam i chciałam ci ją oddać – powiedziałam. - Ale dzieci nie mają przedszkola. To chyba wyjaśnia, dlaczego dopiero teraz ją skończyłam.
- Chyba tak – uśmiechnął się, rozkładając się na kocu, zajmując przynajmniej połowę jego powierzchni.
- Podobała ci się? - rzuciłam niby od niechcenia, patrząc na dziewczynki, które próbowały wyrwać sobie piłkę, więc zawołałam w ich stronę: - Hej, przecież są dwie piłki! Gdzieś...
- O, matko... - westchnął mój brat. Najwidoczniej już zapomniał, że był dokładnie taki sam. - Moim zdaniem jest świetnie wydana. Co prawda te ilustracje zapowiadają trochę inną treść, ale i tak jest bardzo starannie dopracowana.
- Też to zauważyłam. Ta dbałość o szczegóły pozwala się lepiej wczuć w klimat – powiedziałam, po czym zmrużyłam oczy, bo zamierzałam rzucić bombę: - Ale chyba wynika to z tego, że te zdjęcia, które są w środku są prawdziwe.



Mój brat aż podniósł się na łokciach, wziął w ręce książkę, przewertował, po czym spojrzał na mnie niepewnie.
- Żartujesz...
- Nie – odpowiedziałam po prostu. - Czytałam, że to właśnie zdjęcia zainspirowały Riggsa do napisania tej książki. Był maniakiem, zbierał dziwne, stare zdjęcia obcych ludzi. Te, które są w książce są niepokojąco mroczne.
- Wow. Nie wiedziałem - powiedział w końcu. - To wiele wyjaśnia. Chociaż niekoniecznie pasowały mi do tego klimatu, który jest w książce, ale news i tak robi wrażenie.
- Fakt – zaśmiałam się. - Ja myślę, że zdjęcia wydają się jakby mało trafione, bo budzą w nas niepokój innego rodzaju niż opisuje autor. On nas straszy potworami i morderstwami. Boimy się, że komuś może się stać krzywda. Tymczasem zdjęcia, które mają odwzorowywać rzeczywistość wyglądają, jakby uchwyciły sytuacje, które są nienaturalne, paranormalne. Ale tak ogólnie podobała ci się, czy nie?
- Była fajnie napisana. Pomysł, mimo że częściowo zasugerowany przez fotografie, naprawdę trafiony – i postukał palcem w okładkę książki.
- To prawda – przytaknęłam. - Ale wiesz, pomysł – pomysłem. Istotne jest też, czy facet wykorzystał potencjał historii, którą sobie w głowie ułożył. 



Brat na chwilę się zastanowił.
- Moim zdaniem tak. Było wiele historii jakby „drugiego dna”. Wiesz, wyobraź sobie, że dziadek opowiada ci o tym, jak w dzieciństwie uciekał przed potworami i jak ostatecznie udało mu się uciec z koszmaru wprost do najcudowniejszego miejsca. Na wyspę, gdzie żaden potwór cię nie dopadnie. Co prawda rodzice i dalsza rodzina nie zdołała im uciec, ale on przeżył. Sama być nie uwierzyła.
- Chyba masz rację. Zwłaszcza, gdybym nie znała historii. A znam, jestem przecież historykiem – powiedziałam, po czym wstałam: widziałam, że walka o piłkę zaczyna się zaogniać i czas interweniować.

Przyprowadziłam dziewczynki na koc. Jednej podałam książeczkę, a drugiej wiaderko pełne klocków-kształtów z sorterem. Wcisnęłam w rączki po kawałku brzoskwini i na parę chwil zrobiło się cicho. No, powiedzmy.

- Po prostu dla mnie „potwory z Polski” z opowieści dziadka od razu skojarzyły się z masakrą, która odbywała się tam na Żydach za sprawą nazistów – powiedziałam, jakby wcześniejsza rozmowa nie została nam w ogóle przerwana. - Ale jak dla mnie książka mogła być lepsza. To znaczy dla mnie jest kilka aspektów naprawdę dobrze rokujących, a jednak niewykorzystanych lub po prostu spłaszczonych.
- A może jesteś zwyczajnie za stara na takie książki...? - podsunął mi brat z typową dla siebie szczerością.
- Niewykluczone – odparłam przekornie. - Ale przyznaję: dobrze się ją czytało mimo to. Znaczy, do połowy. Potem już, jak dla mnie, spadł poziom, jakby autor chciał wyhamować rozpędzony pociąg. Jakbyś 3D zamienił na 2D.
- Aż tak? - zdziwił się. - Nie zauważyłem tego. Ale dawno nie miałem do czynienia z takim... nijakim głównym bohaterem...
- Też sądzisz, że nie był interesujący? - spytałam, krojąc kolejną brzoskwinię.
- Hm... - Wyciągnął rękę po brzoskwinię. – No, był jakiś taki mało wyrazisty. Jakby gość skupił się na kreacji wszystkich postaci tak bardzo, że brakło mu weny na głównego bohatera – podsumował.

Roześmiałam się.
- A jakie jeszcze „drugie dno” zauważyłeś?
Brat zamyślił się.
- No wiesz, że życie nastolatka to ciężki kawałek chleba.
Przewróciłam oczami.
- No, rzeczywiście! Nastolatki są zawsze przekonane, że one mają najgorzej. A życie generalnie nie należy do najłatwiejszych zadań, ale kiedy masz kilkanaście lat chyba zderzasz się z tą prawdą po raz pierwszy świadomie i wydaje ci się, że tylko ty to widzisz – podsumowałam tonem starego belfra.
- To też, ale nastolatki są przede wszystkim przez nikogo nierozumiane. A rodzice tego nie widzą, nie umieją rozmawiać.
Skrzywiłam się.
- Też czujesz się nierozumiany?
Wzruszył ramionami.
- Chyba nie, ale to nie zmienia faktu, że rodzice się boją rozmawiać, bo nie widzą, czy nie za wcześnie na traktowanie mnie jak dorosłego; czy może nie za późno na takie gadanie jakbym miał wciąż 7 lat.

Pokiwałam głową. W duchu przyznałam mu całkowicie rację.
- Może już jestem zblazowana, ale taki scenariusz w książce wydaje się strasznie oklepany: rodzina tego Jacoba, co jest głównym bohaterem, ma sieć sklepów, która przypadnie mu pewnego dnia, ale oczywiście on tym gardzi. Na brak pieniędzy nie może narzekać, więc oczywiście jego rodzina musi być jakaś dysfunkcyjna – powiedziałam znudzona i jakby lekko rozdrażniona.
- No, ale tak często jest – podniósł argumentację mój brat. - Po prostu widać, że często tam, gdzie jest pieniądz brakuje innych, ważniejszych rzeczy.

Ucieszyłam się, że mój brat potrafi już sensownie gadać.
- Dla mnie dużo ciekawszą postacią była Pani Peregrine, chociaż powinnam powiedzieć Panna, bo oryginalny tytuł to sugeruje – powiedziałam. - Więcej: mówi, że to nie dom – czyli ten sierociniec – był osobliwy, a same dzieci. A to spora różnica.
- Dla mnie to jeden pies. Mnie się podobała ta książka – powiedział mój brat, siadając. - Tak mówimy o niej, jakbyśmy ją krytykowali, a przecież jest w porządku.
- Jest więcej niż w porządku – uśmiechnęłam się. - Po prostu, kiedy zaczynasz się zastanawiać nad książką, to starasz się ocenić ją wnikliwiej niż tylko: „Była dobra, warto przeczytać”. Ja po prostu jestem już czytelnikiem w zaawansowanym stadium.



Na te słowa mój brat prychnął i pokręcił głową.
- Ja też dużo czytam.
- Ale ja już z pewnych książek wyrosłam i trochę więcej oczekuję od lektury, która ma dobry pomysł – powiedziałam, podsuwając dzieciom inne zabawki z torby. - Dla mnie, jeśli ktoś marnuje pomysł fatalnym warsztatem albo zaprzepaszcza go, kierując z pięknych głębin na muliste płycizny, robi taką samą krzywdę książce, jakby tego pomysłu nie miał, a chciał koniecznie coś napisać – zaaferowałam się zupełnie niepotrzebnie, więc na zakończenie tylko pokręciłam głową.
- No to podobała ci się? - zapytał mnie mój brat, jakby nie do końca ogarnął, czy skrytykowałam książkę całkowicie, czy tylko do pewnego stopnia.
- Podobała mi się. Ostatecznie podobała mi się – powtórzyłam z rozmysłem. - Pierwsza połowa jest naprawdę świetna. Ale druga w zasadzie też nie jest najgorsza. Wydaje mi się, że to trochę zależy od człowieka i jaką literaturę lubi. Druga połowa jest po prostu lżejsza: walka Dobra ze Złem toczy się na prostym poziomie, bez specjalnych moralnych dylematów, które sprawiłyby, że stałoby się to bardziej rzeczywiste. Ale co kto lubi. Może niepotrzebnie się tego czepiam, w końcu to jednak książka dla młodzieży.

W tym momencie Mania stwierdziła, że brzoskwinia jej nie wystarczy, a Buńka zaczęła jęczeć, żeby rozłożyć jej basen. Robiło się coraz cieplej, więc zakończyliśmy rozmowę. Ja poszłam z małą do kuchni na zupę, a mój brat obiecał zająć się basenem. Książka została na kocu.


Tytuł: Osobliwy dom Pani Peregrine
Autor: Ransom Riggs
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2012
ISBN: 9788372786463

Oprawa: twarda, matowa, papier tradycyjny
Liczba stron:400
Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina:
data:image/png;base64,iVBORw0KGgoAAAANSUhEUgAAAOEAAADhCAMAAAAJbSJIAAAA1VBMVEX////tGyQjHyD//v8hHR709PQAAAD///0eGRr5+fkdGBnsAAB2dHUXEhMbFhf9///CwcHtFR8uKyzOzM2Jh4hJRkdZVlff39/r6uqurK0VDxH2pKY4NTakoaJ/fH0PCArsDRliYGHtABCSkJFSUFGamJna2dr95+f1f4T3nqJNSktDQEHuMDgpJSbuJS3wSU72lJn6ubr829zybXL88O80MTKrqarxZGj7ztD94OJsamvwPETwVlv0iIz5wsPzdnnyVVn4sbL+1djwQknvND74o6n0hIjVRne5AAASMUlEQVR4nO1ci3uiutOOgCIqRlrrBVuh1IpWxRutl3qp1u3//yd9Mwkottqeb8/v7OLz5D1nuxZCnDczmZlMwhIiICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICDwH0CmxG97zmRLiHquDZV91yeUqCqRv95V8fJ00R2P/ks5fx+U0rVjGLY3AgrnMB2/tWYwGurJNkBw49mG8zo938NfxdZJAJzleR26fdu2FzAaqPGvoNTtG9CFPfb/QzF/GzL5xRjaE/+sBqY2NMi6wE8+ZaUyWXnYhdF1/0tJfxcqWXEdrk8IH2DUNRJ2F+/TU41U1gAG6S2WDAHvOA+z05PSM8htI+sNiSyfNFJZVf0WdGE47bN2/lehUrf12l1s2DSkqkqZ9zncxotkuzqoRybBdFTB84AnxZHxl93urq3F0tNQ+E/bToGALKs08JVAlEUBBMFBoPwSv8lUKQN3DB4QQ5CiNl1t5W+88V8EeA8uGPuBcY+EglIS3qFnRfdnPMqwsTlv538XoAsV9KdC5O+Dv/D6k/WgvRmupjMX4R+DXZtNV8Naezl+2yUMu79SmUoDhccONNAizLUFuAt0+jYCPIfX3fX7b4vFBDAej/GvxeLtrf/a9Yx9I/Cyr1NmrzBO8bRSnHEUZpo/sVlQSyS6/a5nZ0M4jIiN7jYbuWgg/QSDPeZzksaTIQdMtI2dCOBtgLSPprip1dqDgIfRXdY2aLzbmetr+NAovJOY0VjaZxQwg5ZOyNCwV9FbS4Nf3cdzrqnZ0gvHxJn+cYH//6CktWeYMGBmUfSMaMHanuGMeRNZxWkrD9/3Ok9kh/GME5+wZwiE7O408P5UlQfBbFu4FBdQ6JrU6cQxApNGhqsLIEgjVop0Xl3uPUBjteDSxOcRDxaUtZ0djsYYlhXO9vy6JDaQydCIMEw4Y5flZ+BCNl7gMX1MYYDKdJII2xr96RvEi9EF6BA84/sxxYlL+Zp36BmcIXOgxB1AqNjPwI37DiExpqv7T5iBuUU52ricwjx8GOqQ5WQQNg+tjFccGMOb/W3h/wEocd/s/iRK0WkTllnj8tbYM3SjqnaGZPtqxHTl+wX+xFmABR5TBMcJDA0DaDlr1kweGHuK9ton027C2MWyevEJMvHHTt+VW4colzA8tmgEhvama9icYZgA4H2MKStg+K7F35dCSumvnf6M+kFY9FBThgc5NXCwd+7EsFus5cbbM3RaMvNDRv+bSmSMoLWQIVG5ob6238CjGF3I36ZdoLJxnA9c2q+cgwo9NE6IJcbiIlIaon047zNMwT/QUJ3ltgVk7P6WTHdGjYwSwJDSFfiVxI6TtAf42AazHXIRFLWl/T7C5by/RO15G21g2EDR33Z3W+Ivsi1cTdjObviKBmxgZY1SWsNs5zIYyowhm081B0Pjiowg9kFyM8RKqT9cUddzvIFfc4B/3/OGuGwmNQPXhxfBUBvYryNeWyMDIGi/a9T/2C23Gsu1kULbWQyxvm0YtdmqzSs6yHD9t2X/J1AZwy0raqgqfIYAOCBUczX0s1hfA47+CvLxtm0navAE5nBAvGZfCEOZQijfTVmtFPUFghuJzYmGW8/pBwteVKvahqFo/UlJfx9yGyM4FrZhkUspGKqz1L42W2b7o6B4CtEQxsW+NIYUSxpY4m3jMvgrpmsgKLP6IcX1IzL8+OPC/hYChiplxTf4Wft12kPiyl8Gbhg7VRkSBGf5p2X9PcjthFfDZRCYHkU1ntpJ+1LXlpcXxdDo9sfL2oxt0ZDT+71w2WcF78Fgufxotda46ljGOh6i43Q3Gx8ZYqZiO479vtyMcAPj1HaFSqa8JozAsneQvm1r05juzIBUs4XjTFzSPiybbMd4a/FCzdfmZDkej/uHVSIwpGRoZJ12PDdmVF4pBUs7MGQkX08XX3APB3doBnaEISasCRvS15gCNywgez5imECG8qlVH+5xwMBMI4MxwPUHrClXJ5r/fYBvHCZs21vRiJXCdExgifvk6Rky2tR+DfpRKyXa2jHQ0uMIPO4zXCyGstzmCgFXk3iffKxmKj21cofEtesBKztSrgFP46/fxvEkeACr3nvvk1ZtxYuDuHN61ELlO4TTRBfhceCotGPqRKNQWREtMR6OfFxJEMoWiscMVZ6WQzxErFarIWJ9IQwJZ1gLd+ODIwufGar0KETi580FMVxi9ZCFD0w7qb/+OHY0kLFiFdw9JAK4ZsRaW/uPC/tb0Ja2t2F7MezEgf9hv7vHqqGYyK36m+DADVtA0VX3QhjKyLDLSy8U7XRsZGvH+/KMlvtqJzaBk2WnTC6GIVG1D7u7YhaIRCaOPSbsYJBMA86owek75j9rl+2UMj3ivkXtbwv/z4AMp+zgiTtzx4bdnxHqt4caVjVUzGQgVgx5nLcjsR33ni6Eod9ydlNk4k76C8Pwhipx11mPrfNZckPpEFcSyNGZjPiqhG3KXQzDtfM+wuXfq2PYCacNTmWX9TbAs+1imU1TqTYJ023bG/KVB70khmMHa95AFNOUN0hXPdupacDB+0XIsAtRgmzDbBRStg0rU7Hy6UUwlDlDorUYB6M/a3cNVmKi7tvEJ+O+i7NxeNjB9wYyv3shDMGrTBxwLuNgbwkXwYkBFmyIP+luZdylwPOktcMWahaIQ2KwsIFhXE8lRiDjHvDb0R6ws/RZauqP7eEqu3BZKicvDitf9Dd4HO4ydCgTd2G/LbuRTfrsli8v/HF2+eHwg+6UjnaRgwpvU6KN7QuJ+MTFgzFHJxXGPKfR1rbHjvJTtnpaRUbBdoZy62IYzvpH52kS9i4oectYx8HzQjgPIV1rZw+NjG7tQhjKMv3E0HnH8M8ycdwUtls+lm3Yob1+ZLIasAa+CIYg+uj1yERZYsazVDzxZn+EJ0ogBfis7cHflPyfQsYUOiI0BgdMvJEjOlh7GZb5QZOr7hFDrHlfwlmMaURsZzHDjdHgJSB8bcgeyHzhi6+VqINslKG9PFU6jhtUsjk4UnvsIkE8uo2yb5BhMNfYixi8xHqkw/hDpYfTl8b7cV0QX4yyg/1gtu+rklF0KkLEj7+R4qnRfZzbjdhLlb47G4220+kUC/jGcrrdjkYz1/c1pLnaRQ5/jWg837QIIFN2fBsWFaHlva4nk8Xb+84zHL7NxEyRfTIS3df+YjIZr185O/wz0HgBMqY8+TtNuPI9JCv2Zzj4P99PYz8d/hYGEDSM7JgfmKYxfWWGHTpgb79SuQZyO2xr0ANNvS34qzLr9boVBfzOXqDpY6w3vFdIdvBdL0rj6lBlJh1lupy2JsvNastm27G49GvNV2YvQLE3wQg/UBRTK8UXJEeb2lRFjpovRzasaRgBSUBR3j8RXgl9K3GHv4Z+PLWIC/c++MMPVuymKlsx0WBJy4q+uIu4bbPdz6CcGr7mpHJ+cG02AYtdx3PziRLXxmiQ/WYZqw3AubB3vU8qScX6AHThtGJ5GjosTNit87PIheBn2H6Q4nyBTGYsOhq7WCoRGLIk016fdxMzDxhmZ2GJ9BPAsmfsaHRMz+yDlfIi76ljegEgGbDxmOzp5IyXchJ8DRlDgN+oeRC+x/I37xC6g8nApeqZf1MBnNX0Df/VhXi+OoPuY7oeb/zTJsjAwgg7znaKIQuG7sd4GUsNCggICAgICAhcNCqA5P++2yT2e+I9lD+PZOOpcfOIolzfVf+H/b7cQMfNr9cr1cfyv+n3+h5Q4h0nH0rw+eGHcUxK+YxV1Ij8krJSue+VeT2/Z5jXHwqVHyR5TGXy0vWXy5XnVOrq6+V/jmoqn8+nHtnnZsfM563GDxaYvFIkHRhWnjKSclX4tm1B0vMI3bR68x/EfLSgu69t7lKSZNb/hfXeWZIk5e8Zq6oJnzNPPwx2yLDcAYbS93ZagLaSpLAf+u33HZ9h+AACWj+YyreY6/Dt6Q7rOYefldsfxjpkqD2YpjX/XmrOsCfl8S8r960mzjBs9kzr+XtL+RbaTRpZpV8C0eFz7wf3ETIkycd5/Qd9I8N0o/pSfIavSd986zHOMCSFeq7wL4xUY6wkEyVupvCjlH/Z35XL5aO+K+VkhOFRgfBTy1A6bJuDZ+7gg3Jb2Dc+troyUj/H8IvI5eiwJss/DHKFs1I6ZfYVjO0DYfXoZPUpbZp6oxpIk6x2LNO8KWgBw2T9qVTiVlouXkHLebl802jcRx0+YzjHFmArCjM27fq+B407j1wySsp1+BopV3nhDK/vGxEkyXWnVGpUKUnmGo1OlVzf5E3z9lELRLoxUSQyf2o8nbHkAjC86vQUvUCS93np+RbHnFFq5qyMkk4rGT2Ya/V8BvSdv6p2Al9aMtN6B/k0OxbcUczSSyqdf46q4ZghzvDko4WTUkmbT3worhsme/j+UWIMC718OpNmyOt3KGEmY95hGDbTqbvCMz6dThVRRjkQqVd90tOpF3IS4EqV29yzZBXJ9a2SKZXSUpo508q9LuWt2x56MtZdNYWC6Kb+fCVxhjAi6RsQMzlH5WdMXe98dlShlZK7Hp+H2gOTEAUz8VmiNdC9ZXQ9c9sLGEKA0dE7cBeKOkgjw1JGys9vLFNHOViUesGBTeum+fwM3Z12H3LRlJSnQimjXJG7vGLe4e89nBUgdRoTgQKMvVJFPWWgt9tcvYG+n+swz53HXR7FKdVznfwphsrN4+MTjIGSuuPjpEiN0i1Q0EsVHu4kqVGf3+pch5AkzOfzBjoEvM8YZgKGki7NH+rPyAvykiYEZJhfuXpJUs4y1CBYpJ/KdVNKNYum0ms+QEjUQcayhdNG1jQyz8PQJSF2Q7cNvFPXQ4YZpsNkzkRXBdI0gfNXhlLasoBPJgO9kFuIob27cuUarTZfBf0jsWKZyNdAmnkaDZAswkBYTXLEEMcPzQkjZLqOIilcpErRPMuw0shgiAcfoxdLmfRT8hG6sao41jA/5/U66CzNNMVuMFPf5zSBDpGp8lxB5wTSnGDIAr7EPFYZxUWmpIAT6J6Un3BalPHhO/3gSwtXacl6IMcMM6xzynw+MrxTuKxwD9R6hmGzk8aEpgkD2etJmbr2gs60zsdJMS2ADjO+V9DqoAaTxzNgFmVYvlFQVgbrlJV24Euk/HUoLk+DKkitwwRgE5XJEjKsKCBWkKlFdZhpMBeBV+pJrQjdprgXBEs4w7AAvhNj4S2L9fDdKFK+xBn2bvYoaLnMeYbpkKF8imE+94gMG+Vjho0oQ8oYKgHDZM4CywrSgyOGpS8MeavcWYZV9FiQdt/ng3ytDFzhi1n4vbmuhNDAB0JLHnJuP1lpA82HBf/mKSvVc5UbGJ58mFSkWbbQRO5PjGGmxMJTQQqttAqDnQrDW5RhPsqQPCp7kaCX0wzlR5PPLpwVIIrGhlayNHK9l7XS5Fk5tMiUmslksqgf+9IkprNWsZJMNhuZUwznXHU6ioBW26tCLw0YMf2FVNDTpB8qWrIcehpyDSlepqgFC+3zDAswwTMNJpIVzsjP0NAJ4TBU0ExRmRjkwK9Cvgo2cV/Qks15b16t8BkLhOrFe+lMtCjWMcc9yZCUkMdVhS9llKt57ikfiRaKdA8PY1xEhjJGyF7jvgSof8eQiaR0ApFO65D7agzaOfhGE1MOnG+pa4yDIP/tfH6TV/Q0mkId9YCJhtX7xLCJcRBvsVh8giFljl2y6jKMIFKEnAWEVLDbip5hD2f0NI/45IVFSCUDMEvfMZT3Ium9cwwrt5Zu4tCSKn7gdmvqbEFcuLFAZj0NBHkWeI+yKDqkSJaeQoYNS7c6zH9IjJvZqKaglyOGEvQ2lyGVgVzE1O/gqXoeG0MqEiyJCrf4exoefjZNBXMaSI4CWIwh/M2yNvi6wJfCFUx3IB9Ko0H17lCkk1lbJQfgE7+ey7GFfgGuzFnjZvFGsSzzeV7lG3+Vxw6Ej1KVFKFJFTLvB3yYeevCvGdZmXqzMs/l6tHMu4lfgP2W67mgdfLuXoJuO8VwJK5z8PtVrsmalLXHXAQQEpvQZ65A+Nc9VJjlwac7lLpSvIWuuEjz05l3EhF+YprSkuEnolXKiP1Ch/1e4Q9BC3p4GNYwvOHhCoe87401TqLHlVm3kara8cPJKDSy/7pjWaMiVqJXYoyLeFlWQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQCC2+D9lHwHvHbSwuQAAAABJRU5ErkJggg==

Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric