poniedziałek, 19 czerwca 2017

"Unorthodox" Deborah Feldman [RECENZJA]

Jest ciepły, już prawie letni, wieczór. Ze spokojem wdychamy zapach bzu, unoszący się w powietrzu niczym zapowiedź czegoś dobrego. Trzymamy w dłoniach kubki z herbatą z malin i melisy. Słońce chyli się ku zachodowi, muskając nasze twarze delikatnym pocałunkiem pożegnania. Napawamy się tym czystym pięknem.

Obywatelka patrzy w swój kubek i rzuca:
- A to w ogóle jest koszerne?
Uśmiecham się pod nosem. Wiem, do czego nawiązuje.
- Tak. Koszerne.
Spogląda na mnie z błyskiem w oku.
- Skąd wiesz?
Wzdycham ciężko.
- Koszerne są niemal wszystkie owoce i zioła. Owoce powinny pochodzić z drzew mających przynajmniej trzy lata. Jeśli nie dodałaś do tego mięsa i nie dolałaś mleka - powinno być koszerne.



Zapada cisza. Obie myślimy o tym samym - o książce, którą ostatnio czytałyśmy. Z perspektywy religioznawcy i polonisty, książka była dla mnie przypomnieniem o tradycjach, które niegdyś “wkuwałam” po nocy do egzaminu i jednocześnie ciekawym odkryciem autorki. Obywatelka chyba pierwszy raz zetknęła się z taką mnogością przepisów religijnych. Egzemplarz “Unorthodox”  Deborah Feldman leży między nami. Co chwila któraś z nas sięga do niego, by coś sobie przypomnieć.
- Myślisz, że przestrzeganie tych wszystkich Świąt ma sens? - Obywatelka patrzy na tę książkę przez pryzmat swoich doświadczeń współczesnej kobiety. Widzę to wyraźnie. -  Bo miałam wrażenie, że robią to “z automatu”. Nie czułam, by kryło się za tym, coś więcej niż “takie są zasady”.
- Zgadzam się. Zdecydowanie dało się wyczuć, że nie u wszystkich pobożność jest prawdziwa - odpowiadam po chwili namysłu.
- Nie podobało mi się ta wszechobecna pycha. Też to wyczułaś? “Jesteśmy stworzeni, by żyć według zasad naszych przodków!”. A to, czy ktoś uznaje te zasady za dobre, to już sprawa drugorzędna. Dla mnie - jak w sekcie. - Obywatelka uniosła ręce w geście totalnego oburzenia.
- Sekta ma znaczenie bardzo pejoratywne...
- Wybacz, ale właśnie chciałam by zabrzmiało to pejoratywnie – przerwała mi. Chyba ją to rzeczywiście porusza.
- Niewątpliwie coś w tym jest – ciągnę spokojnie. - Choć wydaje mi się, że to ma działać na zasadzie: “Pan Bóg zawarł przymierze na Synaju z naszymi przodkami. Powinniśmy być zatem tacy, jak oni.” Wiesz, nikt nie lubi, gdy mąż zmienia się po ślubie - rzucam z lekką nonszalancją.
- Ty nie widzisz w tym sekty? Która ukrywa się za przesadną fałszywą skromnością, bojaźliwością i oddaniem?
- Hmm... raczej jestem pełna podziwu. I wiesz, dla mnie cała ta rytualizacja świata jest nie do wykonania. A dla nich - ot, codzienność.

Niczym na komendę, spoglądamy na dzieło Feldman. W oddali odzywają się dzwony. W Kościele Katolickim trwają nabożeństwa “czerwcowe”. Trochę ironii wkradło się w naszą rozmowę, stało się tłem, które rozluźniło dość napiętą atmosferę.




Znowu to Obywatelka odzywa się pierwsza. Staje się to powoli tradycją.
- Tak, to prawda. Ale w sektach tak żyją. Jakby nie było nic bardziej normalnego niż ich wyjęte z kontekstu życie. Co prawda na początku tego tak nie widziałam, jak Feldman opisywała dzieciństwo. Ale potem to narastało. A może to za jej sprawą się zasugerowałam? Ona wydawała się od początku inna w pewien sposób. Chciała czegoś więcej już jako dziecko. Nie wiedziała do końca, co za tym stoi, ale czuła, że pewne zasady ją przerastają.

Analizuję powoli jej słowa. Rzadko zdarza mi się stawać w opozycji, tym razem jednak sumienie nie pozwala mi się zgodzić.
- Dla mnie, żeby to była klasyczna, zła sekta, brakowało elementu guru. Kojarzysz te sceny, kiedy ona opisywała przed ślubem, że wysłała swojemu narzeczonemu, Elemu, wino, które okazało się za mało koszerne? Choć według rabina i dziadka, było dopuszczalne. Tak, jakby każdy miał swoją opinię. Nie posługiwali się jedną, narzuconą. Mowa oczywiście o szczegółach. - Wypowiadam spokojnie, czuję, że z tej dyskusji powstaną ciekawe wnioski. To dobra książka - przemyka mi przez głowę. Zmusza do myślenia. Teraz to niestety rzadkość. Większość na półkach w księgarniach to same “odmóżdżacze”. Z zamyślenia wyrywa mnie głos gospodyni.

- No tak. Nie było guru, chociaż ten rabin początkowo wydawał mi się nim. Jak sobie zażyczył ścięcia włosów. Nie mam pojęcia skąd to wytrzasnął, ona nie wytłumaczyła, czy coś za tym "stało". Dla mnie to było "wszystkie kobiety i nie ma dyskusji". Może ty mi to wyjaśnisz? - ostatnie zdanie rzuca na wpół zaczepnie, na wpół żartem.

Odpowiadam bez wahania.
- Ja to zrozumiałam tak, że włosy jako element wywołujący pożądanie, nie powinny mącić w głowie nawet mężowi. Więc lepiej, żeby żona ich nie miała. Trochę przeraża mnie fakt, że to naprawdę logiczne i ciężko się nie zgodzić z takim myśleniem.
- Ale mogła je upinać, zakrywać w pięknych turbanach, mogłaby być dla męża w tych szczególnych momentach tą wywołującą pożądanie, ale tak pozytywnie. W takim pięknym tego słowa znaczeniu. - Jest gotowa wziąć transparent i zorganizować demonstrację. Widzę w jej oczach determinację, żal i gotowość reprezentowania tysięcy kobiet o ogolonych głowach.

- Tylko, że "pozytywnie" to jedynie dla spłodzenia potomstwa. Seks nie może być przyjemny. Przyjemne może być tylko studiowanie Talmudu. Ba, w celu prokreacji współżycie może być tylko przez dwa tygodnie w miesiącu, przez pozostałe dwa mogłaby go niepotrzebnie kusić tymi włosami. Pamiętasz, jak autorka opisywała, że mężczyźni patrzyli na nią ze strachem, wstrętem a nawet nienawiścią? Bo kobieta rozprasza mężczyznę, a mężczyzna stworzony jest do wielkich celów!
- Tak, pamiętam. Zresztą chwała jej za te przystępne opisy i wyjaśnienia, bo bez tego chyba w ogóle zgubiłabym się w labiryncie tej religii. A jak odbierasz główną bohaterkę i tę narrację, którą zastosowała? Bo w sumie wiemy tylko tyle, co ona pisze, subiektywnie. Podoba ci się to, że pisze z refleksją osoby dorosłej? Wiesz, że tak celowo podkreśla, że to było kiedyś?



Myślę intensywnie nad odpowiedzią. W oddali słońce pozostawia po sobie jedynie wspomnienie. Niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie - powtarzam w myślach za Kantem. Przez chwilę obie napawamy się ciszą. Pozwalamy, by pytania, które padły dojrzały w nas. Pytania o to, czy podoba nam się sposób opisywania wspomnień, są zawsze trudne. Wydaje się, że nie mamy prawa oceniać stylu autora, bo to jego intymny sposób wyrażania. A jednak czasem trzeba to zrobić. Dobieram słowa delikatnie, tak, jakbym nie chciała skrzywdzić Feldman. Polubiłam ją, jak koleżankę, choć znam tylko z kart książki.

- Dla mnie ta narracja jest zmienna. Niby pisze z perspektywy osoby dorosłej, ale często w sposób dziecięcy. Bez oceniania, bez próby refleksji, tylko tak, jak przyjmuje to dziecko: "aha, tak było, stało się". Kiedy myślimy o narracji dorosłego, nawet tej dotyczącej wydarzeń z dziecinstwa, myślimy o ocenianiu, nadawaniu znaczeń, sensu. A tu jest zmiennie - wypowiadam wreszcie z wyraźną ulgą. Po minie Obywatelki widzę, że się ze mną zgadza.

- Tak, ona generalnie pisze w taki sposób, by pasowało do wieku, który opisuje. Rzeczywiście chyba czuła się nie na miejscu. Tylko rodząc się w takiej rodzinie trudniej było jej powiedzieć: mam dość. Zauważ, jak pisze o rodzicach. A przecież to była bardzo trudna sytuacja... to mnie uderzyło... ojciec z jakimiś zaburzeniami psychicznymi i matka, która ją opuściła... a ona bardzo specyficznie o nich pisała…

- Mam podobne przemyślenia. Że czasami pisała, jakby bez emocji, jakby nie chodziło o jej życie.
- A czasami opisywała wydarzenia tak, że je przewidywała... np. jak była u dyrektorki na dywaniku w szkole... Dawała nam znak, że jest już czymś zmęczona. Nawet wtedy pomyślałam, że była już zmęczona samym tym pisaniem, wspominaniem, powrotem do tych rzeczy, chociaż to był początek książki. Zresztą później też miewałam takie wrażenie. Czasami pisząc te wspomnienia na pewno po części chciała się oczyścić, tak naprawdę "na głos" o nich opowiedzieć.

Kiwam ze zrozumieniem głową.
- Dokładnie! Że zaczyna ją to wszystko uwierać, że ciągle musi żyć według schematu, że boli ją to. Tak, jak boli i drażni nieustanne wciąganie brzucha. Ciągle musiała być "taka". Taka żydowska. A przecież duszę miała niczym gojka. Wolną!

Teraz już zdajemy się rozumieć bez słów.
- Poza tym - idąc tym tropem - brzuch to jest mięsień, a mięsień ma swoje granice wytrzymałości. On się nie zaklęśnie tylko dlatego, że przez lata będziesz go wciągać. On po prostu zacznie "puszczać". I z bólu nie będziesz już miała siły podtrzymywać go - dodaje Obywatelka.

Uśmiecham się lekko.
- I wciągając brzuch, ciężko swobodnie oddychać. Tak, jak ten alegoryczny oddech wolności. Pełną piersią – tylko I wyłącznie, kiedy czujesz się wolnym.

- Oddychasz pełną piersią, kiedy czujesz się wolnym. Kiedy nic cię nie uwiera. Dobre. Wyszło ci to porównanie z tym brzuchem, chociaż to tak pół żartem. - Obywatelka uśmiecha się. W jej uśmiechu czytam chyba to, co sama czuję.



Nad nami księżyc świeci niezwykle mocno. Wznosimy nasze kubki, pełne zimnej już herbaty, patrzymy w niebo. Mówię na głos to, co zdaję się czytać ze spojrzenia Obywatelki:
- Obyśmy zawsze mogły oddychać pełną piersią.
- I zrobiły wszystko, by i nasze dzieci mogły – dodaje Obywatelka.



Tytuł: Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów.
Autor:Deborah Feldman
Wydawnictwo: Poradnia K
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788363960841
Oprawa: twarda, matowa, z elementami połyskującymi; papier lekko pożółkły.
Liczba stron: 373

Recenzja mogła powstać tylko dzięki niezwykłej uprzejmości Wydawnictwa Poradnia K:



piątek, 9 czerwca 2017

Podręczniki Hogwartu od Media Rodzina [RECENZJA]

Nie, nie czytałam ich moim dzieciom. W ogóle moje dzieci są jeszcze daleko od Harry'ego Pottera. Za to stanowi on ważny element mojego dzieciństwa. To znaczy: nie on sam, osobiście, żeby było jasne.

Kiedy na rynku pojawiły się pierwsze książki o młodym czarodzieju świat oszalał. Myślę, że to całkiem trafnie odzwierciedla to, co się wówczas działo. A precyzyjniej: Potter podzielił świat młodych czytelników wręcz skrajnie. Byli ci, którzy żyli na co dzień magią stworzoną przez Rowling, autorki całej serii, i tych, którzy gardzili taką literaturą, twierdząc, że książki są generalnie słabe, niewymagające za wiele od czytelnika i raczej bez polotu.

Sama należę właśnie do pokolenia, które było świadkiem tamtych wydarzeń i czynnym uczestnikiem. Może nie należałam do skrajnych fanatyków, ale seria mnie porwała, przyznaję się bez bicia. Pomysł wydał mi się bezprecedensowy. Co prawda Tolkien czy Lewis również stworzyli swoje własne literackie światy od podstaw, ale Rowling zrobiła to na nowo, łącząc dwa żyjące równolegle świat w jednej rzeczywistości: magiczny i niemagiczny. 

A skoro książki w momencie stały się hitem, machina po prostu potoczyła się dalej w myśl zasady "kuć żelazo, póki gorące": na podstawie magicznego świata powstawały kolejne książki, film czy spektakl. Wielu fanów było zachwyconych, ale nie brakowało takich, którzy cicho mówili, iż Rowling jedzie na tym wózku trochę za szybko i wykolei się, kiedy skończą się tory. Bo ileż można. To nie studnia bez dna. Z drugiej strony masa ludzi wychowała się na tym i prócz sentymentu widzą w tym całkiem spory kawałek dzieciństwa. Trochę tak, jak ja.




Podręczniki Hogwartu wydane w Polsce przez Media Rodzina czytałam całą wieczność. A przynajmniej tak mi się zdawało. Najczęściej z braku czasu były wieczorną lekturą do poduszki, która kończyła się szybko zaśnięciem. Ale było to bardzo przyjemne zasypianie. Uwielbiam zasypiać nad książką. Czuć to przyjemnie łaskotanie za oczami. No, o ile nie zasypia się tak szybko.


W każdym razie zdecydowałam się zrecenzować książki, które weszły do księgarń jako Podręczniki do Hogwartu (Quidditch przez wieki, autorstwa niby Kennilworthy'ego Whispa, Baśnie barda Beedle'a, oraz Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć, które miał napisać Newt Skamander). Po prostu. W imię wspomnianego przeze mnie sentymentu. Warto zaznaczyć, że J.K. Rowling zdecydowała, iż wpływy z wydania Podręczników zostaną przekazane na na cele charytatywne fundacji Lumos (80%) i Comic Relief (20%), które wspierają dzieci i młodzież w trudnej sytuacji życiowej.

Baśnie barda Beedle'a

 



Baśnie barda Beedle'a, napisane ponoć właśnie przez tegoż barda, miały powstać w XV w.. O samym autorze trudno się wypowiadać mając tak szczątkowe dane jak drzeworyt. Same Baśnie miały uczyć różnych cnót, pokazać jak to dobro walczy ze złem (i wygrywa, ale trzeba się trochę wysilić, samo "nie weźmie i nie wygra") i, że magia nie służy zabiegowi z gatunku "deus ex machina"; może także wyrządzić krzywdę i czynić zło.

 I rzeczywiście tak jest. Prócz wstępu, książka zawiera pięć opowiadań i przesłanie od Georgette Mulheir, dyrektor generalnej fundacji Lumos. Mamy tu takie tytuły jak Czarodziej i skaczący garnek, Fontanna Szczęśliwego Losu, Włochate serce czarodzieja, Czara mara i jej gdaczący pieniek oraz Opowieść o trzech braciach. Muszę powiedzieć, że tytuły rozkładają na łopatki. Jak na klasykę literatury magicznej, mało poważne. Ale niebezzasadne, trzeba przyznać. Do każdej opowieści załączony jest komentarz Albusa Dumbledore'a, który był dyrektorem Hogwartu w czasach, kiedy młody Potter tam uczęszczał. Jest on świetnym uzupełnieniem każdej historii. Tylko język bardzo kolokwialny, co może być efektem sugerowanego we wstępie faktu, iż mógł on je pisać "dla własnej satysfakcji". 



Natomiast język samego tekstu baśni także jest bardzo swobodny (mam na myśli tłumaczenie; nie czytałam oryginału). Średniowieczne teksty, głównie pisane wierszem, miały zupełnie inny charakter. Generalnie dlatego, że pisane były pod oświeconych i zamożnych. Bajki dla gawiedzi - jeśli już udałoby się je napisać - nikt by nie czytał. Prosty lud nie umiał czytać. Wszystkie historie były przekazywane ustnie. A bardowie pisali ballady i wyśpiewywali je przy akompaniamencie jakiegoś instrumentu. Bard i proza? I to pisana tak nieśredniowiecznym językiem? Odzywa się we mnie historyk. Oczywiście, że książka jest delikatnie stylizowana (głównie poprzez ilustracje) na starą, bo prawdziwie średniowieczna nie sprzedałaby się.

Czy to przeszkadza? Historykom będzie. Ale poza tym, to naprawdę przyjemnie napisana książka dla dzieci z dziwnymi, czarodziejskimi bajkami. Rowling zrobiła dużą robotę, wymyślając te bajki. Mają zachowany charakter pradawnych baśni i mentalność bohaterów jest zbliżona to tych w mugolskich bajkach. Są spójne i bardzo równe: nie bardziej i mniej udanych. Moją ulubioną baśnią jest ta o trzech braciach, która pojawia się w serii o Harrym Potterze, w siódmym tomie. Wydaje mi się minimalnie bardziej złożona od pozostałych. Może dlatego, że powstała w innym czasie (jak mniemam) i miała odegrać szczególną rolę w całej historii. No i postać trzeciego brata - najmłodszego i najsprytniejszego, jest mi szczególnie bliska.




Moja ocena: Polecam/ Bardzo polecam. Jeśli jesteś fanem świata czarodziejów, który stworzyła Rowling, na pewno docenisz wyjątkowość tej książki. Ale gdybyś przypadkiem nie zachwycał się nim aż tak bardzo, książka spodoba ci się ze względu na same bajki, które są takimi samymi bajkami jak te należące do klasyki (w których przecież również pojawia się magia, nie zapominajmy o tym!)

Tytuł: Baśnie barda Beedle'a
Autor: J.K. Rowling; ilustracje Tomislav Tomic
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788380082977
Oprawa: twarda, matowa, z elementami połyskującymi; papier lekko pożółkły.
Liczba stron: 144


Quidditch przez wieki - Kennilworthy Whisp



Już pierwsza strona uświadomi nam, że to książka wzięta bezpośrednio z biblioteki Hogwartu. Chociaż na liście osób, które ją wypożyczyły niewątpliwie brakować będzie nazwiska Pottera, gdyż miał on swój własny egzemplarz.

Książka co prawda nie należała do kanonu lektur, ale - jak wynika z przedmowy Albusa Dumbledore'a - była jedną z ulubionych pozycji. Uczniowie bardzo często po nią sięgali, więc dyrektor postanowił przekonać bibliotekarkę, panią Pince, by udostępniła ją mugolom (co nie było łatwym zadaniem). Ale dzięki temu i my możemy poznać historię najpopularniejszego sportu czarodziejów, Quidditcha. Jest to, jak czytamy wśród pochlebnych opinii na początku książki, kompendium wiedzy w tym temacie. Wśród nich znalazły się komentarze kilku osób, które z pewnością będą znane fanom Pottera.




Sama książka nie jest pisana naukowym językiem, jak te poważne akademickie podręczniki. Jest przystępna w odbiorze i udostępnia najciekawsze fragmenty "tekstów źródłowych" ale też przedruki "malowideł i rycin". Whisp (alias J.K. Rowling) zaczyna od samego "przedpoczątku" - od miotły (pod koniec książki przeczytamy też o ewolucji miotły sportowej). Latanie na miotłach może się wydawać czymś naturalnym, kiedy myślimy o czarownicach. A jednak coś tak oczywistego ma przecież jakiś początek. W końcu miotła stała się wygodna i zaczęto myśleć o tym, że latanie może być niezłą zabawą. I tak się zaczęło. Powstawały różne gry miotlarskie, ale quidditch zaczął się w Queerditch Marsh i minęło naprawdę wiele czasu, zanim z tej prymitywnej - mimo wszystko - gry, powstał dość złożony sport. Swoja całkiem odrębną (i bardzo ciekawą) historię ma Złoty Znicz, który na stałe do gry wprowadzono znacznie później.

Ale to nie koniec. Rowling piórem Whispa przedstawiła też profile drużyn narodowych (brytyjskich, irlandzkich) oraz tych z całego świata. Wraz z herbami! Polska też doczekała się swojej drużyny: Goblinów z Grodzicka (jakie to Grodzisko typowe dla Polaków), z obłędnym szukającym Józefem Wrońskim, na pamiątkę którego nazwano jeden ze słynnych manewrów szukającego, tzw. Zwód Wrońskiego. Rozdział "Quidditch dzisiaj" to niejako słowniczek różnych terminów związanych z grą.



Moja ocena: Polecam (ocena nie odnosi się do osób, które nie miały styczności z magicznym światem Rowling). Mnie, osobie, która bardzo dobrze orientuje się w czarodziejskim świecie, książka bardzo się podobała. Ciekawa byłam tego jak Rowling wyobrażała sobie sam początek. I wyszło to całkiem nieźle. Ale ktoś, kto nigdy nie zetknął się z Potterem nie znajdzie w książeczce specjalnej rozrywki. Takie jest moje zdanie.

Tytuł: Quidditch przez wieki
Autor: Kennilworthy Whisp (J.K. Rowling); ilustracje Tomislav Tomic
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788380082991
Oprawa: twarda, matowa, z elementami połyskującymi; papier lekko pożółkły.
Liczba stron: 144

Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć - Newt Skamander

 



Najciekawszy aspekt tej książki jest taki, że nie jest tak zupełnie... zmyślona. Wiele magicznych stworzeń pojawia się w mitologii czy nawet w średniowiecznych tekstach. Feniks, sfinks, centaur czy jednorożec nie brzmi przecież obco. Rowling jednak nadała jednak każdemu z nich pełną charakterystykę: zacerowała dziurawy wizerunek i zwierzęta, o których mieliśmy dość mgliste pojęcie nagle przeistoczyły się w żywe stworzenia. Oczywiście Rowling zrobiła to, posiłkując się wiedzą powszechnie dostępną oraz własnymi wyobrażeniami.

Tak naprawdę tylko ta książka była podręcznikiem w Hogwarcie (na pierwszym roku), jednak czytając ją nie możne oprzeć się wrażeniu, że jest to książka z duszą tak ogromną, że jakby mogła, to sama by żyła. Fikcyjny autor Newt(on) Skamander był postacią szczególną dla Rowling (na podstawie jego przygód związanych z poszukiwaniem owych magicznych zwierząt powstał w końcu film o tym samym tytule, co książka). Między wierszami wyczuwamy osobisty stosunek tego magiozoologa do samej książki. Wyczuwamy też, jaką miłością pała od do każdego stworzenia z osobna. Nieistotne, jak bardzo niebezpiecznego czy wyjątkowo nudnego. Jak sam pisze: "Książka fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć jest owocem mojej miłości do tych stworzeń. Kiedy teraz ponownie ją przeglądam, odżywają we mnie wspomnienia, dla mnie czytelne na każdej stronie, choć niewidzialne dla czytelnika".



Książka wspaniale "wyjaśnia", dlaczego my, zwykli mugole, nie potrafimy zobaczyć żadnego magicznego zwierzęcia. Dlaczego znajdziemy je w źródłach historycznych (starożytnych czy średniowiecznych), a obecnie uznaje się je za wytwór wyobrażeń czy bohaterów legend. Muszę powiedzieć, że brzmi to wyjątkowo przekonująco. Jak czarodzieje poradzili sobie z tym problemem tego Wam nie zdradzę - ominęłoby Was wiele, gdybyście samie tego nie przeczytali.

Podręcznik Fantastyczne zwierzęta... jest stylizowany na średniowieczny bestiariusz: alfabetyczne opisy stworzeń, prawie zawsze bogato iluminowane, z przedstawieniami wyobrażeń stworzeń, pisane często wierszem, ale niekoniecznie. I tutaj też mamy iluminacje, chociaż delikatne: ramki ilustracji, przypominające miedzioryty (nie wszystkie zwierzęta mają swoją ilustrację) i dekorowane litery, chociaż tylko te, rozpoczynające zwierzęta na daną literę. W polskiej wersji pod polskim tłumaczeniem znajdziemy także nazwę angielską. Książkę kończy nota o (domniemanym) autorze i informacja o Lumos i Comic Relief.

Język jest bardzo przystępny, chciałoby się nawet powiedzieć "sympatyczny", ale brakowało mi tych "odręcznych" adnotacji, które widziałam w angielskiej wersji. Ponieważ oryginalnie Fantastyczne zwierzęta... stylizowane były na podręcznik własności Harry'ego Pottera, który miał robić w nim swoje notatki. Te ciekawsze dotyczyły np Akromantuli: ręcznie skreślone zostało stwierdzenie, że plotki o założonej kolonii tych pająków-gigantów w Szkocji nie zostały potwierdzone, a "dopisano": "potwierdzone przez Harry'ego Pottera i Rona Weasley'a". Była też przekreślona nazwa smoka "Kolczasty norweski", a dopisana nowa: "Mały Norbert". Oczywiście większość dopisków wyda się nam zabawnymi, jeśli przeczytaliśmy serię o Potterze. Sądzę więc, że "ekskluzywne" wydanie tego podręcznika byłoby nie lada gratką dla fanów.



Moja ocena: Polecam. W takiej "czystej" wersji książka jest po prostu ciekawym zbiorem wielu stworzeń. I nie jest aż tak wziązana z serią o młodym czarodzieju. Jednak wiąże się z jego światem i stworzenia (nawet te mityczne) są jednak tym, czym stworzyła je Rowling, a nie obiektywnym opisem stworzonym na podstawie wiarygodnych, istniejących źródeł (przynajmniej autorka nigdzie nie wspomina o tym w książce). Czy spodoba się komuś spoza "świata magii", to już indywidualna kwestia. Mnie się podobała, gdyż zawierała informacje i przedstawienia różnych stworzeń. Sam wstęp, zawierające ogólne informacje o magicznych zwierzętach bardzo mi się podobał. Ale ja lubię świat, który stworzyła Rowling.


Tytuł: Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć
Autor: Newt Skamander (J.K. Rowling); ilustracje Tomislav Tomic
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788380082984
Oprawa: twarda, matowa, z elementami połyskującymi; papier lekko pożółkły.
Liczba stron:152


 Wszystkie trzy recenzje powstały dzięki wsparciu wydawnictwa Media Rodzina, za co pięknie dziękuję.


Znalezione obrazy dla zapytania media rodzina 



środa, 24 maja 2017

"Matyldo, co robią kury?" Alexander Steffensmeier [RECENZJA]

 

 

Nie dla wszystkich dzieci oczywiste jest, że krowa, która daje mleko (tak, tak, właśnie tak) może sobie w ogóle gdzieś żyć. A już gdzie, no to z autopsji raczej mało które wie. 

 



Kiedy książeczka "Matyldo, co robią kury? Alexandra Steffensmeiera dotarła do mnie od Wydawnictwa Media Rodzina, pierwsze co zrobiłam zapytałam Buńkę, czy wie, gdzie mieszkają krowy. Nie pytałam już o mleko, bo - z racji swojej alergii na nabiał ("ja nie mogę mleczka od krowy") - wie, że mleko pochodzi od krowy, chociaż nie wprowadzałam jej w świat szczegółów.
- Wiesz, gdzie mieszka krowa? - zapytałam ją ot tak, po prostu pewnego wieczoru.
- Eeee... - zamyśliła się, jakby szukała w głowie odpowiedniego słowa. - Eeee... w stodole. 

W stodole! Nawet ja powiedziałabym, że w stajni. Coś czułam, że tzw. zajęcia w przedszkolu zrobiły robotę.
- A śpi tam sama?
- Nie. Śpią tam też konie, świnki, baranki... i nawet kaczki. 
- Kaczki! - No cóż, nie jest to jakoś bardzo oczywisty wybór do stodoły, jeśli chodzi o drób. - Coś jeszcze?
- No i kurki - odpowiedziała po namyśle.
- A ja mam dla ciebie książeczkę o takiej jednej krowie - powiedziałam (Bu weszła mi w słowo ze swoim "Oooo...!"). - Nazywa się Matylda.
- Matylda? Pfff...! - roześmiała się, jakbym właśnie opowiedziała jej jakiś smakowity żarcik.
- Chcesz poczytać? Zobaczysz, jak ona szaleje z kurami!
- Z kurami!? - Widocznie szaleństwa krowy z kurami nie mieściły się w wyobrażeniach mojej starszej córki, bo ze śmiechu rzuciła się na kanapę stojącą tuż za nią.


I tak zaczęła się nasza przygoda z Matyldą, która - jak dla mnie i Bu - skończyła się za szybko. Ledwo rozkręciłyśmy się w szczegółowym egzaminowaniu każdej ze stron, a tu koniec. Duży niedosyt. 
Mówią, że niedosyt lepszy niż przesyt. Pełna zgoda, ale ze 2-3 karteczki na pewno by nas nie przesyciły :)

O czym jest książeczka? O życiu kur. Nie, wróć: o tym, co by było, gdyby kury żyły tak, jak widzi je autor. A tak na serio, to historia Matyldy nie jest w ogóle na serio. Kury, jako społeczność, mają w gospodarstwie swoje życie. Matylda jest jakby widzem. Obserwuje je, jak się zachowują na co dzień. I to nie tak jak w Baranku Shounie, w którym baranki są zwykłymi baranami, kiedy w pobliżu jest gospodarz. W tej książeczce kury nie mają żadnych zahamowań wobec gospodarzy. Wszyscy żyją razem w zgodzie i harmonii. Zupełnie, jakby kury nie były tylko kurami, ale miały zupełnie ludzkie potrzeby. 



Ilustracje wiodą prym. Treść jest minimalna. Prosta, ale też zabawna. Zrozumiała dla małego czytelnika. Będzie też świetnym treningiem dla starszego dziecka, które zaczyna uczyć się czytania. Natomiast to, co czyni z tej niepozornej książeczki fenomenalną propozycją dla młodego czytelnika, to właśnie ilustracje. Pełne humoru. Dość szczegółowo traktują społeczność kur. Każda z osobna przeżywa coś na obrazku i może być ciekawym odkryciem dla bystrego oka. Ba, nawet dorosły, czytając ją z dzieckiem, może się nie jeden raz uśmiechnąć. 

Czy książeczka tylko potrafi bawić? A co z elementem edukacji? No cóż, tu problematykę potraktowano trochę z przymrużeniem oka. Niewątpliwie jednak książeczka jak najbardziej może nas czegoś nauczyć. 
Zwierzęta - jakkolwiek różne - potrafią żyć ze sobą w zgodzie. Oczywiście, że mają swoje miejsce, ale jednak na podwórku żyją razem. Ba! W samej stodole w nocy wypoczywają razem. Czy my, ludzie, którzy tak bardzo różnimy się od siebie, możemy razem żyć? Czasami trudno żyje się nam z sąsiadem, który mieszka kilometr od nas. Nie chciałabym tu wprowadzać dość wrażliwego wątku dotyczącego emigrantów - niczego nie chcę sugerować. Po prostu często sami dorośli nie akceptują inności innych ludzi. Nie potrafią się tolerować, bo mają inne poglądy. A potem nie możemy się nadziwić, że dzieci  - nawet takie całkiem małe - potrafią szydzić i wyśmiewać innych, bo odstają od jakiejś "normy". Już nawet nie próbuję brać się tu za słowo "norma", które mnie totalnie wyprowadza z równowagi w pewnych sytuacjach. Także Rodzicu, zwróć i Ty na to uwagę, czytając dziecku tę książeczkę.



Kolejna rzecz, którą dostrzegam jako naukę, jest życie samych kur. Harmonia, zgoda chociaż duża różnorodność i wolność życia. Jak żyją kury, które potrafią odnaleźć się jako społeczność? Razem jedzą, bawią się, odpoczywają, śpią a wszystko to w wolności - tak, jak chcą, jak lubią. Bo mogą. Któż im zabroni? Coś fantastycznego. Niech dziecko odkrywa na obrazkach poszczególne kury i samo się przekona, jak szczęśliwe i pełne radości potrafi być ich kurze, prostolinijne a może prymitywne - jakby się nam mogło zdawać początkowo - życie.

A gdzie w tym wszystkim Matylda-Obserwatorka? Ano wiecznie gdzieś w tle, zawsze zapatrzona w to spontaniczne, pozbawione wszelkich trosk życie kur. I też by tak chciała. Może nie dokładnie to, ale z pewnością chciałaby mieć takiego ducha, tę odwagę by żyć z całych sił, na ile życie pozwala, po same jego granice (nie przekraczając ich, oczywiście!). Może po cichu zazdrości też takiej "rodziny". Nic nie wskazuje na to, by była tam gdzieś jeszcze jakaś krowa... Czy nie warto byłoby pokazać dziecku, jak wielkim skarbem jest rodzina i w ogóle bliscy nam ludzie? Ile wnoszą do naszego życia? Prosta książeczka, a okazuje się, że za tym humorem jest naprawdę głęboka idea, którą - moim skromnym zdaniem - trzeba pokazać. Być może nasze patrzenie poza fabułę, nauczy dziecko patrzeć poza to, co widać na pierwszy rzut oka?



Moja ocena: Bardzo polecam. Wychodzi na to, że u mnie same cudowne, mądre, piękne i w ogóle wow-książeczki. Ale prawda jest taka, że na razie rzeczywiście nie trafiłam - wśród tych, które recenzowałam - na taką, która jakoś bardzo byłaby niestosowna, brzydka, niestaranna czy głupkowata. A tę książeczkę naprawdę polecam. Czy powinna się znaleźć w każdej biblioteczce? Nie wiem, to chyba nie jest jakaś klasyka. Ale na pewno świetny pomysł na prezent dla kilku latka.

Tytuł: Matyldo, co robią kury?
Autor: Alexander Steffensmeier (tekst i ilustracje)
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2017
ISBN:
9788380083035
Oprawa: twarda, kartki błyszczące, kartonowe
Liczba stron: 14
 
Recenzja mogła powstać dzięki wydawnictwu Media Rodzina:

Znalezione obrazy dla zapytania media rodzina 
 
Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric