piątek, 8 grudnia 2017

8 grudnia - Mama sama w domu. Nie licząc dzieci

8 grudnia 2017 r.,
Piątek



20:30


Ojciec ma wychodne. Jedzie z kumplami na tak zwana pizzę i piwo. Jak to mówią: kto co lubi. Ja wolę grzane i na pewno nie w pizzerii. Ale poszedł, więc matka sama w domu. 

Brzmi co najmniej jak kara: piątek wieczór, usypianie dzieci i - jak na złość - w tele-pudle nie ma się naprawdę czego jąć, więc w głowie zaczynają krążyć myśli, że może się pouczę (a mam powód do nauki, że tak powiem). 

Dobrze, że kupiłam wino. Zrobię sobie grzane wino, a co!  

A potem pod kocyk i notatki w dłoń. W zasadzie, kiedy myślę o tym, to nie wydaje mi się to aż takie straszne. Potrzebowałam takiego wieczoru. eR nie będzie mnie kusił kolejnym odcinkiem serialu czy książką. Przecież od samego patrzenia, jak on czyta głód książkowy daje mi się we znaki.

A Wy jak spędzacie piątkowe wieczory? 


środa, 29 listopada 2017

29 listopada 2017 - zima i przerwa, której nie było




29 listopada 2017 
Środa
08:32


No i przyszła zima. Zimna, posypująca śniegiem, z jakimś porannym szronem i nieprzyjemną wilgocią w powietrzu. 

Nie, zima nie jest moją ulubioną porą roku. Zwłaszcza, kiedy o godzinie 6:45 rano za oknem jest jeszcze szaro, a ja muszę wstać, ubrać Manię, dobudzić Buńkę i przekonać, żeby się ubrała, uczesać obie dziewuszki, przygotować śniadanie dla Buńki do przedszkola (eh, ta jej skaza białkowa), wyubierać w ciepłe kurtki, czapki, szaliki, wsadzić do samochodu i wyjechać przed 7:30. W innym wypadku będziemy do przedszkola jechać pół godziny zamiast 10 minut. I wtedy w aucie potrafi się zrobić nerwowo. 

Nie, zdecydowanie zima nie jest najłatwiejszą porą roku. Dobrze, że chociaż dzieci się cieszą na widok śniegu. No dobra, ja też się cieszę, żeby je zachęcić. Jak byłam mała śnieg oznaczał Mikołaja, Święta i sanki. No i bałwana, oczywiście. 

Czyli dzieci się cieszą, a ja staram się robić po prostu wszystko po kolei, co trzeba. Wiecie, z automatu. Wtedy nie przeżywam uciążliwości poranków. 



9:10

Myślę o tym, że powinnam chyba napisać coś o tym, że niczego dawno nie pisałam. Ale chyba nie napiszę. Czasem po prostu jest tak, że w naturalny sposób życie wirtualne przechodzi na drugi plan, bo życie w realu jest po prostu ważniejsze. I tak powinno być. Poza internetem Obywatelka Matka zaczęła pracę na pełen etat. Wciąż jest jednak matką i musi godzić wiele obowiązków (pomińmy tu dyskretnie sezon na przeziębienia i wirusy żołądkowe, o które po prostu musieliśmy zahaczyć, ba jakżeby to się mogło odbyć bez nas!) 

Tylko nie zaczynajmy dyskusji z gatunku: A gdzie jest ojciec w tym czasie?. Ojciec zna swoje miejsce. Trochę to trwało (i czasem widzę, że trwa nadal), ale wszyscy czasami musimy się przestawić i nie zawsze jest to łatwe. Z wygodnego na mniej wygodny, z leniwego na pracowite życie itp. 

I nie mówię tu tylko o eR. Czy ja jestem święta?


piątek, 22 września 2017

"Harry Potter i Kamień Filozoficzny" J.K. Rowling z ilustracjami Jima Kaya [RECENZJA]


Pierwsza połowa września minęła. Niby wszyscy mamy wrażenie, że rok szkolny dopiero się zaczął, ale już nikt nie myśli o wakacjach, jakby były całe wieki temu.
 To jest właśnie to. Szkoła. Zwyczajna szkoła, a tyle emocji, tyle ekscytacji, stresu i ... nauki. Pomyślmy zatem, co byłoby, gdyby to była magiczna szkoła...?
 


Uśmiecham się, bo spojrzałam teraz na półkę z książkami. Stoi tam Harry Potter. Pierwsza część wydana po polsku z ilustracjami Jima Kaya. Tego rozczochranego małego okularnika nikomu chyba nie muszę przedstawiać. Jak zauważyłam ludzie albo go kochają albo nienawidzą. Chociaż ci drudzy niewątpliwie dlatego, że mają dość tych pierwszych, którzy jak pomyleni rysują sobie blizny na czole, zakładają okrągłe okulary, przebierają w czarne togi i wymachując patykami wrzeszczą: Expelliarmus! 



Jeśli należysz do pierwszej grupy, to raczej masz już tę książkę. Ale jeśli należysz do tej drugiej - nie przeczytasz u mnie peanów na cześć autorki, bez obaw. W ogóle nie będę pisać o Harrym, tak naprawdę. W końcu książkę wydano już na tyle różnych sposobów, że w internetach nikt nie potrzebuje kolejnej recenzji. Sieć mogłaby tego nie wytrzymać. 

Tak czy inaczej, doskonale pamiętam, kiedy mama kupiła mi pierwszą część, Harry Potter i Kamień Filozoficzny. Zawsze kupowała książki mnie i siostrze na początku roku szkolnego. Wiecie, żeby nas matematyka w swej królewskości nie przytłoczyła majestatem, a w-f nie przygniótł ciężarem kompleksów dojrzewania. I tego typu. Bardzo lubiłam tę tradycję. Przypominam sobie, jak połykałam strona za stroną, aż... aż zwyczajnie utknęłam i nie mogłam ruszyć. Czytałam z ogromnym wysiłkiem nauczona, że książka – jaka by nie była – ma być przeczytana do końca. Inaczej nie miałam prawa jej oceniać. Kiedy dotarłam do momentu, w którym chłopak dociera do zaczarowanego zamczyska – szkoły magii – tak niezwykłego w swej naturze, że nie sposób się w nim nie zauroczyć. To była właśnie ta chwila, kiedy książka mnie bezceremonialnie wessała.

Co się wydarzyło później i czy miłość do świata stworzonego przez panią Rowling rozkwitała w miarę pojawiających się tomów? Tego Wam nie zdradzę. Nie teraz, w każdym razie. Powiem tylko tyle, że ta przygoda nie była taka, na jaką się zapowiadała.





Książka z ilustracjami Jima Kaya jest wciąż tą samą książką, którą napisała Rowling. Słowo w słowo. Ale ma coś, czego nie mają pierwsze wydania – ilustracje. I to nie są zwykłe ilustracje. Są rewolucyjne.

Wyobraźcie sobie zdjęcie. Cudne ujęcie ogromnego człowieka, który siedzi przed kominkiem na fotelu. Zdjęcie jest zrobione z profilu, a jedynym źródłem światła jest właśnie kominek. Mężczyzna pochyla się nad chłopcem, który siedzi z nogami podciągniętymi pod brodę i nie spuszcza z niego wzroku. Słucha. I wydaje się taki malutki. Ogromny mężczyzna z burzą włosów i gęsta brodą może wydawać się groźny, ale wyczuwamy, że nie potrafiłby skrzywdzić muchy. Ładne, prawda? A to przecież nie zdjęcie, tylko ilustracja.



Umówmy się, Jim Kay nie robi ilustracji nawet zbliżonych do zdjęć. Od razu wiemy, że to farby, ale ujęcia są tak oryginalne i poruszające, że już jako fotografie byłyby piękne. Dodajmy do tego, że miesza on ze sobą różne techniki malarskie, na jednym zdjęciu np. używając akwareli i ołówka (a może to cienkopis?). To małe dzieła sztuki, a nie ilustracje do książki.


Jeśli mogło mnie coś rozczarować, to filmowa postać Pottera. Nie tak go sobie wyobrażałam. Kiedy jednak po latach zobaczyłam, jak wyobrażał go sobie Jim Kay, pomyślałam, że tak to ja mogłabym go widzieć. Niestety filmowy Harry zdążył już w tym czasie narobić nieodwracalne szkody w mojej wyobraźni.




Są ilustracje w tej książce, które są absolutnie wybitne. A do tego bajkowe i magiczne jednocześnie. Jestem pewna, że podczas promocji tej książki natknęliście się na nie nie jeden raz: jak Ulica Pokątna, chatka Hagrida czy jednorożec w Zakazanym Lesie. Mnie ujęło wiele zdjęć, ale najbardziej to urocze ujęcie Harry’ego, który rozmawia z dyrektorem – siedzą po turecku pod stołem w piżamach; czy piękny front Hogwartu w nocy – lekko uchylone drzwi, zza których wypada snop światła i postać kotki Noris. Majstersztyk. Trochę jakby Sagrada Familia, chciałoby się powiedzieć, ale nie chcę niefortunnych porównań.




Ciekawe jest to, że wiele zdjęć, na których dużo się dzieje ma wiele dość nieoczywistych, a może nawet zabawnych elementów. Dostojne, pnące się pod niebo zamczysko – biało-czarny szkic, a po jednej stronie dachu... połowa dzika, po drugiej stronie dachu – druga. Przy dzwonie na dzwonnicy maleńka postać, jakby czarownica, która miotłą chyba chce poruszyć ów dzwon. Hagrid pędzący na motorze, a w dole, w lesie – jakieś nieuzasadnione światełko. Komórka pod schodami na Privet Drive, a na półeczce – mała, rzeźbiona figurka sowy. Ulica Pokątna – spomiędzy krat w piwnicy jednej dość mrocznej kamienicy – ręka, która usilnie próbuje chwycić jabłko. Ekspres do Hogwartu – na przedzie pociągu – gargulec: świnia ze skrzydłami. I tak dalej.

Jeśli myślicie, że na tym koniec, to prawie macie rację. Dodam jeszcze, że książka zawiera zupełnie nieoczekiwane karty, wyciągnięte wprost z magicznych podręczników – pojawia się przewodnik po trollach według Newta Scamandera i przegląd smoczych jaj według podręcznika „Hodowanie smoków dla przyjemności i zysku”. Urocze, co?




Powiem tylko tyle: Jeśli chcecie komuś kupić Harry’ego Pottera, to nie kupujcie mu, proszę, tradycyjnej książki, a właśnie tę. Magia wypływa z niej nawet, kiedy jest zamknięta.

Moja ocena: Bardzo polecam! Czy tylko fanom? Nie. Czy jako ktoś, kto nie znosi serii o młodym czarodzieju masz szansę się przełamać? Na pewno zanim powiesz: „nie”, przeglądnij są i poczekaj, aż zakochasz się w tych ilustracjach.




Tytuł: Harry Potter i Kamień Filozoficzny
Autor: J. K. Rowling, ilustracje Jim Kay
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2015
ISBN: 9788380081185
Oprawa: twarda, kartki delikatnie błyszczące; okładka ma błyszczącą obwolutę oraz kapitałkę z zakładka wstążeczką.
Liczba stron: 256



Recenzja mogła powstać dzięki wydawnictwu Media Rodzina:

Znalezione obrazy dla zapytania media rodzina
Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric