poniedziałek, 31 lipca 2017

"Osobliwy dom Pani Peregrine" Ransom Riggs [RECENZJA]


Fragmenty pisane niebieską czcionką dotyczą samej książki.


Był ciepły, słoneczny dzień. Trawa miękka i pachnąca. Wciągnęłam powietrze głęboko do płuc. Tylko lato miało taki zapach: pełen świeżości i soczystości. Mieszanka aromatów otaczającej nas roślinności w ogrodzie u moich rodziców była upajająca.

W cieniu rozłożyłam duży koc i kazałam bratu przynieść nasze toboły. Dziewczynki już szalały po ogrodzie: jedna tańczyła, a druga w zasadzie głównie przewracała się, idąc po trawie. Uśmiechnęłam się do siebie: o, ironio, dlaczego to, co takie słodkie i urocze musi być równocześnie tak absorbujące i wycieńczające?

- Co ty tam tak strasznie napakowałaś? - zapytał mnie brat, z niedowierzaniem spoglądając na torbę.
- Dzieci, chociaż małe, mają spore wymagają, wiesz? - odparłam. - Picie, jedzenie, przekąski, ubrania, pampersy dla Mańki, jakieś zabawki i już masz pełną torbę.

Wzruszył ramionami.
- Przecież u nas też jest picie i jedzenie. Przekąski jakieś też się znajdą, o zabawkach już nie wspominam. Nie mieszkamy na końcu świata, wiesz?
- Niby to prawda – roześmiałam się – ale mając dzieci nauczyłam się, że zawsze musisz brać pod uwagę alternatywny scenariusz, mieć plan B. Coś jak: „spodziewaj się niespodziewanego”.

On tylko pokręcił głową i westchnął. Ma czternaście lat, to jest raczej dla niego abstrakcyjna tematyka. Chociaż ja w jego wieku zajmowałam się właśnie nim, takim niemowlakiem, jakim jeszcze przed paroma miesiącami była Mania. 




- Wciąż ją czytasz? - zapytał, wskazując głową książkę, którą wraz z innymi zabawkami wyjęłam z torby. Osobliwy dom Pani Peregrine, Ransoma Riggsa. - Ja ją opchnąłem w dwa dni.
Uniosłam nonszalancko jedną brew.
- Skończyłam i chciałam ci ją oddać – powiedziałam. - Ale dzieci nie mają przedszkola. To chyba wyjaśnia, dlaczego dopiero teraz ją skończyłam.
- Chyba tak – uśmiechnął się, rozkładając się na kocu, zajmując przynajmniej połowę jego powierzchni.
- Podobała ci się? - rzuciłam niby od niechcenia, patrząc na dziewczynki, które próbowały wyrwać sobie piłkę, więc zawołałam w ich stronę: - Hej, przecież są dwie piłki! Gdzieś...
- O, matko... - westchnął mój brat. Najwidoczniej już zapomniał, że był dokładnie taki sam. - Moim zdaniem jest świetnie wydana. Co prawda te ilustracje zapowiadają trochę inną treść, ale i tak jest bardzo starannie dopracowana.
- Też to zauważyłam. Ta dbałość o szczegóły pozwala się lepiej wczuć w klimat – powiedziałam, po czym zmrużyłam oczy, bo zamierzałam rzucić bombę: - Ale chyba wynika to z tego, że te zdjęcia, które są w środku są prawdziwe.



Mój brat aż podniósł się na łokciach, wziął w ręce książkę, przewertował, po czym spojrzał na mnie niepewnie.
- Żartujesz...
- Nie – odpowiedziałam po prostu. - Czytałam, że to właśnie zdjęcia zainspirowały Riggsa do napisania tej książki. Był maniakiem, zbierał dziwne, stare zdjęcia obcych ludzi. Te, które są w książce są niepokojąco mroczne.
- Wow. Nie wiedziałem - powiedział w końcu. - To wiele wyjaśnia. Chociaż niekoniecznie pasowały mi do tego klimatu, który jest w książce, ale news i tak robi wrażenie.
- Fakt – zaśmiałam się. - Ja myślę, że zdjęcia wydają się jakby mało trafione, bo budzą w nas niepokój innego rodzaju niż opisuje autor. On nas straszy potworami i morderstwami. Boimy się, że komuś może się stać krzywda. Tymczasem zdjęcia, które mają odwzorowywać rzeczywistość wyglądają, jakby uchwyciły sytuacje, które są nienaturalne, paranormalne. Ale tak ogólnie podobała ci się, czy nie?
- Była fajnie napisana. Pomysł, mimo że częściowo zasugerowany przez fotografie, naprawdę trafiony – i postukał palcem w okładkę książki.
- To prawda – przytaknęłam. - Ale wiesz, pomysł – pomysłem. Istotne jest też, czy facet wykorzystał potencjał historii, którą sobie w głowie ułożył. 



Brat na chwilę się zastanowił.
- Moim zdaniem tak. Było wiele historii jakby „drugiego dna”. Wiesz, wyobraź sobie, że dziadek opowiada ci o tym, jak w dzieciństwie uciekał przed potworami i jak ostatecznie udało mu się uciec z koszmaru wprost do najcudowniejszego miejsca. Na wyspę, gdzie żaden potwór cię nie dopadnie. Co prawda rodzice i dalsza rodzina nie zdołała im uciec, ale on przeżył. Sama być nie uwierzyła.
- Chyba masz rację. Zwłaszcza, gdybym nie znała historii. A znam, jestem przecież historykiem – powiedziałam, po czym wstałam: widziałam, że walka o piłkę zaczyna się zaogniać i czas interweniować.

Przyprowadziłam dziewczynki na koc. Jednej podałam książeczkę, a drugiej wiaderko pełne klocków-kształtów z sorterem. Wcisnęłam w rączki po kawałku brzoskwini i na parę chwil zrobiło się cicho. No, powiedzmy.

- Po prostu dla mnie „potwory z Polski” z opowieści dziadka od razu skojarzyły się z masakrą, która odbywała się tam na Żydach za sprawą nazistów – powiedziałam, jakby wcześniejsza rozmowa nie została nam w ogóle przerwana. - Ale jak dla mnie książka mogła być lepsza. To znaczy dla mnie jest kilka aspektów naprawdę dobrze rokujących, a jednak niewykorzystanych lub po prostu spłaszczonych.
- A może jesteś zwyczajnie za stara na takie książki...? - podsunął mi brat z typową dla siebie szczerością.
- Niewykluczone – odparłam przekornie. - Ale przyznaję: dobrze się ją czytało mimo to. Znaczy, do połowy. Potem już, jak dla mnie, spadł poziom, jakby autor chciał wyhamować rozpędzony pociąg. Jakbyś 3D zamienił na 2D.
- Aż tak? - zdziwił się. - Nie zauważyłem tego. Ale dawno nie miałem do czynienia z takim... nijakim głównym bohaterem...
- Też sądzisz, że nie był interesujący? - spytałam, krojąc kolejną brzoskwinię.
- Hm... - Wyciągnął rękę po brzoskwinię. – No, był jakiś taki mało wyrazisty. Jakby gość skupił się na kreacji wszystkich postaci tak bardzo, że brakło mu weny na głównego bohatera – podsumował.

Roześmiałam się.
- A jakie jeszcze „drugie dno” zauważyłeś?
Brat zamyślił się.
- No wiesz, że życie nastolatka to ciężki kawałek chleba.
Przewróciłam oczami.
- No, rzeczywiście! Nastolatki są zawsze przekonane, że one mają najgorzej. A życie generalnie nie należy do najłatwiejszych zadań, ale kiedy masz kilkanaście lat chyba zderzasz się z tą prawdą po raz pierwszy świadomie i wydaje ci się, że tylko ty to widzisz – podsumowałam tonem starego belfra.
- To też, ale nastolatki są przede wszystkim przez nikogo nierozumiane. A rodzice tego nie widzą, nie umieją rozmawiać.
Skrzywiłam się.
- Też czujesz się nierozumiany?
Wzruszył ramionami.
- Chyba nie, ale to nie zmienia faktu, że rodzice się boją rozmawiać, bo nie widzą, czy nie za wcześnie na traktowanie mnie jak dorosłego; czy może nie za późno na takie gadanie jakbym miał wciąż 7 lat.

Pokiwałam głową. W duchu przyznałam mu całkowicie rację.
- Może już jestem zblazowana, ale taki scenariusz w książce wydaje się strasznie oklepany: rodzina tego Jacoba, co jest głównym bohaterem, ma sieć sklepów, która przypadnie mu pewnego dnia, ale oczywiście on tym gardzi. Na brak pieniędzy nie może narzekać, więc oczywiście jego rodzina musi być jakaś dysfunkcyjna – powiedziałam znudzona i jakby lekko rozdrażniona.
- No, ale tak często jest – podniósł argumentację mój brat. - Po prostu widać, że często tam, gdzie jest pieniądz brakuje innych, ważniejszych rzeczy.

Ucieszyłam się, że mój brat potrafi już sensownie gadać.
- Dla mnie dużo ciekawszą postacią była Pani Peregrine, chociaż powinnam powiedzieć Panna, bo oryginalny tytuł to sugeruje – powiedziałam. - Więcej: mówi, że to nie dom – czyli ten sierociniec – był osobliwy, a same dzieci. A to spora różnica.
- Dla mnie to jeden pies. Mnie się podobała ta książka – powiedział mój brat, siadając. - Tak mówimy o niej, jakbyśmy ją krytykowali, a przecież jest w porządku.
- Jest więcej niż w porządku – uśmiechnęłam się. - Po prostu, kiedy zaczynasz się zastanawiać nad książką, to starasz się ocenić ją wnikliwiej niż tylko: „Była dobra, warto przeczytać”. Ja po prostu jestem już czytelnikiem w zaawansowanym stadium.



Na te słowa mój brat prychnął i pokręcił głową.
- Ja też dużo czytam.
- Ale ja już z pewnych książek wyrosłam i trochę więcej oczekuję od lektury, która ma dobry pomysł – powiedziałam, podsuwając dzieciom inne zabawki z torby. - Dla mnie, jeśli ktoś marnuje pomysł fatalnym warsztatem albo zaprzepaszcza go, kierując z pięknych głębin na muliste płycizny, robi taką samą krzywdę książce, jakby tego pomysłu nie miał, a chciał koniecznie coś napisać – zaaferowałam się zupełnie niepotrzebnie, więc na zakończenie tylko pokręciłam głową.
- No to podobała ci się? - zapytał mnie mój brat, jakby nie do końca ogarnął, czy skrytykowałam książkę całkowicie, czy tylko do pewnego stopnia.
- Podobała mi się. Ostatecznie podobała mi się – powtórzyłam z rozmysłem. - Pierwsza połowa jest naprawdę świetna. Ale druga w zasadzie też nie jest najgorsza. Wydaje mi się, że to trochę zależy od człowieka i jaką literaturę lubi. Druga połowa jest po prostu lżejsza: walka Dobra ze Złem toczy się na prostym poziomie, bez specjalnych moralnych dylematów, które sprawiłyby, że stałoby się to bardziej rzeczywiste. Ale co kto lubi. Może niepotrzebnie się tego czepiam, w końcu to jednak książka dla młodzieży.

W tym momencie Mania stwierdziła, że brzoskwinia jej nie wystarczy, a Buńka zaczęła jęczeć, żeby rozłożyć jej basen. Robiło się coraz cieplej, więc zakończyliśmy rozmowę. Ja poszłam z małą do kuchni na zupę, a mój brat obiecał zająć się basenem. Książka została na kocu.


Tytuł: Osobliwy dom Pani Peregrine
Autor: Ransom Riggs
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2012
ISBN: 9788372786463

Oprawa: twarda, matowa, papier tradycyjny
Liczba stron:400
Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina:
data:image/png;base64,iVBORw0KGgoAAAANSUhEUgAAAOEAAADhCAMAAAAJbSJIAAAA1VBMVEX////tGyQjHyD//v8hHR709PQAAAD///0eGRr5+fkdGBnsAAB2dHUXEhMbFhf9///CwcHtFR8uKyzOzM2Jh4hJRkdZVlff39/r6uqurK0VDxH2pKY4NTakoaJ/fH0PCArsDRliYGHtABCSkJFSUFGamJna2dr95+f1f4T3nqJNSktDQEHuMDgpJSbuJS3wSU72lJn6ubr829zybXL88O80MTKrqarxZGj7ztD94OJsamvwPETwVlv0iIz5wsPzdnnyVVn4sbL+1djwQknvND74o6n0hIjVRne5AAASMUlEQVR4nO1ci3uiutOOgCIqRlrrBVuh1IpWxRutl3qp1u3//yd9Mwkottqeb8/v7OLz5D1nuxZCnDczmZlMwhIiICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICDwH0CmxG97zmRLiHquDZV91yeUqCqRv95V8fJ00R2P/ks5fx+U0rVjGLY3AgrnMB2/tWYwGurJNkBw49mG8zo938NfxdZJAJzleR26fdu2FzAaqPGvoNTtG9CFPfb/QzF/GzL5xRjaE/+sBqY2NMi6wE8+ZaUyWXnYhdF1/0tJfxcqWXEdrk8IH2DUNRJ2F+/TU41U1gAG6S2WDAHvOA+z05PSM8htI+sNiSyfNFJZVf0WdGE47bN2/lehUrf12l1s2DSkqkqZ9zncxotkuzqoRybBdFTB84AnxZHxl93urq3F0tNQ+E/bToGALKs08JVAlEUBBMFBoPwSv8lUKQN3DB4QQ5CiNl1t5W+88V8EeA8uGPuBcY+EglIS3qFnRfdnPMqwsTlv538XoAsV9KdC5O+Dv/D6k/WgvRmupjMX4R+DXZtNV8Naezl+2yUMu79SmUoDhccONNAizLUFuAt0+jYCPIfX3fX7b4vFBDAej/GvxeLtrf/a9Yx9I/Cyr1NmrzBO8bRSnHEUZpo/sVlQSyS6/a5nZ0M4jIiN7jYbuWgg/QSDPeZzksaTIQdMtI2dCOBtgLSPprip1dqDgIfRXdY2aLzbmetr+NAovJOY0VjaZxQwg5ZOyNCwV9FbS4Nf3cdzrqnZ0gvHxJn+cYH//6CktWeYMGBmUfSMaMHanuGMeRNZxWkrD9/3Ok9kh/GME5+wZwiE7O408P5UlQfBbFu4FBdQ6JrU6cQxApNGhqsLIEgjVop0Xl3uPUBjteDSxOcRDxaUtZ0djsYYlhXO9vy6JDaQydCIMEw4Y5flZ+BCNl7gMX1MYYDKdJII2xr96RvEi9EF6BA84/sxxYlL+Zp36BmcIXOgxB1AqNjPwI37DiExpqv7T5iBuUU52ricwjx8GOqQ5WQQNg+tjFccGMOb/W3h/wEocd/s/iRK0WkTllnj8tbYM3SjqnaGZPtqxHTl+wX+xFmABR5TBMcJDA0DaDlr1kweGHuK9ton027C2MWyevEJMvHHTt+VW4colzA8tmgEhvama9icYZgA4H2MKStg+K7F35dCSumvnf6M+kFY9FBThgc5NXCwd+7EsFus5cbbM3RaMvNDRv+bSmSMoLWQIVG5ob6238CjGF3I36ZdoLJxnA9c2q+cgwo9NE6IJcbiIlIaon047zNMwT/QUJ3ltgVk7P6WTHdGjYwSwJDSFfiVxI6TtAf42AazHXIRFLWl/T7C5by/RO15G21g2EDR33Z3W+Ivsi1cTdjObviKBmxgZY1SWsNs5zIYyowhm081B0Pjiowg9kFyM8RKqT9cUddzvIFfc4B/3/OGuGwmNQPXhxfBUBvYryNeWyMDIGi/a9T/2C23Gsu1kULbWQyxvm0YtdmqzSs6yHD9t2X/J1AZwy0raqgqfIYAOCBUczX0s1hfA47+CvLxtm0navAE5nBAvGZfCEOZQijfTVmtFPUFghuJzYmGW8/pBwteVKvahqFo/UlJfx9yGyM4FrZhkUspGKqz1L42W2b7o6B4CtEQxsW+NIYUSxpY4m3jMvgrpmsgKLP6IcX1IzL8+OPC/hYChiplxTf4Wft12kPiyl8Gbhg7VRkSBGf5p2X9PcjthFfDZRCYHkU1ntpJ+1LXlpcXxdDo9sfL2oxt0ZDT+71w2WcF78Fgufxotda46ljGOh6i43Q3Gx8ZYqZiO479vtyMcAPj1HaFSqa8JozAsneQvm1r05juzIBUs4XjTFzSPiybbMd4a/FCzdfmZDkej/uHVSIwpGRoZJ12PDdmVF4pBUs7MGQkX08XX3APB3doBnaEISasCRvS15gCNywgez5imECG8qlVH+5xwMBMI4MxwPUHrClXJ5r/fYBvHCZs21vRiJXCdExgifvk6Rky2tR+DfpRKyXa2jHQ0uMIPO4zXCyGstzmCgFXk3iffKxmKj21cofEtesBKztSrgFP46/fxvEkeACr3nvvk1ZtxYuDuHN61ELlO4TTRBfhceCotGPqRKNQWREtMR6OfFxJEMoWiscMVZ6WQzxErFarIWJ9IQwJZ1gLd+ODIwufGar0KETi580FMVxi9ZCFD0w7qb/+OHY0kLFiFdw9JAK4ZsRaW/uPC/tb0Ja2t2F7MezEgf9hv7vHqqGYyK36m+DADVtA0VX3QhjKyLDLSy8U7XRsZGvH+/KMlvtqJzaBk2WnTC6GIVG1D7u7YhaIRCaOPSbsYJBMA86owek75j9rl+2UMj3ivkXtbwv/z4AMp+zgiTtzx4bdnxHqt4caVjVUzGQgVgx5nLcjsR33ni6Eod9ydlNk4k76C8Pwhipx11mPrfNZckPpEFcSyNGZjPiqhG3KXQzDtfM+wuXfq2PYCacNTmWX9TbAs+1imU1TqTYJ023bG/KVB70khmMHa95AFNOUN0hXPdupacDB+0XIsAtRgmzDbBRStg0rU7Hy6UUwlDlDorUYB6M/a3cNVmKi7tvEJ+O+i7NxeNjB9wYyv3shDMGrTBxwLuNgbwkXwYkBFmyIP+luZdylwPOktcMWahaIQ2KwsIFhXE8lRiDjHvDb0R6ws/RZauqP7eEqu3BZKicvDitf9Dd4HO4ydCgTd2G/LbuRTfrsli8v/HF2+eHwg+6UjnaRgwpvU6KN7QuJ+MTFgzFHJxXGPKfR1rbHjvJTtnpaRUbBdoZy62IYzvpH52kS9i4oectYx8HzQjgPIV1rZw+NjG7tQhjKMv3E0HnH8M8ycdwUtls+lm3Yob1+ZLIasAa+CIYg+uj1yERZYsazVDzxZn+EJ0ogBfis7cHflPyfQsYUOiI0BgdMvJEjOlh7GZb5QZOr7hFDrHlfwlmMaURsZzHDjdHgJSB8bcgeyHzhi6+VqINslKG9PFU6jhtUsjk4UnvsIkE8uo2yb5BhMNfYixi8xHqkw/hDpYfTl8b7cV0QX4yyg/1gtu+rklF0KkLEj7+R4qnRfZzbjdhLlb47G4220+kUC/jGcrrdjkYz1/c1pLnaRQ5/jWg837QIIFN2fBsWFaHlva4nk8Xb+84zHL7NxEyRfTIS3df+YjIZr185O/wz0HgBMqY8+TtNuPI9JCv2Zzj4P99PYz8d/hYGEDSM7JgfmKYxfWWGHTpgb79SuQZyO2xr0ANNvS34qzLr9boVBfzOXqDpY6w3vFdIdvBdL0rj6lBlJh1lupy2JsvNastm27G49GvNV2YvQLE3wQg/UBRTK8UXJEeb2lRFjpovRzasaRgBSUBR3j8RXgl9K3GHv4Z+PLWIC/c++MMPVuymKlsx0WBJy4q+uIu4bbPdz6CcGr7mpHJ+cG02AYtdx3PziRLXxmiQ/WYZqw3AubB3vU8qScX6AHThtGJ5GjosTNit87PIheBn2H6Q4nyBTGYsOhq7WCoRGLIk016fdxMzDxhmZ2GJ9BPAsmfsaHRMz+yDlfIi76ljegEgGbDxmOzp5IyXchJ8DRlDgN+oeRC+x/I37xC6g8nApeqZf1MBnNX0Df/VhXi+OoPuY7oeb/zTJsjAwgg7znaKIQuG7sd4GUsNCggICAgICAhcNCqA5P++2yT2e+I9lD+PZOOpcfOIolzfVf+H/b7cQMfNr9cr1cfyv+n3+h5Q4h0nH0rw+eGHcUxK+YxV1Ij8krJSue+VeT2/Z5jXHwqVHyR5TGXy0vWXy5XnVOrq6+V/jmoqn8+nHtnnZsfM563GDxaYvFIkHRhWnjKSclX4tm1B0vMI3bR68x/EfLSgu69t7lKSZNb/hfXeWZIk5e8Zq6oJnzNPPwx2yLDcAYbS93ZagLaSpLAf+u33HZ9h+AACWj+YyreY6/Dt6Q7rOYefldsfxjpkqD2YpjX/XmrOsCfl8S8r960mzjBs9kzr+XtL+RbaTRpZpV8C0eFz7wf3ETIkycd5/Qd9I8N0o/pSfIavSd986zHOMCSFeq7wL4xUY6wkEyVupvCjlH/Z35XL5aO+K+VkhOFRgfBTy1A6bJuDZ+7gg3Jb2Dc+troyUj/H8IvI5eiwJss/DHKFs1I6ZfYVjO0DYfXoZPUpbZp6oxpIk6x2LNO8KWgBw2T9qVTiVlouXkHLebl802jcRx0+YzjHFmArCjM27fq+B407j1wySsp1+BopV3nhDK/vGxEkyXWnVGpUKUnmGo1OlVzf5E3z9lELRLoxUSQyf2o8nbHkAjC86vQUvUCS93np+RbHnFFq5qyMkk4rGT2Ya/V8BvSdv6p2Al9aMtN6B/k0OxbcUczSSyqdf46q4ZghzvDko4WTUkmbT3worhsme/j+UWIMC718OpNmyOt3KGEmY95hGDbTqbvCMz6dThVRRjkQqVd90tOpF3IS4EqV29yzZBXJ9a2SKZXSUpo508q9LuWt2x56MtZdNYWC6Kb+fCVxhjAi6RsQMzlH5WdMXe98dlShlZK7Hp+H2gOTEAUz8VmiNdC9ZXQ9c9sLGEKA0dE7cBeKOkgjw1JGys9vLFNHOViUesGBTeum+fwM3Z12H3LRlJSnQimjXJG7vGLe4e89nBUgdRoTgQKMvVJFPWWgt9tcvYG+n+swz53HXR7FKdVznfwphsrN4+MTjIGSuuPjpEiN0i1Q0EsVHu4kqVGf3+pch5AkzOfzBjoEvM8YZgKGki7NH+rPyAvykiYEZJhfuXpJUs4y1CBYpJ/KdVNKNYum0ms+QEjUQcayhdNG1jQyz8PQJSF2Q7cNvFPXQ4YZpsNkzkRXBdI0gfNXhlLasoBPJgO9kFuIob27cuUarTZfBf0jsWKZyNdAmnkaDZAswkBYTXLEEMcPzQkjZLqOIilcpErRPMuw0shgiAcfoxdLmfRT8hG6sao41jA/5/U66CzNNMVuMFPf5zSBDpGp8lxB5wTSnGDIAr7EPFYZxUWmpIAT6J6Un3BalPHhO/3gSwtXacl6IMcMM6xzynw+MrxTuKxwD9R6hmGzk8aEpgkD2etJmbr2gs60zsdJMS2ADjO+V9DqoAaTxzNgFmVYvlFQVgbrlJV24Euk/HUoLk+DKkitwwRgE5XJEjKsKCBWkKlFdZhpMBeBV+pJrQjdprgXBEs4w7AAvhNj4S2L9fDdKFK+xBn2bvYoaLnMeYbpkKF8imE+94gMG+Vjho0oQ8oYKgHDZM4CywrSgyOGpS8MeavcWYZV9FiQdt/ng3ytDFzhi1n4vbmuhNDAB0JLHnJuP1lpA82HBf/mKSvVc5UbGJ58mFSkWbbQRO5PjGGmxMJTQQqttAqDnQrDW5RhPsqQPCp7kaCX0wzlR5PPLpwVIIrGhlayNHK9l7XS5Fk5tMiUmslksqgf+9IkprNWsZJMNhuZUwznXHU6ioBW26tCLw0YMf2FVNDTpB8qWrIcehpyDSlepqgFC+3zDAswwTMNJpIVzsjP0NAJ4TBU0ExRmRjkwK9Cvgo2cV/Qks15b16t8BkLhOrFe+lMtCjWMcc9yZCUkMdVhS9llKt57ikfiRaKdA8PY1xEhjJGyF7jvgSof8eQiaR0ApFO65D7agzaOfhGE1MOnG+pa4yDIP/tfH6TV/Q0mkId9YCJhtX7xLCJcRBvsVh8giFljl2y6jKMIFKEnAWEVLDbip5hD2f0NI/45IVFSCUDMEvfMZT3Ium9cwwrt5Zu4tCSKn7gdmvqbEFcuLFAZj0NBHkWeI+yKDqkSJaeQoYNS7c6zH9IjJvZqKaglyOGEvQ2lyGVgVzE1O/gqXoeG0MqEiyJCrf4exoefjZNBXMaSI4CWIwh/M2yNvi6wJfCFUx3IB9Ko0H17lCkk1lbJQfgE7+ey7GFfgGuzFnjZvFGsSzzeV7lG3+Vxw6Ej1KVFKFJFTLvB3yYeevCvGdZmXqzMs/l6tHMu4lfgP2W67mgdfLuXoJuO8VwJK5z8PtVrsmalLXHXAQQEpvQZ65A+Nc9VJjlwac7lLpSvIWuuEjz05l3EhF+YprSkuEnolXKiP1Ch/1e4Q9BC3p4GNYwvOHhCoe87401TqLHlVm3kara8cPJKDSy/7pjWaMiVqJXYoyLeFlWQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQCC2+D9lHwHvHbSwuQAAAABJRU5ErkJggg==

czwartek, 13 lipca 2017

"Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz", J.K. Rowling [RECENZJA]

 

 Ja się chyba po prostu nie nadaję do czytania scenariuszy. Odkryłam to, kiedy z trudem próbowałam przebrnąć przez scenariusz do sztuki "Harry Potter i Przeklęte Dziecko". Nie, żeby to było nudne, ale forma nie leży mi tak bardzo, jak to tylko możliwe. Ciekawość jednak wzięła górę i ostatecznie udało mi się całość przeczytać. Niemniej kiedy otrzymałam od wydawnictwa Media Rodzina "Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz" napisany przez J.K. Rowling, wiedziałam, że nie będzie lekko i z pewnością będę musiała podeprzeć się samym filmem.





Muszę przyznać się bez bicia, że zanim przeczytałam scenariusz i obejrzałam film byłam pełna obaw, że ten cały piękny świat, który stworzyła ta kobieta będzie "tym jednym krokiem za daleko". Jak próba wydojenia pustej krowy, jeśli miałabym użyć tego obskurnego, ale niestety trafnego porównania. Sądziłam, że jakkolwiek byśmy kochali magię w Harrym Potterze, na odległość wyczujemy smrodek naciągania fabuły. Czyli nastawiona byłam, że przyjdzie mi krytykować tę pozycję. 

Po przeczytaniu stwierdzam z całą mocą, że zdania nie zmienię: scenariusze są dla reżyserów, którzy robią filmy. Jeśli ktoś śmiałby porównać tę formę do szekspirowskich dramatów, którymi potrafię się (już!) zachwycić, to niestety musiałabym go zdzielić po głowie. Te wszystkie dawne sztuki miały to do siebie, że były ubogie w dekoracje i kostiumy, a te informacje nie zawsze można było znaleźć w didaskaliach. Dlatego samą sytuację w pięknych słowach opisywał chór lub same postacie. Współczesny scenariusz pisany pod film lub sztukę pozostawia tak wiele niedomówień, by umożliwić swobodną interpretację reżyserowi, że staje się w zasadzie jednym wielkim dialogiem. Nie chodzi o to, by autor/ka wyręczył/a moją wyobraźnię, serwując do bólu szczegółowe opisy, ale nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Dlatego o ile fabuła nie rozczarowuje, o tyle sprzedanie samej fabuły w formie scenariusza jest, moim skromnym zdaniem, pomyłką. Kilka opisów scen jej nie pomoże.






A teraz co do samej fabuły. Tak naprawdę oparta jest na prostym schemacie. Wyobraźmy sobie naukowca, który pisze książkę podsumowującą jego pracę. Jednakże wymaga ona głównie badań empirycznych, więc naukowiec ów jeździ po świecie. Nieoczekiwanie jednak w czasie prowadzenia badań decyduje się na przerwanie pracy z powodu, który wydaje mu się bardzo ważny. Sam przekonany jest, że to będzie krótka piłka: musi załatwić tylko jedną małą sprawę. Ale, jak to zwykle bywa w takich fabułach, coś idzie nie tak. Tak na dobrą sprawę należałoby powiedzieć, że sprawy przybierają najgorszy z możliwych obrotów: wszystko wskazuje na to, że praca życia naszego naukowca została zaprzepaszczona. Zaczyna się więc walka i to na kilka frontach: o jego dorobek naukowy, o przetrwanie, nawet o jego życie i wartości, w które wierzy. No i najważniejsza: walka dobra ze złem. 

A teraz wyobraźmy sobie, że to wszystko osadzamy w świecie czarodziejów J.K. Rowling, tylko wcześniej, będzie z pół wieku, jak nic. Dodajmy jeszcze, że głównym bohaterem będzie autor podręcznika Harry'ego Pottera ("Magiczne Zwierzęta i jak je znaleźć") i już mamy niezwykłą opowieść. Ciekawą, pełną zwrotów akcji, z zaskakującym, ale szczęśliwym finałem. Ostatecznie w końcu dobro zwycięża. Rozwiązuje się wiele spraw, ale nie będę odkrywać zbyt wielu kart. Końcówka niesie za sobą dodatkowo niezwykle silne przekonanie, że "na tym to się nie skończy". Od jakiegoś już czasu wiemy, że druga część powstanie na pewno. Nie wiem, czy to dobrze. Zawsze drżę, kiedy słyszę, że film doczeka się swojej "dwójki" (drugiej części pod tym samym tytułem, ale z numerem 2), która nie tylko stawia w fatalnym świetle twórców, ale i niesie jakiś taki gorzkawy posmak rozczarowania. Nie mamy jednak na to wpływu (na pewno ja go nie mam), więc pozostaje nam tylko czekać.

Czy warto przeczytać? Na pewno warto obejrzeć film. Cokolwiek byście o nim słyszeli, zawsze radzę liczyć na własny gust. Czy polecałabym książkę? Mnie drażni forma scenariusza. Nie lubię też czasu teraźniejszego, jeśli naprawdę nie ma ku temu powodów. Ale jeśli ktoś nie widzi w tym przeszkody - polecam, bo fabuła wciąga. Fabuła i barwne, świeże postacie, zupełnie niepodobne do tych, z którymi można się spotkać czytając siedem tomów o Potterze. Miałam kilka momentów (zarówno w książce, jak i w filmie), że jakaś scena była sztucznie zabawna. A raczej miała taka być. Byłam przekonana, że Rowling chce mnie na siłę rozbawić tanim chwytem, który miał bankowo zadziałać. A tu klops, bo mnie takie pewniaki tym bardziej nie bawią. Na przykład, kiedy Goldstein, chcąc uciec od odpowiedzialności, naiwnie "daje nura za biurko". Ale nie było tego tyle, by zepsuło mi to odbiór treści. 




Książka jest, nie można jej tego odmówić, bardzo ładnie wydana. Okładka jest naprawdę magiczna i praktycznie identyczna, jak ta oryginalna, angielska. Nie to, co podręczniki do Hogwartu ("Baśnie Barda Beedle'a", "Quidditch przez wieki" i "Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć"). Jest przyjemnie matowa z błyszczącymi, złotymi literami i niektórymi elementami ozdobnymi. Jednak generalnie zdobienia, które widzimy zarówno na okładce jak i te znajdujące się w środku (pomiędzy scenami, przy numerach stron itp.) zostały stworzone przez pracownię graficzną MinaLima, którzy inspirowali się motywami zdobniczymi lat 20. XX w. i samymi magicznymi zwierzętami. Są niezwykłe, muszę przyznać.

Ciekawostką jest, że za tłumaczenie tekstu nie był odpowiedzialny Andrzej Polkowski  (i Joanna Lipińska), jak to było w przypadku pozostałych książek, chociaż tłumacze - Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz - wykorzystali niektóre nazwy własne w tłumaczeniu. No cóż, jak dla mnie "czuć", że to nie Polkowski, którego uwielbiam. Moim zdaniem (nie wiem, czy zgodzicie się ze mną), Harry Potter Polkowskiego to jak na nowo napisana książka, która bierze pod uwagę polskie poczucie humoru i różne gry słowne. Tutaj jest bardzo poprawnie. I tyle.

Moja ocena: Polecam, ale... ale właśnie nie podoba mi się ta forma i czas teraźniejszy. Jeśli jednak wy nie macie z nimi problemu, a świat czarodziejów J.K. Rowling nie jest wam obcy, sądzę, że i wam się spodoba. Czy spodoba się tym, którzy nie pałają miłością do Pottera albo po prostu go nie znają? Nie jestem pewna. Świat ukazany w scenariuszu (i filmie) nie wyjaśnia wielu podstawowych kwestii, więc tych, którzy nie znają "podstaw", może męczyć natłok różnych zjawisk/zasad panujących tam bez ich wyjaśniania.



Tytuł: Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz
Autor: J.K. Rowling (tłum.Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz); ilustracje MinaLima
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788380082946
Oprawa: twarda, matowa, z elementami połyskującymi; papier lekko pożółkły.
Liczba stron: 312
 
Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina:
 Znalezione obrazy dla zapytania media rodzina wydawnictwo


poniedziałek, 3 lipca 2017

28 czerwca - o tym, jak to się się spędza egzotyczne wakacje z dwójką maluchów

28 czerwca 2017 r.
Środa



Mania: 1 rok, 2 miesiące, 1 tydzień, 6 dni
Bu: 3 lata, 8 miesięcy, 1 tydzień i 5 dni
Waga:  56, 2 kg
Pogoda: Upał, jak w tropikach, 32*C. Oddychać się nie da.


20:14


Ale mi się tęskniło za czasem, kiedy to siadałam beztrosko i pisałam internetowy pamiętnik. I naprawdę było mi wszystko jedno, czy ktoś tu wchodzi, czyta czy może komentuje. Było mi miło, jeśli ktoś jednak wchodził, coś przeczytał albo nawet - wow! - skomentował, ale dla mnie liczył się strumień emocji, który się ze mnie wylewał, bo mnie uzdrawiał. 

Potem pojawiły się współprace z wydawnictwami, co mnie bardzo budowało i napawało dumą ("ale że ja?! no nie może być!"). Ale niedługo potem, zupełnie nagle, w życiu prywatnym zaczęło się tyle dziać, że odpuściłam to wirtualne na rzecz tego realnego. Wybór wydawał mi się zdrowy, ale za to od ładnych paru miesięcy blog wygląda jakby był bardziej recenzencki. Przyszedł więc czas, by wyrównać proporcje. Chociaż nawet nie tyle "nadszedł czas", co w końcu się jakiś znalazł, kiedy wróciliśmy z urlopu...




URLOP ZA (DALEKĄ) GRANICĄ Z DZIEĆMI

Przez pięć bitych lat każde pieniądze ładowaliśmy w dom. Potem urodziła się Maniula i tak pewnego marcowego (bodajże) ranka ocknęliśmy się, że w sumie można byłoby się kopsnąć gdzieś w lecie. Ale im dłużej o tym rozprawialiśmy, tym gorzej się dogadywaliśmy. I tak mijały kolejne dni, aż nadszedł kwiecień i trzeba było się zdecydować. Wtedy okazało się, że gdzie być się nie chciała ruszyć, wakacje to w pierwszej kolejności wydatki, a dopiero w drugiej przyjemność. My nie śpimy na kasie, więc żeby się móc ucieszyć wakacjami, a nie opłakiwać wydania każdego 1 euro na lody, trzeba sobie najpierw ustalić priorytety: co na wakacjach jest dla mnie najważniejsze, jak duże znaczenie ma lokum (i co powinien mieć), jak chcemy spędzać czas, no i bardzo ważne: jak daleko chcemy pojechać, czy damy radę samochodem, czy już trzeba pomyśleć o samolocie.

Nie będę pisała tutaj samych rad i wskazówek, a opiszę naszą (całkiem długą) podróż samolotem z dwójką małych dzieci do egzotycznego kraju (Gran Canaria na Wyspach Kanaryjskich należących do Hiszpanii) i jak spędzaliśmy tam czas. Nie wiem, czy można to doświadczenie przełożyć na podróż w innym kierunku, ale część informacji na pewno jest uniwersalnych.


ORGANIZACJA


Nie czarujmy się: z dziećmi nie wybierzesz się spontanicznie za granicę. Najpóźniej na miesiąc przed wyprawą trzeba zadbać o dokumenty (te dla małych dzieci mają krótką datę ważności!): dowód osobisty i karta EKUZ. Oba wyrabia się za darmo. Tylko do dowodu trzeba jeszcze zdjęcie. Jeśli wybieracie się poza Unię, to oczywiście paszport. Karta EKUZ upoważnia do świadczeń w zakresie leczenia. Dokładnie jak w Polsce: za darmo (za okazaniem karty) przyjmują w placówkach publicznych, w prywatnych - płacisz. Proste. 

Najlepiej rzeczy na wyjazd wakacyjny kupować z wyprzedzeniem, na raty, żeby potem się wydatki nie skumulowały. 

Ok. Dość nieoczekiwanie (trudno opisać tu całą historię; dość, że okazało się, iż trzech braci eR. z rodzinami wybierają się na Gran Canarię, więc nas to trochę przekonał;, to miała być nasza pierwsza taka podróż z dwójką dzieci) trafiła się nam wyprzedaż Ryanaira i bilety mieliśmy bardzo tanie. Dlatego zdecydowaliśmy się dokupić rezerwację, byśmy we trójkę (Mania na kolanach, jako niemowlę, do 23 miesięcy) siedzieli razem. Dokupiliśmy też miejsca, które miały więcej przestrzeni na nogi (pierwszy rząd po prawej, czyli 2D,E,F), by dzieci mogły sobie tam swobodnie siedzieć na kocu i bawić się. Ten pomysł był strzałem w dychę. Małe dziecko gdzieś w środku samolotu miało... trudną podróż, delikatnie rzecz ujmując. Dokupiliśmy sobie też bagaż 20 kg. I chociaż mieliśmy wątpliwości, czy słusznie postąpiliśmy, okazało się, że był on bardzo potrzebny, mimo że sam Ryanair (inne linie lotnicze mają inaczej!) oferuje dużo w cenie biletu bez rejestrowania bagażu. 


Można zabrać całkiem sporo; w kadrze nie zmieścił się drugi wózek i dwa bagaże (poniżej)


Opiszę tutaj jak w praktyce wyglądała kwestia bagażu z dwójką dzieci (3 i 1). Buńka już miała swój bilet, więc traktowana była jak dorosły. 

- Mieliśmy 1 bagaż rejestrowany 20 kg, kiedy kupuje się go przez neta wtedy gdy bilet jest najtańszy. Jego cena jest różna w zależności od tego, kiedy i jak się go kupuje.
- Każdy miał bagaż podręczny, który nie był sprawdzany tak jak np. w Wizzairze, gdzie potrafią być do bólu skrupulatni. - limit 10 kg. Razy trzy, bo ja, eR. i Buńka.
- Każdy mógł wziąć małą torebkę - Ja (torebka "workowa", bardzo pojemna), Buńka (mały plecaczek), eR. (aparat fotograficzny)
- Każdemu dziecku przysługiwały dwa nieodpłatne akcesoria. Wzięliśmy każdemu dziecku wózek i fotelik samochodowy, bo chcieliśmy wynająć samochód. Jeśli sami rezerwujecie sobie hotel czy coś, zapytajcie o możliwości dostawienia łóżeczka turystycznego, coraz częściej można to zrobić za darmo, by nie brać go, jako dodatkowego akcesoria. W Ryanairze można wziąć więcej akcesoriów, ale za każde dodatkowe trzeba zapłacić. Więcej: można zarówno wózki jak i foteliki (a nawet bagaż podręczny) przy odprawie bagażu rejestrowanego od razu nadać, jako "nadbagaż" i nie plątać się z nim po lotnisku. Można to zrobić też częściowo, jak my i np. foteliki oddać wcześniej, a wózki dopiero przed wejściem na pokład. Po prostu składa się go na lotnisku przed schodami samolotu. Te akcesoria trzeba odprawić wcześniej, bo muszą dostać tę specjalną "naklejkę" (wózki muszą mieć możliwość składania; mogą być w dwóch częściach, ale to trzeba zgłosić, bo każda część będzie musiała dostać "naklejkę"). I jeszcze coś: akcesoria albo są wykładane później bezpośrednio na płycie lotniska, albo w miejscu odbioru nadbagażu, nie wyjadą razem z walizką, po prostu. 
- Mania, jako niemowlę miała swój "bagaż". To znaczy: osoba podróżująca z takim maluchem może mieć torbę o wadze do 5 kg na akcesoria dla dziecka. Tyle, ile dziecko potrzebuje na podróż. Tutaj już nie jest ważne ile płynów czy jedzenia. Takie niemowlę ma stałą cenę biletu (w regulaminie jest to "opłata za niemowlę"; padłam jak to przeczytałam), coś koło 90-paru złotych. Zawsze siedzi na kolanach pod oknem i ma swój pas, dopięty do pasa pasażera. Jeśli skończyło rok, może siedzieć na osobnym miejscu, ale wówczas potrzebuje specjalny pas, którego już obsługa samolotu nie zapewnia.

Co dalej na lotnisku: trzeba przejść kontrolę bezpieczeństwa, która jest najtrudniejsza z dziećmi. Nie-daj-Bóg taka Buńka, która w kluczowym momencie woła "Sikać!" i od razu włącza się jej syrena, że się posika, to już w ogóle stres jest taki, że masz ochotę krzyknąć: "To się posikasz, trudno". Oczywiście na szybkiego mnie bez bagażu z nią przepuścili i musiałam się znów wrócić, ale o dziwo nikt nawet nie przewrócił oczami. Mimo, że każdy podręczny bagaż może zawierać płynów 100 ml razy 10 w przeźroczystych pojemniczkach, w przeźroczystym opakowaniu (np. woreczku), jeśli chodzi o dzieci - nieprzeźroczyste zwykłe dziecięce bidony przeszły jak nic. Nawet nie kazali próbować, a przecież to bardzo częsta praktyka. Miałam dodatkową butelkę z wodą ("Niech Pani zostawi, spokojnie", jak mi powiedzieli). W drodze powrotnej przeszła nawet butelka 1,5 l plus te nasze bidony! Już nie wspominam o jedzeniu, o mleku w proszku itd. Ale może być różnie i trzeba się nastawić, że i mleka w proszku każą próbować. Osobno sprawdzają wózek, więc trzeba dziecko wyjąć i go opróżnić (wózek, nie dziecko, oczywiście). Prócz tego - tradycyjnie: elektronika, płyny, karty pokładowe osobno. Kiedy przejdzie się to, to już połowa stresu za nami. 

My rezerwowaliśmy miejsca, więc mieliśmy pierwszeństwo wejścia na pokład, ale niestety jeśli spóźnicie się choćby minutę na otwarcie bramki (gate), może być problem, bo w Krakowie, skąd lecieliśmy, pierwsze numery bramek nie mają windy i potem musieliśmy czekać, aż wszyscy przejdą i na sam koniec zjechać inną windą.

Mania śpi w samolocie; nie, nie duszę jej, a osłaniam przed bijącym w oczy światłem

W podróży dzieci były idealne. Mania spała pół drogi, a Buńka w tym czasie trzasnęła "Króla Lwa", X odcinków "Psiego Patrolu" i "Dory", które wgrałam jej na tablet. Potem przebawiły się na kocu przed nami. Załoga nie mogła uwierzyć, że takie dzieci grzeczne i spokojne. Pamiętać jednak trzeba, by przy starcie i lądowaniu żuć gumę lub pić i często przełykać ślinę/rozgryzać cukierki, by ciśnienie się wyrównywało. I dlatego dobrze, by dziecko piło coś w tym czasie. Mania żula smoczka (tak, miała na wyjeździe smoka, który ratował nam życie, nie wstydzę się o tym pisać). 

Nasza podróż samolotem trwała 5 godzin. Na Gran Canarii należy przesunąć godzinę do tyłu, więc kiedy wylądowaliśmy i dotarliśmy na miejsce Mania po prostu padła jak nieżywa.



My jeszcze wypożyczaliśmy samochód. Wcześniej zarezerwowaliśmy sobie go przez internet. Odradzano nam GoldCar z wielu powodów. I zdecydowaliśmy się na firmę Hertz. I było ok. Dostaliśmy to, które zamówiliśmy. My sobie wykupiliśmy polisę w necie, a gość przy odbiorze samochodu chciał nam oczywiście tamo ich wcisnąć. To znaczy: nasza polisa obejmowała wszystko, ale jeśli coś by się stało, firma obciąża nas, a my musimy wywalczyć zwrot kasy od firmy, u której wykupywaliśmy polisę. Jeśli na miejscu wzięłoby się ubezpieczenie (nota bene 4x droższe), to oni się wszystkim zajmują. Poza tym trzeba zawsze sprawdzić:
- czy nie ma limitu dziennego kilometrów
- czy bak należy oddać pełny, (zorientować się, czy stacje benzynowe w pobliżu są czynne w czasie, kiedy macie samolot - na Gran Canarii większość nie jest czynna 24h)
- dowiedzieć się, jak oddać kluczyki, jeśli samolot macie w nocy lub nad ranem,
- i najlepiej wynająć przy lotnisku, bo tam też go potem należy zwrócić, nie trzeba nigdzie jeździć; sprawdzić, czy samochód ma tylko te usterki, które są zaznaczone na umowie (i zgłosić od razu, jeśli są jakieś inne)
- no i oczywiście najważniejsze: karta kredytowa. Trzeba sprawdzić jaki wasza karta ma limit, bo w zależności od wypożyczalni, różnie blokują. 
Samochód należy oddać czysty, bo taki się dostało, ale na wyspie było mało stacji, na których można było je umyć i odkurzyć. Trzeba to sprawdzić trochę wcześniej.

Nie jechaliśmy w ramach biura podróży, tylko sami na Booking.com(ie) rezerwowaliśmy sobie lokum. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, co mieliśmy. Trafiliśmy na naprawdę ciepłe dni, ale wiatr był rewelacyjny i upału się nie czuło. Generalnie naprawdę wiatrak wystarczał.



Ale na co zwrócić uwagę w mieszkaniu? Nawet jeśli chcecie się stołować na mieście, dzieci nie zawsze chcą i trzeba brać pod uwagę, że coś trzeba będzie przygotować w domu. Wyposażenie kuchni jest ważne. Nie mam zmywarki w domu (jeszcze) i nie jadaliśmy tak często w domu, bym jej potrzebowała, chociaż akurat była. 
- Lodówka z zamrażarką - b. ważna.
- Toster - świetnie się spisuje, bo jest idealny na szybkie śniadania na słodko. Nie chce się jeść mięsa ani wędlin, gdy jest ciepło i gdy się nie pracuje.
- Czajnik - podstawa, jeśli macie dziecko, bo czy to "słoiczek" podgrzać, czy mleko...
- Kuchenka - też korzystałam.
- Był i piekarnik i mikrofala, ale ani razu nie korzystałam. 
- Wzięłam ze sobą blender w dużym bagażu - sprawdzał się idealnie do miksowania i robienia musów czy galaretki z owoców, których na wyspie było pełno, a które nie zawsze można było przejeść. Forma musu (+ wielorazowe "torebki" do wyciskania) sprawdziły się idealnie podczas wycieczek.

Dla mnie ważna była łazienka. Nasza była świeżo po remoncie i naprawdę nowoczesna. Jak jest ciepło, to mimo basenu, opłukiwaliśmy się często, więc prysznic jest ważny, chociaż w przypadku dzieci wanna na pewno też byłaby dobra. 

Wi-Fi darmowe - my używaliśmy często, choćby po to, by skorzystać z dodatkowych informacji o wyspie, przewodników itp. 

Klima nie jest konieczna, wentylator dawał radę, chociaż raz miałam wątpliwość.

U nas była suszarka do włosów (nie taka konieczna w okresie letnim) i suszarka na pranie, co było świetne, bo non stop coś było do wysuszenia, a pogoda była do tego idealna.

Obiekt musi być strzeżony. I najlepiej jednak, by był w domku/pokoju sejf. Co do dzieci: aby w miarę dobrze spały, należy pamiętać, że na wyspach (lub w tropikach, gdzie ciepło cały rok), domy są akustyczne i słychać bardzo ulicę/ludzi na basenie itp. Poproście o przydzielenie pokoju/domku z dala od źródła stałego hałasu. Czasem na obiekcie nie przestrzega się godzin użytkowania basenu i można się naprawdę nie wyspać, bo impreza trwa cała noc. 

Dobrze jest się też zorientować, czy w pobliżu nie ma marketów (np. dyskontowych, które są też w Polsce, bo wówczas ceny są zbliżone do tych polskich) czy restauracji z jedzeniem, do którego dzieci są przyzwyczajone (na wypadek, gdyby okazało się, że lokalne im nie podchodzi). Jeśli macie dziecko, które je coś więcej niż papki, to niestety na Gran Canarii nawet w sporym Lidlu (zresztą ja nie natknęłam się w żadnym sklepie) nie nie było "słoiczków", które miałyby jakieś większe kawałki. Same takie gładkie, zmiksowane na krem. Mania ich nie chciała. Nie było też wyboru mleka. Był NAN 1 i 2. Wyższe numery już były w kartonach.

Popytajcie też, czy woda, która jest w kranie jest zdatna do picia. Na Gran Canarii powiedziano nam, że nie nadaje się nawet po zagotowaniu, więc trzeba uważać, by się nie zatruć.

U nas też była możliwość - odpłatna - zrobienia sobie prania, więc można nie pakować tyle ciuchów na rzecz wolnego miejsca, by spakować pamiątki czy lokalne specyfiki, które można przewieźć.

Bardzo istotne jest też sprzątanie. A kto myśli o sprzątaniu, gdy jest na wakacjach? I do tego z dziećmi? No właśnie. Raczej już się to wszędzie praktykuje, ale zawsze można się upewnić, że w danym miejscu przychodzi ktoś, by posprzątać i zmienić ręczniki.

Jeśli wynajmujecie samochód - zorientujcie się, czy obok obiektu jest miejsce parkingowe, i czy trzeba za niego dodatkowo zapłacić.

I miejcie przy sobie jakieś rozmówki czy słownik polsko-hiszpański/hiszpańsko-polski. W miejscach popularnych dogadacie się po angielsku, a po niemiecku to już w ogóle wszędzie (z racji mnogości niemieckich turystów), ale jak udacie się do jakiejś małej wioski, chcąc zobaczyć tamtejsze życie (a warto to zrobić), to możecie mieć problem, żeby się dogadać.

Czy wspominałam o sieście? Siesta to rzecz święta: miasteczka pustoszeją. W Las Palmas czy kurortach chyba nie ma tak źle i duże restauracje hulają, bo to dla większości Europy to jednak pora obiadowa, ale ulice cichną i jeśli upał Wam tak nie daje popalić (a prócz kilku turystów, nie spotkacie nikogo) to idealny czas na zdjęcia klimatycznych uliczek.

A oto kilka zdjęć. Oczywiście, znacie mnie już: nie zobaczycie nas na nich, ale może zachęci Was do podróży w tamto miejsce? Gran Canaria to nie tylko plaże, serio :)

Lasek palm w Maspalomas; w drodze na plażę.

Na południu pola golfowe mieszają się z kamienisto-pustynnym krajobrazem.
Na południu w Puerto Rico są głównie takie miejsca
Puerto de Mogan - kwiecista wenecja, kwiaty mają dokładnie takie kolory, obłędne
Kręte drogi - kiedy nie korzysta się z autostrad; przed zakrętem trzeba trąbić, że się jedzie

Wąwóz Fataga; w drodze do Fatagi
Fataga; rzut na miasteczko, które wciąż jest uznawane za to "typowo Kanaryjskie", z tradycyjnym wyglądem ulic itd.

Fataga; każdy dom jest podpisany, kto w nim mieszka ;)


Nie wiem, czy to wszystko. Tyle na ten moment potrafię sobie przypomnieć. Jeśli ktoś miałby pytania w kwestii samej Gran Canarii, chętnie odpowiem, chociaż z pewnością nie jestem ekspertem. My spędziliśmy tam tydzień i jak dla mnie tydzień z dwójką małych dzieci, to maks. Jeśli macie okazję być tam bez dzieciaków, to z pewnością można wycisnąć więcej, atrakcji nie brakuje (i dla dorosłych i dla starszych nieco dzieci).


Napiszcie, czy macie własne doświadczenia z podróżowaniem z dziećmi. A może macie jakieś inne sprawdzone "triki", które działają na maluchy, by zniosły każdą podróż?

poniedziałek, 19 czerwca 2017

"Unorthodox" Deborah Feldman [RECENZJA]

Jest ciepły, już prawie letni, wieczór. Ze spokojem wdychamy zapach bzu, unoszący się w powietrzu niczym zapowiedź czegoś dobrego. Trzymamy w dłoniach kubki z herbatą z malin i melisy. Słońce chyli się ku zachodowi, muskając nasze twarze delikatnym pocałunkiem pożegnania. Napawamy się tym czystym pięknem.

Obywatelka patrzy w swój kubek i rzuca:
- A to w ogóle jest koszerne?
Uśmiecham się pod nosem. Wiem, do czego nawiązuje.
- Tak. Koszerne.
Spogląda na mnie z błyskiem w oku.
- Skąd wiesz?
Wzdycham ciężko.
- Koszerne są niemal wszystkie owoce i zioła. Owoce powinny pochodzić z drzew mających przynajmniej trzy lata. Jeśli nie dodałaś do tego mięsa i nie dolałaś mleka - powinno być koszerne.



Zapada cisza. Obie myślimy o tym samym - o książce, którą ostatnio czytałyśmy. Z perspektywy religioznawcy i polonisty, książka była dla mnie przypomnieniem o tradycjach, które niegdyś “wkuwałam” po nocy do egzaminu i jednocześnie ciekawym odkryciem autorki. Obywatelka chyba pierwszy raz zetknęła się z taką mnogością przepisów religijnych. Egzemplarz “Unorthodox”  Deborah Feldman leży między nami. Co chwila któraś z nas sięga do niego, by coś sobie przypomnieć.
- Myślisz, że przestrzeganie tych wszystkich Świąt ma sens? - Obywatelka patrzy na tę książkę przez pryzmat swoich doświadczeń współczesnej kobiety. Widzę to wyraźnie. -  Bo miałam wrażenie, że robią to “z automatu”. Nie czułam, by kryło się za tym, coś więcej niż “takie są zasady”.
- Zgadzam się. Zdecydowanie dało się wyczuć, że nie u wszystkich pobożność jest prawdziwa - odpowiadam po chwili namysłu.
- Nie podobało mi się ta wszechobecna pycha. Też to wyczułaś? “Jesteśmy stworzeni, by żyć według zasad naszych przodków!”. A to, czy ktoś uznaje te zasady za dobre, to już sprawa drugorzędna. Dla mnie - jak w sekcie. - Obywatelka uniosła ręce w geście totalnego oburzenia.
- Sekta ma znaczenie bardzo pejoratywne...
- Wybacz, ale właśnie chciałam by zabrzmiało to pejoratywnie – przerwała mi. Chyba ją to rzeczywiście porusza.
- Niewątpliwie coś w tym jest – ciągnę spokojnie. - Choć wydaje mi się, że to ma działać na zasadzie: “Pan Bóg zawarł przymierze na Synaju z naszymi przodkami. Powinniśmy być zatem tacy, jak oni.” Wiesz, nikt nie lubi, gdy mąż zmienia się po ślubie - rzucam z lekką nonszalancją.
- Ty nie widzisz w tym sekty? Która ukrywa się za przesadną fałszywą skromnością, bojaźliwością i oddaniem?
- Hmm... raczej jestem pełna podziwu. I wiesz, dla mnie cała ta rytualizacja świata jest nie do wykonania. A dla nich - ot, codzienność.

Niczym na komendę, spoglądamy na dzieło Feldman. W oddali odzywają się dzwony. W Kościele Katolickim trwają nabożeństwa “czerwcowe”. Trochę ironii wkradło się w naszą rozmowę, stało się tłem, które rozluźniło dość napiętą atmosferę.




Znowu to Obywatelka odzywa się pierwsza. Staje się to powoli tradycją.
- Tak, to prawda. Ale w sektach tak żyją. Jakby nie było nic bardziej normalnego niż ich wyjęte z kontekstu życie. Co prawda na początku tego tak nie widziałam, jak Feldman opisywała dzieciństwo. Ale potem to narastało. A może to za jej sprawą się zasugerowałam? Ona wydawała się od początku inna w pewien sposób. Chciała czegoś więcej już jako dziecko. Nie wiedziała do końca, co za tym stoi, ale czuła, że pewne zasady ją przerastają.

Analizuję powoli jej słowa. Rzadko zdarza mi się stawać w opozycji, tym razem jednak sumienie nie pozwala mi się zgodzić.
- Dla mnie, żeby to była klasyczna, zła sekta, brakowało elementu guru. Kojarzysz te sceny, kiedy ona opisywała przed ślubem, że wysłała swojemu narzeczonemu, Elemu, wino, które okazało się za mało koszerne? Choć według rabina i dziadka, było dopuszczalne. Tak, jakby każdy miał swoją opinię. Nie posługiwali się jedną, narzuconą. Mowa oczywiście o szczegółach. - Wypowiadam spokojnie, czuję, że z tej dyskusji powstaną ciekawe wnioski. To dobra książka - przemyka mi przez głowę. Zmusza do myślenia. Teraz to niestety rzadkość. Większość na półkach w księgarniach to same “odmóżdżacze”. Z zamyślenia wyrywa mnie głos gospodyni.

- No tak. Nie było guru, chociaż ten rabin początkowo wydawał mi się nim. Jak sobie zażyczył ścięcia włosów. Nie mam pojęcia skąd to wytrzasnął, ona nie wytłumaczyła, czy coś za tym "stało". Dla mnie to było "wszystkie kobiety i nie ma dyskusji". Może ty mi to wyjaśnisz? - ostatnie zdanie rzuca na wpół zaczepnie, na wpół żartem.

Odpowiadam bez wahania.
- Ja to zrozumiałam tak, że włosy jako element wywołujący pożądanie, nie powinny mącić w głowie nawet mężowi. Więc lepiej, żeby żona ich nie miała. Trochę przeraża mnie fakt, że to naprawdę logiczne i ciężko się nie zgodzić z takim myśleniem.
- Ale mogła je upinać, zakrywać w pięknych turbanach, mogłaby być dla męża w tych szczególnych momentach tą wywołującą pożądanie, ale tak pozytywnie. W takim pięknym tego słowa znaczeniu. - Jest gotowa wziąć transparent i zorganizować demonstrację. Widzę w jej oczach determinację, żal i gotowość reprezentowania tysięcy kobiet o ogolonych głowach.

- Tylko, że "pozytywnie" to jedynie dla spłodzenia potomstwa. Seks nie może być przyjemny. Przyjemne może być tylko studiowanie Talmudu. Ba, w celu prokreacji współżycie może być tylko przez dwa tygodnie w miesiącu, przez pozostałe dwa mogłaby go niepotrzebnie kusić tymi włosami. Pamiętasz, jak autorka opisywała, że mężczyźni patrzyli na nią ze strachem, wstrętem a nawet nienawiścią? Bo kobieta rozprasza mężczyznę, a mężczyzna stworzony jest do wielkich celów!
- Tak, pamiętam. Zresztą chwała jej za te przystępne opisy i wyjaśnienia, bo bez tego chyba w ogóle zgubiłabym się w labiryncie tej religii. A jak odbierasz główną bohaterkę i tę narrację, którą zastosowała? Bo w sumie wiemy tylko tyle, co ona pisze, subiektywnie. Podoba ci się to, że pisze z refleksją osoby dorosłej? Wiesz, że tak celowo podkreśla, że to było kiedyś?



Myślę intensywnie nad odpowiedzią. W oddali słońce pozostawia po sobie jedynie wspomnienie. Niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie - powtarzam w myślach za Kantem. Przez chwilę obie napawamy się ciszą. Pozwalamy, by pytania, które padły dojrzały w nas. Pytania o to, czy podoba nam się sposób opisywania wspomnień, są zawsze trudne. Wydaje się, że nie mamy prawa oceniać stylu autora, bo to jego intymny sposób wyrażania. A jednak czasem trzeba to zrobić. Dobieram słowa delikatnie, tak, jakbym nie chciała skrzywdzić Feldman. Polubiłam ją, jak koleżankę, choć znam tylko z kart książki.

- Dla mnie ta narracja jest zmienna. Niby pisze z perspektywy osoby dorosłej, ale często w sposób dziecięcy. Bez oceniania, bez próby refleksji, tylko tak, jak przyjmuje to dziecko: "aha, tak było, stało się". Kiedy myślimy o narracji dorosłego, nawet tej dotyczącej wydarzeń z dziecinstwa, myślimy o ocenianiu, nadawaniu znaczeń, sensu. A tu jest zmiennie - wypowiadam wreszcie z wyraźną ulgą. Po minie Obywatelki widzę, że się ze mną zgadza.

- Tak, ona generalnie pisze w taki sposób, by pasowało do wieku, który opisuje. Rzeczywiście chyba czuła się nie na miejscu. Tylko rodząc się w takiej rodzinie trudniej było jej powiedzieć: mam dość. Zauważ, jak pisze o rodzicach. A przecież to była bardzo trudna sytuacja... to mnie uderzyło... ojciec z jakimiś zaburzeniami psychicznymi i matka, która ją opuściła... a ona bardzo specyficznie o nich pisała…

- Mam podobne przemyślenia. Że czasami pisała, jakby bez emocji, jakby nie chodziło o jej życie.
- A czasami opisywała wydarzenia tak, że je przewidywała... np. jak była u dyrektorki na dywaniku w szkole... Dawała nam znak, że jest już czymś zmęczona. Nawet wtedy pomyślałam, że była już zmęczona samym tym pisaniem, wspominaniem, powrotem do tych rzeczy, chociaż to był początek książki. Zresztą później też miewałam takie wrażenie. Czasami pisząc te wspomnienia na pewno po części chciała się oczyścić, tak naprawdę "na głos" o nich opowiedzieć.

Kiwam ze zrozumieniem głową.
- Dokładnie! Że zaczyna ją to wszystko uwierać, że ciągle musi żyć według schematu, że boli ją to. Tak, jak boli i drażni nieustanne wciąganie brzucha. Ciągle musiała być "taka". Taka żydowska. A przecież duszę miała niczym gojka. Wolną!

Teraz już zdajemy się rozumieć bez słów.
- Poza tym - idąc tym tropem - brzuch to jest mięsień, a mięsień ma swoje granice wytrzymałości. On się nie zaklęśnie tylko dlatego, że przez lata będziesz go wciągać. On po prostu zacznie "puszczać". I z bólu nie będziesz już miała siły podtrzymywać go - dodaje Obywatelka.

Uśmiecham się lekko.
- I wciągając brzuch, ciężko swobodnie oddychać. Tak, jak ten alegoryczny oddech wolności. Pełną piersią – tylko I wyłącznie, kiedy czujesz się wolnym.

- Oddychasz pełną piersią, kiedy czujesz się wolnym. Kiedy nic cię nie uwiera. Dobre. Wyszło ci to porównanie z tym brzuchem, chociaż to tak pół żartem. - Obywatelka uśmiecha się. W jej uśmiechu czytam chyba to, co sama czuję.



Nad nami księżyc świeci niezwykle mocno. Wznosimy nasze kubki, pełne zimnej już herbaty, patrzymy w niebo. Mówię na głos to, co zdaję się czytać ze spojrzenia Obywatelki:
- Obyśmy zawsze mogły oddychać pełną piersią.
- I zrobiły wszystko, by i nasze dzieci mogły – dodaje Obywatelka.



Tytuł: Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów.
Autor:Deborah Feldman
Wydawnictwo: Poradnia K
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788363960841
Oprawa: twarda, matowa, z elementami połyskującymi; papier lekko pożółkły.
Liczba stron: 373

Recenzja mogła powstać tylko dzięki niezwykłej uprzejmości Wydawnictwa Poradnia K:



piątek, 9 czerwca 2017

Podręczniki Hogwartu od Media Rodzina [RECENZJA]

Nie, nie czytałam ich moim dzieciom. W ogóle moje dzieci są jeszcze daleko od Harry'ego Pottera. Za to stanowi on ważny element mojego dzieciństwa. To znaczy: nie on sam, osobiście, żeby było jasne.

Kiedy na rynku pojawiły się pierwsze książki o młodym czarodzieju świat oszalał. Myślę, że to całkiem trafnie odzwierciedla to, co się wówczas działo. A precyzyjniej: Potter podzielił świat młodych czytelników wręcz skrajnie. Byli ci, którzy żyli na co dzień magią stworzoną przez Rowling, autorki całej serii, i tych, którzy gardzili taką literaturą, twierdząc, że książki są generalnie słabe, niewymagające za wiele od czytelnika i raczej bez polotu.

Sama należę właśnie do pokolenia, które było świadkiem tamtych wydarzeń i czynnym uczestnikiem. Może nie należałam do skrajnych fanatyków, ale seria mnie porwała, przyznaję się bez bicia. Pomysł wydał mi się bezprecedensowy. Co prawda Tolkien czy Lewis również stworzyli swoje własne literackie światy od podstaw, ale Rowling zrobiła to na nowo, łącząc dwa żyjące równolegle świat w jednej rzeczywistości: magiczny i niemagiczny. 

A skoro książki w momencie stały się hitem, machina po prostu potoczyła się dalej w myśl zasady "kuć żelazo, póki gorące": na podstawie magicznego świata powstawały kolejne książki, film czy spektakl. Wielu fanów było zachwyconych, ale nie brakowało takich, którzy cicho mówili, iż Rowling jedzie na tym wózku trochę za szybko i wykolei się, kiedy skończą się tory. Bo ileż można. To nie studnia bez dna. Z drugiej strony masa ludzi wychowała się na tym i prócz sentymentu widzą w tym całkiem spory kawałek dzieciństwa. Trochę tak, jak ja.




Podręczniki Hogwartu wydane w Polsce przez Media Rodzina czytałam całą wieczność. A przynajmniej tak mi się zdawało. Najczęściej z braku czasu były wieczorną lekturą do poduszki, która kończyła się szybko zaśnięciem. Ale było to bardzo przyjemne zasypianie. Uwielbiam zasypiać nad książką. Czuć to przyjemnie łaskotanie za oczami. No, o ile nie zasypia się tak szybko.


W każdym razie zdecydowałam się zrecenzować książki, które weszły do księgarń jako Podręczniki do Hogwartu (Quidditch przez wieki, autorstwa niby Kennilworthy'ego Whispa, Baśnie barda Beedle'a, oraz Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć, które miał napisać Newt Skamander). Po prostu. W imię wspomnianego przeze mnie sentymentu. Warto zaznaczyć, że J.K. Rowling zdecydowała, iż wpływy z wydania Podręczników zostaną przekazane na na cele charytatywne fundacji Lumos (80%) i Comic Relief (20%), które wspierają dzieci i młodzież w trudnej sytuacji życiowej.

Baśnie barda Beedle'a

 



Baśnie barda Beedle'a, napisane ponoć właśnie przez tegoż barda, miały powstać w XV w.. O samym autorze trudno się wypowiadać mając tak szczątkowe dane jak drzeworyt. Same Baśnie miały uczyć różnych cnót, pokazać jak to dobro walczy ze złem (i wygrywa, ale trzeba się trochę wysilić, samo "nie weźmie i nie wygra") i, że magia nie służy zabiegowi z gatunku "deus ex machina"; może także wyrządzić krzywdę i czynić zło.

 I rzeczywiście tak jest. Prócz wstępu, książka zawiera pięć opowiadań i przesłanie od Georgette Mulheir, dyrektor generalnej fundacji Lumos. Mamy tu takie tytuły jak Czarodziej i skaczący garnek, Fontanna Szczęśliwego Losu, Włochate serce czarodzieja, Czara mara i jej gdaczący pieniek oraz Opowieść o trzech braciach. Muszę powiedzieć, że tytuły rozkładają na łopatki. Jak na klasykę literatury magicznej, mało poważne. Ale niebezzasadne, trzeba przyznać. Do każdej opowieści załączony jest komentarz Albusa Dumbledore'a, który był dyrektorem Hogwartu w czasach, kiedy młody Potter tam uczęszczał. Jest on świetnym uzupełnieniem każdej historii. Tylko język bardzo kolokwialny, co może być efektem sugerowanego we wstępie faktu, iż mógł on je pisać "dla własnej satysfakcji". 



Natomiast język samego tekstu baśni także jest bardzo swobodny (mam na myśli tłumaczenie; nie czytałam oryginału). Średniowieczne teksty, głównie pisane wierszem, miały zupełnie inny charakter. Generalnie dlatego, że pisane były pod oświeconych i zamożnych. Bajki dla gawiedzi - jeśli już udałoby się je napisać - nikt by nie czytał. Prosty lud nie umiał czytać. Wszystkie historie były przekazywane ustnie. A bardowie pisali ballady i wyśpiewywali je przy akompaniamencie jakiegoś instrumentu. Bard i proza? I to pisana tak nieśredniowiecznym językiem? Odzywa się we mnie historyk. Oczywiście, że książka jest delikatnie stylizowana (głównie poprzez ilustracje) na starą, bo prawdziwie średniowieczna nie sprzedałaby się.

Czy to przeszkadza? Historykom będzie. Ale poza tym, to naprawdę przyjemnie napisana książka dla dzieci z dziwnymi, czarodziejskimi bajkami. Rowling zrobiła dużą robotę, wymyślając te bajki. Mają zachowany charakter pradawnych baśni i mentalność bohaterów jest zbliżona to tych w mugolskich bajkach. Są spójne i bardzo równe: nie bardziej i mniej udanych. Moją ulubioną baśnią jest ta o trzech braciach, która pojawia się w serii o Harrym Potterze, w siódmym tomie. Wydaje mi się minimalnie bardziej złożona od pozostałych. Może dlatego, że powstała w innym czasie (jak mniemam) i miała odegrać szczególną rolę w całej historii. No i postać trzeciego brata - najmłodszego i najsprytniejszego, jest mi szczególnie bliska.




Moja ocena: Polecam/ Bardzo polecam. Jeśli jesteś fanem świata czarodziejów, który stworzyła Rowling, na pewno docenisz wyjątkowość tej książki. Ale gdybyś przypadkiem nie zachwycał się nim aż tak bardzo, książka spodoba ci się ze względu na same bajki, które są takimi samymi bajkami jak te należące do klasyki (w których przecież również pojawia się magia, nie zapominajmy o tym!)

Tytuł: Baśnie barda Beedle'a
Autor: J.K. Rowling; ilustracje Tomislav Tomic
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788380082977
Oprawa: twarda, matowa, z elementami połyskującymi; papier lekko pożółkły.
Liczba stron: 144


Quidditch przez wieki - Kennilworthy Whisp



Już pierwsza strona uświadomi nam, że to książka wzięta bezpośrednio z biblioteki Hogwartu. Chociaż na liście osób, które ją wypożyczyły niewątpliwie brakować będzie nazwiska Pottera, gdyż miał on swój własny egzemplarz.

Książka co prawda nie należała do kanonu lektur, ale - jak wynika z przedmowy Albusa Dumbledore'a - była jedną z ulubionych pozycji. Uczniowie bardzo często po nią sięgali, więc dyrektor postanowił przekonać bibliotekarkę, panią Pince, by udostępniła ją mugolom (co nie było łatwym zadaniem). Ale dzięki temu i my możemy poznać historię najpopularniejszego sportu czarodziejów, Quidditcha. Jest to, jak czytamy wśród pochlebnych opinii na początku książki, kompendium wiedzy w tym temacie. Wśród nich znalazły się komentarze kilku osób, które z pewnością będą znane fanom Pottera.




Sama książka nie jest pisana naukowym językiem, jak te poważne akademickie podręczniki. Jest przystępna w odbiorze i udostępnia najciekawsze fragmenty "tekstów źródłowych" ale też przedruki "malowideł i rycin". Whisp (alias J.K. Rowling) zaczyna od samego "przedpoczątku" - od miotły (pod koniec książki przeczytamy też o ewolucji miotły sportowej). Latanie na miotłach może się wydawać czymś naturalnym, kiedy myślimy o czarownicach. A jednak coś tak oczywistego ma przecież jakiś początek. W końcu miotła stała się wygodna i zaczęto myśleć o tym, że latanie może być niezłą zabawą. I tak się zaczęło. Powstawały różne gry miotlarskie, ale quidditch zaczął się w Queerditch Marsh i minęło naprawdę wiele czasu, zanim z tej prymitywnej - mimo wszystko - gry, powstał dość złożony sport. Swoja całkiem odrębną (i bardzo ciekawą) historię ma Złoty Znicz, który na stałe do gry wprowadzono znacznie później.

Ale to nie koniec. Rowling piórem Whispa przedstawiła też profile drużyn narodowych (brytyjskich, irlandzkich) oraz tych z całego świata. Wraz z herbami! Polska też doczekała się swojej drużyny: Goblinów z Grodzicka (jakie to Grodzisko typowe dla Polaków), z obłędnym szukającym Józefem Wrońskim, na pamiątkę którego nazwano jeden ze słynnych manewrów szukającego, tzw. Zwód Wrońskiego. Rozdział "Quidditch dzisiaj" to niejako słowniczek różnych terminów związanych z grą.



Moja ocena: Polecam (ocena nie odnosi się do osób, które nie miały styczności z magicznym światem Rowling). Mnie, osobie, która bardzo dobrze orientuje się w czarodziejskim świecie, książka bardzo się podobała. Ciekawa byłam tego jak Rowling wyobrażała sobie sam początek. I wyszło to całkiem nieźle. Ale ktoś, kto nigdy nie zetknął się z Potterem nie znajdzie w książeczce specjalnej rozrywki. Takie jest moje zdanie.

Tytuł: Quidditch przez wieki
Autor: Kennilworthy Whisp (J.K. Rowling); ilustracje Tomislav Tomic
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788380082991
Oprawa: twarda, matowa, z elementami połyskującymi; papier lekko pożółkły.
Liczba stron: 144

Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć - Newt Skamander

 



Najciekawszy aspekt tej książki jest taki, że nie jest tak zupełnie... zmyślona. Wiele magicznych stworzeń pojawia się w mitologii czy nawet w średniowiecznych tekstach. Feniks, sfinks, centaur czy jednorożec nie brzmi przecież obco. Rowling jednak nadała jednak każdemu z nich pełną charakterystykę: zacerowała dziurawy wizerunek i zwierzęta, o których mieliśmy dość mgliste pojęcie nagle przeistoczyły się w żywe stworzenia. Oczywiście Rowling zrobiła to, posiłkując się wiedzą powszechnie dostępną oraz własnymi wyobrażeniami.

Tak naprawdę tylko ta książka była podręcznikiem w Hogwarcie (na pierwszym roku), jednak czytając ją nie możne oprzeć się wrażeniu, że jest to książka z duszą tak ogromną, że jakby mogła, to sama by żyła. Fikcyjny autor Newt(on) Skamander był postacią szczególną dla Rowling (na podstawie jego przygód związanych z poszukiwaniem owych magicznych zwierząt powstał w końcu film o tym samym tytule, co książka). Między wierszami wyczuwamy osobisty stosunek tego magiozoologa do samej książki. Wyczuwamy też, jaką miłością pała od do każdego stworzenia z osobna. Nieistotne, jak bardzo niebezpiecznego czy wyjątkowo nudnego. Jak sam pisze: "Książka fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć jest owocem mojej miłości do tych stworzeń. Kiedy teraz ponownie ją przeglądam, odżywają we mnie wspomnienia, dla mnie czytelne na każdej stronie, choć niewidzialne dla czytelnika".



Książka wspaniale "wyjaśnia", dlaczego my, zwykli mugole, nie potrafimy zobaczyć żadnego magicznego zwierzęcia. Dlaczego znajdziemy je w źródłach historycznych (starożytnych czy średniowiecznych), a obecnie uznaje się je za wytwór wyobrażeń czy bohaterów legend. Muszę powiedzieć, że brzmi to wyjątkowo przekonująco. Jak czarodzieje poradzili sobie z tym problemem tego Wam nie zdradzę - ominęłoby Was wiele, gdybyście samie tego nie przeczytali.

Podręcznik Fantastyczne zwierzęta... jest stylizowany na średniowieczny bestiariusz: alfabetyczne opisy stworzeń, prawie zawsze bogato iluminowane, z przedstawieniami wyobrażeń stworzeń, pisane często wierszem, ale niekoniecznie. I tutaj też mamy iluminacje, chociaż delikatne: ramki ilustracji, przypominające miedzioryty (nie wszystkie zwierzęta mają swoją ilustrację) i dekorowane litery, chociaż tylko te, rozpoczynające zwierzęta na daną literę. W polskiej wersji pod polskim tłumaczeniem znajdziemy także nazwę angielską. Książkę kończy nota o (domniemanym) autorze i informacja o Lumos i Comic Relief.

Język jest bardzo przystępny, chciałoby się nawet powiedzieć "sympatyczny", ale brakowało mi tych "odręcznych" adnotacji, które widziałam w angielskiej wersji. Ponieważ oryginalnie Fantastyczne zwierzęta... stylizowane były na podręcznik własności Harry'ego Pottera, który miał robić w nim swoje notatki. Te ciekawsze dotyczyły np Akromantuli: ręcznie skreślone zostało stwierdzenie, że plotki o założonej kolonii tych pająków-gigantów w Szkocji nie zostały potwierdzone, a "dopisano": "potwierdzone przez Harry'ego Pottera i Rona Weasley'a". Była też przekreślona nazwa smoka "Kolczasty norweski", a dopisana nowa: "Mały Norbert". Oczywiście większość dopisków wyda się nam zabawnymi, jeśli przeczytaliśmy serię o Potterze. Sądzę więc, że "ekskluzywne" wydanie tego podręcznika byłoby nie lada gratką dla fanów.



Moja ocena: Polecam. W takiej "czystej" wersji książka jest po prostu ciekawym zbiorem wielu stworzeń. I nie jest aż tak wziązana z serią o młodym czarodzieju. Jednak wiąże się z jego światem i stworzenia (nawet te mityczne) są jednak tym, czym stworzyła je Rowling, a nie obiektywnym opisem stworzonym na podstawie wiarygodnych, istniejących źródeł (przynajmniej autorka nigdzie nie wspomina o tym w książce). Czy spodoba się komuś spoza "świata magii", to już indywidualna kwestia. Mnie się podobała, gdyż zawierała informacje i przedstawienia różnych stworzeń. Sam wstęp, zawierające ogólne informacje o magicznych zwierzętach bardzo mi się podobał. Ale ja lubię świat, który stworzyła Rowling.


Tytuł: Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć
Autor: Newt Skamander (J.K. Rowling); ilustracje Tomislav Tomic
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788380082984
Oprawa: twarda, matowa, z elementami połyskującymi; papier lekko pożółkły.
Liczba stron:152


 Wszystkie trzy recenzje powstały dzięki wsparciu wydawnictwa Media Rodzina, za co pięknie dziękuję.


Znalezione obrazy dla zapytania media rodzina 



Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric