piątek, 8 grudnia 2017

8 grudnia - Mama sama w domu. Nie licząc dzieci

8 grudnia 2017 r.,
Piątek



20:30


Ojciec ma wychodne. Jedzie z kumplami na tak zwana pizzę i piwo. Jak to mówią: kto co lubi. Ja wolę grzane i na pewno nie w pizzerii. Ale poszedł, więc matka sama w domu. 

Brzmi co najmniej jak kara: piątek wieczór, usypianie dzieci i - jak na złość - w tele-pudle nie ma się naprawdę czego jąć, więc w głowie zaczynają krążyć myśli, że może się pouczę (a mam powód do nauki, że tak powiem). 

Dobrze, że kupiłam wino. Zrobię sobie grzane wino, a co!  

A potem pod kocyk i notatki w dłoń. W zasadzie, kiedy myślę o tym, to nie wydaje mi się to aż takie straszne. Potrzebowałam takiego wieczoru. eR nie będzie mnie kusił kolejnym odcinkiem serialu czy książką. Przecież od samego patrzenia, jak on czyta głód książkowy daje mi się we znaki.

A Wy jak spędzacie piątkowe wieczory? 


środa, 29 listopada 2017

29 listopada 2017 - zima i przerwa, której nie było




29 listopada 2017 
Środa
08:32


No i przyszła zima. Zimna, posypująca śniegiem, z jakimś porannym szronem i nieprzyjemną wilgocią w powietrzu. 

Nie, zima nie jest moją ulubioną porą roku. Zwłaszcza, kiedy o godzinie 6:45 rano za oknem jest jeszcze szaro, a ja muszę wstać, ubrać Manię, dobudzić Buńkę i przekonać, żeby się ubrała, uczesać obie dziewuszki, przygotować śniadanie dla Buńki do przedszkola (eh, ta jej skaza białkowa), wyubierać w ciepłe kurtki, czapki, szaliki, wsadzić do samochodu i wyjechać przed 7:30. W innym wypadku będziemy do przedszkola jechać pół godziny zamiast 10 minut. I wtedy w aucie potrafi się zrobić nerwowo. 

Nie, zdecydowanie zima nie jest najłatwiejszą porą roku. Dobrze, że chociaż dzieci się cieszą na widok śniegu. No dobra, ja też się cieszę, żeby je zachęcić. Jak byłam mała śnieg oznaczał Mikołaja, Święta i sanki. No i bałwana, oczywiście. 

Czyli dzieci się cieszą, a ja staram się robić po prostu wszystko po kolei, co trzeba. Wiecie, z automatu. Wtedy nie przeżywam uciążliwości poranków. 



9:10

Myślę o tym, że powinnam chyba napisać coś o tym, że niczego dawno nie pisałam. Ale chyba nie napiszę. Czasem po prostu jest tak, że w naturalny sposób życie wirtualne przechodzi na drugi plan, bo życie w realu jest po prostu ważniejsze. I tak powinno być. Poza internetem Obywatelka Matka zaczęła pracę na pełen etat. Wciąż jest jednak matką i musi godzić wiele obowiązków (pomińmy tu dyskretnie sezon na przeziębienia i wirusy żołądkowe, o które po prostu musieliśmy zahaczyć, ba jakżeby to się mogło odbyć bez nas!) 

Tylko nie zaczynajmy dyskusji z gatunku: A gdzie jest ojciec w tym czasie?. Ojciec zna swoje miejsce. Trochę to trwało (i czasem widzę, że trwa nadal), ale wszyscy czasami musimy się przestawić i nie zawsze jest to łatwe. Z wygodnego na mniej wygodny, z leniwego na pracowite życie itp. 

I nie mówię tu tylko o eR. Czy ja jestem święta?


piątek, 22 września 2017

"Harry Potter i Kamień Filozoficzny" J.K. Rowling z ilustracjami Jima Kaya [RECENZJA]


Pierwsza połowa września minęła. Niby wszyscy mamy wrażenie, że rok szkolny dopiero się zaczął, ale już nikt nie myśli o wakacjach, jakby były całe wieki temu.
 To jest właśnie to. Szkoła. Zwyczajna szkoła, a tyle emocji, tyle ekscytacji, stresu i ... nauki. Pomyślmy zatem, co byłoby, gdyby to była magiczna szkoła...?
 


Uśmiecham się, bo spojrzałam teraz na półkę z książkami. Stoi tam Harry Potter. Pierwsza część wydana po polsku z ilustracjami Jima Kaya. Tego rozczochranego małego okularnika nikomu chyba nie muszę przedstawiać. Jak zauważyłam ludzie albo go kochają albo nienawidzą. Chociaż ci drudzy niewątpliwie dlatego, że mają dość tych pierwszych, którzy jak pomyleni rysują sobie blizny na czole, zakładają okrągłe okulary, przebierają w czarne togi i wymachując patykami wrzeszczą: Expelliarmus! 



Jeśli należysz do pierwszej grupy, to raczej masz już tę książkę. Ale jeśli należysz do tej drugiej - nie przeczytasz u mnie peanów na cześć autorki, bez obaw. W ogóle nie będę pisać o Harrym, tak naprawdę. W końcu książkę wydano już na tyle różnych sposobów, że w internetach nikt nie potrzebuje kolejnej recenzji. Sieć mogłaby tego nie wytrzymać. 

Tak czy inaczej, doskonale pamiętam, kiedy mama kupiła mi pierwszą część, Harry Potter i Kamień Filozoficzny. Zawsze kupowała książki mnie i siostrze na początku roku szkolnego. Wiecie, żeby nas matematyka w swej królewskości nie przytłoczyła majestatem, a w-f nie przygniótł ciężarem kompleksów dojrzewania. I tego typu. Bardzo lubiłam tę tradycję. Przypominam sobie, jak połykałam strona za stroną, aż... aż zwyczajnie utknęłam i nie mogłam ruszyć. Czytałam z ogromnym wysiłkiem nauczona, że książka – jaka by nie była – ma być przeczytana do końca. Inaczej nie miałam prawa jej oceniać. Kiedy dotarłam do momentu, w którym chłopak dociera do zaczarowanego zamczyska – szkoły magii – tak niezwykłego w swej naturze, że nie sposób się w nim nie zauroczyć. To była właśnie ta chwila, kiedy książka mnie bezceremonialnie wessała.

Co się wydarzyło później i czy miłość do świata stworzonego przez panią Rowling rozkwitała w miarę pojawiających się tomów? Tego Wam nie zdradzę. Nie teraz, w każdym razie. Powiem tylko tyle, że ta przygoda nie była taka, na jaką się zapowiadała.





Książka z ilustracjami Jima Kaya jest wciąż tą samą książką, którą napisała Rowling. Słowo w słowo. Ale ma coś, czego nie mają pierwsze wydania – ilustracje. I to nie są zwykłe ilustracje. Są rewolucyjne.

Wyobraźcie sobie zdjęcie. Cudne ujęcie ogromnego człowieka, który siedzi przed kominkiem na fotelu. Zdjęcie jest zrobione z profilu, a jedynym źródłem światła jest właśnie kominek. Mężczyzna pochyla się nad chłopcem, który siedzi z nogami podciągniętymi pod brodę i nie spuszcza z niego wzroku. Słucha. I wydaje się taki malutki. Ogromny mężczyzna z burzą włosów i gęsta brodą może wydawać się groźny, ale wyczuwamy, że nie potrafiłby skrzywdzić muchy. Ładne, prawda? A to przecież nie zdjęcie, tylko ilustracja.



Umówmy się, Jim Kay nie robi ilustracji nawet zbliżonych do zdjęć. Od razu wiemy, że to farby, ale ujęcia są tak oryginalne i poruszające, że już jako fotografie byłyby piękne. Dodajmy do tego, że miesza on ze sobą różne techniki malarskie, na jednym zdjęciu np. używając akwareli i ołówka (a może to cienkopis?). To małe dzieła sztuki, a nie ilustracje do książki.


Jeśli mogło mnie coś rozczarować, to filmowa postać Pottera. Nie tak go sobie wyobrażałam. Kiedy jednak po latach zobaczyłam, jak wyobrażał go sobie Jim Kay, pomyślałam, że tak to ja mogłabym go widzieć. Niestety filmowy Harry zdążył już w tym czasie narobić nieodwracalne szkody w mojej wyobraźni.




Są ilustracje w tej książce, które są absolutnie wybitne. A do tego bajkowe i magiczne jednocześnie. Jestem pewna, że podczas promocji tej książki natknęliście się na nie nie jeden raz: jak Ulica Pokątna, chatka Hagrida czy jednorożec w Zakazanym Lesie. Mnie ujęło wiele zdjęć, ale najbardziej to urocze ujęcie Harry’ego, który rozmawia z dyrektorem – siedzą po turecku pod stołem w piżamach; czy piękny front Hogwartu w nocy – lekko uchylone drzwi, zza których wypada snop światła i postać kotki Noris. Majstersztyk. Trochę jakby Sagrada Familia, chciałoby się powiedzieć, ale nie chcę niefortunnych porównań.




Ciekawe jest to, że wiele zdjęć, na których dużo się dzieje ma wiele dość nieoczywistych, a może nawet zabawnych elementów. Dostojne, pnące się pod niebo zamczysko – biało-czarny szkic, a po jednej stronie dachu... połowa dzika, po drugiej stronie dachu – druga. Przy dzwonie na dzwonnicy maleńka postać, jakby czarownica, która miotłą chyba chce poruszyć ów dzwon. Hagrid pędzący na motorze, a w dole, w lesie – jakieś nieuzasadnione światełko. Komórka pod schodami na Privet Drive, a na półeczce – mała, rzeźbiona figurka sowy. Ulica Pokątna – spomiędzy krat w piwnicy jednej dość mrocznej kamienicy – ręka, która usilnie próbuje chwycić jabłko. Ekspres do Hogwartu – na przedzie pociągu – gargulec: świnia ze skrzydłami. I tak dalej.

Jeśli myślicie, że na tym koniec, to prawie macie rację. Dodam jeszcze, że książka zawiera zupełnie nieoczekiwane karty, wyciągnięte wprost z magicznych podręczników – pojawia się przewodnik po trollach według Newta Scamandera i przegląd smoczych jaj według podręcznika „Hodowanie smoków dla przyjemności i zysku”. Urocze, co?




Powiem tylko tyle: Jeśli chcecie komuś kupić Harry’ego Pottera, to nie kupujcie mu, proszę, tradycyjnej książki, a właśnie tę. Magia wypływa z niej nawet, kiedy jest zamknięta.

Moja ocena: Bardzo polecam! Czy tylko fanom? Nie. Czy jako ktoś, kto nie znosi serii o młodym czarodzieju masz szansę się przełamać? Na pewno zanim powiesz: „nie”, przeglądnij są i poczekaj, aż zakochasz się w tych ilustracjach.




Tytuł: Harry Potter i Kamień Filozoficzny
Autor: J. K. Rowling, ilustracje Jim Kay
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2015
ISBN: 9788380081185
Oprawa: twarda, kartki delikatnie błyszczące; okładka ma błyszczącą obwolutę oraz kapitałkę z zakładka wstążeczką.
Liczba stron: 256



Recenzja mogła powstać dzięki wydawnictwu Media Rodzina:

Znalezione obrazy dla zapytania media rodzina

wtorek, 12 września 2017

"Gdy lew się wybiera do fryzjera" Katarzyna Zych&Natan do Wydawnictwa Bajkopis [RECENZJA]

Tu, od razu to napiszę, nie chodzi o fryzurę. 
Nie chodzi też o samego fryzjera, ani tym bardziej Bogu ducha winnego lwa. 
Zawsze przecież chodzi o to, jak my, rodzice, zinterpretujemy dziecku to, co im czytamy i na co zwrócimy uwagę.





 - Chyba żartujesz! - oburzyłam się w pierwszej chwili, wchodząc do łazienki, gdzie moja starsza córka miała się rozczesać. 

Na górze - i owszem - rozczesane, ale od połowy długości włosów jeden wielki kołtun. Cała ta fryzura przypominała mi jeden wielki wodospad: z góry spływa woda równiutko, gładką taflą, ale kiedy zderza się na dole z płaską powierzchnią, wzburzona rozbryzguje się na wszystkie strony, tworząc jakby spienione kłębowisko. Wypisz-wymaluj moja Bu po samodzielnym czesaniu. 

Z typową dla siebie podkówką schyliła głowę. Wiedziałam, że jest na granicy płaczu. Jej to jednak niewiele trzeba. 
- No, już dobrze - westchnęłam. - Nic się nie stało, ale po prostu musimy teraz rozwiązać ten problem, który ci niespodziewanie powstał na głowie.
Bu skrzywiła się, słusznie przewidując szarpaninę, chociaż starałam się naprawdę wyjątkowo, by potraktować jej włosy tak delikatnie, jak na to pozwalała jej fryzura. 
- Chyba nie ma wyjścia - powiedziałam, lekko zasapana po walce z upartym włosem. - Umawiam nas do pani fryzjerki.

No i pojechałyśmy. I okazało się, że pani fryzjerka nie tylko nie gryzie, ale też częstuje cukierkami. A przy tym jest bardzo miła. Dobrze, że umie także przekonać upartego klienta, by nie obcinał włosów, tak jak się mu zamarzyło (pomysły maluchów bywają szalone do granic bólu i jednocześnie śmieszności; tak, da się tak). 




Kiedy jakiś czas później w moje ręce wpadła książeczka "Gdy lew się wybiera do fryzjera" od Bajkopisu, pomyślałam, że nie jest to pozycja przeznaczona jedynie do czytania dla rozrywki i nie traktuje tylko o tym, jak to mądry fryzjer potrafił przekonać różne zwierzęta, by zdały się na jego opinię w kwestii pomysłu na fryzurę.

Bo o czym opowiada ta krótka rymowana historyjka? O tym, że lew, pchnięty przez nudę, chciał coś zmienić w swoim wyglądzie. Najlepiej, rzecz jasna, fryzurę. Poszedł więc do tego fryzjera, a tam kolejka jak za komuny. Stwierdził jednak, że poczeka. No to się nasłuchał w tej kolejce - jak to w kolejkach bywa - co kto planuje w swoim image'u zmienić. Trzeba przyznać, że zwierzęta miały iście szalone pomysły. Jak to dobrze, że trafiły właśnie do tego fryzjera, bo wyjaśnił im, że nie wszystkim dobrze we wszystkim.

I miał rację. Bo jeśli fryzjer zawsze ślepo zgadza się z klientem i nie potrafi mu doradzić mądrze, to nie powinien być fryzjerem. A klient? No, klient nie powinien być taki uparty. A przecież bywa różnie.

Można także wyjaśnić przy okazji dziecku, że rady biegłych w swym fachu należy brać pod uwagę, bo się znają. Oczywiście, że mama jest generalnie fachowcem na kilku, jak nie kilkunastu frontach i dlatego należy rozważyć, czy to co proponuje nie jest lepsze od tego, co akurat w danym momencie ubzdurało sobie dziecko. Oczywiście, że czasem należy mu pozwolić popełnić błąd, by zobaczyło, co się dzieje, kiedy się ten błąd popełnia. Chodzi jednak o to, by pokazać dziecku, że może zrobić coś po swojemu, ale dobrze byłoby wiedzieć, że ktoś, kto się na tym zna, może doradzić, podpowiedzieć coś. A podążanie za czyjąś radą wcale nie jest oznaką słabości czy oportunizmu. To już decyzje, które podejmujemy o nas świadczą, a nie fakt, że wysłuchamy rady czy nawet po przemyśleniu, podążymy za nią.

Książeczka jest co prawda kierowana do dwulatków, ale moja niespełna czteroletnia Bunia z błyskiem w oku przegląda stronice książeczki i opowiada historię lwa swoim podopiecznym, kiedy bawi się w przedszkole. Wkrótce, kiedy będę jej musiała wytłumaczyć poważniejsze kwestie, będę zapewne rozpoczynać od "... A pamiętasz tę książeczkę...?"





Książka jest absolutnie cudownie wydana. Dopieszczona w każdym calu, widać to na pierwszy rzut oka. Ilustracje Agaty Krzyżanowskiej są jedyne w swoim rodzaju, z duszą. Kolory są elektryzujące i magnetycznie przyciągają, wciągają. Nie sposób przejść obok nich obojętnie. Jest o tyle ciekawie, że sama ilustratorka maluje pędzlem tekst rymowanej historyjki. Tekst, który jest naprawdę wdzięczny i naturalny. Żadne rymy nie są nadęte i pretensjonalne, czy - w drugą stronę - prymitywne i "kalwaryjskie", jak to się u nas mówi, bez urazy droga Kalwario.


Moja ocena: Bardzo polecam!

Tytuł: Gdy lew się wybiera do fryzjera
Autor: Katarzyna Zych&Natan, ilustracje Agata Krzyżanowska
Wydawnictwo: Bajkopis
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788394472337

Oprawa: oprawa twarda, aksamitna w dotyku (soft skin), strony kartonowe
Liczba stron: 24

Recenzja powstała dzięki uprzejmości p.Kasi Zych z Wydawnictwa Bajkopis. 

Bajki dla dzieci


sobota, 2 września 2017

"Wesoły Ryjek i lato" Wojciech Widłak [RECENZJA]


Są takie książeczki, na które czekają nie tylko dzieci, ale także ich rodzice. I nie chodzi o to, że rodzic będzie miał w końcu święty spokój - dziecko zajmie się tą swoją upragnioną książeczką. 
Są takie książeczki, które pojawiając się w życiu dziecka, nie chcą zejść na drugi plan, nie chcą ustąpić miejsca innym pozycjom.
Są takie książeczki, które można czytać do znudzenia, które nie chce nastąpić. 

I właśnie taki jest Wesoły Ryjek i lato Wojciecha Widłaka. Podejrzewałam - znając zimową edycję Ryjka - że książeczka będzie kolejnym hitem w naszym domu. I nie pomyliłam się. 




Kiedy listonosz przyniósł paczkę, uśmiechnięta od ucha do ucha wyobraziłam sobie reakcję Buńki.
- Mam dla ciebie niespodziankę - powiedziałam z zagadkowym uśmiechem, kiedy wchodziłyśmy do domu po powrocie z przedszkola. - Tylko przebierz buty i weź pudełko z podwieczorkiem do kuchni.
- Dobrze, mamo! - zawołała, jak zwykle bardzo oficjalnie. Często myślę, że równie dobrze mogłaby wołać mnie per "matko", wtedy dopiero byłoby śmiesznie. Zwłaszcza, że nie jestem typem sztywniaka, któremu na piśmie należy złożyć wniosek o plaster na poturbowane kolano.

- To gdzie ta niespodzianka? - zapytała rozentuzjazmowana.
- Przyszła dziś paczką - wskazałam palcem książeczkę na stole.

Buńka nie umie czytać, a jednak jak tylko zobaczyła okładkę, wyszczerzyła się do mnie, jak zawsze, kiedy dostaje niezapowiedziane niespodzianki.
- To Ryjek, prawda? - zawołała przytulając się do książki. - Och, jak ja uwieeeeelbiam Ryjka! Poczytasz mi go teraz? Proooooosze!

Roześmiałam się i pokręciłam głową.
- Teraz, póki jasno i ciepło, idziemy na rower, a Mańka pojeździ na Hipciu. - Hipcio, jest małym pojazdem w kształcie hipopotama, którego Mania dosiada okrakiem i porusza na nim, opychając się nogami. - Wieczorem poczytamy, zgoda?

Podkówka zarysowała się na twarzy Bu tak wyraźnie, że miałam ochotę jej ulec. Jestem całym sercem za tym, by czytała, ale przed snem wygonić się muszą obie, nie ma przebacz. Mańka na razie nie wykazuje dobrej woli, kiedy próbuję czytać coś Buńce, więc zaniechałyśmy prób, dla dobra książek. Czytamy wieczorami te książeczki, które w rączkach Mani mogą się zniszczyć. 

- Wiesz, jak jest. Delikatne książeczki czytamy wieczorem, tak? - uśmiechnęłam się delikatnie, wskazując, że czytanie nam nie ucieknie. Tylko przesuniemy je w czasie.

Chyba ją przekonałam, bo odłożyła książeczkę na stół i zawołała:
- A mogę te fioletowe sandałki?



Generalnie wiem, kiedy książka jest trafiona. Po pierwsze sama ją przeczytałam i spodobała mi się, a po drugie równocześnie podoba się córce. Oczywiście, że w przyszłości zapewne nie jeden raz spodoba jej się coś zupełnie pozbawionego wartości, ale na dzień dzisiejszy, kiedy podtykam jej książki naprawdę dobre, kształtuję jej gust, który obroni się w momencie próby. Mam nadzieję, że ta taktyka zadziała.



Nowy Ryjek spodobał mi się z takiego samego powodu, z jakiego poprzednia pozycja z serii. Jest zabawny, bardzo dziecięcy ale przy tym niezwykle prawdziwy. Takie prostolinijne myślenie kilkulatka, którego doskonale świadom jest autor, to klucz do do sukcesu tej książeczki. Dziecko jest przekonane, że w końcu znalazło bohatera, z którym może się utożsamić. Nie jest to kolejna książeczka napisana najlepszą polszczyzną z możliwych, a przekład opowiadania, jakie mogłoby potencjalnie stworzyć dziecko. Nie zrozummy się źle: książka nie ma błędów językowych, wszystko jest na swoim miejscu, jednak autor celowo stosuje powtórzenia, a nie używa synonimów, bo dziecko - szczególnie to małe - zupełnie nie myśli kategoriami "o, chyba wciąż używam tego samego słowa", bo ... najczęściej nie zna innych, które mogłyby je zastąpić. I tak dalej.



Prócz tej ujmującej narracji, ułatwia małemu czytelnikowi zrozumienie pewnych zjawisk, tłumaczy je, ale też pomaga mu w dość niekonwencjonalny sposób traktować różne (nawet bardzo trudne) sytuacje jak wyzwania lub najsmakowitsze wręcz przygody.

W tym tomie, w konwencji letniej wakacyjnej aury, dziecko może nauczyć się, czym jest przyjaźń i kim tak naprawdę jest przyjaciel. Błachy problem braku kapitańskiej czapki z imieniem Ryjka odsyła nas wprost do powiększającej się grupy dzieci o spolszczonych, a nie tradycyjnie polskich imionach, z których często się kpi (z imion, nie z dzieci; tych to jest nam jest masowo żal). Jak poradzić sobie z burzą, której boją się wszyscy, nawet rodzice; jak wygląda rozpalanie ogniska i czy jagody rosną na krzaczkach same czy z pierogami. Zauważmy, że dotykamy tu fundamentalnych spraw. Fundamentalnych dla dzieci, oczywiście. Dzieci świat odkrywają po swojemu, swoimi zmysłami. Okazuje się, że Ryjek nie wie wielu rzeczy, jak każde dziecko. Ale jego przygody, uczą nie tylko jego samego, ale też nasze pociechy.

- Idziemy do kąpieli - powiedziałam, zabierając talerzyk po zjedzonej kolacji. - Napuszczę ci wody do wanny, chcesz?
- A Ryjek? - popatrzyła na mnie, jakby już walczyła z moją odmową.
- Będzie - kiwnęłam głową na potwierdzenie. - Poczytamy, jak będziesz brała kąpiel.
- Taaak! - ucieszyła się i pobiegła do łazienki.

I rzeczywiście, opowiadanie za opowiadaniem czytałyśmy, kiedy Buńka przelewała kubeczkami wodę.
- Przeczytaj mi jeszcze raz o burzy...

I tak jest za każdym razem. Kiedy tylko pojawia się temat Ryjka, od razu prosi o przeczytanie tego właśnie opowiadania. Wzięła go nawet raz do przedszkola, choć nigdy żadnej książeczki nie chciała brać.



Wesoły Ryjek i lato, muszę powiedzieć, jest trochę słabszy niż przygody Ryjka zimą. Mam tu na myśli to, w jaki sposób autor prowadzi fabułę każdego opowiadania. Te zimowe są bardziej złożone, są też błyskotliwsze. Tata Ryjka nie jest już tak w widoczny sposób przewodnikiem na męskim, trudnym szlaku, którym idzie każdy porządny facet, a mama nie ma w sobie tego ciepełka, które roztacza przy okazji pierogów, omletów i tych wszystkich uroczych rozmówek. Jednak Ryjek  nadal pozostaje Ryjkiem Od razu mówię, że nie mam na myśli jakiejś przepaści jakościowej, czy tego, że jestem zawiedziona. Nowy Ryjek podoba mi się. Po prostu zimowego Ryjka uczytałyśmy się do znudzenia i wiem, że to nie to samo. Ale dzieciom się spodoba, jestem pewna. Buńka wciąż jest pod jego urokiem. 



Moja ocena: Polecam!


Tytuł: Wesoły Ryjek i lato
Autor: Wojciech Widłak
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2012
ISBN: 9788380083417

Oprawa: twarda, matowa, papier delikatnie błyszczący, grubszy od tradycyjnego
Liczba stron: 48

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina:


Podobny obraz

poniedziałek, 31 lipca 2017

"Osobliwy dom Pani Peregrine" Ransom Riggs [RECENZJA]


Fragmenty pisane niebieską czcionką dotyczą samej książki.


Był ciepły, słoneczny dzień. Trawa miękka i pachnąca. Wciągnęłam powietrze głęboko do płuc. Tylko lato miało taki zapach: pełen świeżości i soczystości. Mieszanka aromatów otaczającej nas roślinności w ogrodzie u moich rodziców była upajająca.

W cieniu rozłożyłam duży koc i kazałam bratu przynieść nasze toboły. Dziewczynki już szalały po ogrodzie: jedna tańczyła, a druga w zasadzie głównie przewracała się, idąc po trawie. Uśmiechnęłam się do siebie: o, ironio, dlaczego to, co takie słodkie i urocze musi być równocześnie tak absorbujące i wycieńczające?

- Co ty tam tak strasznie napakowałaś? - zapytał mnie brat, z niedowierzaniem spoglądając na torbę.
- Dzieci, chociaż małe, mają spore wymagają, wiesz? - odparłam. - Picie, jedzenie, przekąski, ubrania, pampersy dla Mańki, jakieś zabawki i już masz pełną torbę.

Wzruszył ramionami.
- Przecież u nas też jest picie i jedzenie. Przekąski jakieś też się znajdą, o zabawkach już nie wspominam. Nie mieszkamy na końcu świata, wiesz?
- Niby to prawda – roześmiałam się – ale mając dzieci nauczyłam się, że zawsze musisz brać pod uwagę alternatywny scenariusz, mieć plan B. Coś jak: „spodziewaj się niespodziewanego”.

On tylko pokręcił głową i westchnął. Ma czternaście lat, to jest raczej dla niego abstrakcyjna tematyka. Chociaż ja w jego wieku zajmowałam się właśnie nim, takim niemowlakiem, jakim jeszcze przed paroma miesiącami była Mania. 




- Wciąż ją czytasz? - zapytał, wskazując głową książkę, którą wraz z innymi zabawkami wyjęłam z torby. Osobliwy dom Pani Peregrine, Ransoma Riggsa. - Ja ją opchnąłem w dwa dni.
Uniosłam nonszalancko jedną brew.
- Skończyłam i chciałam ci ją oddać – powiedziałam. - Ale dzieci nie mają przedszkola. To chyba wyjaśnia, dlaczego dopiero teraz ją skończyłam.
- Chyba tak – uśmiechnął się, rozkładając się na kocu, zajmując przynajmniej połowę jego powierzchni.
- Podobała ci się? - rzuciłam niby od niechcenia, patrząc na dziewczynki, które próbowały wyrwać sobie piłkę, więc zawołałam w ich stronę: - Hej, przecież są dwie piłki! Gdzieś...
- O, matko... - westchnął mój brat. Najwidoczniej już zapomniał, że był dokładnie taki sam. - Moim zdaniem jest świetnie wydana. Co prawda te ilustracje zapowiadają trochę inną treść, ale i tak jest bardzo starannie dopracowana.
- Też to zauważyłam. Ta dbałość o szczegóły pozwala się lepiej wczuć w klimat – powiedziałam, po czym zmrużyłam oczy, bo zamierzałam rzucić bombę: - Ale chyba wynika to z tego, że te zdjęcia, które są w środku są prawdziwe.



Mój brat aż podniósł się na łokciach, wziął w ręce książkę, przewertował, po czym spojrzał na mnie niepewnie.
- Żartujesz...
- Nie – odpowiedziałam po prostu. - Czytałam, że to właśnie zdjęcia zainspirowały Riggsa do napisania tej książki. Był maniakiem, zbierał dziwne, stare zdjęcia obcych ludzi. Te, które są w książce są niepokojąco mroczne.
- Wow. Nie wiedziałem - powiedział w końcu. - To wiele wyjaśnia. Chociaż niekoniecznie pasowały mi do tego klimatu, który jest w książce, ale news i tak robi wrażenie.
- Fakt – zaśmiałam się. - Ja myślę, że zdjęcia wydają się jakby mało trafione, bo budzą w nas niepokój innego rodzaju niż opisuje autor. On nas straszy potworami i morderstwami. Boimy się, że komuś może się stać krzywda. Tymczasem zdjęcia, które mają odwzorowywać rzeczywistość wyglądają, jakby uchwyciły sytuacje, które są nienaturalne, paranormalne. Ale tak ogólnie podobała ci się, czy nie?
- Była fajnie napisana. Pomysł, mimo że częściowo zasugerowany przez fotografie, naprawdę trafiony – i postukał palcem w okładkę książki.
- To prawda – przytaknęłam. - Ale wiesz, pomysł – pomysłem. Istotne jest też, czy facet wykorzystał potencjał historii, którą sobie w głowie ułożył. 



Brat na chwilę się zastanowił.
- Moim zdaniem tak. Było wiele historii jakby „drugiego dna”. Wiesz, wyobraź sobie, że dziadek opowiada ci o tym, jak w dzieciństwie uciekał przed potworami i jak ostatecznie udało mu się uciec z koszmaru wprost do najcudowniejszego miejsca. Na wyspę, gdzie żaden potwór cię nie dopadnie. Co prawda rodzice i dalsza rodzina nie zdołała im uciec, ale on przeżył. Sama być nie uwierzyła.
- Chyba masz rację. Zwłaszcza, gdybym nie znała historii. A znam, jestem przecież historykiem – powiedziałam, po czym wstałam: widziałam, że walka o piłkę zaczyna się zaogniać i czas interweniować.

Przyprowadziłam dziewczynki na koc. Jednej podałam książeczkę, a drugiej wiaderko pełne klocków-kształtów z sorterem. Wcisnęłam w rączki po kawałku brzoskwini i na parę chwil zrobiło się cicho. No, powiedzmy.

- Po prostu dla mnie „potwory z Polski” z opowieści dziadka od razu skojarzyły się z masakrą, która odbywała się tam na Żydach za sprawą nazistów – powiedziałam, jakby wcześniejsza rozmowa nie została nam w ogóle przerwana. - Ale jak dla mnie książka mogła być lepsza. To znaczy dla mnie jest kilka aspektów naprawdę dobrze rokujących, a jednak niewykorzystanych lub po prostu spłaszczonych.
- A może jesteś zwyczajnie za stara na takie książki...? - podsunął mi brat z typową dla siebie szczerością.
- Niewykluczone – odparłam przekornie. - Ale przyznaję: dobrze się ją czytało mimo to. Znaczy, do połowy. Potem już, jak dla mnie, spadł poziom, jakby autor chciał wyhamować rozpędzony pociąg. Jakbyś 3D zamienił na 2D.
- Aż tak? - zdziwił się. - Nie zauważyłem tego. Ale dawno nie miałem do czynienia z takim... nijakim głównym bohaterem...
- Też sądzisz, że nie był interesujący? - spytałam, krojąc kolejną brzoskwinię.
- Hm... - Wyciągnął rękę po brzoskwinię. – No, był jakiś taki mało wyrazisty. Jakby gość skupił się na kreacji wszystkich postaci tak bardzo, że brakło mu weny na głównego bohatera – podsumował.

Roześmiałam się.
- A jakie jeszcze „drugie dno” zauważyłeś?
Brat zamyślił się.
- No wiesz, że życie nastolatka to ciężki kawałek chleba.
Przewróciłam oczami.
- No, rzeczywiście! Nastolatki są zawsze przekonane, że one mają najgorzej. A życie generalnie nie należy do najłatwiejszych zadań, ale kiedy masz kilkanaście lat chyba zderzasz się z tą prawdą po raz pierwszy świadomie i wydaje ci się, że tylko ty to widzisz – podsumowałam tonem starego belfra.
- To też, ale nastolatki są przede wszystkim przez nikogo nierozumiane. A rodzice tego nie widzą, nie umieją rozmawiać.
Skrzywiłam się.
- Też czujesz się nierozumiany?
Wzruszył ramionami.
- Chyba nie, ale to nie zmienia faktu, że rodzice się boją rozmawiać, bo nie widzą, czy nie za wcześnie na traktowanie mnie jak dorosłego; czy może nie za późno na takie gadanie jakbym miał wciąż 7 lat.

Pokiwałam głową. W duchu przyznałam mu całkowicie rację.
- Może już jestem zblazowana, ale taki scenariusz w książce wydaje się strasznie oklepany: rodzina tego Jacoba, co jest głównym bohaterem, ma sieć sklepów, która przypadnie mu pewnego dnia, ale oczywiście on tym gardzi. Na brak pieniędzy nie może narzekać, więc oczywiście jego rodzina musi być jakaś dysfunkcyjna – powiedziałam znudzona i jakby lekko rozdrażniona.
- No, ale tak często jest – podniósł argumentację mój brat. - Po prostu widać, że często tam, gdzie jest pieniądz brakuje innych, ważniejszych rzeczy.

Ucieszyłam się, że mój brat potrafi już sensownie gadać.
- Dla mnie dużo ciekawszą postacią była Pani Peregrine, chociaż powinnam powiedzieć Panna, bo oryginalny tytuł to sugeruje – powiedziałam. - Więcej: mówi, że to nie dom – czyli ten sierociniec – był osobliwy, a same dzieci. A to spora różnica.
- Dla mnie to jeden pies. Mnie się podobała ta książka – powiedział mój brat, siadając. - Tak mówimy o niej, jakbyśmy ją krytykowali, a przecież jest w porządku.
- Jest więcej niż w porządku – uśmiechnęłam się. - Po prostu, kiedy zaczynasz się zastanawiać nad książką, to starasz się ocenić ją wnikliwiej niż tylko: „Była dobra, warto przeczytać”. Ja po prostu jestem już czytelnikiem w zaawansowanym stadium.



Na te słowa mój brat prychnął i pokręcił głową.
- Ja też dużo czytam.
- Ale ja już z pewnych książek wyrosłam i trochę więcej oczekuję od lektury, która ma dobry pomysł – powiedziałam, podsuwając dzieciom inne zabawki z torby. - Dla mnie, jeśli ktoś marnuje pomysł fatalnym warsztatem albo zaprzepaszcza go, kierując z pięknych głębin na muliste płycizny, robi taką samą krzywdę książce, jakby tego pomysłu nie miał, a chciał koniecznie coś napisać – zaaferowałam się zupełnie niepotrzebnie, więc na zakończenie tylko pokręciłam głową.
- No to podobała ci się? - zapytał mnie mój brat, jakby nie do końca ogarnął, czy skrytykowałam książkę całkowicie, czy tylko do pewnego stopnia.
- Podobała mi się. Ostatecznie podobała mi się – powtórzyłam z rozmysłem. - Pierwsza połowa jest naprawdę świetna. Ale druga w zasadzie też nie jest najgorsza. Wydaje mi się, że to trochę zależy od człowieka i jaką literaturę lubi. Druga połowa jest po prostu lżejsza: walka Dobra ze Złem toczy się na prostym poziomie, bez specjalnych moralnych dylematów, które sprawiłyby, że stałoby się to bardziej rzeczywiste. Ale co kto lubi. Może niepotrzebnie się tego czepiam, w końcu to jednak książka dla młodzieży.

W tym momencie Mania stwierdziła, że brzoskwinia jej nie wystarczy, a Buńka zaczęła jęczeć, żeby rozłożyć jej basen. Robiło się coraz cieplej, więc zakończyliśmy rozmowę. Ja poszłam z małą do kuchni na zupę, a mój brat obiecał zająć się basenem. Książka została na kocu.


Tytuł: Osobliwy dom Pani Peregrine
Autor: Ransom Riggs
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2012
ISBN: 9788372786463

Oprawa: twarda, matowa, papier tradycyjny
Liczba stron:400
Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina:
data:image/png;base64,iVBORw0KGgoAAAANSUhEUgAAAOEAAADhCAMAAAAJbSJIAAAA1VBMVEX////tGyQjHyD//v8hHR709PQAAAD///0eGRr5+fkdGBnsAAB2dHUXEhMbFhf9///CwcHtFR8uKyzOzM2Jh4hJRkdZVlff39/r6uqurK0VDxH2pKY4NTakoaJ/fH0PCArsDRliYGHtABCSkJFSUFGamJna2dr95+f1f4T3nqJNSktDQEHuMDgpJSbuJS3wSU72lJn6ubr829zybXL88O80MTKrqarxZGj7ztD94OJsamvwPETwVlv0iIz5wsPzdnnyVVn4sbL+1djwQknvND74o6n0hIjVRne5AAASMUlEQVR4nO1ci3uiutOOgCIqRlrrBVuh1IpWxRutl3qp1u3//yd9Mwkottqeb8/v7OLz5D1nuxZCnDczmZlMwhIiICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICAgICDwH0CmxG97zmRLiHquDZV91yeUqCqRv95V8fJ00R2P/ks5fx+U0rVjGLY3AgrnMB2/tWYwGurJNkBw49mG8zo938NfxdZJAJzleR26fdu2FzAaqPGvoNTtG9CFPfb/QzF/GzL5xRjaE/+sBqY2NMi6wE8+ZaUyWXnYhdF1/0tJfxcqWXEdrk8IH2DUNRJ2F+/TU41U1gAG6S2WDAHvOA+z05PSM8htI+sNiSyfNFJZVf0WdGE47bN2/lehUrf12l1s2DSkqkqZ9zncxotkuzqoRybBdFTB84AnxZHxl93urq3F0tNQ+E/bToGALKs08JVAlEUBBMFBoPwSv8lUKQN3DB4QQ5CiNl1t5W+88V8EeA8uGPuBcY+EglIS3qFnRfdnPMqwsTlv538XoAsV9KdC5O+Dv/D6k/WgvRmupjMX4R+DXZtNV8Naezl+2yUMu79SmUoDhccONNAizLUFuAt0+jYCPIfX3fX7b4vFBDAej/GvxeLtrf/a9Yx9I/Cyr1NmrzBO8bRSnHEUZpo/sVlQSyS6/a5nZ0M4jIiN7jYbuWgg/QSDPeZzksaTIQdMtI2dCOBtgLSPprip1dqDgIfRXdY2aLzbmetr+NAovJOY0VjaZxQwg5ZOyNCwV9FbS4Nf3cdzrqnZ0gvHxJn+cYH//6CktWeYMGBmUfSMaMHanuGMeRNZxWkrD9/3Ok9kh/GME5+wZwiE7O408P5UlQfBbFu4FBdQ6JrU6cQxApNGhqsLIEgjVop0Xl3uPUBjteDSxOcRDxaUtZ0djsYYlhXO9vy6JDaQydCIMEw4Y5flZ+BCNl7gMX1MYYDKdJII2xr96RvEi9EF6BA84/sxxYlL+Zp36BmcIXOgxB1AqNjPwI37DiExpqv7T5iBuUU52ricwjx8GOqQ5WQQNg+tjFccGMOb/W3h/wEocd/s/iRK0WkTllnj8tbYM3SjqnaGZPtqxHTl+wX+xFmABR5TBMcJDA0DaDlr1kweGHuK9ton027C2MWyevEJMvHHTt+VW4colzA8tmgEhvama9icYZgA4H2MKStg+K7F35dCSumvnf6M+kFY9FBThgc5NXCwd+7EsFus5cbbM3RaMvNDRv+bSmSMoLWQIVG5ob6238CjGF3I36ZdoLJxnA9c2q+cgwo9NE6IJcbiIlIaon047zNMwT/QUJ3ltgVk7P6WTHdGjYwSwJDSFfiVxI6TtAf42AazHXIRFLWl/T7C5by/RO15G21g2EDR33Z3W+Ivsi1cTdjObviKBmxgZY1SWsNs5zIYyowhm081B0Pjiowg9kFyM8RKqT9cUddzvIFfc4B/3/OGuGwmNQPXhxfBUBvYryNeWyMDIGi/a9T/2C23Gsu1kULbWQyxvm0YtdmqzSs6yHD9t2X/J1AZwy0raqgqfIYAOCBUczX0s1hfA47+CvLxtm0navAE5nBAvGZfCEOZQijfTVmtFPUFghuJzYmGW8/pBwteVKvahqFo/UlJfx9yGyM4FrZhkUspGKqz1L42W2b7o6B4CtEQxsW+NIYUSxpY4m3jMvgrpmsgKLP6IcX1IzL8+OPC/hYChiplxTf4Wft12kPiyl8Gbhg7VRkSBGf5p2X9PcjthFfDZRCYHkU1ntpJ+1LXlpcXxdDo9sfL2oxt0ZDT+71w2WcF78Fgufxotda46ljGOh6i43Q3Gx8ZYqZiO479vtyMcAPj1HaFSqa8JozAsneQvm1r05juzIBUs4XjTFzSPiybbMd4a/FCzdfmZDkej/uHVSIwpGRoZJ12PDdmVF4pBUs7MGQkX08XX3APB3doBnaEISasCRvS15gCNywgez5imECG8qlVH+5xwMBMI4MxwPUHrClXJ5r/fYBvHCZs21vRiJXCdExgifvk6Rky2tR+DfpRKyXa2jHQ0uMIPO4zXCyGstzmCgFXk3iffKxmKj21cofEtesBKztSrgFP46/fxvEkeACr3nvvk1ZtxYuDuHN61ELlO4TTRBfhceCotGPqRKNQWREtMR6OfFxJEMoWiscMVZ6WQzxErFarIWJ9IQwJZ1gLd+ODIwufGar0KETi580FMVxi9ZCFD0w7qb/+OHY0kLFiFdw9JAK4ZsRaW/uPC/tb0Ja2t2F7MezEgf9hv7vHqqGYyK36m+DADVtA0VX3QhjKyLDLSy8U7XRsZGvH+/KMlvtqJzaBk2WnTC6GIVG1D7u7YhaIRCaOPSbsYJBMA86owek75j9rl+2UMj3ivkXtbwv/z4AMp+zgiTtzx4bdnxHqt4caVjVUzGQgVgx5nLcjsR33ni6Eod9ydlNk4k76C8Pwhipx11mPrfNZckPpEFcSyNGZjPiqhG3KXQzDtfM+wuXfq2PYCacNTmWX9TbAs+1imU1TqTYJ023bG/KVB70khmMHa95AFNOUN0hXPdupacDB+0XIsAtRgmzDbBRStg0rU7Hy6UUwlDlDorUYB6M/a3cNVmKi7tvEJ+O+i7NxeNjB9wYyv3shDMGrTBxwLuNgbwkXwYkBFmyIP+luZdylwPOktcMWahaIQ2KwsIFhXE8lRiDjHvDb0R6ws/RZauqP7eEqu3BZKicvDitf9Dd4HO4ydCgTd2G/LbuRTfrsli8v/HF2+eHwg+6UjnaRgwpvU6KN7QuJ+MTFgzFHJxXGPKfR1rbHjvJTtnpaRUbBdoZy62IYzvpH52kS9i4oectYx8HzQjgPIV1rZw+NjG7tQhjKMv3E0HnH8M8ycdwUtls+lm3Yob1+ZLIasAa+CIYg+uj1yERZYsazVDzxZn+EJ0ogBfis7cHflPyfQsYUOiI0BgdMvJEjOlh7GZb5QZOr7hFDrHlfwlmMaURsZzHDjdHgJSB8bcgeyHzhi6+VqINslKG9PFU6jhtUsjk4UnvsIkE8uo2yb5BhMNfYixi8xHqkw/hDpYfTl8b7cV0QX4yyg/1gtu+rklF0KkLEj7+R4qnRfZzbjdhLlb47G4220+kUC/jGcrrdjkYz1/c1pLnaRQ5/jWg837QIIFN2fBsWFaHlva4nk8Xb+84zHL7NxEyRfTIS3df+YjIZr185O/wz0HgBMqY8+TtNuPI9JCv2Zzj4P99PYz8d/hYGEDSM7JgfmKYxfWWGHTpgb79SuQZyO2xr0ANNvS34qzLr9boVBfzOXqDpY6w3vFdIdvBdL0rj6lBlJh1lupy2JsvNastm27G49GvNV2YvQLE3wQg/UBRTK8UXJEeb2lRFjpovRzasaRgBSUBR3j8RXgl9K3GHv4Z+PLWIC/c++MMPVuymKlsx0WBJy4q+uIu4bbPdz6CcGr7mpHJ+cG02AYtdx3PziRLXxmiQ/WYZqw3AubB3vU8qScX6AHThtGJ5GjosTNit87PIheBn2H6Q4nyBTGYsOhq7WCoRGLIk016fdxMzDxhmZ2GJ9BPAsmfsaHRMz+yDlfIi76ljegEgGbDxmOzp5IyXchJ8DRlDgN+oeRC+x/I37xC6g8nApeqZf1MBnNX0Df/VhXi+OoPuY7oeb/zTJsjAwgg7znaKIQuG7sd4GUsNCggICAgICAhcNCqA5P++2yT2e+I9lD+PZOOpcfOIolzfVf+H/b7cQMfNr9cr1cfyv+n3+h5Q4h0nH0rw+eGHcUxK+YxV1Ij8krJSue+VeT2/Z5jXHwqVHyR5TGXy0vWXy5XnVOrq6+V/jmoqn8+nHtnnZsfM563GDxaYvFIkHRhWnjKSclX4tm1B0vMI3bR68x/EfLSgu69t7lKSZNb/hfXeWZIk5e8Zq6oJnzNPPwx2yLDcAYbS93ZagLaSpLAf+u33HZ9h+AACWj+YyreY6/Dt6Q7rOYefldsfxjpkqD2YpjX/XmrOsCfl8S8r960mzjBs9kzr+XtL+RbaTRpZpV8C0eFz7wf3ETIkycd5/Qd9I8N0o/pSfIavSd986zHOMCSFeq7wL4xUY6wkEyVupvCjlH/Z35XL5aO+K+VkhOFRgfBTy1A6bJuDZ+7gg3Jb2Dc+troyUj/H8IvI5eiwJss/DHKFs1I6ZfYVjO0DYfXoZPUpbZp6oxpIk6x2LNO8KWgBw2T9qVTiVlouXkHLebl802jcRx0+YzjHFmArCjM27fq+B407j1wySsp1+BopV3nhDK/vGxEkyXWnVGpUKUnmGo1OlVzf5E3z9lELRLoxUSQyf2o8nbHkAjC86vQUvUCS93np+RbHnFFq5qyMkk4rGT2Ya/V8BvSdv6p2Al9aMtN6B/k0OxbcUczSSyqdf46q4ZghzvDko4WTUkmbT3worhsme/j+UWIMC718OpNmyOt3KGEmY95hGDbTqbvCMz6dThVRRjkQqVd90tOpF3IS4EqV29yzZBXJ9a2SKZXSUpo508q9LuWt2x56MtZdNYWC6Kb+fCVxhjAi6RsQMzlH5WdMXe98dlShlZK7Hp+H2gOTEAUz8VmiNdC9ZXQ9c9sLGEKA0dE7cBeKOkgjw1JGys9vLFNHOViUesGBTeum+fwM3Z12H3LRlJSnQimjXJG7vGLe4e89nBUgdRoTgQKMvVJFPWWgt9tcvYG+n+swz53HXR7FKdVznfwphsrN4+MTjIGSuuPjpEiN0i1Q0EsVHu4kqVGf3+pch5AkzOfzBjoEvM8YZgKGki7NH+rPyAvykiYEZJhfuXpJUs4y1CBYpJ/KdVNKNYum0ms+QEjUQcayhdNG1jQyz8PQJSF2Q7cNvFPXQ4YZpsNkzkRXBdI0gfNXhlLasoBPJgO9kFuIob27cuUarTZfBf0jsWKZyNdAmnkaDZAswkBYTXLEEMcPzQkjZLqOIilcpErRPMuw0shgiAcfoxdLmfRT8hG6sao41jA/5/U66CzNNMVuMFPf5zSBDpGp8lxB5wTSnGDIAr7EPFYZxUWmpIAT6J6Un3BalPHhO/3gSwtXacl6IMcMM6xzynw+MrxTuKxwD9R6hmGzk8aEpgkD2etJmbr2gs60zsdJMS2ADjO+V9DqoAaTxzNgFmVYvlFQVgbrlJV24Euk/HUoLk+DKkitwwRgE5XJEjKsKCBWkKlFdZhpMBeBV+pJrQjdprgXBEs4w7AAvhNj4S2L9fDdKFK+xBn2bvYoaLnMeYbpkKF8imE+94gMG+Vjho0oQ8oYKgHDZM4CywrSgyOGpS8MeavcWYZV9FiQdt/ng3ytDFzhi1n4vbmuhNDAB0JLHnJuP1lpA82HBf/mKSvVc5UbGJ58mFSkWbbQRO5PjGGmxMJTQQqttAqDnQrDW5RhPsqQPCp7kaCX0wzlR5PPLpwVIIrGhlayNHK9l7XS5Fk5tMiUmslksqgf+9IkprNWsZJMNhuZUwznXHU6ioBW26tCLw0YMf2FVNDTpB8qWrIcehpyDSlepqgFC+3zDAswwTMNJpIVzsjP0NAJ4TBU0ExRmRjkwK9Cvgo2cV/Qks15b16t8BkLhOrFe+lMtCjWMcc9yZCUkMdVhS9llKt57ikfiRaKdA8PY1xEhjJGyF7jvgSof8eQiaR0ApFO65D7agzaOfhGE1MOnG+pa4yDIP/tfH6TV/Q0mkId9YCJhtX7xLCJcRBvsVh8giFljl2y6jKMIFKEnAWEVLDbip5hD2f0NI/45IVFSCUDMEvfMZT3Ium9cwwrt5Zu4tCSKn7gdmvqbEFcuLFAZj0NBHkWeI+yKDqkSJaeQoYNS7c6zH9IjJvZqKaglyOGEvQ2lyGVgVzE1O/gqXoeG0MqEiyJCrf4exoefjZNBXMaSI4CWIwh/M2yNvi6wJfCFUx3IB9Ko0H17lCkk1lbJQfgE7+ey7GFfgGuzFnjZvFGsSzzeV7lG3+Vxw6Ej1KVFKFJFTLvB3yYeevCvGdZmXqzMs/l6tHMu4lfgP2W67mgdfLuXoJuO8VwJK5z8PtVrsmalLXHXAQQEpvQZ65A+Nc9VJjlwac7lLpSvIWuuEjz05l3EhF+YprSkuEnolXKiP1Ch/1e4Q9BC3p4GNYwvOHhCoe87401TqLHlVm3kara8cPJKDSy/7pjWaMiVqJXYoyLeFlWQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQEBAQCC2+D9lHwHvHbSwuQAAAABJRU5ErkJggg==

czwartek, 13 lipca 2017

"Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz", J.K. Rowling [RECENZJA]

 

 Ja się chyba po prostu nie nadaję do czytania scenariuszy. Odkryłam to, kiedy z trudem próbowałam przebrnąć przez scenariusz do sztuki "Harry Potter i Przeklęte Dziecko". Nie, żeby to było nudne, ale forma nie leży mi tak bardzo, jak to tylko możliwe. Ciekawość jednak wzięła górę i ostatecznie udało mi się całość przeczytać. Niemniej kiedy otrzymałam od wydawnictwa Media Rodzina "Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz" napisany przez J.K. Rowling, wiedziałam, że nie będzie lekko i z pewnością będę musiała podeprzeć się samym filmem.





Muszę przyznać się bez bicia, że zanim przeczytałam scenariusz i obejrzałam film byłam pełna obaw, że ten cały piękny świat, który stworzyła ta kobieta będzie "tym jednym krokiem za daleko". Jak próba wydojenia pustej krowy, jeśli miałabym użyć tego obskurnego, ale niestety trafnego porównania. Sądziłam, że jakkolwiek byśmy kochali magię w Harrym Potterze, na odległość wyczujemy smrodek naciągania fabuły. Czyli nastawiona byłam, że przyjdzie mi krytykować tę pozycję. 

Po przeczytaniu stwierdzam z całą mocą, że zdania nie zmienię: scenariusze są dla reżyserów, którzy robią filmy. Jeśli ktoś śmiałby porównać tę formę do szekspirowskich dramatów, którymi potrafię się (już!) zachwycić, to niestety musiałabym go zdzielić po głowie. Te wszystkie dawne sztuki miały to do siebie, że były ubogie w dekoracje i kostiumy, a te informacje nie zawsze można było znaleźć w didaskaliach. Dlatego samą sytuację w pięknych słowach opisywał chór lub same postacie. Współczesny scenariusz pisany pod film lub sztukę pozostawia tak wiele niedomówień, by umożliwić swobodną interpretację reżyserowi, że staje się w zasadzie jednym wielkim dialogiem. Nie chodzi o to, by autor/ka wyręczył/a moją wyobraźnię, serwując do bólu szczegółowe opisy, ale nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Dlatego o ile fabuła nie rozczarowuje, o tyle sprzedanie samej fabuły w formie scenariusza jest, moim skromnym zdaniem, pomyłką. Kilka opisów scen jej nie pomoże.






A teraz co do samej fabuły. Tak naprawdę oparta jest na prostym schemacie. Wyobraźmy sobie naukowca, który pisze książkę podsumowującą jego pracę. Jednakże wymaga ona głównie badań empirycznych, więc naukowiec ów jeździ po świecie. Nieoczekiwanie jednak w czasie prowadzenia badań decyduje się na przerwanie pracy z powodu, który wydaje mu się bardzo ważny. Sam przekonany jest, że to będzie krótka piłka: musi załatwić tylko jedną małą sprawę. Ale, jak to zwykle bywa w takich fabułach, coś idzie nie tak. Tak na dobrą sprawę należałoby powiedzieć, że sprawy przybierają najgorszy z możliwych obrotów: wszystko wskazuje na to, że praca życia naszego naukowca została zaprzepaszczona. Zaczyna się więc walka i to na kilka frontach: o jego dorobek naukowy, o przetrwanie, nawet o jego życie i wartości, w które wierzy. No i najważniejsza: walka dobra ze złem. 

A teraz wyobraźmy sobie, że to wszystko osadzamy w świecie czarodziejów J.K. Rowling, tylko wcześniej, będzie z pół wieku, jak nic. Dodajmy jeszcze, że głównym bohaterem będzie autor podręcznika Harry'ego Pottera ("Magiczne Zwierzęta i jak je znaleźć") i już mamy niezwykłą opowieść. Ciekawą, pełną zwrotów akcji, z zaskakującym, ale szczęśliwym finałem. Ostatecznie w końcu dobro zwycięża. Rozwiązuje się wiele spraw, ale nie będę odkrywać zbyt wielu kart. Końcówka niesie za sobą dodatkowo niezwykle silne przekonanie, że "na tym to się nie skończy". Od jakiegoś już czasu wiemy, że druga część powstanie na pewno. Nie wiem, czy to dobrze. Zawsze drżę, kiedy słyszę, że film doczeka się swojej "dwójki" (drugiej części pod tym samym tytułem, ale z numerem 2), która nie tylko stawia w fatalnym świetle twórców, ale i niesie jakiś taki gorzkawy posmak rozczarowania. Nie mamy jednak na to wpływu (na pewno ja go nie mam), więc pozostaje nam tylko czekać.

Czy warto przeczytać? Na pewno warto obejrzeć film. Cokolwiek byście o nim słyszeli, zawsze radzę liczyć na własny gust. Czy polecałabym książkę? Mnie drażni forma scenariusza. Nie lubię też czasu teraźniejszego, jeśli naprawdę nie ma ku temu powodów. Ale jeśli ktoś nie widzi w tym przeszkody - polecam, bo fabuła wciąga. Fabuła i barwne, świeże postacie, zupełnie niepodobne do tych, z którymi można się spotkać czytając siedem tomów o Potterze. Miałam kilka momentów (zarówno w książce, jak i w filmie), że jakaś scena była sztucznie zabawna. A raczej miała taka być. Byłam przekonana, że Rowling chce mnie na siłę rozbawić tanim chwytem, który miał bankowo zadziałać. A tu klops, bo mnie takie pewniaki tym bardziej nie bawią. Na przykład, kiedy Goldstein, chcąc uciec od odpowiedzialności, naiwnie "daje nura za biurko". Ale nie było tego tyle, by zepsuło mi to odbiór treści. 




Książka jest, nie można jej tego odmówić, bardzo ładnie wydana. Okładka jest naprawdę magiczna i praktycznie identyczna, jak ta oryginalna, angielska. Nie to, co podręczniki do Hogwartu ("Baśnie Barda Beedle'a", "Quidditch przez wieki" i "Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć"). Jest przyjemnie matowa z błyszczącymi, złotymi literami i niektórymi elementami ozdobnymi. Jednak generalnie zdobienia, które widzimy zarówno na okładce jak i te znajdujące się w środku (pomiędzy scenami, przy numerach stron itp.) zostały stworzone przez pracownię graficzną MinaLima, którzy inspirowali się motywami zdobniczymi lat 20. XX w. i samymi magicznymi zwierzętami. Są niezwykłe, muszę przyznać.

Ciekawostką jest, że za tłumaczenie tekstu nie był odpowiedzialny Andrzej Polkowski  (i Joanna Lipińska), jak to było w przypadku pozostałych książek, chociaż tłumacze - Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz - wykorzystali niektóre nazwy własne w tłumaczeniu. No cóż, jak dla mnie "czuć", że to nie Polkowski, którego uwielbiam. Moim zdaniem (nie wiem, czy zgodzicie się ze mną), Harry Potter Polkowskiego to jak na nowo napisana książka, która bierze pod uwagę polskie poczucie humoru i różne gry słowne. Tutaj jest bardzo poprawnie. I tyle.

Moja ocena: Polecam, ale... ale właśnie nie podoba mi się ta forma i czas teraźniejszy. Jeśli jednak wy nie macie z nimi problemu, a świat czarodziejów J.K. Rowling nie jest wam obcy, sądzę, że i wam się spodoba. Czy spodoba się tym, którzy nie pałają miłością do Pottera albo po prostu go nie znają? Nie jestem pewna. Świat ukazany w scenariuszu (i filmie) nie wyjaśnia wielu podstawowych kwestii, więc tych, którzy nie znają "podstaw", może męczyć natłok różnych zjawisk/zasad panujących tam bez ich wyjaśniania.



Tytuł: Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz
Autor: J.K. Rowling (tłum.Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz); ilustracje MinaLima
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788380082946
Oprawa: twarda, matowa, z elementami połyskującymi; papier lekko pożółkły.
Liczba stron: 312
 
Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina:
 Znalezione obrazy dla zapytania media rodzina wydawnictwo


poniedziałek, 3 lipca 2017

28 czerwca - o tym, jak to się się spędza egzotyczne wakacje z dwójką maluchów

28 czerwca 2017 r.
Środa



Mania: 1 rok, 2 miesiące, 1 tydzień, 6 dni
Bu: 3 lata, 8 miesięcy, 1 tydzień i 5 dni
Waga:  56, 2 kg
Pogoda: Upał, jak w tropikach, 32*C. Oddychać się nie da.


20:14


Ale mi się tęskniło za czasem, kiedy to siadałam beztrosko i pisałam internetowy pamiętnik. I naprawdę było mi wszystko jedno, czy ktoś tu wchodzi, czyta czy może komentuje. Było mi miło, jeśli ktoś jednak wchodził, coś przeczytał albo nawet - wow! - skomentował, ale dla mnie liczył się strumień emocji, który się ze mnie wylewał, bo mnie uzdrawiał. 

Potem pojawiły się współprace z wydawnictwami, co mnie bardzo budowało i napawało dumą ("ale że ja?! no nie może być!"). Ale niedługo potem, zupełnie nagle, w życiu prywatnym zaczęło się tyle dziać, że odpuściłam to wirtualne na rzecz tego realnego. Wybór wydawał mi się zdrowy, ale za to od ładnych paru miesięcy blog wygląda jakby był bardziej recenzencki. Przyszedł więc czas, by wyrównać proporcje. Chociaż nawet nie tyle "nadszedł czas", co w końcu się jakiś znalazł, kiedy wróciliśmy z urlopu...




URLOP ZA (DALEKĄ) GRANICĄ Z DZIEĆMI

Przez pięć bitych lat każde pieniądze ładowaliśmy w dom. Potem urodziła się Maniula i tak pewnego marcowego (bodajże) ranka ocknęliśmy się, że w sumie można byłoby się kopsnąć gdzieś w lecie. Ale im dłużej o tym rozprawialiśmy, tym gorzej się dogadywaliśmy. I tak mijały kolejne dni, aż nadszedł kwiecień i trzeba było się zdecydować. Wtedy okazało się, że gdzie być się nie chciała ruszyć, wakacje to w pierwszej kolejności wydatki, a dopiero w drugiej przyjemność. My nie śpimy na kasie, więc żeby się móc ucieszyć wakacjami, a nie opłakiwać wydania każdego 1 euro na lody, trzeba sobie najpierw ustalić priorytety: co na wakacjach jest dla mnie najważniejsze, jak duże znaczenie ma lokum (i co powinien mieć), jak chcemy spędzać czas, no i bardzo ważne: jak daleko chcemy pojechać, czy damy radę samochodem, czy już trzeba pomyśleć o samolocie.

Nie będę pisała tutaj samych rad i wskazówek, a opiszę naszą (całkiem długą) podróż samolotem z dwójką małych dzieci do egzotycznego kraju (Gran Canaria na Wyspach Kanaryjskich należących do Hiszpanii) i jak spędzaliśmy tam czas. Nie wiem, czy można to doświadczenie przełożyć na podróż w innym kierunku, ale część informacji na pewno jest uniwersalnych.


ORGANIZACJA


Nie czarujmy się: z dziećmi nie wybierzesz się spontanicznie za granicę. Najpóźniej na miesiąc przed wyprawą trzeba zadbać o dokumenty (te dla małych dzieci mają krótką datę ważności!): dowód osobisty i karta EKUZ. Oba wyrabia się za darmo. Tylko do dowodu trzeba jeszcze zdjęcie. Jeśli wybieracie się poza Unię, to oczywiście paszport. Karta EKUZ upoważnia do świadczeń w zakresie leczenia. Dokładnie jak w Polsce: za darmo (za okazaniem karty) przyjmują w placówkach publicznych, w prywatnych - płacisz. Proste. 

Najlepiej rzeczy na wyjazd wakacyjny kupować z wyprzedzeniem, na raty, żeby potem się wydatki nie skumulowały. 

Ok. Dość nieoczekiwanie (trudno opisać tu całą historię; dość, że okazało się, iż trzech braci eR. z rodzinami wybierają się na Gran Canarię, więc nas to trochę przekonał;, to miała być nasza pierwsza taka podróż z dwójką dzieci) trafiła się nam wyprzedaż Ryanaira i bilety mieliśmy bardzo tanie. Dlatego zdecydowaliśmy się dokupić rezerwację, byśmy we trójkę (Mania na kolanach, jako niemowlę, do 23 miesięcy) siedzieli razem. Dokupiliśmy też miejsca, które miały więcej przestrzeni na nogi (pierwszy rząd po prawej, czyli 2D,E,F), by dzieci mogły sobie tam swobodnie siedzieć na kocu i bawić się. Ten pomysł był strzałem w dychę. Małe dziecko gdzieś w środku samolotu miało... trudną podróż, delikatnie rzecz ujmując. Dokupiliśmy sobie też bagaż 20 kg. I chociaż mieliśmy wątpliwości, czy słusznie postąpiliśmy, okazało się, że był on bardzo potrzebny, mimo że sam Ryanair (inne linie lotnicze mają inaczej!) oferuje dużo w cenie biletu bez rejestrowania bagażu. 


Można zabrać całkiem sporo; w kadrze nie zmieścił się drugi wózek i dwa bagaże (poniżej)


Opiszę tutaj jak w praktyce wyglądała kwestia bagażu z dwójką dzieci (3 i 1). Buńka już miała swój bilet, więc traktowana była jak dorosły. 

- Mieliśmy 1 bagaż rejestrowany 20 kg, kiedy kupuje się go przez neta wtedy gdy bilet jest najtańszy. Jego cena jest różna w zależności od tego, kiedy i jak się go kupuje.
- Każdy miał bagaż podręczny, który nie był sprawdzany tak jak np. w Wizzairze, gdzie potrafią być do bólu skrupulatni. - limit 10 kg. Razy trzy, bo ja, eR. i Buńka.
- Każdy mógł wziąć małą torebkę - Ja (torebka "workowa", bardzo pojemna), Buńka (mały plecaczek), eR. (aparat fotograficzny)
- Każdemu dziecku przysługiwały dwa nieodpłatne akcesoria. Wzięliśmy każdemu dziecku wózek i fotelik samochodowy, bo chcieliśmy wynająć samochód. Jeśli sami rezerwujecie sobie hotel czy coś, zapytajcie o możliwości dostawienia łóżeczka turystycznego, coraz częściej można to zrobić za darmo, by nie brać go, jako dodatkowego akcesoria. W Ryanairze można wziąć więcej akcesoriów, ale za każde dodatkowe trzeba zapłacić. Więcej: można zarówno wózki jak i foteliki (a nawet bagaż podręczny) przy odprawie bagażu rejestrowanego od razu nadać, jako "nadbagaż" i nie plątać się z nim po lotnisku. Można to zrobić też częściowo, jak my i np. foteliki oddać wcześniej, a wózki dopiero przed wejściem na pokład. Po prostu składa się go na lotnisku przed schodami samolotu. Te akcesoria trzeba odprawić wcześniej, bo muszą dostać tę specjalną "naklejkę" (wózki muszą mieć możliwość składania; mogą być w dwóch częściach, ale to trzeba zgłosić, bo każda część będzie musiała dostać "naklejkę"). I jeszcze coś: akcesoria albo są wykładane później bezpośrednio na płycie lotniska, albo w miejscu odbioru nadbagażu, nie wyjadą razem z walizką, po prostu. 
- Mania, jako niemowlę miała swój "bagaż". To znaczy: osoba podróżująca z takim maluchem może mieć torbę o wadze do 5 kg na akcesoria dla dziecka. Tyle, ile dziecko potrzebuje na podróż. Tutaj już nie jest ważne ile płynów czy jedzenia. Takie niemowlę ma stałą cenę biletu (w regulaminie jest to "opłata za niemowlę"; padłam jak to przeczytałam), coś koło 90-paru złotych. Zawsze siedzi na kolanach pod oknem i ma swój pas, dopięty do pasa pasażera. Jeśli skończyło rok, może siedzieć na osobnym miejscu, ale wówczas potrzebuje specjalny pas, którego już obsługa samolotu nie zapewnia.

Co dalej na lotnisku: trzeba przejść kontrolę bezpieczeństwa, która jest najtrudniejsza z dziećmi. Nie-daj-Bóg taka Buńka, która w kluczowym momencie woła "Sikać!" i od razu włącza się jej syrena, że się posika, to już w ogóle stres jest taki, że masz ochotę krzyknąć: "To się posikasz, trudno". Oczywiście na szybkiego mnie bez bagażu z nią przepuścili i musiałam się znów wrócić, ale o dziwo nikt nawet nie przewrócił oczami. Mimo, że każdy podręczny bagaż może zawierać płynów 100 ml razy 10 w przeźroczystych pojemniczkach, w przeźroczystym opakowaniu (np. woreczku), jeśli chodzi o dzieci - nieprzeźroczyste zwykłe dziecięce bidony przeszły jak nic. Nawet nie kazali próbować, a przecież to bardzo częsta praktyka. Miałam dodatkową butelkę z wodą ("Niech Pani zostawi, spokojnie", jak mi powiedzieli). W drodze powrotnej przeszła nawet butelka 1,5 l plus te nasze bidony! Już nie wspominam o jedzeniu, o mleku w proszku itd. Ale może być różnie i trzeba się nastawić, że i mleka w proszku każą próbować. Osobno sprawdzają wózek, więc trzeba dziecko wyjąć i go opróżnić (wózek, nie dziecko, oczywiście). Prócz tego - tradycyjnie: elektronika, płyny, karty pokładowe osobno. Kiedy przejdzie się to, to już połowa stresu za nami. 

My rezerwowaliśmy miejsca, więc mieliśmy pierwszeństwo wejścia na pokład, ale niestety jeśli spóźnicie się choćby minutę na otwarcie bramki (gate), może być problem, bo w Krakowie, skąd lecieliśmy, pierwsze numery bramek nie mają windy i potem musieliśmy czekać, aż wszyscy przejdą i na sam koniec zjechać inną windą.

Mania śpi w samolocie; nie, nie duszę jej, a osłaniam przed bijącym w oczy światłem

W podróży dzieci były idealne. Mania spała pół drogi, a Buńka w tym czasie trzasnęła "Króla Lwa", X odcinków "Psiego Patrolu" i "Dory", które wgrałam jej na tablet. Potem przebawiły się na kocu przed nami. Załoga nie mogła uwierzyć, że takie dzieci grzeczne i spokojne. Pamiętać jednak trzeba, by przy starcie i lądowaniu żuć gumę lub pić i często przełykać ślinę/rozgryzać cukierki, by ciśnienie się wyrównywało. I dlatego dobrze, by dziecko piło coś w tym czasie. Mania żula smoczka (tak, miała na wyjeździe smoka, który ratował nam życie, nie wstydzę się o tym pisać). 

Nasza podróż samolotem trwała 5 godzin. Na Gran Canarii należy przesunąć godzinę do tyłu, więc kiedy wylądowaliśmy i dotarliśmy na miejsce Mania po prostu padła jak nieżywa.



My jeszcze wypożyczaliśmy samochód. Wcześniej zarezerwowaliśmy sobie go przez internet. Odradzano nam GoldCar z wielu powodów. I zdecydowaliśmy się na firmę Hertz. I było ok. Dostaliśmy to, które zamówiliśmy. My sobie wykupiliśmy polisę w necie, a gość przy odbiorze samochodu chciał nam oczywiście tamo ich wcisnąć. To znaczy: nasza polisa obejmowała wszystko, ale jeśli coś by się stało, firma obciąża nas, a my musimy wywalczyć zwrot kasy od firmy, u której wykupywaliśmy polisę. Jeśli na miejscu wzięłoby się ubezpieczenie (nota bene 4x droższe), to oni się wszystkim zajmują. Poza tym trzeba zawsze sprawdzić:
- czy nie ma limitu dziennego kilometrów
- czy bak należy oddać pełny, (zorientować się, czy stacje benzynowe w pobliżu są czynne w czasie, kiedy macie samolot - na Gran Canarii większość nie jest czynna 24h)
- dowiedzieć się, jak oddać kluczyki, jeśli samolot macie w nocy lub nad ranem,
- i najlepiej wynająć przy lotnisku, bo tam też go potem należy zwrócić, nie trzeba nigdzie jeździć; sprawdzić, czy samochód ma tylko te usterki, które są zaznaczone na umowie (i zgłosić od razu, jeśli są jakieś inne)
- no i oczywiście najważniejsze: karta kredytowa. Trzeba sprawdzić jaki wasza karta ma limit, bo w zależności od wypożyczalni, różnie blokują. 
Samochód należy oddać czysty, bo taki się dostało, ale na wyspie było mało stacji, na których można było je umyć i odkurzyć. Trzeba to sprawdzić trochę wcześniej.

Nie jechaliśmy w ramach biura podróży, tylko sami na Booking.com(ie) rezerwowaliśmy sobie lokum. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, co mieliśmy. Trafiliśmy na naprawdę ciepłe dni, ale wiatr był rewelacyjny i upału się nie czuło. Generalnie naprawdę wiatrak wystarczał.



Ale na co zwrócić uwagę w mieszkaniu? Nawet jeśli chcecie się stołować na mieście, dzieci nie zawsze chcą i trzeba brać pod uwagę, że coś trzeba będzie przygotować w domu. Wyposażenie kuchni jest ważne. Nie mam zmywarki w domu (jeszcze) i nie jadaliśmy tak często w domu, bym jej potrzebowała, chociaż akurat była. 
- Lodówka z zamrażarką - b. ważna.
- Toster - świetnie się spisuje, bo jest idealny na szybkie śniadania na słodko. Nie chce się jeść mięsa ani wędlin, gdy jest ciepło i gdy się nie pracuje.
- Czajnik - podstawa, jeśli macie dziecko, bo czy to "słoiczek" podgrzać, czy mleko...
- Kuchenka - też korzystałam.
- Był i piekarnik i mikrofala, ale ani razu nie korzystałam. 
- Wzięłam ze sobą blender w dużym bagażu - sprawdzał się idealnie do miksowania i robienia musów czy galaretki z owoców, których na wyspie było pełno, a które nie zawsze można było przejeść. Forma musu (+ wielorazowe "torebki" do wyciskania) sprawdziły się idealnie podczas wycieczek.

Dla mnie ważna była łazienka. Nasza była świeżo po remoncie i naprawdę nowoczesna. Jak jest ciepło, to mimo basenu, opłukiwaliśmy się często, więc prysznic jest ważny, chociaż w przypadku dzieci wanna na pewno też byłaby dobra. 

Wi-Fi darmowe - my używaliśmy często, choćby po to, by skorzystać z dodatkowych informacji o wyspie, przewodników itp. 

Klima nie jest konieczna, wentylator dawał radę, chociaż raz miałam wątpliwość.

U nas była suszarka do włosów (nie taka konieczna w okresie letnim) i suszarka na pranie, co było świetne, bo non stop coś było do wysuszenia, a pogoda była do tego idealna.

Obiekt musi być strzeżony. I najlepiej jednak, by był w domku/pokoju sejf. Co do dzieci: aby w miarę dobrze spały, należy pamiętać, że na wyspach (lub w tropikach, gdzie ciepło cały rok), domy są akustyczne i słychać bardzo ulicę/ludzi na basenie itp. Poproście o przydzielenie pokoju/domku z dala od źródła stałego hałasu. Czasem na obiekcie nie przestrzega się godzin użytkowania basenu i można się naprawdę nie wyspać, bo impreza trwa cała noc. 

Dobrze jest się też zorientować, czy w pobliżu nie ma marketów (np. dyskontowych, które są też w Polsce, bo wówczas ceny są zbliżone do tych polskich) czy restauracji z jedzeniem, do którego dzieci są przyzwyczajone (na wypadek, gdyby okazało się, że lokalne im nie podchodzi). Jeśli macie dziecko, które je coś więcej niż papki, to niestety na Gran Canarii nawet w sporym Lidlu (zresztą ja nie natknęłam się w żadnym sklepie) nie nie było "słoiczków", które miałyby jakieś większe kawałki. Same takie gładkie, zmiksowane na krem. Mania ich nie chciała. Nie było też wyboru mleka. Był NAN 1 i 2. Wyższe numery już były w kartonach.

Popytajcie też, czy woda, która jest w kranie jest zdatna do picia. Na Gran Canarii powiedziano nam, że nie nadaje się nawet po zagotowaniu, więc trzeba uważać, by się nie zatruć.

U nas też była możliwość - odpłatna - zrobienia sobie prania, więc można nie pakować tyle ciuchów na rzecz wolnego miejsca, by spakować pamiątki czy lokalne specyfiki, które można przewieźć.

Bardzo istotne jest też sprzątanie. A kto myśli o sprzątaniu, gdy jest na wakacjach? I do tego z dziećmi? No właśnie. Raczej już się to wszędzie praktykuje, ale zawsze można się upewnić, że w danym miejscu przychodzi ktoś, by posprzątać i zmienić ręczniki.

Jeśli wynajmujecie samochód - zorientujcie się, czy obok obiektu jest miejsce parkingowe, i czy trzeba za niego dodatkowo zapłacić.

I miejcie przy sobie jakieś rozmówki czy słownik polsko-hiszpański/hiszpańsko-polski. W miejscach popularnych dogadacie się po angielsku, a po niemiecku to już w ogóle wszędzie (z racji mnogości niemieckich turystów), ale jak udacie się do jakiejś małej wioski, chcąc zobaczyć tamtejsze życie (a warto to zrobić), to możecie mieć problem, żeby się dogadać.

Czy wspominałam o sieście? Siesta to rzecz święta: miasteczka pustoszeją. W Las Palmas czy kurortach chyba nie ma tak źle i duże restauracje hulają, bo to dla większości Europy to jednak pora obiadowa, ale ulice cichną i jeśli upał Wam tak nie daje popalić (a prócz kilku turystów, nie spotkacie nikogo) to idealny czas na zdjęcia klimatycznych uliczek.

A oto kilka zdjęć. Oczywiście, znacie mnie już: nie zobaczycie nas na nich, ale może zachęci Was do podróży w tamto miejsce? Gran Canaria to nie tylko plaże, serio :)

Lasek palm w Maspalomas; w drodze na plażę.

Na południu pola golfowe mieszają się z kamienisto-pustynnym krajobrazem.
Na południu w Puerto Rico są głównie takie miejsca
Puerto de Mogan - kwiecista wenecja, kwiaty mają dokładnie takie kolory, obłędne
Kręte drogi - kiedy nie korzysta się z autostrad; przed zakrętem trzeba trąbić, że się jedzie

Wąwóz Fataga; w drodze do Fatagi
Fataga; rzut na miasteczko, które wciąż jest uznawane za to "typowo Kanaryjskie", z tradycyjnym wyglądem ulic itd.

Fataga; każdy dom jest podpisany, kto w nim mieszka ;)


Nie wiem, czy to wszystko. Tyle na ten moment potrafię sobie przypomnieć. Jeśli ktoś miałby pytania w kwestii samej Gran Canarii, chętnie odpowiem, chociaż z pewnością nie jestem ekspertem. My spędziliśmy tam tydzień i jak dla mnie tydzień z dwójką małych dzieci, to maks. Jeśli macie okazję być tam bez dzieciaków, to z pewnością można wycisnąć więcej, atrakcji nie brakuje (i dla dorosłych i dla starszych nieco dzieci).


Napiszcie, czy macie własne doświadczenia z podróżowaniem z dziećmi. A może macie jakieś inne sprawdzone "triki", które działają na maluchy, by zniosły każdą podróż?
Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric