poniedziałek, 18 stycznia 2016

Początek, czyli dlaczego zaczęłam prowadzić bloga



Jak chyba większość (przyszłych) mam byłam poddenerwowana wykonując test ciążowy. Wiele kobiet odczuwa ekscytację, część jednak - licząc, że nie pojawi się druga kreska - bardzo się stresuje. 

Kiedy ostatecznie na pasku zobaczy się te dwie kreski, wtedy z człowiekiem dzieje się coś dziwnego. Za pierwszym razem, mimo że też decyzja o dziecku była naszą świadomie podjętą, poczułam się nieswojo. Jakbym namacalnie poczuła się "bardziej" w ciąży niż przed testem - wykonywałam go już z pewnym podejrzeniem. Za drugim razem napięcie, które mi towarzyszyło było inne. Nie miałam powodu do obaw, ale zależało nam na czasie, mówią brzydko. Kolejny miesiąc zwłoki, to dziecko młodsze o miesiąc. To miało znaczenie, bo pracę jako nauczyciel mam rozpocząć we wrześniu, a chcieliśmy, by dziecko nie było zbyt małe. Bo jak powszechnie wiadomo, okazja do zatrudnienia się w szkole trafia się bardzo rzadko. Poza tym trudno zaczynać pracę i bardzo szybko zakomunikować, że jestem w ciąży. To byłoby zwyczajnie nie fair wobec pracodawcy. Już nie wspominam o kwasie, jaki się zrobi. W końcu kobieta w ciąży nie może zostać zwolniona, ale - jak nie wszyscy być może wiedzą - środowisko nauczycielskie potrafi być okropnie złośliwe, leniwe a co raz tym idzie zawistne. Szkoda życia. I na samym końcu - może nie tak istotna kwestia, ale jednak kiedyś może odegrać swoją rolę - różnica wieku, jaka będzie między Jagódką i Maleństwem. Będzie korzystna, nie za duża, nie za mała.

Czyli zaplanowaliśmy. Tylko, jak wiadomo, bardzo często jest tak, że my mamy plan, ale bogowie mają lepszy*, więc można chcieć i planować, ale nie wszystko od nas zależy. A ciążę należy zaliczyć do pierwszej trójki na liście rzeczy trudnych do zaplanowania. Stąd moje nerwy. 

(5 sierpnia 2015 r.)
Ale udało się. I co? Ulga. Lekkie podekscytowanie, ale ulga: udało się! Teraz tylko donosić. 

Bardzo szybko okazało się, że to nie jest takie hop-siup. Człowiek jakoś tak czasem gdzieś usłyszy, że u kogoś były problemy, ale - dziwna rzecz - jesteśmy święcie przekonani, że nas takie problemy nie dotkną - że gdzieś krążą w świecie, ale my zakładamy, że będzie wszystko w porządku. 

A zaczęło się od tego, że znajomi mieli problemy. Potem kolejna bliska koleżanka, potem dobra znajoma mojej siostry, którą w sumie też nieźle znam. Ale mnie było tylko niedobrze. 

Poza tym z uporem powtarzałam, że pójdę na pielgrzymkę (6 sierpnia 2015 r.)
I poszłam. Wiedział tylko eR. W drodze do Krakowa, skąd wyruszała pielgrzymka na Jasną Górę dowiedział się mój tata, ponieważ on jeden z rodziny ze mną szedł i wolałam, by wiedział. Jakby co. Zwłaszcza, że zapowiadali koszmarne upały i brałam pod uwagę, że po prostu się wrócę. Ale chciałam sobie zaoszczędzić nerwów i tłumaczeń, kiedy już będę się naprawdę źle czuć.
Trochę podjeżdżałam w najgorętszych momentach dnia, ale te 4 dni przeszłam. Potem się poddałam. Głupota nie zna granic; tak jak i mój upór. Poszłabym dalej i wróciła ledwo żywa. Ale rozsądek mojego męża i jego upór pokonał mój. Chociaż nie: to nie był upór, ale siła argumentów, jakich użył. Nikt ze znajomych nie rozumiał, dlaczego tak łatwo się poddałam. Teraz już wiedzą. 

20 sierpnia 2015 r.

Pierwsza wizyta u ginekologa. Zdecydowałam w ostatniej chwili, że to będzie inny lekarz niż poprzednio. Miał świetne oceny, ale zaważył fakt, że pracował w szpitalu. A mnie brakowało swojej lekarki w czasie porodu - nie pracowała w placówce, w której rodziłam. Poród przebiegał prawidłowo. Generalnie. Miałam świetną położną, którą znałam (koleżanka mojego taty jeszcze z czasów licealnych) i to uratowało moje poczucie bezpieczeństwa. Ale lekarz jednak podejmuje kluczowe decyzje. Patrząc na poprzedni poród, jak pisałam, generalnie było w porządku, ale był taki moment, w którym lekarz musiał zadziałać. Miałam szczęście, że się wszystko skończyło dobrze. Ale poród, życie dziecka i moje to nie są sprawy, które może pozostawić "szczęściu". 

Czyli pierwsza wizyta u lekarza ginekologa. Byłam kłębkiem nerwów. Chyba każda kobieta mnie rozumie. 
I rzeczywiście: potwierdził, będzie dzidziuś. Jeden, żeby nie było wątpliwości. To był siódmy tydzień.

9 września 2015 r.

Dziesiąty tydzień, kolejna wizyta, ale jajniki były powiększone, jakieś ze dwie cysty. Nie miałam żadnych dolegliwości, z dzieckiem było wszystko w porządku. Lekarz mnie uspokoił. To się zdarza, bo nie ma jeszcze łożyska, więc "opiekę" dla dzieckiem sprawują jajniki i czasem, mówią kolokwialnie, trochę je ta misja przerasta. Ale koniecznie dzwonić, jak coś się będzie działo. 
I cztery dni później nie mogłam już usiedzieć na krześle z bólu. Leżałam, spałam w dzień (co mi się nie zdarza, a wręcz mam trudności z zaśnięciem, nawet kiedy tego potrzebuję) i z trudem mogłam odbierać Jagódkę z Klubu Malucha. 

Ten Klubik to naprawdę świetna rzecz, a mała uwielbia tam chodzić: i panie, zwane "ciociami", i dzieci. Dużo się tam dzieje, praktycznie codziennie są na spacerze, jedzenie dobre. A teraz, kiedy się źle czułam, miałam czas, żeby się wyleżeć. 

Ból brzucha, a raczej - sądząc po umiejscowieniu bólu - jajników, pogłębiał się. Brałam maksymalne dawki no-spy i apapu, jakie wyznaczył lekarz. Ulga nie była zbyt duża. Zaraz był weekend, więc dałam sobie czas: może to chwilowa kwestia, czasem w ciąży tak jest, coś boli, a za chwilę przestaje. 

12-13 września 2015 r.

Leżałam cały weekend. Mdłości, zgaga towarzyszyły mi non stop. Nie wstawałam, bo zaraz chwytał mnie ból jeszcze większy. Wciąż na lekach.  

14 września 2015 r.
 
Po weekendzie nie byłam w stanie zawieźć Bulinki do Klubu. Po jedenastej zadzwoniłam do lekarza. Był w szpitalu i kazał mi przyjechać się zbadać do szpitala. 

Dojechałam sprawnie. Na badaniu wyszło, że mające wcześniej coś koło pięciu centymetrów jajniki, teraz mają dziewięć. 
- Teraz jest czas, żeby się Pani ewentualnie przyznała, czy brała pani jakieś leki, zastrzyki, hormony, czy ciąża nie była stymulowana - powiedział bardzo serio. Potem jeszcze pytano mnie o to setki razy.
- Ja w ogóle jak nie muszę nie biorę leków. Nigdy nie brałam hormonów czy zastrzyków, a w ciążę zaszłam naturalnie, bez żadnego wspomagania - powiedziałam lekko zaniepokojona.
- Dziecko z obrazu USG wygląda w porządku - uspokoił mnie. - Tylko jajniki mnie niepokoją. Muszę przyznać, że nigdy nie miałem podobnego przypadku i zadzwonię do jednego profesora i zasięgnę opinii. 
- Dobrze.
Wychodząc z gabinetu dodał:
- Proszę nie martwić za bardzo na zapas, dobrze? - uśmiechnął się. Moja twarz zawsze zdradza jak się czuję. - Niech Pani poczeka tutaj - wskazał miejsce do odwiedzin. - Może nie najwygodniej, ale niebawem wszystkiego się dowiem.
- Dobrze - przełknęłam ślinę i usiadłam. 
Zaraz zadzwoniłam do eR. i mamy:
-  ... Z dzieckiem wszystko w porządku - dodałam na koniec. - To tylko jajniki, więc mnie to tak nie przeraża. Będę dzwonić, jak już wszystkiego się dowiem.

11:45

Czekam wciąż na niewygodnym krześle. Wyciągnęłam książkę Pielgrzym, skądinąd solidne z niej tomisko ale wciągające, więc szybko z pola widzenia zniknęły szpitalne ściany i prymitywny automat z ciepłymi napojami. Karteczka informowała o dostępności kawy Inki. Od razu wiadomo, że to oddział ginekologiczno-położniczy.

Po chwili zjawił się lekarz.
- O, widzę, że ma Pani książkę - uśmiechnął się. - To dobrze, bo niestety profesor jest gdzieś na jakimś spotkaniu i dostępny pod telefonem może być gdzieś za pół godziny. Wytrzyma Pani jeszcze trochę?
- Tak, dam radę jakoś... - uśmiechnęłam się blado.
- Może się Pani gdzieś przejść do kawiarni...
- Nie, myślę, że wytrzymam jakoś. - Podniosłam nieznacznie otwartą książkę na znak, że nie będę się nudzić.

Zadzwoniłam do mamy i eR., że na konkrety trzeba jeszcze poczekać, żeby się nie martwili moim milczeniem.
Przy Pielgrzymie czas płynie wartko. Dużo się dzieje, chociaż trzeba być mocno skupionym na fabule, bo od początku czytelnik bombardowany jest mnogością różnych, pozornie niezwiązanych ze sobą wątków, które ostatecznie gdzieś się mają spleść. A o tym, czy się połączą decydują detale, w których można się pogubić i wówczas człowiek straci satysfakcję i radość z czytania tej pozycji.
Lekarz zjawił się po około trzech kwadransach i powiedział, że profesor miał w swej karierze jeden taki przypadek i będzie chciał mnie leczyć w klinice. Tymczasem na razie mam zostać tutaj i - najdalej za dwa dni - przewiozą mnie karetką do Krakowa.

- Musimy tu Panią zatrzymać - powiedział. - Panie tu sama przyjechała?
- Tak - odpowiedziałam.
- To niech Pani jedzie do domu, spakuje się i przyjedzie tu - spojrzał na zegarek. - Kiedy Pani jadła?
- Eee... - zawahałam się. - Koło dziesiątej...
- To niech Pani już nic nie je i najpóźniej koło czternastej żeby tu Pani był, to zdążymy zrobić jeszcze dziś najważniejsze badania - zakomunikował. - Aha. I niech Panią tutaj ktoś przywiezie, jeśli to możliwe...
- Zorganizuję to - powiedziałam, myśląc o mamie.
- Tylko bez gwałtownych ruchów - pouczył mnie na koniec. - W tym przypadku ruch Pani nie będzie wskazany.
- W porządku - podniosłam się.

Chwyciłam za telefon.
- Mamuś, muszą mnie tu zostawić. Potem planują mnie przewieźć do kliniki. Trochę mnie to niepokoi, ale grunt, że z dzieckiem wszystko jest w porządku... - powiedziałam jednym tchem, po czym dodałam: - Muszę się spakować i tu wrócić. Jest szansa, byś mnie zawiozła?
- Oczywiście - usłyszałam w po drugiej stronie. - Ale wiadomo coś?
- Tylko tyle, że nie mogę za dużo i gwałtownie się ruszać - i dodałam informację na temat profesora.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała moja mama i dodała: - A o dziecko się nie martw, zajmiemy się i eR i nią.
Miała na myśli mojego małego dwulatka, Bulinkę.
- Ok.
- Zadzwoń mi, jak będziesz gotowa.
- Muszę być na drugą.
- Damy radę.

Spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy i pojechałam do szpitala.
W tak zwanym międzyczasie jeszcze okazało się, że jakiś błąd wychodzi w systemie, który twierdzi, że jestem nieubezpieczona. Absurd. Przecież jestem.

Okazało się, że dokument o ubezpieczeniu należy dowieźć do trzech dni i wszystko skończyło się dobrze.

Tymczasem zrobiono mi badania i zalecono nie wybierać się z łóżka, a już tym bardziej gdzieś chodzić do sklepu (tego szpitalnego, który był na dole). Lekarz od razu zalecił mi spokój i wypoczywanie i poprosił o położenie mnie w oddzielnej dwuosobowej sali, która była bardzo przytulna i wciąż przez nikogo nieokupowana. Byłam więc sama, co w szpitalu - według mnie - ma swoje mocne strony. Obecność obcej osoby bardzo krępuje, niezależnie od tego, czy jest się na etapie wyprawy pod prysznic, czy tylko się czyta książkę.

Wybrałam łóżko pod oknem, więc miałam dodatkową półkę w postaci sporego parapetu. I widok na kościół, zamek, Jasień... czyli okolice domu.

Serce ściskało się na myśl o tym, że mała Bulinka dziś wieczorem nie będzie się mogła do mnie przytulić, a eR. zostanie poddany sporej próbie. Poprosiłam go, by ją przywiózł chociaż na chwilę do mnie i dodatkowo kupił wodę i jakiś jogurt, bo ominął mnie obiad, a nie jadłam ze względu na badania od dziesiątej. Koło siedemnastej mój żołądek, chociaż wybredny w pierwszym trymestrze domagał się czegokolwiek. Sucha buła pojawiała mi się przed oczami, jak tylko na moment je przymknęłam.

Ale książka skutecznie odwracała uwagę od burczącego brzucha. Wciągnęłam się niesamowicie. Akcja rozwijała się w dość szybkim tempie i człowiek nie mógł się po prostu oderwać. W moim położeniu było to nader wskazane.

Lekarz przyszedł jeszcze zanim wyszedł i powiedział, że jeśli tylko będę czuła silny ból, mam prosić o tabletkę. Mam zapisane, by podawać mi ją doraźnie.
Odparłam, że muszę oszczędzać fakt, iż jeszcze mój organizm się do nich nie przyzwyczaił i mi pomagają, więc spróbuję wytrzymać. W końcu nie od dziś mnie boli. Uśmiechnął się i życzył dobrego wieczoru, przypominając jednocześnie, bym nie wstawała. Tylko za potrzebą. I tak też robiłam.

17:30

eR przyjechał z małą Jagódką. Słyszałam ich już jak tylko pojawili się na oddziale: mała płakała.
- Nie chciała wejść do windy, bo się bała - wyjaśnił eR. w ramach przywitania.
- Chodź tu, Misiaku - powiedziałam do Jagódki, przytuliłam i od razu jej przeszło. Wtrąbiłam bułę i jogurt. Mała też: serek homogenizowany.
Posiedzieli chwilę, a potem pojechali na obiad do mojej mamy.

15 września 2015 r.

Kolejny dzień przyniósł bardzo trudną wiadomość.
Lekarz zapytawszy o samopoczucie i dolegliwości bólowe (a dowiedziawszy się, że bez zmian), powiedział, że robi wszystko, żeby mnie przewieźli do Krakowa. Może dziś, ale najprawdopodobniej jutro z rana.
- W porządku - zgodziłam się potulnie.
- Ale musi Pani wiedzieć, że jedzie tam Pani na badanie, którego tu nie zrobimy, a na wyniki też się długo czeka. tam będzie szybko, na miejscu i wyniki też będą szybciej.
I wtedy powiedział, jakie to badanie i po co. Miało wykluczyć podejrzenie... Profesor zasugerował, że to może być taki rzadki przypadek - on miał jeden taki wśród pacjentek jakie leczył - zaśniadu częściowego.

Nie zrobiło to na mnie wrażenia. Byłam skołowana i mój wyraz twarzy z pewnością to zdradzał. Nie miałam bladego pojęcia, o czym on mówi.

- To tylko podejrzenie, nic pewnego, więc to nie tak, że to jest wyrok, ale musi być Pani na to przygotowana, bo w klinice, podejrzewam, nie będą się specjalnie silić na delikatność w tej materii... - zaznaczył i ciągnął dalej: - Chodzi o to, że łożysko genetycznie zbudowane jest  komórek ojca i matki. Chromosom jest podwójny u obu, więc żeby uzyskać prawidłowy chromosom u dziecka i od matki i od ojca idzie idzie po jednym. Ale zdarza się, chociaż bardzo rzadko, że od któregoś z rodziców chromosom przejdzie cały, nie oddzieli się i utworzy jakby potrójny chromosom, nieprawidłowy genetycznie...

W tym momencie twarz mi stężała a rysy wyciągnęły się. Przełknęłam ślinę i zamrugałam, próbując ogarnąć to, co słyszę. Serce przyśpieszyło.

- ... i w takim wypadku, tej wady nie dostrzeżemy na USG. Jajniki rosną jak oszalała, a poziom beta hCG jest bardzo wysoki. Dziecko wygląda idealnie. Właśnie tak jak u Pani. To jest bardzo rzadki przypadek i miałaby Pani wyjątkowego pecha, gdyby to właśnie Pani się przytrafiło. Bo to nie jest wina żadnego z rodziców. Po prostu czasem zachodzi taka nieprawidłowość.

Czuję, że mój oddech przyspiesza, ale próbuję tego nie pokazać. Mrugam jakby trochę częściej i robię wszystko, by zachować twarz i nie rozpłakać się.

- Chodzi o potwierdzenie już wykluczenie tego i tylko to badanie może to wykazać. To biopsja kosmówki, inwazyjne badanie, ale w tym wypadku konieczne.
- Rozumiem - pokiwałam głową. W gardle miałam sucho, jakby nie piła nic od miesiąca. Oczy otwarte szeroko. Czułam, że jak wyjdzie to po prostu się rozbeczę. I to na głos. O Boże, czyżby to ja... czy to będzie dziecko chore? Co mu dokładnie będzie?!

Ledwie lekarz zamknął drzwi, a ja odwróciłam się w stronę okna i wybuchłam płaczem. Właśnie w momencie, kiedy się cofnął i otworzył drzwi, by mi powiedzieć, że jeśli potrzebuję porozmawiać z psychologiem, to można to załatwić.
Podziękowałam, przerywając gwałtownie szloch. Oczywiście, że nie chciałam, by był świadkiem tego wybuchu. Mam już swoje dwadzieścia siedem lat i nie lubię być przyłapywana na chwilach słabości. Z drugiej strony lekarz, który mówi jaka przypuszczalnie może być diagnoza, powinien być do tego przyzwyczajony.

Potem już trzymałam się dzielnie, oswojona z tematem a jednak uczepiona nadziei jak rzep.

11:00

Zadzwoniłam do eR. cała spłakana, chociaż robiłam wszystko, by trzymać fason. A takich chwilach nie trzyma się fasonu, tylko pokazuje, że jest się człowiekiem. Nieludzkie byłoby przyjęcie takiej wiadomości, która zaraz po człowieku spłynie jak po kaczce.

eR. powiedział, że przyjedzie do mnie gdzieś za godzinę. Trzymał się, jak to facet, ale wiedziałam, że przyjedzie do mnie z czerwonymi oczami.
Miałam rację. Znam go.

W tym czasie na łóżko obok położono nowa pacjentkę. Człowiek nawet nie ma się jak spokojnie wypłakać. A nie może się ruszać. Coś okropnego. Śniadanie nie tknęłam. Tego nie zniósłby nawet żelazny żołądek.

Kobita obok poszła na zabieg. Przyjechał eR. i razem siedząc na szpitalnym łóżku wpatrywaliśmy się w coś, czego nie było za oknem. Trzymaliśmy się za ręce.
- Wiesz, trzeba to będzie wziąć na klatę - powiedziałam. - Czy takie dziecko kocha się mniej?
- Nie... - powiedział słabo eR., a w tym jego "nie" wybrzmiała nuta pewności. On po prostu starał się pogodzić, że już nigdy nie będzie tak samo.

Trochę się wewnętrznie ogarnęliśmy. Babka wróciła z zabiegu i teraz leżała - jak jej kazali - plackiem. Ale jeszcze tego samego dnia miała zostać wypisana, jak sobie poleży.

eR. pojechał do pracy, zająć czymś głowę. Przyjechał koło południa raz jeszcze, żeby mi coś dowieźć. Ponoć nie mógł się skupić na niczym. I ja mu wierzę. Gdyby nie książka, pochłonęłaby mnie czarna dziura rozpaczy i być może szaleństwa, ale na szczęście dzięki dobrej lekturze mogłam zachować trzeźwość umysłu. I pomyśleć, ze coraz mniej ludzi czyta. Szkoda, że też coraz więcej słabych pisarzy publikuje coś i mąci na rynku czytelniczym jakimiś głupimi czytadłami. Na szczęście dobra książka wciąż potrafi się obronić.

Kiedy eR przyjechał po raz drugi, oboje byliśmy już twardo nastawieni na czekające nas trudne chwile.W tym czasem pojawił się lekarz, który chciał zobaczyć, czy dalej wyglądam jak kupka nieszczęścia i czy przypadkiem nie potrzebuję psychologa od zaraz. Odniosłam wrażenie, że ucieszył go mój widok: pozbierałam się do kupy, a najgorsze mam już za sobą.
Chociaż głównym powodem było przekazanie mi informacji o przewiezieniu do kliniki.
- Wyjazd będzie jutro o ósmej rano. Żona mówiła, że do Krakowa jedzie na badanie wykluczające zaśniad? - z pytaniem zwrócił się do eR.
- To znaczy, tę wadę genetyczną? - eR. najwidoczniej nie był pewny czy dobrze zrozumiał.
- Hm... To nie jest wada w takim znaczeniu jak Państwo myślicie... - powiedział. - To genetycznie źle zbudowane łożysko uniemożliwi rozwój dziecka w ogóle. Do pewnego momentu rozwija się prawidłowo, ale później zaczynają być problemy. Taka ciąża nie ma szans na przetrwanie. Ale to, co temu towarzyszy jest niebezpieczne i dlatego trzeba to szybko wykluczyć lub ewentualnie potwierdzić.

Popatrzyliśmy na siebie z eR. Bidula nie przeżyje, ale przynajmniej nie będzie cierpieć. Ma to swoje dobre strony. Tak, wtedy tak pomyślałam. I poczułam ulgę. Nie dlatego, że nie miałabym "problematycznego" dziecka, ale dlatego, że wady genetyczne to grupa wad, których liczba nie ma końca i może to powodować cierpienie tego dziecka. A nigdy nie wiadomo jak duża jest wada.
- Niestety więcej tutaj przemawia na Państwa niekorzyść i to będzie chyba jakiś cud, jeśli okaże się, że to nie zaśniad. Będę trzymał kciuki. No i oczywiście proszę dać znać choćby smsem, jak sytuacja, żebym tez wiedział - powiedział lekarz kierując się do wyjścia. - Jeszcze przed wyjazdem Panią zbadam.
- Dobrze. Dziękuję - powiedziałam i uśmiechnęłam się, chociaż dość to było blade w moim wykonaniu.



***

Wtedy postanowiłam pisać. Nie: prowadzić bloga. Pisać o tym, co się ze mną dzieje, co się dzieje z dzieckiem i po to, by zobaczyć jak funkcjonuje system i czy rzeczywiście jest nastawiony raczej przeciwko pacjentowi niż działa na jego korzyść.

Teraz mogę to spokojnie przepisać i dalej opisywać moje perypetie nie tylko jako ciężarna mama dwuletniej córeczki, ale później także jako mama już - jak Bóg da - dwójki dzieci.

To jest i będzie dziennik. Nie żartobliwe felietony czy mądrze napisane artykuły. Chociaż pewnie i taki się znajdzie, jeśli uznam, że stosowne będzie się wypowiedzieć na jakiś temat.

Czy będę pisać codziennie? Codziennie się będę starać, ale już teraz wiem, że nie zawsze mam siłę i mój stan nie zawsze mi na to pozwala.

Czy będzie to blog prowadzony pod czytelników? Czy mi na tym zależy? Jeśli ktoś na tym skorzysta, lub oparłszy się na moim doświadczeniu, uniknie błędów, niepotrzebnych zabiegów itp., będę się bardzo cieszyć. Nie ukrywam jednak, że blog jest głównie moją odskocznią. I nie zamierzam podporządkowywać się trendom internetowym.

Tyle ode mnie.

Obywatelka Matka




________________________
* cytat z filmu animowanego Droga do Eldorado

1 komentarz:

  1. Post bardzo długi ale piękny :) Jest na czym zawiesić oko. Masz bardzo fajny pomysł na prowadzenie bloga jak i na sam image. ;) Nie spotkałam się jeszcze z takim blogiem ! Powodzenia =)
    Zapraszam do mnie: http://bylasobiepanda.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Jeśli zatrzymałeś/aś się tu tylko na chwilę, daj znać. Nawet nie wiesz, jaką sprawisz mi tym przyjemność!

Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric