Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuł. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lipca 2017

28 czerwca - o tym, jak to się się spędza egzotyczne wakacje z dwójką maluchów

28 czerwca 2017 r.
Środa



Mania: 1 rok, 2 miesiące, 1 tydzień, 6 dni
Bu: 3 lata, 8 miesięcy, 1 tydzień i 5 dni
Waga:  56, 2 kg
Pogoda: Upał, jak w tropikach, 32*C. Oddychać się nie da.


20:14


Ale mi się tęskniło za czasem, kiedy to siadałam beztrosko i pisałam internetowy pamiętnik. I naprawdę było mi wszystko jedno, czy ktoś tu wchodzi, czyta czy może komentuje. Było mi miło, jeśli ktoś jednak wchodził, coś przeczytał albo nawet - wow! - skomentował, ale dla mnie liczył się strumień emocji, który się ze mnie wylewał, bo mnie uzdrawiał. 

Potem pojawiły się współprace z wydawnictwami, co mnie bardzo budowało i napawało dumą ("ale że ja?! no nie może być!"). Ale niedługo potem, zupełnie nagle, w życiu prywatnym zaczęło się tyle dziać, że odpuściłam to wirtualne na rzecz tego realnego. Wybór wydawał mi się zdrowy, ale za to od ładnych paru miesięcy blog wygląda jakby był bardziej recenzencki. Przyszedł więc czas, by wyrównać proporcje. Chociaż nawet nie tyle "nadszedł czas", co w końcu się jakiś znalazł, kiedy wróciliśmy z urlopu...




URLOP ZA (DALEKĄ) GRANICĄ Z DZIEĆMI

Przez pięć bitych lat każde pieniądze ładowaliśmy w dom. Potem urodziła się Maniula i tak pewnego marcowego (bodajże) ranka ocknęliśmy się, że w sumie można byłoby się kopsnąć gdzieś w lecie. Ale im dłużej o tym rozprawialiśmy, tym gorzej się dogadywaliśmy. I tak mijały kolejne dni, aż nadszedł kwiecień i trzeba było się zdecydować. Wtedy okazało się, że gdzie być się nie chciała ruszyć, wakacje to w pierwszej kolejności wydatki, a dopiero w drugiej przyjemność. My nie śpimy na kasie, więc żeby się móc ucieszyć wakacjami, a nie opłakiwać wydania każdego 1 euro na lody, trzeba sobie najpierw ustalić priorytety: co na wakacjach jest dla mnie najważniejsze, jak duże znaczenie ma lokum (i co powinien mieć), jak chcemy spędzać czas, no i bardzo ważne: jak daleko chcemy pojechać, czy damy radę samochodem, czy już trzeba pomyśleć o samolocie.

Nie będę pisała tutaj samych rad i wskazówek, a opiszę naszą (całkiem długą) podróż samolotem z dwójką małych dzieci do egzotycznego kraju (Gran Canaria na Wyspach Kanaryjskich należących do Hiszpanii) i jak spędzaliśmy tam czas. Nie wiem, czy można to doświadczenie przełożyć na podróż w innym kierunku, ale część informacji na pewno jest uniwersalnych.


ORGANIZACJA


Nie czarujmy się: z dziećmi nie wybierzesz się spontanicznie za granicę. Najpóźniej na miesiąc przed wyprawą trzeba zadbać o dokumenty (te dla małych dzieci mają krótką datę ważności!): dowód osobisty i karta EKUZ. Oba wyrabia się za darmo. Tylko do dowodu trzeba jeszcze zdjęcie. Jeśli wybieracie się poza Unię, to oczywiście paszport. Karta EKUZ upoważnia do świadczeń w zakresie leczenia. Dokładnie jak w Polsce: za darmo (za okazaniem karty) przyjmują w placówkach publicznych, w prywatnych - płacisz. Proste. 

Najlepiej rzeczy na wyjazd wakacyjny kupować z wyprzedzeniem, na raty, żeby potem się wydatki nie skumulowały. 

Ok. Dość nieoczekiwanie (trudno opisać tu całą historię; dość, że okazało się, iż trzech braci eR. z rodzinami wybierają się na Gran Canarię, więc nas to trochę przekonał;, to miała być nasza pierwsza taka podróż z dwójką dzieci) trafiła się nam wyprzedaż Ryanaira i bilety mieliśmy bardzo tanie. Dlatego zdecydowaliśmy się dokupić rezerwację, byśmy we trójkę (Mania na kolanach, jako niemowlę, do 23 miesięcy) siedzieli razem. Dokupiliśmy też miejsca, które miały więcej przestrzeni na nogi (pierwszy rząd po prawej, czyli 2D,E,F), by dzieci mogły sobie tam swobodnie siedzieć na kocu i bawić się. Ten pomysł był strzałem w dychę. Małe dziecko gdzieś w środku samolotu miało... trudną podróż, delikatnie rzecz ujmując. Dokupiliśmy sobie też bagaż 20 kg. I chociaż mieliśmy wątpliwości, czy słusznie postąpiliśmy, okazało się, że był on bardzo potrzebny, mimo że sam Ryanair (inne linie lotnicze mają inaczej!) oferuje dużo w cenie biletu bez rejestrowania bagażu. 


Można zabrać całkiem sporo; w kadrze nie zmieścił się drugi wózek i dwa bagaże (poniżej)


Opiszę tutaj jak w praktyce wyglądała kwestia bagażu z dwójką dzieci (3 i 1). Buńka już miała swój bilet, więc traktowana była jak dorosły. 

- Mieliśmy 1 bagaż rejestrowany 20 kg, kiedy kupuje się go przez neta wtedy gdy bilet jest najtańszy. Jego cena jest różna w zależności od tego, kiedy i jak się go kupuje.
- Każdy miał bagaż podręczny, który nie był sprawdzany tak jak np. w Wizzairze, gdzie potrafią być do bólu skrupulatni. - limit 10 kg. Razy trzy, bo ja, eR. i Buńka.
- Każdy mógł wziąć małą torebkę - Ja (torebka "workowa", bardzo pojemna), Buńka (mały plecaczek), eR. (aparat fotograficzny)
- Każdemu dziecku przysługiwały dwa nieodpłatne akcesoria. Wzięliśmy każdemu dziecku wózek i fotelik samochodowy, bo chcieliśmy wynająć samochód. Jeśli sami rezerwujecie sobie hotel czy coś, zapytajcie o możliwości dostawienia łóżeczka turystycznego, coraz częściej można to zrobić za darmo, by nie brać go, jako dodatkowego akcesoria. W Ryanairze można wziąć więcej akcesoriów, ale za każde dodatkowe trzeba zapłacić. Więcej: można zarówno wózki jak i foteliki (a nawet bagaż podręczny) przy odprawie bagażu rejestrowanego od razu nadać, jako "nadbagaż" i nie plątać się z nim po lotnisku. Można to zrobić też częściowo, jak my i np. foteliki oddać wcześniej, a wózki dopiero przed wejściem na pokład. Po prostu składa się go na lotnisku przed schodami samolotu. Te akcesoria trzeba odprawić wcześniej, bo muszą dostać tę specjalną "naklejkę" (wózki muszą mieć możliwość składania; mogą być w dwóch częściach, ale to trzeba zgłosić, bo każda część będzie musiała dostać "naklejkę"). I jeszcze coś: akcesoria albo są wykładane później bezpośrednio na płycie lotniska, albo w miejscu odbioru nadbagażu, nie wyjadą razem z walizką, po prostu. 
- Mania, jako niemowlę miała swój "bagaż". To znaczy: osoba podróżująca z takim maluchem może mieć torbę o wadze do 5 kg na akcesoria dla dziecka. Tyle, ile dziecko potrzebuje na podróż. Tutaj już nie jest ważne ile płynów czy jedzenia. Takie niemowlę ma stałą cenę biletu (w regulaminie jest to "opłata za niemowlę"; padłam jak to przeczytałam), coś koło 90-paru złotych. Zawsze siedzi na kolanach pod oknem i ma swój pas, dopięty do pasa pasażera. Jeśli skończyło rok, może siedzieć na osobnym miejscu, ale wówczas potrzebuje specjalny pas, którego już obsługa samolotu nie zapewnia.

Co dalej na lotnisku: trzeba przejść kontrolę bezpieczeństwa, która jest najtrudniejsza z dziećmi. Nie-daj-Bóg taka Buńka, która w kluczowym momencie woła "Sikać!" i od razu włącza się jej syrena, że się posika, to już w ogóle stres jest taki, że masz ochotę krzyknąć: "To się posikasz, trudno". Oczywiście na szybkiego mnie bez bagażu z nią przepuścili i musiałam się znów wrócić, ale o dziwo nikt nawet nie przewrócił oczami. Mimo, że każdy podręczny bagaż może zawierać płynów 100 ml razy 10 w przeźroczystych pojemniczkach, w przeźroczystym opakowaniu (np. woreczku), jeśli chodzi o dzieci - nieprzeźroczyste zwykłe dziecięce bidony przeszły jak nic. Nawet nie kazali próbować, a przecież to bardzo częsta praktyka. Miałam dodatkową butelkę z wodą ("Niech Pani zostawi, spokojnie", jak mi powiedzieli). W drodze powrotnej przeszła nawet butelka 1,5 l plus te nasze bidony! Już nie wspominam o jedzeniu, o mleku w proszku itd. Ale może być różnie i trzeba się nastawić, że i mleka w proszku każą próbować. Osobno sprawdzają wózek, więc trzeba dziecko wyjąć i go opróżnić (wózek, nie dziecko, oczywiście). Prócz tego - tradycyjnie: elektronika, płyny, karty pokładowe osobno. Kiedy przejdzie się to, to już połowa stresu za nami. 

My rezerwowaliśmy miejsca, więc mieliśmy pierwszeństwo wejścia na pokład, ale niestety jeśli spóźnicie się choćby minutę na otwarcie bramki (gate), może być problem, bo w Krakowie, skąd lecieliśmy, pierwsze numery bramek nie mają windy i potem musieliśmy czekać, aż wszyscy przejdą i na sam koniec zjechać inną windą.

Mania śpi w samolocie; nie, nie duszę jej, a osłaniam przed bijącym w oczy światłem

W podróży dzieci były idealne. Mania spała pół drogi, a Buńka w tym czasie trzasnęła "Króla Lwa", X odcinków "Psiego Patrolu" i "Dory", które wgrałam jej na tablet. Potem przebawiły się na kocu przed nami. Załoga nie mogła uwierzyć, że takie dzieci grzeczne i spokojne. Pamiętać jednak trzeba, by przy starcie i lądowaniu żuć gumę lub pić i często przełykać ślinę/rozgryzać cukierki, by ciśnienie się wyrównywało. I dlatego dobrze, by dziecko piło coś w tym czasie. Mania żula smoczka (tak, miała na wyjeździe smoka, który ratował nam życie, nie wstydzę się o tym pisać). 

Nasza podróż samolotem trwała 5 godzin. Na Gran Canarii należy przesunąć godzinę do tyłu, więc kiedy wylądowaliśmy i dotarliśmy na miejsce Mania po prostu padła jak nieżywa.



My jeszcze wypożyczaliśmy samochód. Wcześniej zarezerwowaliśmy sobie go przez internet. Odradzano nam GoldCar z wielu powodów. I zdecydowaliśmy się na firmę Hertz. I było ok. Dostaliśmy to, które zamówiliśmy. My sobie wykupiliśmy polisę w necie, a gość przy odbiorze samochodu chciał nam oczywiście tamo ich wcisnąć. To znaczy: nasza polisa obejmowała wszystko, ale jeśli coś by się stało, firma obciąża nas, a my musimy wywalczyć zwrot kasy od firmy, u której wykupywaliśmy polisę. Jeśli na miejscu wzięłoby się ubezpieczenie (nota bene 4x droższe), to oni się wszystkim zajmują. Poza tym trzeba zawsze sprawdzić:
- czy nie ma limitu dziennego kilometrów
- czy bak należy oddać pełny, (zorientować się, czy stacje benzynowe w pobliżu są czynne w czasie, kiedy macie samolot - na Gran Canarii większość nie jest czynna 24h)
- dowiedzieć się, jak oddać kluczyki, jeśli samolot macie w nocy lub nad ranem,
- i najlepiej wynająć przy lotnisku, bo tam też go potem należy zwrócić, nie trzeba nigdzie jeździć; sprawdzić, czy samochód ma tylko te usterki, które są zaznaczone na umowie (i zgłosić od razu, jeśli są jakieś inne)
- no i oczywiście najważniejsze: karta kredytowa. Trzeba sprawdzić jaki wasza karta ma limit, bo w zależności od wypożyczalni, różnie blokują. 
Samochód należy oddać czysty, bo taki się dostało, ale na wyspie było mało stacji, na których można było je umyć i odkurzyć. Trzeba to sprawdzić trochę wcześniej.

Nie jechaliśmy w ramach biura podróży, tylko sami na Booking.com(ie) rezerwowaliśmy sobie lokum. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, co mieliśmy. Trafiliśmy na naprawdę ciepłe dni, ale wiatr był rewelacyjny i upału się nie czuło. Generalnie naprawdę wiatrak wystarczał.



Ale na co zwrócić uwagę w mieszkaniu? Nawet jeśli chcecie się stołować na mieście, dzieci nie zawsze chcą i trzeba brać pod uwagę, że coś trzeba będzie przygotować w domu. Wyposażenie kuchni jest ważne. Nie mam zmywarki w domu (jeszcze) i nie jadaliśmy tak często w domu, bym jej potrzebowała, chociaż akurat była. 
- Lodówka z zamrażarką - b. ważna.
- Toster - świetnie się spisuje, bo jest idealny na szybkie śniadania na słodko. Nie chce się jeść mięsa ani wędlin, gdy jest ciepło i gdy się nie pracuje.
- Czajnik - podstawa, jeśli macie dziecko, bo czy to "słoiczek" podgrzać, czy mleko...
- Kuchenka - też korzystałam.
- Był i piekarnik i mikrofala, ale ani razu nie korzystałam. 
- Wzięłam ze sobą blender w dużym bagażu - sprawdzał się idealnie do miksowania i robienia musów czy galaretki z owoców, których na wyspie było pełno, a które nie zawsze można było przejeść. Forma musu (+ wielorazowe "torebki" do wyciskania) sprawdziły się idealnie podczas wycieczek.

Dla mnie ważna była łazienka. Nasza była świeżo po remoncie i naprawdę nowoczesna. Jak jest ciepło, to mimo basenu, opłukiwaliśmy się często, więc prysznic jest ważny, chociaż w przypadku dzieci wanna na pewno też byłaby dobra. 

Wi-Fi darmowe - my używaliśmy często, choćby po to, by skorzystać z dodatkowych informacji o wyspie, przewodników itp. 

Klima nie jest konieczna, wentylator dawał radę, chociaż raz miałam wątpliwość.

U nas była suszarka do włosów (nie taka konieczna w okresie letnim) i suszarka na pranie, co było świetne, bo non stop coś było do wysuszenia, a pogoda była do tego idealna.

Obiekt musi być strzeżony. I najlepiej jednak, by był w domku/pokoju sejf. Co do dzieci: aby w miarę dobrze spały, należy pamiętać, że na wyspach (lub w tropikach, gdzie ciepło cały rok), domy są akustyczne i słychać bardzo ulicę/ludzi na basenie itp. Poproście o przydzielenie pokoju/domku z dala od źródła stałego hałasu. Czasem na obiekcie nie przestrzega się godzin użytkowania basenu i można się naprawdę nie wyspać, bo impreza trwa cała noc. 

Dobrze jest się też zorientować, czy w pobliżu nie ma marketów (np. dyskontowych, które są też w Polsce, bo wówczas ceny są zbliżone do tych polskich) czy restauracji z jedzeniem, do którego dzieci są przyzwyczajone (na wypadek, gdyby okazało się, że lokalne im nie podchodzi). Jeśli macie dziecko, które je coś więcej niż papki, to niestety na Gran Canarii nawet w sporym Lidlu (zresztą ja nie natknęłam się w żadnym sklepie) nie nie było "słoiczków", które miałyby jakieś większe kawałki. Same takie gładkie, zmiksowane na krem. Mania ich nie chciała. Nie było też wyboru mleka. Był NAN 1 i 2. Wyższe numery już były w kartonach.

Popytajcie też, czy woda, która jest w kranie jest zdatna do picia. Na Gran Canarii powiedziano nam, że nie nadaje się nawet po zagotowaniu, więc trzeba uważać, by się nie zatruć.

U nas też była możliwość - odpłatna - zrobienia sobie prania, więc można nie pakować tyle ciuchów na rzecz wolnego miejsca, by spakować pamiątki czy lokalne specyfiki, które można przewieźć.

Bardzo istotne jest też sprzątanie. A kto myśli o sprzątaniu, gdy jest na wakacjach? I do tego z dziećmi? No właśnie. Raczej już się to wszędzie praktykuje, ale zawsze można się upewnić, że w danym miejscu przychodzi ktoś, by posprzątać i zmienić ręczniki.

Jeśli wynajmujecie samochód - zorientujcie się, czy obok obiektu jest miejsce parkingowe, i czy trzeba za niego dodatkowo zapłacić.

I miejcie przy sobie jakieś rozmówki czy słownik polsko-hiszpański/hiszpańsko-polski. W miejscach popularnych dogadacie się po angielsku, a po niemiecku to już w ogóle wszędzie (z racji mnogości niemieckich turystów), ale jak udacie się do jakiejś małej wioski, chcąc zobaczyć tamtejsze życie (a warto to zrobić), to możecie mieć problem, żeby się dogadać.

Czy wspominałam o sieście? Siesta to rzecz święta: miasteczka pustoszeją. W Las Palmas czy kurortach chyba nie ma tak źle i duże restauracje hulają, bo to dla większości Europy to jednak pora obiadowa, ale ulice cichną i jeśli upał Wam tak nie daje popalić (a prócz kilku turystów, nie spotkacie nikogo) to idealny czas na zdjęcia klimatycznych uliczek.

A oto kilka zdjęć. Oczywiście, znacie mnie już: nie zobaczycie nas na nich, ale może zachęci Was do podróży w tamto miejsce? Gran Canaria to nie tylko plaże, serio :)

Lasek palm w Maspalomas; w drodze na plażę.

Na południu pola golfowe mieszają się z kamienisto-pustynnym krajobrazem.
Na południu w Puerto Rico są głównie takie miejsca
Puerto de Mogan - kwiecista wenecja, kwiaty mają dokładnie takie kolory, obłędne
Kręte drogi - kiedy nie korzysta się z autostrad; przed zakrętem trzeba trąbić, że się jedzie

Wąwóz Fataga; w drodze do Fatagi
Fataga; rzut na miasteczko, które wciąż jest uznawane za to "typowo Kanaryjskie", z tradycyjnym wyglądem ulic itd.

Fataga; każdy dom jest podpisany, kto w nim mieszka ;)


Nie wiem, czy to wszystko. Tyle na ten moment potrafię sobie przypomnieć. Jeśli ktoś miałby pytania w kwestii samej Gran Canarii, chętnie odpowiem, chociaż z pewnością nie jestem ekspertem. My spędziliśmy tam tydzień i jak dla mnie tydzień z dwójką małych dzieci, to maks. Jeśli macie okazję być tam bez dzieciaków, to z pewnością można wycisnąć więcej, atrakcji nie brakuje (i dla dorosłych i dla starszych nieco dzieci).


Napiszcie, czy macie własne doświadczenia z podróżowaniem z dziećmi. A może macie jakieś inne sprawdzone "triki", które działają na maluchy, by zniosły każdą podróż?

wtorek, 24 stycznia 2017

Czy babcia to wciąż ta sama instytucja, co kiedyś?

... a może teraz to już tylko na nie narzekamy...?



Nie wiem, czy tym pytaniem nie wbiłam kija w mrowisko. Przecież wszyscy kochają swoje babcie. Powinnam raczej napisać, że problem mają córki i synowe. Bo, jak się okazuje, chyba na każdym już blogu o tematyce rodzicielskiej poruszono kwestię babci, która się wtrąca, która źle doradza, bo „przecież ona wie”; babci, która sprzeciwia się decyzjom rodziców i rozpieszcza wnuki...




O co chodzi z tą nagonką na starsze (chociaż i to podlega dyskusji) panie, które przecież chcą dobrze. Temu nikt nie przeczy. Ale niestety intencje, jak dobrze wiemy, nie rekompensują krzywdy. Oto 10 zarzutów, które padają też pod adresem cioć i pań z przystanków spotkanych przypadkowo - często są to czyjeś babcie. Dziadków czy wujków raczej się nie oskarża – mężczyźni rzadko kiedy mają poczucie, że muszą się wtrącić w czyjeś życie, bo inaczej będą mieli je na sumieniu.


Zarzut nr 1: Babcia wie najlepiej, bo to „się zawsze sprawdzało”.



Babcia jeszcze przed narodzeniem wnuka czy wnuczki wie, co dla niej bądź dla niego będzie najlepsze. Bo jak czapeczka po kąpieli sprawdzała się 30 lat temu, to jak ma się teraz nie sprawdzić.
A jak płacze, to trudno, trzeba przetrzymać, to się dziecku odechce. A jak karmisz naturalnie, to nawet nie patrz w stronę jajek czy pomidorów.

Otóż świat idzie do przodu i pod wieloma względami należy się z tego cieszyć. Dzięki temu wiemy, że pewne zabiegi to tylko niepotrzebny zachód i zawracanie głowy. Jednak niektóre z nich mogą naprawdę zaszkodzić. Mało która babcia wie, że konsekwencje pewnych praktyk można zobaczyć dopiero po latach. Któraż z tych babć później uwierzy, że to właśnie pokłosie tego, co robiła?


Zarzut nr 2: Babcia zawsze wie, czy dziecku jest zimno czy ciepło.



To już klasyka. Wszędzie – a przede wszystkim na blogach rodzicielskich – przeczytamy, że babcie (ale też ciocie i obce starsze panie) wiedzą zawsze, czy dziecko jest wystarczająco ciepło ubrane, czy przypadkiem nie potrzebuje dodatkowego sweterka, czy czapki. Niech cię ręka boska broni pokazywać się u babci z dzieckiem, które ma „goło pod szyją”.

Czasami wystarczy raz powiedzieć babci, że zimne rączki nie są wyznacznikiem tego, czy dziecku w tym momencie jest zimno. Chyba, że po spacerze w chłodny dzień, będą bardzo zmarznięte. A to, czy dziecko ciepło czy zimno sprawdzamy na karku. Czasami wystarczy raz. Chociaż rzadko się to zdarza.


Zarzut nr 3: Babcia rozpieszcza wnuki. 



Oczywiście nie tak, jak nas nasze babcie rozpieszczały. Współczesna babcia zawsze robi to gorzej niż nasza, z naszego dzieciństwa. Bo poczęstuje cukierkiem czy ciastem dopiero co wyjętym z piekarnika. Bo pozwoli dłużej spać albo oglądać telewizję. Nie ściga do roboty czy nauki. No i czasem włoży do kieszeni drobne „na cukierki”. Czyli zupełnie nie przypomina naszych babć, prawda?

A teraz na poważnie: nie przesadzajmy. Babcie są od rozpieszczania i kropka. Pozwólmy im na to. One ugotują to, na co wnuk ma ochotę i będą całe tylko dla niego: rzucą wszystko – cokolwiek mogłyby rzucić – i zajmą się dzieckiem. Jeśli jednak są sfery, w których twoje dziecko nie może być rozpieszczane (np. jest na coś uczulone, albo nie może wieczorem oglądać bajek, bo ma intensywne sny, które nie pozwalają się mu wyspać), powiedz o tym wprost. I to bardzo kategorycznie. Dla porównania powiedz, że może mu dać więcej tego ciasta i nie musi iść tak wcześnie spać. Dzięki temu babcia zrozumie, że pewne zasady, których nie wolno łamać ustalone są dla dobra dziecka, ale także i otoczenia.


Zarzut nr 4: Babcia nie rozumie alergii.


Nie. Według babć alergia to wymysł wielkich koncernów farmaceutycznych, które tworząc potrzebę, od razu mają na nią gotowy lek. Bo kiedyś nie było alergii. Tak, jak i dysleksji. Wszyscy jesteśmy hipochondrykami. Według babci.

Tymczasem powietrze było inne, jedzenie było inne. Wszystko w zasadzie było inne, to i pewnych chorób czy dolegliwości nie było. Były inne, na które kiedyś nie było leków, a teraz są. Ale o tym, to babcia zdążyła zapomnieć. I to nas bardzo denerwuje, bo często babcia ignoruje zalecenia eliminacji składników, na które dziecko jest uczulone, bo „przecież to była tylko kapka mleka w tych naleśnikach”. 


Zarzut nr 5: Babcia zawsze ma swoje (szarlatańskie) metody (wprost ze średniowiecza).


Oczywiście wiadomo, że na przeziębienie mleko z czosnkiem i miodem działa. Syrop z cebuli też. Ale jednak babcie często wiedzą swoje i w kwestiach takich jak mocny kaszel z lekko poniesioną temperaturą dla niektórych z nich antybiotyk jets absolutną koniecznością. Temperaturę 37, 5  należy niezwłocznie zbić. I niech dziecku będzie cieplutko, niech nie wychodzi na zewnątrz, kiedy jest leciutko podziębione.

A my tylko przewracamy oczami: Jak to antybiotyk? Jak to zbijać 37, 5? Jak to ciepełko i zero powietrza? Bo my, mamy, wiemy już, że na szczęście antybiotyku nie trzeba zawsze, że 37, 5 to konieczna temperatura, by organizm pozbył się infekcji, a nawet przy przeziębieniu należy wyjść na chwilę z dzieckiem i wietrzyć w domu. O utrzymaniu maksymalnie 20*C nie wspominając.


Zarzut nr 6: Babcia zawsze zrobi coś „nie w porę”.


Typowa sytuacja: babcia przychodzi w odwiedziny w porze kolacji i wręcza dziecku czekoladę. Albo lepiej: jajko niespodziankę. I pozamiatane. Dziecko nie zje kolacji ani teraz, ani później jeśli wtrąbi to jajo. A babcia puści oko i powie: „Ten jeden raz mu nie zaszkodzi”. Już my potem wiemy jak wygląda ten jeden raz...


Zarzut nr 7: Babcia i jej „ … ale zrobisz jak uważasz”.


Babcie lubią coś doradzić czy zasugerować, ale jeśli widzą opór i zdecydowany sprzeciw, wycofują się i – oczywiście – nie są obrażone. Po prostu my, wyrodne matki, nie doceniamy woli korzystania z bogactwa babcinego doświadczenia. Skąd my to znamy: „Ja bym zrobiła to i to. Ale oczywiście zrobisz jak uważasz”. A jak zrobisz jak uważasz, to – nie oszukujmy się – zostanie nam to wypomniane.



Zarzut nr 8: Babcia robi wszystko w dobrej wierze.


No, bo przecież kto by chciał krzywdy dziecka, prawda? Ona w dobrej wierze wkłada dziecku  rękawiczki, kiedy na dworze jest 16*C i lekką (no przecież!) czapeczkę, chociaż sama wybiera się  w krótkim rękawku, a dziecko nie ma chorych uszu. Bo naprawdę miała dobre intencje. I to jest najgorsze. Prościej byłoby krzyknąć ze złością, że pozwoliła jeszcze dziecku oglądać bajki przez kolejne pół godziny. Ale jak to zrobić, kiedy słyszymy: „ona mnie tak ślicznie prosiła i była grzeczna, więc w nagrodę jej pozwoliłam”. 


Zarzut nr 9: Babcia na wszelkie decyzje rodziców reaguje: „Ale przesadzacie!”


  
Rodzice życzą sobie, by dziecko pół godziny przed spaniem wyciszyło się przy książeczce, puzzlach czy spokojnym rysowaniu, bo wtedy lepiej zasypia. Oczywiście, że według babci, „to są jakieś cyrki”. A co, jeśli po 18 dziecko nie je słodyczy? Wtedy babcia dołoży do tego przewracanie oczami. Niechby usłyszała, że dziecko nie pija herbaty czarnej, tylko te owocowe, bo teina mu nie jest potrzebna – z pewnością powie, że „no, doprawdy przesadzacie!”


Zarzut nr 10: Babcia potrafi się wtrącić w życie nieswoich wnuków.



Babcie często, chociaż rodzice nie są tego świadomi, stają się czasem tymi starszymi paniami z przystanków, które chętnie udzielają darmowych porad młodym mamom. Albo głośno komentują – niby w rozmowie z koleżanką – zachowanie, ubiór czy fryzurę mamy, czy jej dziecko, które to albo jest za cienko ubrane, albo nie ma czapki, albo zakatarzone wyciągane jest na zewnątrz przez egoistkę matkę, której nie stać na poświęcenie jednego dnia i przesiedzenie go w domu z dzieckiem. I tak dalej.




Tak, współczesne mamy sporo zarzucają swoim mamom, babciom ich dzieci. Po części mają rację, a po części … czasem przesadzają. Babcie to inne pokolenie, które żyło w innych czasach, kiedy obowiązywały inne standardy. Czasem nie zdają sobie z tego sprawy, bo nie chcą przyznać, że mają już tyle lat, iż świat mógł się zmienić. A świat zmienia się coraz szybciej. Sami rodzice niejednokrotnie przyznają, że przy pierwszym dziecku, dwa lata wstecz, były inne standardy dotyczące żywienie, a teraz są znów inne. Z tym trzeba się pogodzić. A jeśli szczera rozmowa z babcią na ten temat nie pomoże, trzeba będzie się z tym jakoś pogodzić, minimalizując szkody.
Bo... czy to pierwszy raz z życiu rodzica?


wtorek, 3 stycznia 2017

Jest tam kto? - Anna-Clara Tidholm



Każda książka powinna nieść ze sobą jakąś tajemnicę, która nas zaciekawia. Czytanie powinno być jak otwieranie prezentu gwiazdkowego, którego zawartość jest dla nas niespodzianką. Jak wchodzenie do wesołego miasteczka, kiedy nie wiemy jeszcze, jakie atrakcja tam na nas czekają. 


... jak otwieranie kolejnych drzwi, za którymi kryje się całkiem inny świat. Pierwsze skojarzenie: jak Alicja, która wpada do dziury czy przechodzi na drugą stronę lustra. 


Nawet jeśli my, dorośli, niejednokrotnie zapominamy o tym, czytając "szmatławe czytadła" (ok, kto czyta, to czyta), nauczmy dziecko właściwej relacji z zawartością książki, która pokaże mu, że wartościowa pozycja potrafi przenosić w miejscu i czasie lub w zupełnie inny świat. I tak właśnie jest z tą książeczką.







Nie chcę wywarzać otwartych już drzwi, ale czy można recenzować książeczki dla dzieci i nie napisać o kultowej już "Jest tam kto?" Anny-Clary Tidholm? A jest to jedna z czterech części. Pozostałe to "A dlaczego?", "Gdzie idziemy?" oraz "Wymyśl coś".

Autorka książeczki "Jest tam kto?", Anna-Clara, chce w bardzo prosty sposób nauczyć dziecka oczekiwania.

Zaprasza do domku. W odwiedziny. Ładny, prosty domek. Bez zbędnych detali. I dobrze, dziecko potrzebuje konkretu.


Ale zaraz widzimy stronę z niebieskimi drzwiami. W odwiedziny puk, puk, puk! No to pukamy. A tam...? Mały Kajtuś, śliczny pokoik, kaczuszka koło wanienki i mały samochodzik. Kilka symbolicznych elementów w pokoju i zwięzły, melodyjny tekst. 
I znów: kolejne drzwi, i kolejne... A za każdymi odrębny świat w każdym pokoju. Z osobna historią, którą można tworzyć bez końca. 



Najmłodsze dzieci uczą się pukać i czekać (na odpowiedź "proszę wejść"). I wskazywać proste przedmioty. Starsze będą słuchać opowieści albo je tworzyć. To jedna z tych książek, w których prostota odgrywa kluczową rolę. Książeczka była jedną z ulubionych i najchętniej czytanych przez moje starsze dziecko. Buńka, mimo że ma już trzy lata, nadal bardzo ją lubi. I nadal puka w każde drzwi.

Moja ocena: Bardzo polecam.
Książka jest oryginalna, ślicznie wydana, nie jest łatwo ją zniszczyć (plus przy maluchach). Dzieci odnajdują się w prostocie i ładnych kolorach, które pobudzają, a nie męczą.


Tytuł: Jest tak kto?
Autor: Anna-Clara Tidholm
Wydawnictwo: Zakamarki
Rok wydania: 2009
ISBN: 9788360963333
Oprawa: twarda (tekturowa)
Liczba stron: 28


piątek, 23 grudnia 2016

Idą Święta! Miej się na baczności, mamo!


Każda mama wie, że czas przedświąteczny to przede wszystkim góra pracy. Najpierw sprzątanie - zwłaszcza przy małych dzieciach jest niezłym wyzwaniem. Sztuką jest zrobienie jakichkolwiek porządków bez tworzenia w tym czasie chaosu w innym miejscu domu. Później przygotowywanie wieczerzy wigilijnej. Jednak w całym tym rozgardiaszu przedświątecznym może umknąć kilka ważnych kwestii, na które mama (tu chodzi głównie o dzieci do lat 3) bezwzględnie powinna uważać.



#1 Choinka


Przystrojona na miarę możliwości dzieci, oczywiście. To znaczy: głównie ozdoby robione w przedszkolu lub w domu, pierniczki, cukierki i wszystko, co dalekie jest od inspiracji na Pintereście pokazujących skandynawskie wnętrza podczas Świąt.

Jeśli masz małe dziecko, ważne, by na choince nie pojawiły się szklane bombki. Szkoda by było je stłuc, po pierwsze. Po drugie – i chyba ważniejsze – istnieje ogromne ryzyko, że nie zauważysz brzdąca, który wkłada taką do buzi. Bombki szklane są cieniusieńkie. Nawet maluch mający trzy zęby potrafi się do takiej dobrać.

Choinka to też często bardzo małe ozdoby. Mimo, że dwuletnie dziecko już nie wkłada wszystkiego do buzi, to jednak wciąż lubi się bawić małymi elementami. Często koło ust. I robi to bezwiednie. O młodszym nie wspominam.

No i światełka. Jeśli choinka jest na podłodze, rozważ zawieszenie światełek trochę wyżej. Już raczkujące dziecko dopadnie kabelek i zaintrygowane kolorowymi światełkami będzie chciało się temu bliżej przyjrzeć. Dalszy scenariusz jest przewidywalny. Bezpieczniej będzie choinkę umieścić na wyższym podeście, czy niskim stoliku, by ograniczyć dostęp malucha do choinki w ogóle.

Choinka, jak się okazuje, może przynieść więcej kłopotów niż radości. Dzieci ciut starsze muszą uważać, by jej nie przewrócić, a młodsze, by podczas pełzania czy raczkowania nie skosztować igieł upadających ze żywej choinki.


#2. Menu świąteczne pod lupą.



Często nawet nie rodzice, ale na przykład dziadkowie sądzą, że skoro dziecko już w zasadzie może wszystko jeść, to oznacza to dosłownie wszystko. Nie. A wieczerza wigilijna pełna jest zakazanych produktów.

- karp – jest rybą tłustą o drobnych ościach, więc odpada. Świąteczną rybą jest także śledź. Niestety również jest zbyt ciężkostrawny. Co nie znaczy, że dziecko nie będzie mogło zjeść ryby w ogóle. O ile skończyło pół roku, może zjeść gotowaną, chudą rybę (np. po grecku, z warzywami). Pieczoną jednak dopiero 11-miesięczny bobas może zajadać.

- pierogi lub uszka z kapustą i grzybami – o ile ciasto byłoby nieszkodliwe, o tyle kapusta i grzyby mogą przynieść wam w nocy ostrą jazdę bez trzymanki z powodu bólów brzuszka.

- kapusta z grochem – ciężkostrawna, wywołująca wzdęcia potrawa.
- sałatka jarzynowa z majonezem. - tylko bez majonezu, bez groszku konserwowego, kiszonych ogórków i kukurydzy konserwowej, którą czasem niektórzy dodają.
- ciasta z masą, ciasta z margaryną, makowiec, sernik, piernik, ciasta zawierające bakalie czy miód – w zasadzie żadne nie będzie dobre dla niemowlęcia, ale jeśli chcesz się uprzeć, przygotuj sobie dietetyczny biszkopt. Starsze dziecko, do lat 3 może zjeść sernik a nawet trochę makowca. Starszak może już jeść piernik, ale w niedużych ilościach. Miód i przyprawy korzenne nie zaszkodzą mu, o ile dziecko już wcześniej próbowało i składniki te zostały sprawdzone jako niewywołujące reakcji alergicznej (od 2 lat można próbować sprawdzać).

Za to dziecko spokojnie może pić kompot z suszu już od 8 miesiąca czy wypić trochę barszczu (niemowlę nie może pić kiszonego).


#3 Gwiazda betlejemska
 


Większość z nas kupuje ją w okresie Świąt. Ale uwaga – białe mleczko, które wypływa przy przełamaniu liścia jest bardzo trujące. Poczęstowanie się opadłym listkiem może skończyć się bardzo źle.


#4 Słodycze



Święta bez słodyczy? Większości z nas wydaje się to istną katorgą. Kwestią nie do przejścia. Na choince, w prezentach, ciasta na stołach... A kiedy ty, matka, gonisz wokół stołu, by wszystkim dogodzić, dziecko podbiera cukierki z choinki czy chrupie w kącie czekoladowego Mikołaja, który nota bene tylko z nazwy jest czekoladowy.

Oczywiście, że na twojej choince nie musisz w ogóle wieszać pierniczków czy innych słodyczy. O słodkościach w paczce nie wspominając. Ale wystarczy, że zagadasz się z bratową u teściów, a dziecko – za przykładem innych dzieci – spałaszuje połowę słodkich ozdób z babcinej choinki. Pytanie, co robisz. Czy reagujesz z pierwszym cukierkiem („To ostatni z choinki, bo będzie cała goła!”), czy odpuszczasz i machasz ręką, myśląc: „no dobra, raz w roku możemy zrobić wyjątek od tych słodyczy”? Oczywiście możecie zrobić wyjątek, pozwalając dziecku na trochę więcej, ale jeśli zamkniesz oczy na całą garść papierków po cukierkach, to – wierz mi – czekają cię trudne Święta. Możesz zapomnieć o zjedzonym obiedzie, przyzwoitym podwieczorku czy kolacji. Mowy nie ma. Ale to dopiero początek. Dziecko będzie tak rozdrażnione, że nie będziesz się z nim w stanie porozumieć i czegokolwiek od niego wyegzekwować. Czy muszę wspominać o tym, jak będzie wyglądało przekonywanie go, że czas do łóżka? Jeśli jednak jakimś cudem uda ci się go tam zagonić bez dantejskich scen, będzie problem z zaśnięciem. Tak działa cukier. W zasadzie na większość z nas. Tylko dla nas, dorosłych, dawka doprowadzająca do tego stanu musi być znacznie większa z racji większej wagi.


#5 Zaniedbanie



Lepienie uszek, pierogów, robienie masy makowej, pieczenie placków, strojenie choinki, porządki... to wszystko zajmuje nasz czas. Tak już jest, jeśli nie chcesz w pobliskim markecie kupować gotowców. A jeśli dodatkowo masz malucha, który połowy dań nawet nie będzie mógł skosztować, chcesz mu to zrekompensować przygotowując zwykły barszczyk z kluseczkami (bez nadzienia lub z nadzieniem mięsnym – własnej roboty)... zaczyna nie tylko brakować czasu, ale i rąk. Starszak więc zamiast się ucieszyć magiczną atmosferą, najprawdopodobniej udzieli mu się twoja nerwowość i rozdrażnienie. I albo schowa się gdzieś w kąciku ze swoimi smuteczkami, albo za wszelką cenę będzie chciał zwrócić na siebie twoją uwagę. Jak raz podasz kupne uszka, świat się nie zawali. A malcowi najprawdopodobniej będzie totalnie wszystko jedno, czy uszka będą kupione, czy zrobione przez ciebie. Poza tym następnym razem spróbuj je przygotować nieco wcześniej i zamrozić.


#6 Przebodźcowanie



Czas Świąt jest niezwykły. Tyle się dzieje, że czasem my, dorośli, jesteśmy tym zmęczeni. Tu wigilia, potem świąteczny obiad, goście jedni, drudzy. Albo wy jedziecie w gości. I wciąż stół, jedzenie, kolędy, harmider, dzieciaki szaleją, dorośli się śmieją, w tle czasem jeszcze ktoś lubi włączyć telewizor, jakby cała ferajna za mało hałasowała.

Z dzieckiem – nieistotne czy to niemowlę, czy trzylatek – będzie problem. Ono nie jest w stanie ogarnąć tyle wrażeń. Hałas, kolory, światełka... to wszystko bardzo szybko męczy takie maluchy. Im mniejsze, tym szybciej. Ważne, by w porę zauważyć, że dziecko ma już dość i trzeba się ewakuować. Tu nie zadziała system: „im bardziej zmęczone, tym szybciej zaśnie i dłużej będzie spać”. Tu to zmęczenie wynika z przebodźcowania. Dziecko będzie miało trudności z zaśnięciem (powinno mieć czas na wyciszenie się), a sen będzie niespokojny, nerwowy. Niewykluczone, że maluch będzie się budzić w nocy z płaczem, jakby dręczyły go koszmary. Co nie jest takie nieprawdopodobne.




Ważne, by Świąt nie rozpatrywać pod kątem zaangażowania się w nie w stu procentach. Przy małych dzieciach bardzo trudno o przygotowanie wszystkiego tak, by nie odbiło się to na dzieciach. One wymagają uwagi i opieki. Lepiej poświęcić im czas. Odpuścić makowiec na rzecz wspólnie wypiekanych pierniczków, a piękne ozdoby choinkowe zachować na czasy, kiedy dzieci będą rozumiały, że się ich nie je. Święta to czas dla rodziny. Dzieci urosną i pozwolą przygotować ci wspaniałą wieczerzę i odstrzelić dom na błysk. Cieszmy się Świętami, a nie marnujmy energii na stres i nerwy podczas przygotowań.

Jesteście jednymi z "obudzonych", czy może już to wiecie? A może macie jeszcze jakiś podpunkt do dodania?

poniedziałek, 7 listopada 2016

7 listopada - Obywatelka Matka w 100club.pl

7 listopada 2016 r.
Poniedziałek



Mania: 6 miesięcy, 3 tygodnie i 2 dni
Bu: 3 lata, 3 tygodnie i 1 dzień
Waga: Nie wiem i olewam. Na razie. Bo waga zepsuta.
Pogoda: Taka, że nawet nie wiem, jak ją wiernie opisać. Jest tak koszmarnie mokro, szaro, mgliście i zimno, że nawet nie chcę patrzeć w stronę okna.





09:04


Mam newsa.

Nie, nadal jestem chora. Już trzeci dzień nie widać poprawy. A nawet momentami mam wrażenie, że jest gorzej. Słabo mi, łepetyna pęka, gardło przy odkrztuszaniu boli niczym otwarta rana, z której próbujesz zdjąć plaster. Znacie ten ból, kiedy kaszel nie chce się oderwać? Ty próbujesz, chociaż ból wyciska łzy, a tam w gardle nie chce się to pieroństwo oderwać i "wisi", a ty nie możesz mówić, bo flegma zalega gardło? No, to teraz tak mam. Plus katar i gorączkę wieczorami.

eR. polecił mi koniecznie umówić się do lekarza. Tylko gorzko się zaśmiałam. Nie zrozumiał.
Kto próbował do przychodni dzwonić rano w poniedziałek, ten wie, o czym mowa. Ale próbuję.
Zresztą, co mi lekarz powie. "Wyleżeć się, wygrzać, spocić, nie wychodzić z łóżka, wietrzyć dom i brać coś na dolegliwości objawowe: na gardło, na ból, na gorączkę..." Tylko, że ja nie mam możliwości się wyleżeć. A to oznacza, że przy najlepszych chęciach będę się leczyć jeszcze ładnych kilka dni. Jak nie tydzień, bo siekło mnie na ostro.



Ale wracając: mam newsa. Dzisiaj ja, Obywatelka Matka, debiutuję na portalu www.100club.pl  To takie bardzo przyjemne miejsce w sieci, gdzie znajdziecie dużo przydatnych artykułów dotyczących samego życia, relacji międzyludzkich, zdrowego trybu życia i pasji... Zresztą, sami możecie przeczytać o tym tutaj.

Co konkretnie wyprodukowałam? A taki artykuł, który miał trafić tutaj, ale poleciał tam. Jak wychować dziecko - 10 zasad, które uczynią cię lepszym rodzicem. Zaglądajcie, może polubicie, skomentujecie?


środa, 7 września 2016

5 września - jak odbiłam się od dna

5 września 2016 r.
Poniedziałek





Mania: 4 miesiące i 3 tygodnie
Bu: 2 lata 10 miesięcy, 2 tygodnie i 6 dni
Waga: 59, 5 kg
Pogoda: Bardzo barowa, zero optymizmu, trzeba się bardzo mobilizować do życia.




11:57




Kilka dni temu po prostu obudziłam się z poczuciem odkrycia Ameryki. Nie wiem, czy gdzieś coś wcześniej przeczytałam, może samo mnie naszło. A może byłam już tak bardzo na dole, że nadszedł najwyższy czas, by się odbić od tego psychicznego dna. 

Nieważne. Poczułam, że od dłuższego czasu patrzę na tę moją szklankę do połowy pustą ze złej perspektywy. Z perspektywy tego, który pije. Jeśli pijesz, to ubywa, prawda? I w związku z tym zawsze w naszej podświadomości będzie przekonanie, że szklanka była pełna. Mimo, że to absolutnie utopijne. I demotywujące, oczywiście. 

Tymczasem właśnie należało spojrzeć na tę samą szklankę z zupełnie innej perspektywy: tego, który nalewa. Skoro można nalewać, to znaczy, że szklanka, która teraz jest pełna do połowy, z czasem może być... pełniejsza :-). Zaletą takiego patrzenia jest również fakt, że to my tę szklankę napełniamy. Nie to, co pesymistycznie "upijanie szczęścia" z naszej szklanki, która przez to picie jest w połowie pusta. My, nalewający, widzimy ja już w połowie pełną. A przecież widoki są na całą szklankę!

I tak właśnie czuję się od tych kilku dni. Po raz pierwszy chyba (a może tak długo tego nie czułam, że już zapomniałam, że to uczucie kiedyś znałam) zdaję sobie sprawę, że to ode mnie zależy, jak się będę czuła i co zrobię, by czuć się lepiej. No i oczywiście, że to ode mnie zależy, czy będę walczyła o marzenia. Bo kto za mnie będzie o nie walczył? Każdy ma swoje, nie? 

To znaczy oboje z eR. mamy wspólne cele i cieszymy się z naszych wzajemnych sukcesów, wspieramy się w osiąganiu celów itd. Ale to ja powinnam inicjować to! Przecież to moje marzenia, moje cele, które chcę osiągnąć w moim życiu. Każdy ma swoje, prawda? Nawet, jeśli się zbiegają ze sobą, to nikt nie może przeżyć życia za mnie. Bo to moje życie i tyle. 

A jak wiemy "moje zmienia wszystko", jak przekonuje mnie Marek Konrad w pewnej reklamie. I chyba mu wierzę, chociaż nie przybliżyło mnie to nawet na jotę do podjęcia decyzji o założeniu konta w tym banku.





15:24



W związku z tym moim odkryciem, od razu postanowiłam wprowadzić kilka zmian w swoim życiu. Oczywiście dzień wcześniej wypiłam pół butelki wina, zagryzłam połową gorzkiej czekolady i kilkoma kawałkami  najlepszego na świecie drożdżowego ciasta z kruszonką mojej Babci.

I to był pierwszy raz, kiedy cieszyłam się na to "od jutra..."

1. Szklanka soku pomarańczowego z rana


Dziś rozpoczęłam dzień od szklanki soku pomarańczowego. Zamiast kawy. W zasadzie wszystko inne na czczo jest lepsze niż kawa. Ale sok pomarańczowy nieźle pobudza. I ten kolor! Zwłaszcza, kiedy zobaczyłam jak diametralnie zmieniła się pogoda: zimno, brzydko, szaro i jeszcze ten deszcz...


2. Ćwiczenia

 


W końcu nadszedł ten czas, że odpaliłam Chodakowską i byłam zdeterminowana za nią nadążyć. Ale nie spodziewajcie się na miesiąc "before-after" selfie. Ja nie z tych.

No to zaczęłam. Najpierw udawałam, że zadyszka mnie nie dotyczy. Potem zaczęłam mówić do siebie, że babę chyba pogwizdało, bo to niewykonalne w takim tempie i w takim (na)tłoku ćwiczeń, a nawet robiłam sobie krótkie przerwy. Ostatecznie Maniula obudziła się na kwadrans przed końcem i pozwoliła mi jeszcze na 5 minut katorżniczych ćwiczeń. Zresztą ja też miałam już dość. Z wywieszonym jęzorem, zadyszką i poczuciem, że z lekka się lepię musiałam przyznać, że ten program mnie dziś pokonał. Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że w ogóle mnie to nie zraziło! Odwrotnie: mam poczucie, że muszę dać radę. Muszę dojść do takiego momentu, gdzie z trudem, ale jednak te ćwiczenia zrobię!


3. Odstawiłam słodycze

 


Czy kosztowało mnie to wiele? Normalnie powiedziałabym, że nie muszę ich odstawiać, bo ich nie jem. Tymczasem po urodzeniu Maniusi, zaczęłam po nie sięgać, bo brakowało mi energii. Niby były to tzw. zdrowe słodycze: dobra mąka, nasiona, orzechy itp. Niestety z tymi "zdrowymi słodkościami" to jest tak, że człek chce się wciąż usprawiedliwiać przy ich jedzeniu, bo przecież są zdrowe, nie? A ja po prostu chcę, by waga w końcu drgnęła i zeszła do moich 57 kg. Niby niewiele mi brakuje, ale każda kobieta wie, że już kilogram robi różnicę, by czuć się lepiej lub gorzej we własnym ciele.

A jak brakuje mi cukru, to sięgam po słodką śliwkę, nektarynkę czy nawet winogrona, nasze swojskie z ogrodu.


4. Problematyczna kawa 



O kawie już pisano wiele: wieszano na niej psy jak i wychwalano pod niebiosa. Bo przecież ma taki zły i równocześnie zbawienny wpływ na nasze zdrowie. Czegokolwiek by nie pisali, najważniejsze, to zachować umiar. Kawę można pić w ciąży i karmiąc piersią, o ile nie pijemy jej hektolitrami. Każda dieta wyklucza kawę i herbatę. Ale ja nie mogę, bo mnie podnosi wiecznie niskie ciśnienie, ładnie pachnie i po prostu mi smakuje. Ale dwie małe kawy dziennie to jeszcze nie przestępstwo. O ile nie pijam jej na czczo i na noc. A nie pijam.


6. Warzywa lub owoce w każdym posiłku



Kolejna bardzo ważna zasada. Nawet jeśli ma to być nawet coś drobnego, nawet jogurt, to wezmę potem jeszcze dwie śliwki. Owoce i warzywa mają być podstawą. Jeśli chcę, by moje dzieci jadły warzywa i owoce (szkoda, że do tych pierwszych ciężej trzeba je namawiać), to muszą widzieć, że rodzice jedzą. Przykład idzie z góry. No i nie bądźmy hipokrytami, tak?


7. Woda.



1, 5 litra. Dlaczego nie 2? Bo to więcej niż jednak duża butelka. A jednak duża butelka to i tak dużo. Najpierw wyznaczamy sobie mniejsze, osiągalne cele. To tak, jakby chcieć wejść na Everest, kiedy najwyższa góra przez nas zdobyta to Babia Góra. Albo lepiej: Gubałówka, na którą się wyjechało.

Dawniej nie miałam z tym problemu, ale przy małym dziecku i popołudniami przy dwójce, człowiek po prostu zapomina. Czasem zdaję sobie sprawę, że wypiłam tylko dwie kawy i dwie herbaty przez cały dzień. Skandal.


8. Przynajmniej pół godziny na powietrzu.



To naprawdę minimum. Przede wszystkim dla dziecka, które po prostu powinna być codziennie na powietrzu. No chyba, że pierze żabami. Świeże powietrze poprawia jasność umysłu, człowiek myśli przejrzyście, lepiej mu się oddycha i lepiej się czuje. Nawet jeśli akurat pogoda barowa.


9. Skóra też wymaga opieki



Jestem raczej konsekwentna. Nie, żebym od urodzenia taka była, ale liceum mnie tego nauczyło i to procentuje. Niestety jeśli chodzi o smarowanie się tymi mazidłami po ciele, twarzy i te wszystkie zabiegi zawsze wydawały mi się przesadą. Ale kiedy człek dobiega trzydziestki, dociera do niego, że nie będzie wiecznie piękny i młody. No, piękny może być trochę dłużej, ale jak się o to postara. A kiedy dobrze będzie wyglądał, będzie się ze sobą lepiej czuł. I teraz zamiast 20 minut, w łazience siedzę 35-40 min. Zobaczymy, czy wytrwam...


10. Organizacja dnia



I teraz zasadnicze pytanie: czy uda mi się to pogodzić? A co z resztą rzeczy do zrobienia w domu? W końcu "nigdy nie miałam czasu". Tymczasem wystarczy sobie przemyśleć kilka spraw i od razu się okazuje, że jednak się dało zrobić to, czy tamto. Przy małym dziecku najlepiej sprawdza się system obowiązków wedle którego dzielimy je (obowiązki, nie dziecko) na te, które ogarniamy kiedy dzidek nam śpi, i te - kiedy nie śpi. Nagle okaże się, że przy bawiącym się grzecznie brzdącu możemy wiele zdziałać, a nie tylko przy zabawie czekać na kolejną drzemkę. Kiedy maluch idzie spać, my zabieramy się za to, co z powodzeniem jesteśmy w stanie zrobić, nie budząc go przy tym. I wczesnym popołudniem ze zdziwieniem stwierdzę, że w zasadzie, to jestem "odrobiona" i na kolejnej drzemce będę mogła odpocząć, poczytać, popisać, pooglądać głupoty w telewizji - co chcę!





No, to kiedy odkryłam tę moją Amerykę, od razu świat przestał być brzydki i szary. Chociaż nie: wciąż jest szary, ale kiedy patrzę na mój ogród nie widzę tylko szarozielonej plamy z krzewów, ale przede wszystkim widzę przepięknie czerwone maliny, a dopiero potem te buro-zielone krzaczory. 

A dzieci? Znów są cudowne, najkochańsze i najbardziej urocze ze wszystkich znanych mi istot na Ziemi. Matki już tak mają. A Wy?

wtorek, 23 sierpnia 2016

Czego nauczy cię dziecko zanim skończy trzy lata?

 

10 rzeczy, które może nauczyć cię dziecko nim skończy 3 lata



Ciekawe, że zawsze nam, rodzicom, wydaje się, że to my czegoś musimy uczyć nasze pociechy. Od samego początku to my pobudzamy je do rozwoju fizycznego. Potem staramy się rozwijać w nich różne umiejętności od poprawnego mówienia, trzymania kredki, przez ubieranie się, samodzielne jedzenie i mycie zębów na  umiejętnościach społecznych kończąc. Bo przecież chcesz, by za sobą sprzątało, umiało zachować się w towarzystwie, powinno też umieć się dzielić, przegrywać (ale wygrywać też trzeba się nauczyć, btw), bawić z innymi i słuchać starszych. Chcesz, by miało poukładane w głowie, dobre priorytety, by było ambitne, empatyczne, miało różne zainteresowania... Tego też w pewien sposób uczy się od nas. Ono się uczy, a my go uczymy. Ale dzieci tak naprawdę bardzo wielu rzeczy potrafią nauczyć swoich rodziców...

O ile rodzice chcą się czegoś nauczyć.




1. Poświęcenie

 



To jest właśnie to, czego wiele kobiet się boi. Bo kiedy patrzysz na to z zewnątrz, myślisz: "Podziwiam, ja bym nie mogła/ nie dała rady". A potem okazuje się, że nie wyobrażasz sobie, by postąpić inaczej. Mniej egoistycznie. Jeśli przed dzieckiem był mąż, to już wiesz, co znaczy z miłości odmówić sobie ostatniej kostki czekolady, wstać i przygotować dla was kolację pomimo zmęczenia i tak dalej. Ale to nawet nie jest ułamek tego, co potrafisz jako matka zrobić dla swoich dzieci. I - uwaga - to wbrew pozorom przychodzi stosunkowo łatwo.



2. Cierpliwość

 



Klasyk. Jeśli zawsze miałaś wszystko zaplanowane co do minuty, teraz możesz być nieco rozczarowana. Dziecko nie tylko całkowicie zmieni ci grafik, uniemożliwiając wypicie porannej ciepłej kawy, która nota bene wśród mam małych dzieci stała się synonimem luksusu. Dziecko przede wszystkim potrafi zmieniać swój grafik średnio raz na dwa tygodnie. I ma w nosie to, czy się na to zgadzasz. A im dziecko starsze, tym bardziej testuje nasza cierpliwość. Tutaj cudnie o tym pisze Joanna z raptularius-matris.blogspot.com. Tak czy inaczej, jeśli jesteś matką, pierwszą (pomijam umiejętności "fizyczne" krzątania się przy małym człowieczku) nauką zawsze jest cierpliwość.

3. Wielozadaniowość

 




I znów oczywista oczywistość. Najpierw wydaje ci się, że chociażbyś się potroiła, nie ogarniesz płaczącego niemowlaka, sprzątania, gotowania, zakupów... Hormony tuż po porodzie nie pomagają - zawsze ukierunkują cię na dziecko i myślenie o tak przyziemnych rzeczach jak umycie zębów i ubranie się po prostu schodzi na drugi plan. A potem najczęściej masz kryzys, bo poziom hormonów wraca do normy a do ciebie zaczynają docierać bodźce z zewnątrz: jak ogarnąć to wszystko?! W głowie masz chaos. W miarę upływu czasu zaczynasz powolutku ogarniać, aż w końcu wpadasz w rytm, który łączy się z rytmem dziecka. Nie zawsze wszystko idzie perfekcyjnie płynnie i bezboleśnie, ale wiesz, że po prostu panujesz nad tym i masz poczucie, że w końcu nowa rola życiowa wpisała się w twoje życie.


4. Dystans 

 

 

Jeśli to twoje pierwsze dziecko, to pewnie na początku ześwirujesz na punkcie sterylizacji smoczków i butelek, na punkcie snu, karmienia, przewijania, o cyrkach przy kąpieli nie wspominam nawet. Ale w miarę upływu czasu, kiedy pogodzisz się już ze swoją nową życiową rolą, zobaczysz, że nie musisz codziennie gotować dwudaniowego obiadu, codziennie innego, ścierać kurzu i myć okien co tydzień. Nie musisz szaleć. Możesz pozwolić się dziecku wybrudzić i nabałaganić, zjeść czasem batonika i pójść spać trochę później. O ile nie robisz z tego standardu. Ważne stają się szczęśliwe dzieci i szczęśliwy mąż.


5. Empatia w stosunku do dzieci


 


Już w ciąży nie jesteś w stanie oglądać filmów, zdjęci, czytać książek, w których dzieciom dzieje się krzywda. Kiedy już urodzisz, płaczesz przy każdych wiadomościach dotyczących dzieci. Małe, głodne murzyńskie dzieciątka spędzają ci sen z powiek. I tak już będzie zawsze. Pocieszę cię: kiedy urodziłam drugie dziecko moja wrażliwość jeszcze wzrosła. Strach pomyśleć, co będzie w przyszłości...


6. Zdrowe odżywianie

 

 

To jest jeden z tych punktów, które nie są obligatoryjne. Niektóre kobiety źle jedzą w ciąży i źle się odżywiają po urodzeniu. A potem uczą dzieci złych nawyków i tak dalej. Ale jednak wydaje się, że większość kobiet, które spodziewają się dziecka jednak zaczyna myśleć, co wpada im do żołądka, a potem żywi według zaleceń dla niemowląt i dzieci. Nawet jeśli wcześniej na jej talerzu lądowało kiepskie jedzenie. A potem już leci :)


7. Oczy dookoła głowy

 



I wszystko jasne. O ile na początku sama biegniesz, kiedy bobas zakwili, chociaż nie ruszył się z łóżeczka nawet na centymetr, o tyle, kiedy nauczy się chodzić i zaczynają się jego podboje, nie można go spuścić z oczu. I wydaje ci się, że już nigdy nie zrobisz niczego na spokojnie. No chyba, że dziecko śpi. Ale, umówmy się, kto zapieprza po domu, kiedy dziecko na chwilę daje ci wypocząć?! No kto?! 


8. Słuchanie

 

 


To jest jedna z tych rzeczy, której rodzic może się nauczyć i będzie to procentować w przyszłości. Ale może się też nie nauczyć i będzie tego żałować, gdy dziecko będzie starsze. Słuchanie dziecka nie jest trudne, kiedy  wyczekuje się pierwszych słów i zachęca dziecko do mówienia. Ale kiedy trzylatkowi przestaje się buzia zamykać? Pyta o to samu kilkanaście razy, chociaż z dużą, chociaż później już wymuszoną cierpliwością odpowiadałaś prawie za każdym razem? A może wciąż opowiada coś w swoim stylu i nawet nie wiesz, do czego zmierza ze swoją historią, bo nie trzyma się kupy? A może powtarza jakąś frazę z bajki (albo jeszcze lepiej: jakieś jedno słowo) w kółko i nie możesz po prostu nic z tym zrobić? I to jest właśnie ten moment. Kiedy teraz będziesz mówić: "Nie teraz, zaraz", "Uhm..., tak, tak...", "Sekundkę...!" lub "Moment!", który nigdy nie nastąpi, to nie zdziw się, kiedy twoje dorastające dziecko będzie ci serwować podobne hasła, jako synonim: "nie mam ochoty z tobą gadać". Naucz się szanować swoje dziecko, a będzie cię szanowało. Naucz się go słuchać, by kiedyś chciało z tobą rozmawiać.


9. Pilnuj się! Jesteś wzorem

 



To ta zasada, której naukę zapewnia dziecko w każdym wieku. Obserwuje cię cały czas, podgląda twoje miny, słowa, całe zwroty, ale przede wszystkim zachowanie. Jeśli krzyczysz, nie dziw się, że nie ma efektów, kiedy zabraniasz dziecku krzyków. Nie miej pretensji, że przeklina, skoro nie masz oporów używać przy nim niecenzuralnych słów. Ale chodzi też o bardziej przyziemne kwestie jak upominanie dziecka, że chodzi boso w sytuacji, gdy ty śmigasz na bosaka. Bo jakim prawem niby ty możesz, a ono nie? Pamiętaj: w walce "słowa - czyny" zawsze wygrają czyny. I kropka. A skoro tak jest, to twoje zachowanie ma kluczowy wpływ na wychowanie latorośli. Taki wniosek.

 10. Rozsądek (odpowiedzialność)

 



Bardzo ważna sprawa. Kiedy na świat przychodzi dziecko od razu czujesz się za nie odpowiedzialna. Sama zmiana diety świadczy o tym, że rozsądek powoli zaczyna brać górę nad szaleństwem i beztroską. Nawet po ślubie człowiek wciąż czuje się dość swobodnie. Odpowiedzialność za męża to wówczas dość abstrakcyjna kwestia, chociaż bardzo istotna, ale o tym innym razem. Kiedy jednak za horyzoncie majaczy malutki człowieczek, totalnie nieuformowany - jak plastelina, której nadasz kształt wychowując go. I jak tu nie poczuć odpowiedzialności! Chcesz nie tylko dobrze wychować dzieciaka, ale też chcesz jego szczęścia. Pogodzenie tego z czasem wydaje się coraz trudniejsze... Przestajesz myśleć o całonocnych imprezach. Kiedy mama bierze malucha/y do siebie na noc, idąc na imprezę już wiecie, że powinniście się wycofać wcześniej, by się wyspać. Kiedy są dzieci to jest właśnie ten dylemat: świetna impreza do białego rana (a później zdychanie, bo niestety przy małych dzieciach kac już nie jest taki swobodny, że się położysz i w spokoju przemordujesz) czy raczej wczesny powrót do domu, wyspanie się (określenie umowne, jeśli masz małe dzieci) i przywitanie kolejnego dnia z ulgą, że jednak rozsądek poprzedniego dnia zwyciężył. Mnie już pierwsze dziecko nauczyło tego rozsądku. Kac nigdy mnie nie bawił. A kac z małymi szkrabami u boku, to już w ogóle tortury.



To dla mnie najważniejsze kwestie. Czy znacie jakieś równie ważne, o których zapomniałam? Piszcie, czy i Wasze pociechy nauczyły Was tego, czy może część z tych punktów wciąż przed Wami?

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

8 sierpnia - jak wróciłam z zaświatów i o przywołaniu do porządku mamy





8 sierpnia 2016 r.
Poniedziałek


Mania
: 3 miesiące i 24 dni
Bu: 2 lata, 9 miesięcy i 23 dni
Waga: 59 kg
Pogoda: Chłodny poranek (ukochane 19*C), ale zapowiadają 31*C, więc już zaczęłam świrować z otwieraniem-zamykaniem okien, zasłanianiem ich i tego typu rzeczy, które mają mi pomóc w utrzymaniu cudownych 20* w domu. Co i tak ich nie zatrzyma, ale nie przeszkadza mi to z uporem maniaka szaleć z oknami i drzwiami...




08:51


Patrzę na tę datę w kalendarzu i wciąż nie wierzę, że to 8 sierpnia. Magiczna data, która jeszcze 23 lipca była tak odległa, jakby nigdy nie miała nadejść. A jednak!
Skończyły się dwa tygodnie przerwy wakacyjnej w przedszkolu. Odżyłam.
A teraz czekam, aż zaleje mnie fala krytyki: bo przecież jaką ja jestem matką, skoro nie wyczekiwałam tych dwóch tygodni, nie smuciłam się, że to już koniec?! Bo przecież dzieci to skondensowana radość rodziców. No, może to i po części prawda, ale nie w mojej sytuacji...
Otóż, trzylatka być może potrafi sama się ubrać, zjeść, pobawić się, wysikać i wyartykułować swoje potrzeby, ale jednak przy ubieraniu potrafią być problemy, a kiedy je, to i z nią je bluzka (mimo śliniaka), stół i podłoga. Potrafi się zabawić, ale bardzo często trzeba jej wskazać lub nawet zorganizować zabawę. No i chce to robić ze mną najczęściej. Wysikać się wysika, ale najpierw musi głośno oznajmić całemu światu swoją potrzebę, następnie biegnie w stronę łazienki, jakby miała kopyta a nie małe stópki po czym musi wrzeszczeć na całe gardło, że to jednak nie chodzi o siku, tylko ona będzie co innego tak robiła. 

Niestety trzylatki tak mają: 
- nie, bo nie chce,
- nie, ona chce co innego,
- nie, ona chce, żebym ja, eR., M....
- nie, ona jednak chce, ale najpierw...
- nie, bo ona chce sama.

A do tego M., która teraz-zaraz musi zjeść, być przebrana, uśpiona, zabawiona... 

Wszystko razem plus upały daje kombinację, której nie da się przejść bez wieczornego wina, ewentualnie mocnych środków uspokajających, pięciu kaw dziennie i wieczornego obściskiwania się z mężem. 

Przynajmniej dwa razy dziennie dostawałam smsa od eR., czy żyjemy, czy może to dzieci jeszcze jakoś ciągną, ale ja już beczę, leżąc na podłodze przygnieciona ciężarem dwójki. Nawet nie starałam się dobijać próbą sprzątania. W takich sytuacjach bałagan się rozgarnia, a w najlepszym wypadku przekłada rzeczy w inne miejsce, byleby nie przeszkadzały w funkcjonowaniu. 

I wiecie co? Po raz pierwszy pomyślałam sobie, że chyba jestem do dupy matką, skoro przeraża mnie zajmowanie się własnymi dziećmi! Ta prawda mnie tak przygniotła, że powiedziałam pewnego wieczoru, iż nie nadaję się na matkę i chociaż chciałabym mieć czwórkę dzieci, to chyba nie powinnam ich więcej mieć. 

Na to eR.:
- Moja mama - No, świetnie się zaczęło, pomyślałam - to wyjątek, który potwierdza regułę. 
- Że..?
- Że kobiety generalnie mają problemy z ogarnianiem wszystkiego.
- ...
- Nie musisz wszystkiego zrobić idealnie. To nie tylko niewykonalne, ale i nienaturalne. I wcale nie znaczy, że jesteś złą matką. 




12:53


Ostatnio przewinął się przed moimi oczami wpis pewnej mamy, która opisuje to, jak przewartościowała swoje życie po tym, jak urodziła dziecko, jak zmieniło ono perspektywę patrzenia na życie i jak z łatwością potrafiła zmienić swoje dawne nawyki, zrezygnować z wielu swoich pasji na rzecz dziecka. No, niewątpliwie chciała właśnie to pokazać światu. 

Może sądziła, że trafi z tym tekstem wprost do matczynych serc, które zmiękną, kiedy przeczytają o tym, jak zamykając oczy widzi się te dobre chwile, mimo że było ich znacznie mniej danego dnia niż tych - nazwijmy je - trudnych. To wszystko prawda. Doskonale pamiętam to przedziwne zjawisko pędzącego czasu (widoczne na zdjęciach, których mnóstwo robiłam małej Bu), kiedy pojedynczy dzień wlókł się niemiłosiernie, jakby na złość nie chciał się skończyć. I wówczas tylko te rzadkie uśmiechy dźwigały mnie z łóżka (i wierzcie mi, nie wyskakiwałam z niego pełna życia, raczej mrucząca pod nosem przekleństwa: "żeby się człowiek RAZ, k***, nie mógł wyspać!") dzień w dzień o 5 z minutami (bo tak wstawało to moje pierwsze dziecko). 

Pamiętam też swój czas reorganizacji priorytetów, do której po części zmusiło mnie dziecko, a po części czułam tę odpowiedzialność na swoich barkach i wiedziałam, że po prostu inaczej nie mogę. Czy było to łatwe? Oj, zdecydowanie nie. O ile początkowo hormony pomagały w przestawieniu się na życie dla dziecka (bo bez matki nie jest w stanie przetrwać), o tyle później została już tylko zimna kawa i przeciwbólowe na ból dupy. Bo tak naprawdę cierpiało moje egoistyczne ego. No, ewentualnie niskie ciśnienie.

Kiedy już obie miałyśmy się dość, bo Bu tylko "mama!", a mama "tylko nie Bu!", mała poszła do Klubu Malucha, a ja niczym feniks z popiołów odżyłam i wiedziałam, że tego właśnie potrzebowałam: czasu, by móc dalej robić to, co kocham, a kiedy mała Bu wracała z przedszkole spędzałyśmy szalone popołudnia, ciesząc się swoją obecnością. Mogłyśmy razem robić praktycznie wszystko, ale dopiero wówczas sprawiało mi to przyjemność. Dzięki temu mogłam zarazić ją tańcem, śpiewem, książkami, pichceniem w kuchni...


Kiedy po raz pierwszy pani z Klubu powiedziała, że Bu ma swoją ulubioną koleżankę i taką, z którą nie lubi się bawić ani nawet siedzieć obok niej, dotarło do mnie, że ona za jakiś czas (nie wchodźmy w szczegóły, kiedy to dokładnie będzie) będzie miała swoje życie, którego - uwaga! - ja nie będę dobrze znała, jeśli mi o nim nie powie. Czy mnie to zaczęło przerażać? Na pewno zrobiło mi się... dziwnie smutno, że nie będę mogła jej ustrzec przed różnymi błędami (i dopiero teraz widzę, jakie to uczucie jest paskudne), ale też dotarło do mnie, że kiedyś ona po prostu będzie chciała żyć własnym życiem. A ja tego życia nie będę wypełniała w takim stopniu jak teraz. Będę jednym z jego elementów. Jeśli teraz zrezygnuję z własnych pasji, nie przekażę dziecku niczego prócz poświęcenia, które oczywiście jest chwalebne, ale które albo doceni bardzo późno, albo w ogóle - co w dzisiejszych czasach jest niestety coraz bardziej popularne. Nie chcę, by żyła w przekonaniu, że poświęciłam wszystko dla własnych dzieci. A potem one dorosną i zostanę z... niczym. Ok, zostanę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Ale i z tym dobrze, to też nigdy nie wiadomo, bo czy nie wiemy, czy taki a nie inny sposób wychowania jest dobry i czy dzieci wyjdą ostatecznie na ludzi, czy nie? Nie wiemy. Zresztą nieistotne to teraz.
Na pewno zostanę z poczuciem, że dzieci wychowałam, ale moje życie mi uciekło. 
I tu pojawią się konserwatyści z chrześcijańskimi hasłami "dobra wyższego" nad życie doczesne. Zgoda. Jestem osobą wierzącą, żadną udawaczką, która deklaruje, ale robi jak uważa, lub gorzej: wstydzi się wiary. Nie, nie wstydzę się. I w tym duchu też twierdzę, że życie kobiety wcale nie musi polegać na umartwianiu się przy wychowywaniu dzieci, bo "jestem pyłkiem w tym wszystkim, ale pyłkiem koniecznym" do wychowywania dzieci. 
//Co innego, jeśli kobieta się w tym spełnia i kocha to ponad wszystko, ale takich coraz mniej na świecie.// 

Dzieci powinny być dla dorosłych źródłem najróżniejszych emocji. Tych pozytywnych, byśmy mogli, jako rodzice, przekazać im tę naszą najlepszą stronę: z pasjami, z ukochaniem życia! W końcu życie to dar, nie wolno go nam zmarnować! Ale dziecko potrafi wywołać w nas też negatywne emocje, testować naszą cierpliwość itd., w końcu dzieci - jak ludzie - są różni. I mają różne dni i humory. Raz lepsze, raz gorsze. 

Mama i tata powinni pokazać dziecku, że rodzice, to nie tylko rodzice (i do tego ograniczeni): to ludzie z pasjami, zaangażowani w życie, spontaniczni, chętni, by rozmawiać na wiele tematów.

PS. Oczywiście nie poruszam tematu dzieci niepełnosprawnych. To zupełnie inna para kaloszy i ABSOLUTNIE nie wolno tych sytuacji mierzyć jedną miarą. 




Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric