Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frustracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frustracja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 marca 2017

9 marca - jeszcze w klimacie Dnia Kobiet - apel do kobiet.

9 marca 2017 r.
Czwartek

Mania: 10 miesięcy, 2 tygodnie i 8 dzień
Bunia: 3 lata, 4 miesiące i 2 tygodnie i 7 dni
Waga: 56 kg. Cały czas.
Pogoda: Jest szaro. I tak okrutnie smutno, że patrząc za okno można się rozpłakać. Albo rozchorować.




19:10




Dziś będzie apel. Z okazji Dnia Kobiet. Tak, celowo dzień po, bo wszyscy uzewnętrzniali swoje emocje dokładnie 8-go marca, więc mój apel przeszedłby w ogóle niezauważony.

Co to za apel i do kogo? No właśnie.
Wszyscy krzyczą, że kobiety takie poszkodowane, takie bidule, że obrażają nas określeniami z gatunku "słaba płeć"... Ja już nie wchodzę w to, czy rzeczywiście mężczyźni traktują nas jak gorszy gatunek. Tutaj jest kwestia mentalności. No i wychowania. Jeśli mężczyzna był wychowywany w domu, gdzie rządził facet, a kobita musiała wokół niego robić i nie usłyszała nawet zakichanego "dziękuję", to jak taki chłopiec ma być mężczyzną, który rozumie potrzeby kobiet? W tym temacie, jak już pisałam - wypowiedziano się na wszystkie możliwe sposoby, więc po co do tego jeszcze ja?

Ja bym chciała poruszyć problem, o którym mało kto mówi. Otóż kobiety same siebie dyskryminują, podkładają nogę, obmawiają wzajemnie, robią sobie świństwa i oczerniają nawet publicznie [sic!]. No cóż, taka mentalność. Chociaż oczywiście - jak wiemy - jeśli chodzi o biedną macicę, wszystkie w jej imieniu będą walczyć. Razem. No, bo przecież się wspierają.

Ale ja bym nawet nie chciała tu apelować do wszystkich kobiet. Chciałabym stanąć w obronie wizerunku młodej matki Polki, od której oczekuje się w ostatnich czasach więcej niż na stanowisku kierowniczym w korpo. Taka matka musi być przede wszystkim dobrą matką, wzorem do naśladowania i stać na straży małych dziecięcych brzuszków. Musi posiadać umiejętności organizatorskie i logistyczne, by wszystko tak poukładać w domu i życiu rodziny, by wszyscy byli zadowoleni. Nie zapominajmy, że matka musi umieć przyzwoicie gotować, malować bądź rysować i koniecznie śpiewać (3 latki wiedzą, o co chodzi). Najlepiej, by umiała sprzątać (nie wszystkie kobiety to potrafią!), była wysportowana (wyścigi z dziećmi, walka ze znoszeniem wózka ze schodów) a do tego zawsze uśmiechnięta i zadbana (tutaj potrzeba umiejętności magicznych, by makijaż zatuszował chroniczne niedosypianie).
A do tego oczekuje się, że będzie wydajnym pracownikiem (albo prowadziła swój biznes - taka mama siedząca w domu to po prostu wypowiadana z pogardą kura domowa).
Nie zapominajmy, że jest ona najczęściej czyjąż żoną. No cóż, musi ona dbać o męża. On o nią też, ale jednak wciąż dla tego męża to i tamto... W znaczeniu: powinna być i seksi, i zawsze "zrobiona" na twarzy, dobry ciuch, a nie jakiś powyciągany dres, no i oczywiście sprawy łóżkowe też powinny mieć się dobrze.
Plus powinna się realizować - wiecie - coś tworzyć, być fit, ćwiczyć albo przynajmniej biegać. Dobrze jeszcze, żeby w tym wszystkim była pasjonatką. 

Mało, nie? 

A jaki jest tak naprawdę wizerunek kobiety, która zdecydowała, że zostanie z dzieckiem w domu (może nie na stałe, ale na jakiś czas)? Jest to kobieta, która zrezygnowała z siebie. I nie tylko zatrzymała się, ale wręcz zaczyna cofać. Pasja? Taka matka przecież nie może mieć pasji przy tylu obowiązkach! Czyli to raczej bezkształtna masa (eh, te kilogramy po ciąży...), wiecznie niewyspana, z przetłuszczonymi włosami, o niezdrowej cerze nieregularnie jedzącej osoby. Koniecznie w dresie, w butach i płaszczu, w których chodzi już trzeci sezon. Dla wielu jest to obraz kobiety, która już raczej niczego wielkiego nie zrobi i nie osiągnie zbyt wiele. 

No to kobiety zaczęły walczyć z tym obrazem: zaczęły robić to wszystko jak roboty. Nieważne, co w domu, ważne, by pokazać światu, że mimo dziecka i tak nic mnie nie ogranicza, żeby ci wszyscy myślący stereotypami zakrztusili się tymi swoimi mylnymi przekonaniami. 

Ja nie wiem, czy o to chodzi. Ale ja nie chcę być fit. Nie chcę biegać w sportowych ciuchach, popijając powereidy. Nie, bo nie. Bo to nie mój styl. Jestem mamą. I chcę być szczęśliwa jako mama. Ja jestem z tych, którzy idą do celu powoli. Mam swoje marzenia, które spełnię, kiedy przyjdzie czas, bo "wszystko ma swój czas". Robię małe kroki. Nie zdobywam góry szturmem, spektakularnie. To, że ktoś nie widzi, że cały czas - chociaż każdy ma gorsze dni - staram się w tym kierunku coś robi, nie znaczy, że się kiszę w domu. Okey, czasami się w nim duszę i mam dość, bo potrzebuję odmiany. Ale idę dalej. A to, że tu nie piszę o tym, jaką górę zdobywam, to tylko dlatego, że nie chcę zapeszać. I ocenianie siedzącej w domu mamy jako tej, która nic nie robi dla siebie, tylko wypruwa sobie żyły dla dzieci (albo gorzej: nie robi w ogóle nic), bez poznania jej jest jakimś nieporozumieniem. Już nawet nie mówię, że to niesprawiedliwe potraktowanie sprawy, skoro wszyscy wiemy, że sprawiedliwości nie ma na tym świecie.

Może się niektórzy zdziwią, tak naprawdę jest. I prócz kilku wyjątków, wszyscy wciąż mnie wypytują, czy już coś robię. Bo skoro mam nerwicę i siedzę tylko w domu, to może powinnam coś zrobić dla siebie, dla samorozwoju, to bym o głupotach nie myślała. Ja już nie wchodzę w kulturę wypowiedzi, ale taki jest przekaz.

To teraz tak dla wszystkich: otóż robię wiele rzeczy dla siebie, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie dla kogoś, kto patrzy na innego człowieka przez pryzmat tego co widać na zewnątrz? 


Tak, przyznaję, że ostatnio u mnie bardziej kryzysowo, ale nerwica wraca do mnie teraz głównie w swej fizycznej postaci. Dlatego znów mogę ruszyć po marzenia. Tylko na ten moment stawiam mniejsze kroki.


wtorek, 30 sierpnia 2016

30 sierpnia - jestem złą matką

 

30 sierpnia 2016 r.
Wtorek




Mania: 4 miesiące, 2 tygodnie i 2 dni
Bu: 2 lata, 10 miesięcy i 2 tygodnie
Waga: Nawet nie wiem jaka. Chyba taka łazienkowa.
Pogoda: Skwaszona. Chłodna, bura, bez słońca i wit. D. Generalnie depresyjna i błagająca o kawę. Siekierę.






10:35



Jestem złą matką. Albo mam kryzys. Jest jeszcze przytłaczająca trzecia opcja: i jedno, i drugie. Wolę się jednak nie katować nią za szybko. I tak siedzę w wyjątkowo głębokim dole.

Mam poczucie, że dzieci mnie dobijają. Na każdym kroku. Ich zachowanie, ich potrzeba ciągłej uwagi, wiecznie te same irytujące scenariusze najtrudniejszych momentów dnia... Jestem zmęczona. I to nie tak, że dzieci są cudowne a ich głos niczym ćwierkające ptaszyny raduje mnie i dodaje energii, tymczasem mi, matce wyrodnej, przeszkadza sama ich obecność. Zawsze oczywiście jest coś, co zakwasi ciąg zdarzeń, psując cały tydzień z góry, a wtedy ja siadam i zalewam się łzami, że to ponad moje siły. Czasem rzecz jasna tak jest, ale najczęściej jednak nie ma wyjścia i po prostu muszę się pozbierać do kupy. A kiedy to zrobię, kiedy opadnie kurz, pewnego zwykłego dnia, jak ten dzisiaj, moje podświadome ja postanowi to całe ZUO odreagować. 

Znacie? No to odreagowuję. I mam wrażenie, że dzieje się to praktycznie poza moim udziałem. Myślę o tym np. jak dzieci mnie ograniczyły. Jak - mimo najszczerszych chęci - nie mogę zapomnieć o straconych szansach na spełnienie kilku największych marzeń. Jak nie mogę robić tego czy tamtego, jak muszę teraz robić to czy tamto, chociaż już mam "do wyrzygania jeden krok". Jak nie potrafię pewnych rzeczy odpuścić i skupić na innych, nie potrafię oczyścić głowy, którą wciąż "zaśmiecają" jakiej zaprzeszłe sytuacje z dziećmi, jak po prostu nie potrafię pójść dalej. Dosłownie, jakbym miała kulę u nogi. Za każdym razem myślę: "Dobra, od dziś..." i tu lecą postanowienia. Pomijam te najbardziej stereotypowe z odchudzaniem i ćwiczeniami na czele. Tu chodzi o te postanowienia dotyczące powrotu do tego, co robiłam wcześniej. To jak uwięzienie w głupim przekonaniu o tymczasowości mojej sytuacji. To wbrew logice, bo przecież wiadomo, że sytuacja nie ulegnie większej zmianie. Przecież nie urodziłam dziecka po to, by na chwilę się nim "pobawić". Więcej, nie będzie lżej! Bo jak wiadomo: małe dzieci - mały problem, duże dzieci - duży problem.


Nie mogę nabrać rozpędu. Powłóczę beznadziejnie nogami, aż przykro patrzeć. To już druga kawa, organizm się chyba uodpornił - jakbym bezkofeinową piła. Głowa mi pęka. Mięśnie karku boleśnie napięte. Trudno wziąć mi głębszy oddech. Nie mogę patrzeć na potwornie brudne okna, podłogę pełną miauczących kotów czy na górę prania do prasowania. Na samą myśl chce mi się płakać. 

Może to wina tego trudnego weekendu. eR. poszedł w góry nad ranem, a ja z dziewczynkami spałam u rodziców. Duchota na piętrze, zakatarzone noski, wypadający smoczek i tego typu problemy sprawiły, że spałam być może niecałe 3h. Szaleństwo. Od 5:20 obie dziewuszki na nogach. A w miarę upływu czasu sytuacja robiła się coraz trudniejsza do zniesienia. Postępujący upał i postępujące przeziębienie u obu. Szybka decyzja: Nurofen Forte. Niby coś zadziałał, ale nie przegonił przeziębienia. Dwójka maluchów praktycznie pokonała naszą dorosła trójkę. I tak dotoczyliśmy się do godziny 16:30, kiedy to zmęczony fizycznie, ale mimo wszystko szczęśliwy ojciec moich dzieci wrócił z gór. Robiłam wszystko, by się nie rozbeczeć wycieńczona i wybebeszona psychicznie. 

Dzieci jujczą do dziś. Nie przeszło im. A ja już nie mam siły. Mam ochotę rzucić wszystkim. Chociaż wiem, że kiedy to wszystko rzucę, od razu przylecę zobaczyć, co z dziećmi. 


A gdzie moja radość życia? Moja determinacja do dążenia do celu? Gdzie ta moja szalona dusza, która chce spełniać marzenia? Ja się pytam: gdzie?! 

Dziś mam wrażenie, że została na porodówce.
Zapytajcie mnie o to jutro. Może sobie przypomnę, gdzie ją naprawdę zostawiłam.

czwartek, 14 lipca 2016

14 lipca - Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



14 lipca 2016 r.
Czwartek


Mania: 73 dni (2 miesiące i 20 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 29 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Ponuro, deszcz wisi w ciężkim powietrzu, które nie chce wymienić się z dusznym powietrzem w domu. Mimo otwartych na oścież drzwi i okien.


13:34

Mam doła.
Doła..? Serio? Nie wiem, kiedy ostatnio używałam tego określenia. Chyba w liceum.

A teraz przydługa opowieść o tym, skąd to samopoczucie, jak gdyby ktoś usiadł mi na klatce piersiowej. I tylko to przekonanie, że wykłócanie się, zwracanie uwagi tylko pogorszy sytuację i popsuje to, co jest...


Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



Odkąd pojawiło się drugie dziecko jesteśmy tylko my i nasze dzieci. Niewątpliwie najszczęśliwsi szczęściarze. Bo czy może być coś więcej warte niż kochający małżonek, szczęśliwe i zdrowe dzieci? A kiedy dodamy do tego własny kąt (ba, dom i ogród!) i fakt, że niczego nam nie brakuje, można powiedzieć, że opływamy w hollywoodzkie luksusy. I to wszystko mając lat 28. Doprawdy skandal.


Odkąd wyszłam za mąż staram się być dobrą żoną. Odkąd urodziłam Bulinkę także matką, pamiętając przy tym, że wciąż jestem żoną. A ponad tym wszystkim – kobietą, by i siebie nie zaniedbać. Czy jest to takie nadzwyczajne? Na pewno wymaga od kobiety uporu, zaradności, dobrej organizacji czasu i właściwej hierarchii priorytetów, które zmieniają się (lub mogą zmienić) wraz z nową rolą życiową. Tyle. I aż tyle, jak się okazuje.



Moje dzieciństwo, a stosunek do życia



Bez zwątpienia dzieciństwo wpływa na całe życie. W mniejszym lub większym stopniu determinuje nasze późniejsze decyzje czy kierunek jaki nadajemy naszemu życiu. Kropka. Takie są fakty i z tym się nie dyskutuje. Trochę szkoda, bo czasami chciałabym podjąć polemikę i niestety mam poczucie bezsilności wobec tego, co czuję czy co sądzę...

A co to takiego? Zawsze byłam typem wrażliwca, romantyczką, troszkę wyjętą z kontekstu pragmatycznego aspektu życia. Nie byłam oderwana od rzeczywistości, po prostu życie, które wymaga zabiegów typu „zapłacić za obiad w szkole” było poza moim zasięgiem. Robiła to moja siostra. Młodsza. Typowa realistka stąpająca twardo po ziemi.

Mama zawsze miała poczucie, że moja wrażliwość i nieporadność mnie zgubi. I wciąż to powtarzała, dodając: „musisz sobie radzić, przecież nie zawsze będę obok ciebie”. Prawda, ale to nie sprawiło, że stałam się trwalsza, bardziej zorganizowana i praktyczniejsza, bo wiecznie miałam poczucie, że muszę udowodnić, że taka jestem. I to udowodnić mamie. To, że przestała narzekać na moją zbytnią wrażliwość i przejmowanie się wyznaczało poziom dumy, jaki widziałam w oczach mamy. Banał, ale cóż... Zaakceptowałam już fakt, że nie jestem tak wyjątkowa jak mi się zdaje.

Jak to wpłynęło na moje życie? Po ślubie byłam żoną idealną. Dom dosłownie lśnił. Lodówka pełna, pranie zrobione i wyprasowanie, obiad dwudaniowy na stole (nigdy dwa razy to samo), co drugi dzień ciasto. I miałam nerwicę. Ale chyba o tym nie chcę pisać.

Potem zostałam mamą. Szczęśliwą mamą, która walczyła cztery miesiące z koszmarnymi kolkami u dziecka. Dodajmy, że dziecko to potrafiło włączyć takie decybele, że piszczało uszach. A ja musiałam skończyć pisać pracę magisterską i obronić się czym prędzej. Teściowa przyjeżdżała dwa razy w tygodniu, bym mogła pisać. I to te dwa dni, kiedy Buńka była zwyczajnie grzeczna i spała pół dnia. A ja tłumiłam poczucie bycia złą matką, bo ważniejsze było to, by się obronić. Bo mama naciskała: „Obroń się i miej to z głowy”. Niestety sama nie przyjechała ani raz, by zająć się małą, mimo iż mieszkaliśmy wówczas... całe dwieście metrów od moich rodziców. Dziecko nie miało spania, więc rodzice też nie mogli go mieć – wyglądałam jak zombie. Teraz już wiem, dlaczego mama mi nie zaoferowała pomocy. Sądziła, że to kolejny problem, które go nie umiem rozwiązać: dziecko. Jej słowa pocieszenie to: „Przesadzasz, dzieci takie już są”. Wspominałam już jak zareagowała moja rodzicielka na wieść, że jestem w ciąży? "No, tylko żebyś się teraz obroniła...". Zero "super!" czy "gratulacje!". Nawet mój tata się lekko zdziwił. Nieważne już. Powinnam była już wtedy wiedzieć, w która stronę to wszystko zmierza i nastawić się, że teraz dziadkowie (tj. moja mama, bo ona organizuje życie im obojgu) będą pomagać od wielkiego dzwonu, w sytuacjach, które sami zauważą, że bez ich pomocy się nie obejdzie.


Zanim zostaliśmy nuklearną rodziną...



… Buńka była sama. My i ona. Przecież ogarniemy jedno małe dziecko. Bez przesady, prawda? W domu nadal lśniło, pranie na czas, chociaż prasowanie lubiło się skumulować. Obiad był prawie zawsze, chociaż często jednodaniowy. Deser w formie ciasta co tydzień. I nie narzekałam. To była podstawa. Nawet jeśli zdecydowałam się nie kłamać, jak to wszystko z zamkniętymi oczami robię i do tego jedną ręką, prawie zawsze dodawałam, że „wiesz jak jest: różnie, ale staram się ogarniać”. No i nadal miałam nerwicę. Słabo sypiałam.

Bywało, że w kryzysie płakałam, kiedy Bunia szła na drzemkę. Czasem nie tylko wtedy. Dlatego wówczas eR. z własnej inicjatywy prosił swoją mamę, by wzięła Buńkę na kilka godzin do siebie. To trochę pomagało. W miarę upływu czasu, Bulinka rosła i była „prostsza w obsłudze”. Dzięki temu Bunia czasami, jeśli była taka konieczność, zostawała u niej na noc. U moich rodziców niestety rzadko. Natomiast z racji tak małej odległości, często odwiedzałam rodziców. Tak na chwilę, na tak zwaną kawę.

W końcu Bulińcia poszła do żłobka, prywatnego Klubu Malucha, bo nie byłam już w stanie z nią wytrzymać. Miałyśmy się dość: dzień i noc razem przez 1,5 roku. Nie, nie jestem osobą, która spełnia się w roli mamy na pełen etat. Czyli skończył się czas, w którym potrzebowałabym takiego wsparcia jak wzięcie małej do babci. Nawet w wakacje, bo przecież... no właśnie, moi pracujący rodzice zawsze coś mieli. Tuz przez zajściem w ciążę z drugim dzieckiem Buńka (1,7 lata) została na dwie noce z dziadkami, byśmy mogli pojechać na niecałe trzy dni...

Mama do dziś często powtarza, że powinna mi częściej pomagać, ale... no właśnie. Tych „ale” jest tyle, że wolę nie słuchać jak się z tego tłumaczy. Mam przeświadczenie, że to problem młodych dziadków. Nie chodzi o to, że nie akceptują tej roli, ale oni wciąż coś mają ważniejszego niż pomóc swoim dzieciom. Może ja miałam inne wyobrażenie o roli dziadków, bo moi byli dziadkami jak z bajki...

Trudna ciąża ale z happyendem



Moja druga ciąża nie była łatwa, o czym możecie przeczytać tutaj. Zaczęło się wszystko normalnie, ale już w drugim miesiącu wylądowałam w szpitalu. Potem było już tylko gorzej, więc eR. Przejął wszystkie obowiązki, włącznie z tymi dotyczącymi Bulinki. Moi rodzice ją często odbierali z przedszkola, ale po dwóch godzinach eR. brał ją do domu. Umówmy się: nie, żeby się upierał. Już częściej mała lądowała u teściów. Czasem na noc. Ale nie było z nią problemów, bo chodziła do Klubu Malucha. Moja mama – ilekroć Bu u niej spała – powtarzała, jakie to świetne dziecko. Grzeczne, zabawi się cichutko [sic!], nie goni jak wariat, ładni je i śpi. Zero problemów.

- Może teraz twoja mama będzie ją częściej brała, skoro zobaczyła, że H. nie jest problematyczna... - powiedział z nadzieją eR. 
 
Taaa... Kiedy mówiłam mamie, będąc już w domu, że źle się czuję, nie wstaję z łóżka, a eR musi gdzieś jechać i nie mogę zająć się małą, ona na to, że ma po całym tygodniu tyle sprzątania... no i „przecież ona [Hania] jest taka fajna, zabawi się... Nic w zasadzie nie będziesz musiała robić”. Aż kusiło powiedzie: „Jak nic nie trzeba koło niej robić, to dlaczego jej nie weźmiesz? Ty chodzisz, ja mam zakaz chodzenia”. Ale przełykałam łzy i szybko kończyłam rozmowę. A eR. kombinował, czy jego mama nie znajdzie chwili. W końcu ma czternaścioro wnuków. A moja aż trójkę.

Wiem, że moja mama pracuje, a teściowa nie. To z pewnością duża różnica. Już wówczas i kuzynka, i sam eR. przebąkiwał, że mama nawet do Krakowa jeździła siostrze przy dziecku pomagać, a mnie to nigdy... Potem siostra urodziła drugie, więc zrozumiałe było, że trzeba jej pomóc. Nawet jeśli starsze miało skończone 3 lata i chodziło do przedszkola. Ba! Nawet brała wolne, by w tygodniu jej pomóc.

Kiedy moja druga ciąża była na finiszu, mama sama z siebie zadeklarowała kilka dni wolnych i pomoc, bo wiadomo, że z drugim jest inaczej... Ucieszyłam się. Nie brałam pod uwagę tego, że może się wycofać, bo widzi, że przecież ogarniam. A co, mam nie zmieniać dziecku pieluch i nie karmić, żeby miała poczucie, że sobie nie radzę? Mania miała żółtaczkę, nie chciała przybierać na wadze, ja walczyłam z nawałem i jeszcze z obowiązkami domowymi, ale przecież jestem ośmiornicą z kilkunastoma rękami, prawda? Szybko okazało się, że muszę wrócić do szpitala [tutaj więcej, tylko trzeba "przewinąć" relację z porodu]], by mnie „doczyszczono”, bo organizm nie poczuwał się najwidoczniej do tego. Uprosiłam mamę. Wyszłam jeszcze tego samego dnia po zabiegu. Mańka była idealna w tym czasie. Nie wiedziałam jeszcze, że to nie wróży nic dobrego. 


Drugie dziecko otworzyło mi oczy 


Po miesiącu Maniula dostała kolki. I tak do końca drugiego miesiąca się darła od 17:00 do 20:00. Dobrze, że nie od 22:00 do 1:00, jak Bunia. Moja mama zaakceptowała ten fakt, co mnie ucieszyło. Pojawiła się nadzieja, że może raz na jakiś czas przyjedzie do mnie i po prostu mnie odciąży. Teściowa, odwrotnie niż moja mama, nie ma prawa jazdy, więc jest mocno ograniczona pod względem mobilności. Ale niestety. Mama w sobotę ma sprzątanie a w niedzielę zawsze jakiś wyjazd z tatą i moim młodszym bratem. Za to przyjechała siostra z odsieczą. Z dwójka dzieci. Wzięła Bunię i przynajmniej miałam tylko jedno dziecko na głowie. Bo przecież kiedy dziecko ma kolki, ma problemy zarówno z jedzeniem jak i spaniem wciągu dnia.

Ale jakoś to wytrzymałam. To był czas połogu i szalejących hormonów, więc mówiłam sobie, że dopiero po zakończeniu połogu będę mogła trzeźwo spojrzeć na tę sytuację. Teraz czuję się tak otrzeźwiona, że aż boli mnie klatka piersiowa. Znów mam nawrót nerwicy...

Zaczęło się od tego, że chcieliśmy w wakacje chociaż na weekend (tj. piątek wieczór, sobota i niedziela do popołudnia) wyskoczyć. Kiedy adrenalina i połóg się zakończył czułam się coraz gorzej psychicznie i potrzebowałam chwili oddechu. Tylko ja i eR. Ciąża była ciężka nie tylko dla mnie, oboje tego potrzebowaliśmy.

Zaczęliśmy szukać terminu. Okazało się, że wolnych weekendów nie ma za wiele, wyjąwszy te, kiedy nie ma teściowej i mojej mamy... zostały dwa terminy, w tym jeden, który rozpoczynał się wówczas za trzy dni. Ponieważ był to czas, kiedy teściów nie było, najpierw odezwałam się do mojej mamy. Co się nie nakombinowała! Ostatecznie okazało się, że możliwy byłby tylko jeden termin, jeśli chodzi o wzięcie dwójki. Padła propozycja jeszcze, by wziąć jedno w innym terminie, bo będzie już miała dzieci siostry. Teściowie walczą wówczas z miodem (pasieka kilkudziesięciu uli, robią od rana do wieczora - Mania odpada...) Po godzinie, kiedy przemyśleliśmy kwestię, oddzwoniłam. Niestety, termin już nieaktualny za bardzo, bo i w ten weekend przyjeżdżała siostra z dziećmi i będą chcieli gdzieś wyjść. Nie mam pretensji do siostry, bo to mama powinna była powiedzieć jej: wstrzymajcie się z decyzją, bo czekam, czy nie będę mieć wówczas H. i M... Ale nie. Koniec końców pojechaliśmy na jeden dzień, w niedzielę. Poszliśmy w góry. Było super, dopóki nie dowiedziałam się, że Mania się darła (bo moja mama wyśmiała pomysł z zostawieniem mojej bluzki), a Bunia marudziła pół dnia, bo nie chciała nic zjeść..
 
Pisałam, że wcześniej padł pomysł, by w tygodniu zostawić dzieci, bo mama bierze wolne, ale w grę wchodziło tylko jedno dziecko. Jednak po tej nieszczęsnej niedzieli próbowała się wycofać, chociaż chyba  było jej głupio tak otwarcie, więc sami się wycofaliśmy. A mama na to: „jak uważasz...”.

Nie miałabym pretensji, gdyby moja mama po prostu już taka była: nie lubiła zajmować się dziećmi, wolała szaleć i jeździć z tatą gdzieś co weekend a w tygodniu pracować na pełen etat i nie myśleć o wsparciu córki. Ale moja mama jest święcie przekonana, że moja siostra bardziej potrzebuje jej wsparcia. Dlaczego? Moja siostra i jej mąż prowadzą cały czas studenckie życie. I, dyplomatycznie rzecz ujmując, jej wybranek nie jest typem pracoholika. Zupełnie nieżyciowy artysta bez większego poczucia obowiązków wobec domu czy dzieci. Moja mama twierdzi, że siostra ma nie dwójkę, a trójkę dzieci. I dlatego to ona potrzebuje wsparcia, bo ja z moim „świętym eR” ogarniamy wszechświat jedną ręką, więc zwrócenie się o pomoc przy dzieciach to z naszej strony czysta bezczelność. Prawda jest jednak taka, że mąż siostry chodzi do pracy, chociaż jego praca nie ma regularnego rytmu, jak praca siostry. U nas to ja nie mam regularnego rytmu pracy, a mój eR. - tak.

Myślałam, że nie może mi być bardziej przykro, dopóki nie dowiedziałam się, że mama bierze starszego syna siostry na dwa tygodnie na wakacje gdzieś w Polskę, bo mały w tym czasie nie ma przedszkola. Moja Bunia też ma dwa tygodnie zamknięty Klub Malucha i będę z dwójką dzieci sama. Zaznaczam, że te od siostry są starsze od moich, więc wymagają mniej zachodu i chodzenia koło nich. Kiedy po felernej niedzieli mama zauważyła, że jedna osoba przy dwójce moich maluchów to spore wyzwanie, bez żadnej sugestii między wierszami powiedziałam: „Teraz sobie wyobraź, że będę miała taką dwójkę przez dwa tygodnie końcem lipca, bo H. ma wolne w przedszkolu”. Co moja mama na to? „Jesteś młodsza, dasz radę. Ja też miałam was dwie i jakoś musiałam sobie radzić”. I tylko babcia (mama mojej mamy) prychnęła: „Widzę, że już zapomniała, jak jeździłam do was, a całe wakacje byłyście u nas na wsi...”



***

Proszę wszystkich Czytelników o wybaczenie za takie uzewnętrznienie się. Dawno nie czułam takiej goryczy. Czuję się zdemotywowana. Mama tylko dzwoni i pyta, czy przygotowuję się do egzaminu, bo powinnam. A ja staram się nie zgrzytać zębami, bo chyba usłyszałaby to przez telefon. I jest mi tak przykro, że czasem brakuje mi odwagi, by się odezwać, bo usłyszy mój łamiący się głos – tylko wysłuchuję i przełykam ślinę, by opanować drżenie.



wtorek, 5 lipca 2016

nr 42, 5 lipca

5 lipca 2016 r.
Wtorek






Mania: 73 dni (2 miesiące i 20 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 29 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Słonecznie, ciepło. Może nawet cieplej niż lubię, ale nie ma tragedii, nie ma lejącego się z nieba żaru i duchoty w powietrzu. Przynajmniej pranie ładnie schnie.



13:13



Stracić dane na komputerze. Kto nigdy chociaż raz nie utracił ważnego dokumentu, ten albo nie ma komputera, albo jest z kosmosu (gdzie najprawdopodobniej komputerów nie ma, więc na jedno wychodzi).


Straciłam w czeluściach bloggera jeden stary wpis. Jeszcze z czasów ciąży. Pisałam go niespełna miesiąc, dopracowując, poprawiając, aż będzie naprawdę doskonały - "15 sposobów jak nie zwariować po porodzie". Nie, żebym potrzebowała go sobie poczytać odkąd po raz drugi zostałam mamą. Ale jego przygotowanie nie tylko kosztowało mnie sporo zachodu i pracy, ale też były to moje naprawdę odkrywcze przemyślenia. Nie wiem jak Wy w takich momentach, ale ja w tym momencie nie jestem w stanie napisać go jeszcze raz. Nie teraz i na pewno jeszcze długo nie... To nie tak, że nie pamiętam go, ale jestem tak zła i rozżalona, że mam ochotę tłuc talerze i płakać, co oczywiście nie zwróci mi tego wpisu. Stracę tylko niepotrzebnie ślubną jeszcze zastawę. 

Zupełnie nie wiem, jak to się stało: artykuł zniknął. A może jakimś cudem go usunęłam? Fakt jest faktem, wpis zatytułowany "15 sposobów jak nie zwariować po porodzie" zawiera tekst z innego wpisu, który teraz ma dwa życia: swoje i cudze. Więcej: wpis tak zatytułowany wydaje się... nieopublikowany! Za linkiem prowadzącym do wpisu nie ma niczego! "Strona, jakiej szukasz nie istnieje"czy coś w tym stylu. Chce mi się płakać.

Jeśli któraś z Was jakimś cudem skopiowała tekst "ku pamięci", błagam o przesłanie mi go. Nie łudzę się jednak specjalnie: to z mojej strony tupet sądzić, iż ktokolwiek miałby sobie coś ode mnie skopiować na pamiątkę. Mimo wszystko próbuję. A może którejś z Was przydarzyło się coś takiego?


Od dwóch nie nie wchodziłam na bloggera, obrażona na cały świat. Za zniknięcie artykułu (a może ja sama coś, cholera jasna, naklikałam...) obwiniałam bloggera, siebie, bloggera, zawieszającego się laptopa i bloggera... 

Aż nie chce mi się tu wchodzić. Idę tłumaczyć artykuł. 
Z Bogiem.


Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric