Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babcia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 stycznia 2017

Czy babcia to wciąż ta sama instytucja, co kiedyś?

... a może teraz to już tylko na nie narzekamy...?



Nie wiem, czy tym pytaniem nie wbiłam kija w mrowisko. Przecież wszyscy kochają swoje babcie. Powinnam raczej napisać, że problem mają córki i synowe. Bo, jak się okazuje, chyba na każdym już blogu o tematyce rodzicielskiej poruszono kwestię babci, która się wtrąca, która źle doradza, bo „przecież ona wie”; babci, która sprzeciwia się decyzjom rodziców i rozpieszcza wnuki...




O co chodzi z tą nagonką na starsze (chociaż i to podlega dyskusji) panie, które przecież chcą dobrze. Temu nikt nie przeczy. Ale niestety intencje, jak dobrze wiemy, nie rekompensują krzywdy. Oto 10 zarzutów, które padają też pod adresem cioć i pań z przystanków spotkanych przypadkowo - często są to czyjeś babcie. Dziadków czy wujków raczej się nie oskarża – mężczyźni rzadko kiedy mają poczucie, że muszą się wtrącić w czyjeś życie, bo inaczej będą mieli je na sumieniu.


Zarzut nr 1: Babcia wie najlepiej, bo to „się zawsze sprawdzało”.



Babcia jeszcze przed narodzeniem wnuka czy wnuczki wie, co dla niej bądź dla niego będzie najlepsze. Bo jak czapeczka po kąpieli sprawdzała się 30 lat temu, to jak ma się teraz nie sprawdzić.
A jak płacze, to trudno, trzeba przetrzymać, to się dziecku odechce. A jak karmisz naturalnie, to nawet nie patrz w stronę jajek czy pomidorów.

Otóż świat idzie do przodu i pod wieloma względami należy się z tego cieszyć. Dzięki temu wiemy, że pewne zabiegi to tylko niepotrzebny zachód i zawracanie głowy. Jednak niektóre z nich mogą naprawdę zaszkodzić. Mało która babcia wie, że konsekwencje pewnych praktyk można zobaczyć dopiero po latach. Któraż z tych babć później uwierzy, że to właśnie pokłosie tego, co robiła?


Zarzut nr 2: Babcia zawsze wie, czy dziecku jest zimno czy ciepło.



To już klasyka. Wszędzie – a przede wszystkim na blogach rodzicielskich – przeczytamy, że babcie (ale też ciocie i obce starsze panie) wiedzą zawsze, czy dziecko jest wystarczająco ciepło ubrane, czy przypadkiem nie potrzebuje dodatkowego sweterka, czy czapki. Niech cię ręka boska broni pokazywać się u babci z dzieckiem, które ma „goło pod szyją”.

Czasami wystarczy raz powiedzieć babci, że zimne rączki nie są wyznacznikiem tego, czy dziecku w tym momencie jest zimno. Chyba, że po spacerze w chłodny dzień, będą bardzo zmarznięte. A to, czy dziecko ciepło czy zimno sprawdzamy na karku. Czasami wystarczy raz. Chociaż rzadko się to zdarza.


Zarzut nr 3: Babcia rozpieszcza wnuki. 



Oczywiście nie tak, jak nas nasze babcie rozpieszczały. Współczesna babcia zawsze robi to gorzej niż nasza, z naszego dzieciństwa. Bo poczęstuje cukierkiem czy ciastem dopiero co wyjętym z piekarnika. Bo pozwoli dłużej spać albo oglądać telewizję. Nie ściga do roboty czy nauki. No i czasem włoży do kieszeni drobne „na cukierki”. Czyli zupełnie nie przypomina naszych babć, prawda?

A teraz na poważnie: nie przesadzajmy. Babcie są od rozpieszczania i kropka. Pozwólmy im na to. One ugotują to, na co wnuk ma ochotę i będą całe tylko dla niego: rzucą wszystko – cokolwiek mogłyby rzucić – i zajmą się dzieckiem. Jeśli jednak są sfery, w których twoje dziecko nie może być rozpieszczane (np. jest na coś uczulone, albo nie może wieczorem oglądać bajek, bo ma intensywne sny, które nie pozwalają się mu wyspać), powiedz o tym wprost. I to bardzo kategorycznie. Dla porównania powiedz, że może mu dać więcej tego ciasta i nie musi iść tak wcześnie spać. Dzięki temu babcia zrozumie, że pewne zasady, których nie wolno łamać ustalone są dla dobra dziecka, ale także i otoczenia.


Zarzut nr 4: Babcia nie rozumie alergii.


Nie. Według babć alergia to wymysł wielkich koncernów farmaceutycznych, które tworząc potrzebę, od razu mają na nią gotowy lek. Bo kiedyś nie było alergii. Tak, jak i dysleksji. Wszyscy jesteśmy hipochondrykami. Według babci.

Tymczasem powietrze było inne, jedzenie było inne. Wszystko w zasadzie było inne, to i pewnych chorób czy dolegliwości nie było. Były inne, na które kiedyś nie było leków, a teraz są. Ale o tym, to babcia zdążyła zapomnieć. I to nas bardzo denerwuje, bo często babcia ignoruje zalecenia eliminacji składników, na które dziecko jest uczulone, bo „przecież to była tylko kapka mleka w tych naleśnikach”. 


Zarzut nr 5: Babcia zawsze ma swoje (szarlatańskie) metody (wprost ze średniowiecza).


Oczywiście wiadomo, że na przeziębienie mleko z czosnkiem i miodem działa. Syrop z cebuli też. Ale jednak babcie często wiedzą swoje i w kwestiach takich jak mocny kaszel z lekko poniesioną temperaturą dla niektórych z nich antybiotyk jets absolutną koniecznością. Temperaturę 37, 5  należy niezwłocznie zbić. I niech dziecku będzie cieplutko, niech nie wychodzi na zewnątrz, kiedy jest leciutko podziębione.

A my tylko przewracamy oczami: Jak to antybiotyk? Jak to zbijać 37, 5? Jak to ciepełko i zero powietrza? Bo my, mamy, wiemy już, że na szczęście antybiotyku nie trzeba zawsze, że 37, 5 to konieczna temperatura, by organizm pozbył się infekcji, a nawet przy przeziębieniu należy wyjść na chwilę z dzieckiem i wietrzyć w domu. O utrzymaniu maksymalnie 20*C nie wspominając.


Zarzut nr 6: Babcia zawsze zrobi coś „nie w porę”.


Typowa sytuacja: babcia przychodzi w odwiedziny w porze kolacji i wręcza dziecku czekoladę. Albo lepiej: jajko niespodziankę. I pozamiatane. Dziecko nie zje kolacji ani teraz, ani później jeśli wtrąbi to jajo. A babcia puści oko i powie: „Ten jeden raz mu nie zaszkodzi”. Już my potem wiemy jak wygląda ten jeden raz...


Zarzut nr 7: Babcia i jej „ … ale zrobisz jak uważasz”.


Babcie lubią coś doradzić czy zasugerować, ale jeśli widzą opór i zdecydowany sprzeciw, wycofują się i – oczywiście – nie są obrażone. Po prostu my, wyrodne matki, nie doceniamy woli korzystania z bogactwa babcinego doświadczenia. Skąd my to znamy: „Ja bym zrobiła to i to. Ale oczywiście zrobisz jak uważasz”. A jak zrobisz jak uważasz, to – nie oszukujmy się – zostanie nam to wypomniane.



Zarzut nr 8: Babcia robi wszystko w dobrej wierze.


No, bo przecież kto by chciał krzywdy dziecka, prawda? Ona w dobrej wierze wkłada dziecku  rękawiczki, kiedy na dworze jest 16*C i lekką (no przecież!) czapeczkę, chociaż sama wybiera się  w krótkim rękawku, a dziecko nie ma chorych uszu. Bo naprawdę miała dobre intencje. I to jest najgorsze. Prościej byłoby krzyknąć ze złością, że pozwoliła jeszcze dziecku oglądać bajki przez kolejne pół godziny. Ale jak to zrobić, kiedy słyszymy: „ona mnie tak ślicznie prosiła i była grzeczna, więc w nagrodę jej pozwoliłam”. 


Zarzut nr 9: Babcia na wszelkie decyzje rodziców reaguje: „Ale przesadzacie!”


  
Rodzice życzą sobie, by dziecko pół godziny przed spaniem wyciszyło się przy książeczce, puzzlach czy spokojnym rysowaniu, bo wtedy lepiej zasypia. Oczywiście, że według babci, „to są jakieś cyrki”. A co, jeśli po 18 dziecko nie je słodyczy? Wtedy babcia dołoży do tego przewracanie oczami. Niechby usłyszała, że dziecko nie pija herbaty czarnej, tylko te owocowe, bo teina mu nie jest potrzebna – z pewnością powie, że „no, doprawdy przesadzacie!”


Zarzut nr 10: Babcia potrafi się wtrącić w życie nieswoich wnuków.



Babcie często, chociaż rodzice nie są tego świadomi, stają się czasem tymi starszymi paniami z przystanków, które chętnie udzielają darmowych porad młodym mamom. Albo głośno komentują – niby w rozmowie z koleżanką – zachowanie, ubiór czy fryzurę mamy, czy jej dziecko, które to albo jest za cienko ubrane, albo nie ma czapki, albo zakatarzone wyciągane jest na zewnątrz przez egoistkę matkę, której nie stać na poświęcenie jednego dnia i przesiedzenie go w domu z dzieckiem. I tak dalej.




Tak, współczesne mamy sporo zarzucają swoim mamom, babciom ich dzieci. Po części mają rację, a po części … czasem przesadzają. Babcie to inne pokolenie, które żyło w innych czasach, kiedy obowiązywały inne standardy. Czasem nie zdają sobie z tego sprawy, bo nie chcą przyznać, że mają już tyle lat, iż świat mógł się zmienić. A świat zmienia się coraz szybciej. Sami rodzice niejednokrotnie przyznają, że przy pierwszym dziecku, dwa lata wstecz, były inne standardy dotyczące żywienie, a teraz są znów inne. Z tym trzeba się pogodzić. A jeśli szczera rozmowa z babcią na ten temat nie pomoże, trzeba będzie się z tym jakoś pogodzić, minimalizując szkody.
Bo... czy to pierwszy raz z życiu rodzica?


czwartek, 14 lipca 2016

14 lipca - Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



14 lipca 2016 r.
Czwartek


Mania: 73 dni (2 miesiące i 20 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 29 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Ponuro, deszcz wisi w ciężkim powietrzu, które nie chce wymienić się z dusznym powietrzem w domu. Mimo otwartych na oścież drzwi i okien.


13:34

Mam doła.
Doła..? Serio? Nie wiem, kiedy ostatnio używałam tego określenia. Chyba w liceum.

A teraz przydługa opowieść o tym, skąd to samopoczucie, jak gdyby ktoś usiadł mi na klatce piersiowej. I tylko to przekonanie, że wykłócanie się, zwracanie uwagi tylko pogorszy sytuację i popsuje to, co jest...


Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



Odkąd pojawiło się drugie dziecko jesteśmy tylko my i nasze dzieci. Niewątpliwie najszczęśliwsi szczęściarze. Bo czy może być coś więcej warte niż kochający małżonek, szczęśliwe i zdrowe dzieci? A kiedy dodamy do tego własny kąt (ba, dom i ogród!) i fakt, że niczego nam nie brakuje, można powiedzieć, że opływamy w hollywoodzkie luksusy. I to wszystko mając lat 28. Doprawdy skandal.


Odkąd wyszłam za mąż staram się być dobrą żoną. Odkąd urodziłam Bulinkę także matką, pamiętając przy tym, że wciąż jestem żoną. A ponad tym wszystkim – kobietą, by i siebie nie zaniedbać. Czy jest to takie nadzwyczajne? Na pewno wymaga od kobiety uporu, zaradności, dobrej organizacji czasu i właściwej hierarchii priorytetów, które zmieniają się (lub mogą zmienić) wraz z nową rolą życiową. Tyle. I aż tyle, jak się okazuje.



Moje dzieciństwo, a stosunek do życia



Bez zwątpienia dzieciństwo wpływa na całe życie. W mniejszym lub większym stopniu determinuje nasze późniejsze decyzje czy kierunek jaki nadajemy naszemu życiu. Kropka. Takie są fakty i z tym się nie dyskutuje. Trochę szkoda, bo czasami chciałabym podjąć polemikę i niestety mam poczucie bezsilności wobec tego, co czuję czy co sądzę...

A co to takiego? Zawsze byłam typem wrażliwca, romantyczką, troszkę wyjętą z kontekstu pragmatycznego aspektu życia. Nie byłam oderwana od rzeczywistości, po prostu życie, które wymaga zabiegów typu „zapłacić za obiad w szkole” było poza moim zasięgiem. Robiła to moja siostra. Młodsza. Typowa realistka stąpająca twardo po ziemi.

Mama zawsze miała poczucie, że moja wrażliwość i nieporadność mnie zgubi. I wciąż to powtarzała, dodając: „musisz sobie radzić, przecież nie zawsze będę obok ciebie”. Prawda, ale to nie sprawiło, że stałam się trwalsza, bardziej zorganizowana i praktyczniejsza, bo wiecznie miałam poczucie, że muszę udowodnić, że taka jestem. I to udowodnić mamie. To, że przestała narzekać na moją zbytnią wrażliwość i przejmowanie się wyznaczało poziom dumy, jaki widziałam w oczach mamy. Banał, ale cóż... Zaakceptowałam już fakt, że nie jestem tak wyjątkowa jak mi się zdaje.

Jak to wpłynęło na moje życie? Po ślubie byłam żoną idealną. Dom dosłownie lśnił. Lodówka pełna, pranie zrobione i wyprasowanie, obiad dwudaniowy na stole (nigdy dwa razy to samo), co drugi dzień ciasto. I miałam nerwicę. Ale chyba o tym nie chcę pisać.

Potem zostałam mamą. Szczęśliwą mamą, która walczyła cztery miesiące z koszmarnymi kolkami u dziecka. Dodajmy, że dziecko to potrafiło włączyć takie decybele, że piszczało uszach. A ja musiałam skończyć pisać pracę magisterską i obronić się czym prędzej. Teściowa przyjeżdżała dwa razy w tygodniu, bym mogła pisać. I to te dwa dni, kiedy Buńka była zwyczajnie grzeczna i spała pół dnia. A ja tłumiłam poczucie bycia złą matką, bo ważniejsze było to, by się obronić. Bo mama naciskała: „Obroń się i miej to z głowy”. Niestety sama nie przyjechała ani raz, by zająć się małą, mimo iż mieszkaliśmy wówczas... całe dwieście metrów od moich rodziców. Dziecko nie miało spania, więc rodzice też nie mogli go mieć – wyglądałam jak zombie. Teraz już wiem, dlaczego mama mi nie zaoferowała pomocy. Sądziła, że to kolejny problem, które go nie umiem rozwiązać: dziecko. Jej słowa pocieszenie to: „Przesadzasz, dzieci takie już są”. Wspominałam już jak zareagowała moja rodzicielka na wieść, że jestem w ciąży? "No, tylko żebyś się teraz obroniła...". Zero "super!" czy "gratulacje!". Nawet mój tata się lekko zdziwił. Nieważne już. Powinnam była już wtedy wiedzieć, w która stronę to wszystko zmierza i nastawić się, że teraz dziadkowie (tj. moja mama, bo ona organizuje życie im obojgu) będą pomagać od wielkiego dzwonu, w sytuacjach, które sami zauważą, że bez ich pomocy się nie obejdzie.


Zanim zostaliśmy nuklearną rodziną...



… Buńka była sama. My i ona. Przecież ogarniemy jedno małe dziecko. Bez przesady, prawda? W domu nadal lśniło, pranie na czas, chociaż prasowanie lubiło się skumulować. Obiad był prawie zawsze, chociaż często jednodaniowy. Deser w formie ciasta co tydzień. I nie narzekałam. To była podstawa. Nawet jeśli zdecydowałam się nie kłamać, jak to wszystko z zamkniętymi oczami robię i do tego jedną ręką, prawie zawsze dodawałam, że „wiesz jak jest: różnie, ale staram się ogarniać”. No i nadal miałam nerwicę. Słabo sypiałam.

Bywało, że w kryzysie płakałam, kiedy Bunia szła na drzemkę. Czasem nie tylko wtedy. Dlatego wówczas eR. z własnej inicjatywy prosił swoją mamę, by wzięła Buńkę na kilka godzin do siebie. To trochę pomagało. W miarę upływu czasu, Bulinka rosła i była „prostsza w obsłudze”. Dzięki temu Bunia czasami, jeśli była taka konieczność, zostawała u niej na noc. U moich rodziców niestety rzadko. Natomiast z racji tak małej odległości, często odwiedzałam rodziców. Tak na chwilę, na tak zwaną kawę.

W końcu Bulińcia poszła do żłobka, prywatnego Klubu Malucha, bo nie byłam już w stanie z nią wytrzymać. Miałyśmy się dość: dzień i noc razem przez 1,5 roku. Nie, nie jestem osobą, która spełnia się w roli mamy na pełen etat. Czyli skończył się czas, w którym potrzebowałabym takiego wsparcia jak wzięcie małej do babci. Nawet w wakacje, bo przecież... no właśnie, moi pracujący rodzice zawsze coś mieli. Tuz przez zajściem w ciążę z drugim dzieckiem Buńka (1,7 lata) została na dwie noce z dziadkami, byśmy mogli pojechać na niecałe trzy dni...

Mama do dziś często powtarza, że powinna mi częściej pomagać, ale... no właśnie. Tych „ale” jest tyle, że wolę nie słuchać jak się z tego tłumaczy. Mam przeświadczenie, że to problem młodych dziadków. Nie chodzi o to, że nie akceptują tej roli, ale oni wciąż coś mają ważniejszego niż pomóc swoim dzieciom. Może ja miałam inne wyobrażenie o roli dziadków, bo moi byli dziadkami jak z bajki...

Trudna ciąża ale z happyendem



Moja druga ciąża nie była łatwa, o czym możecie przeczytać tutaj. Zaczęło się wszystko normalnie, ale już w drugim miesiącu wylądowałam w szpitalu. Potem było już tylko gorzej, więc eR. Przejął wszystkie obowiązki, włącznie z tymi dotyczącymi Bulinki. Moi rodzice ją często odbierali z przedszkola, ale po dwóch godzinach eR. brał ją do domu. Umówmy się: nie, żeby się upierał. Już częściej mała lądowała u teściów. Czasem na noc. Ale nie było z nią problemów, bo chodziła do Klubu Malucha. Moja mama – ilekroć Bu u niej spała – powtarzała, jakie to świetne dziecko. Grzeczne, zabawi się cichutko [sic!], nie goni jak wariat, ładni je i śpi. Zero problemów.

- Może teraz twoja mama będzie ją częściej brała, skoro zobaczyła, że H. nie jest problematyczna... - powiedział z nadzieją eR. 
 
Taaa... Kiedy mówiłam mamie, będąc już w domu, że źle się czuję, nie wstaję z łóżka, a eR musi gdzieś jechać i nie mogę zająć się małą, ona na to, że ma po całym tygodniu tyle sprzątania... no i „przecież ona [Hania] jest taka fajna, zabawi się... Nic w zasadzie nie będziesz musiała robić”. Aż kusiło powiedzie: „Jak nic nie trzeba koło niej robić, to dlaczego jej nie weźmiesz? Ty chodzisz, ja mam zakaz chodzenia”. Ale przełykałam łzy i szybko kończyłam rozmowę. A eR. kombinował, czy jego mama nie znajdzie chwili. W końcu ma czternaścioro wnuków. A moja aż trójkę.

Wiem, że moja mama pracuje, a teściowa nie. To z pewnością duża różnica. Już wówczas i kuzynka, i sam eR. przebąkiwał, że mama nawet do Krakowa jeździła siostrze przy dziecku pomagać, a mnie to nigdy... Potem siostra urodziła drugie, więc zrozumiałe było, że trzeba jej pomóc. Nawet jeśli starsze miało skończone 3 lata i chodziło do przedszkola. Ba! Nawet brała wolne, by w tygodniu jej pomóc.

Kiedy moja druga ciąża była na finiszu, mama sama z siebie zadeklarowała kilka dni wolnych i pomoc, bo wiadomo, że z drugim jest inaczej... Ucieszyłam się. Nie brałam pod uwagę tego, że może się wycofać, bo widzi, że przecież ogarniam. A co, mam nie zmieniać dziecku pieluch i nie karmić, żeby miała poczucie, że sobie nie radzę? Mania miała żółtaczkę, nie chciała przybierać na wadze, ja walczyłam z nawałem i jeszcze z obowiązkami domowymi, ale przecież jestem ośmiornicą z kilkunastoma rękami, prawda? Szybko okazało się, że muszę wrócić do szpitala [tutaj więcej, tylko trzeba "przewinąć" relację z porodu]], by mnie „doczyszczono”, bo organizm nie poczuwał się najwidoczniej do tego. Uprosiłam mamę. Wyszłam jeszcze tego samego dnia po zabiegu. Mańka była idealna w tym czasie. Nie wiedziałam jeszcze, że to nie wróży nic dobrego. 


Drugie dziecko otworzyło mi oczy 


Po miesiącu Maniula dostała kolki. I tak do końca drugiego miesiąca się darła od 17:00 do 20:00. Dobrze, że nie od 22:00 do 1:00, jak Bunia. Moja mama zaakceptowała ten fakt, co mnie ucieszyło. Pojawiła się nadzieja, że może raz na jakiś czas przyjedzie do mnie i po prostu mnie odciąży. Teściowa, odwrotnie niż moja mama, nie ma prawa jazdy, więc jest mocno ograniczona pod względem mobilności. Ale niestety. Mama w sobotę ma sprzątanie a w niedzielę zawsze jakiś wyjazd z tatą i moim młodszym bratem. Za to przyjechała siostra z odsieczą. Z dwójka dzieci. Wzięła Bunię i przynajmniej miałam tylko jedno dziecko na głowie. Bo przecież kiedy dziecko ma kolki, ma problemy zarówno z jedzeniem jak i spaniem wciągu dnia.

Ale jakoś to wytrzymałam. To był czas połogu i szalejących hormonów, więc mówiłam sobie, że dopiero po zakończeniu połogu będę mogła trzeźwo spojrzeć na tę sytuację. Teraz czuję się tak otrzeźwiona, że aż boli mnie klatka piersiowa. Znów mam nawrót nerwicy...

Zaczęło się od tego, że chcieliśmy w wakacje chociaż na weekend (tj. piątek wieczór, sobota i niedziela do popołudnia) wyskoczyć. Kiedy adrenalina i połóg się zakończył czułam się coraz gorzej psychicznie i potrzebowałam chwili oddechu. Tylko ja i eR. Ciąża była ciężka nie tylko dla mnie, oboje tego potrzebowaliśmy.

Zaczęliśmy szukać terminu. Okazało się, że wolnych weekendów nie ma za wiele, wyjąwszy te, kiedy nie ma teściowej i mojej mamy... zostały dwa terminy, w tym jeden, który rozpoczynał się wówczas za trzy dni. Ponieważ był to czas, kiedy teściów nie było, najpierw odezwałam się do mojej mamy. Co się nie nakombinowała! Ostatecznie okazało się, że możliwy byłby tylko jeden termin, jeśli chodzi o wzięcie dwójki. Padła propozycja jeszcze, by wziąć jedno w innym terminie, bo będzie już miała dzieci siostry. Teściowie walczą wówczas z miodem (pasieka kilkudziesięciu uli, robią od rana do wieczora - Mania odpada...) Po godzinie, kiedy przemyśleliśmy kwestię, oddzwoniłam. Niestety, termin już nieaktualny za bardzo, bo i w ten weekend przyjeżdżała siostra z dziećmi i będą chcieli gdzieś wyjść. Nie mam pretensji do siostry, bo to mama powinna była powiedzieć jej: wstrzymajcie się z decyzją, bo czekam, czy nie będę mieć wówczas H. i M... Ale nie. Koniec końców pojechaliśmy na jeden dzień, w niedzielę. Poszliśmy w góry. Było super, dopóki nie dowiedziałam się, że Mania się darła (bo moja mama wyśmiała pomysł z zostawieniem mojej bluzki), a Bunia marudziła pół dnia, bo nie chciała nic zjeść..
 
Pisałam, że wcześniej padł pomysł, by w tygodniu zostawić dzieci, bo mama bierze wolne, ale w grę wchodziło tylko jedno dziecko. Jednak po tej nieszczęsnej niedzieli próbowała się wycofać, chociaż chyba  było jej głupio tak otwarcie, więc sami się wycofaliśmy. A mama na to: „jak uważasz...”.

Nie miałabym pretensji, gdyby moja mama po prostu już taka była: nie lubiła zajmować się dziećmi, wolała szaleć i jeździć z tatą gdzieś co weekend a w tygodniu pracować na pełen etat i nie myśleć o wsparciu córki. Ale moja mama jest święcie przekonana, że moja siostra bardziej potrzebuje jej wsparcia. Dlaczego? Moja siostra i jej mąż prowadzą cały czas studenckie życie. I, dyplomatycznie rzecz ujmując, jej wybranek nie jest typem pracoholika. Zupełnie nieżyciowy artysta bez większego poczucia obowiązków wobec domu czy dzieci. Moja mama twierdzi, że siostra ma nie dwójkę, a trójkę dzieci. I dlatego to ona potrzebuje wsparcia, bo ja z moim „świętym eR” ogarniamy wszechświat jedną ręką, więc zwrócenie się o pomoc przy dzieciach to z naszej strony czysta bezczelność. Prawda jest jednak taka, że mąż siostry chodzi do pracy, chociaż jego praca nie ma regularnego rytmu, jak praca siostry. U nas to ja nie mam regularnego rytmu pracy, a mój eR. - tak.

Myślałam, że nie może mi być bardziej przykro, dopóki nie dowiedziałam się, że mama bierze starszego syna siostry na dwa tygodnie na wakacje gdzieś w Polskę, bo mały w tym czasie nie ma przedszkola. Moja Bunia też ma dwa tygodnie zamknięty Klub Malucha i będę z dwójką dzieci sama. Zaznaczam, że te od siostry są starsze od moich, więc wymagają mniej zachodu i chodzenia koło nich. Kiedy po felernej niedzieli mama zauważyła, że jedna osoba przy dwójce moich maluchów to spore wyzwanie, bez żadnej sugestii między wierszami powiedziałam: „Teraz sobie wyobraź, że będę miała taką dwójkę przez dwa tygodnie końcem lipca, bo H. ma wolne w przedszkolu”. Co moja mama na to? „Jesteś młodsza, dasz radę. Ja też miałam was dwie i jakoś musiałam sobie radzić”. I tylko babcia (mama mojej mamy) prychnęła: „Widzę, że już zapomniała, jak jeździłam do was, a całe wakacje byłyście u nas na wsi...”



***

Proszę wszystkich Czytelników o wybaczenie za takie uzewnętrznienie się. Dawno nie czułam takiej goryczy. Czuję się zdemotywowana. Mama tylko dzwoni i pyta, czy przygotowuję się do egzaminu, bo powinnam. A ja staram się nie zgrzytać zębami, bo chyba usłyszałaby to przez telefon. I jest mi tak przykro, że czasem brakuje mi odwagi, by się odezwać, bo usłyszy mój łamiący się głos – tylko wysłuchuję i przełykam ślinę, by opanować drżenie.



środa, 1 czerwca 2016

nr 36, 29 maja - Weekendowe dialogi na kopyta i rogi (1)



29 maja 2016 r.
Niedziela


Mania: 37 dni (1 miesiąc i 14 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 13 dni
Waga: 61,4 kg
Pogoda: Do południa gorąc, po południu otrzeźwiająca, gwałtowna burza. I parówa.

W ramach oderwania się od rzeczywistości, od której nie sposób się oderwać, chciałam zaprezentować cykl, który co jakiś czas będzie przedstawiał zabawne sytuacje czy dialogi wzięte z (naszego) życia.


Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric