Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszmar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszmar. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lipca 2016

14 lipca - Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



14 lipca 2016 r.
Czwartek


Mania: 73 dni (2 miesiące i 20 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 29 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Ponuro, deszcz wisi w ciężkim powietrzu, które nie chce wymienić się z dusznym powietrzem w domu. Mimo otwartych na oścież drzwi i okien.


13:34

Mam doła.
Doła..? Serio? Nie wiem, kiedy ostatnio używałam tego określenia. Chyba w liceum.

A teraz przydługa opowieść o tym, skąd to samopoczucie, jak gdyby ktoś usiadł mi na klatce piersiowej. I tylko to przekonanie, że wykłócanie się, zwracanie uwagi tylko pogorszy sytuację i popsuje to, co jest...


Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



Odkąd pojawiło się drugie dziecko jesteśmy tylko my i nasze dzieci. Niewątpliwie najszczęśliwsi szczęściarze. Bo czy może być coś więcej warte niż kochający małżonek, szczęśliwe i zdrowe dzieci? A kiedy dodamy do tego własny kąt (ba, dom i ogród!) i fakt, że niczego nam nie brakuje, można powiedzieć, że opływamy w hollywoodzkie luksusy. I to wszystko mając lat 28. Doprawdy skandal.


Odkąd wyszłam za mąż staram się być dobrą żoną. Odkąd urodziłam Bulinkę także matką, pamiętając przy tym, że wciąż jestem żoną. A ponad tym wszystkim – kobietą, by i siebie nie zaniedbać. Czy jest to takie nadzwyczajne? Na pewno wymaga od kobiety uporu, zaradności, dobrej organizacji czasu i właściwej hierarchii priorytetów, które zmieniają się (lub mogą zmienić) wraz z nową rolą życiową. Tyle. I aż tyle, jak się okazuje.



Moje dzieciństwo, a stosunek do życia



Bez zwątpienia dzieciństwo wpływa na całe życie. W mniejszym lub większym stopniu determinuje nasze późniejsze decyzje czy kierunek jaki nadajemy naszemu życiu. Kropka. Takie są fakty i z tym się nie dyskutuje. Trochę szkoda, bo czasami chciałabym podjąć polemikę i niestety mam poczucie bezsilności wobec tego, co czuję czy co sądzę...

A co to takiego? Zawsze byłam typem wrażliwca, romantyczką, troszkę wyjętą z kontekstu pragmatycznego aspektu życia. Nie byłam oderwana od rzeczywistości, po prostu życie, które wymaga zabiegów typu „zapłacić za obiad w szkole” było poza moim zasięgiem. Robiła to moja siostra. Młodsza. Typowa realistka stąpająca twardo po ziemi.

Mama zawsze miała poczucie, że moja wrażliwość i nieporadność mnie zgubi. I wciąż to powtarzała, dodając: „musisz sobie radzić, przecież nie zawsze będę obok ciebie”. Prawda, ale to nie sprawiło, że stałam się trwalsza, bardziej zorganizowana i praktyczniejsza, bo wiecznie miałam poczucie, że muszę udowodnić, że taka jestem. I to udowodnić mamie. To, że przestała narzekać na moją zbytnią wrażliwość i przejmowanie się wyznaczało poziom dumy, jaki widziałam w oczach mamy. Banał, ale cóż... Zaakceptowałam już fakt, że nie jestem tak wyjątkowa jak mi się zdaje.

Jak to wpłynęło na moje życie? Po ślubie byłam żoną idealną. Dom dosłownie lśnił. Lodówka pełna, pranie zrobione i wyprasowanie, obiad dwudaniowy na stole (nigdy dwa razy to samo), co drugi dzień ciasto. I miałam nerwicę. Ale chyba o tym nie chcę pisać.

Potem zostałam mamą. Szczęśliwą mamą, która walczyła cztery miesiące z koszmarnymi kolkami u dziecka. Dodajmy, że dziecko to potrafiło włączyć takie decybele, że piszczało uszach. A ja musiałam skończyć pisać pracę magisterską i obronić się czym prędzej. Teściowa przyjeżdżała dwa razy w tygodniu, bym mogła pisać. I to te dwa dni, kiedy Buńka była zwyczajnie grzeczna i spała pół dnia. A ja tłumiłam poczucie bycia złą matką, bo ważniejsze było to, by się obronić. Bo mama naciskała: „Obroń się i miej to z głowy”. Niestety sama nie przyjechała ani raz, by zająć się małą, mimo iż mieszkaliśmy wówczas... całe dwieście metrów od moich rodziców. Dziecko nie miało spania, więc rodzice też nie mogli go mieć – wyglądałam jak zombie. Teraz już wiem, dlaczego mama mi nie zaoferowała pomocy. Sądziła, że to kolejny problem, które go nie umiem rozwiązać: dziecko. Jej słowa pocieszenie to: „Przesadzasz, dzieci takie już są”. Wspominałam już jak zareagowała moja rodzicielka na wieść, że jestem w ciąży? "No, tylko żebyś się teraz obroniła...". Zero "super!" czy "gratulacje!". Nawet mój tata się lekko zdziwił. Nieważne już. Powinnam była już wtedy wiedzieć, w która stronę to wszystko zmierza i nastawić się, że teraz dziadkowie (tj. moja mama, bo ona organizuje życie im obojgu) będą pomagać od wielkiego dzwonu, w sytuacjach, które sami zauważą, że bez ich pomocy się nie obejdzie.


Zanim zostaliśmy nuklearną rodziną...



… Buńka była sama. My i ona. Przecież ogarniemy jedno małe dziecko. Bez przesady, prawda? W domu nadal lśniło, pranie na czas, chociaż prasowanie lubiło się skumulować. Obiad był prawie zawsze, chociaż często jednodaniowy. Deser w formie ciasta co tydzień. I nie narzekałam. To była podstawa. Nawet jeśli zdecydowałam się nie kłamać, jak to wszystko z zamkniętymi oczami robię i do tego jedną ręką, prawie zawsze dodawałam, że „wiesz jak jest: różnie, ale staram się ogarniać”. No i nadal miałam nerwicę. Słabo sypiałam.

Bywało, że w kryzysie płakałam, kiedy Bunia szła na drzemkę. Czasem nie tylko wtedy. Dlatego wówczas eR. z własnej inicjatywy prosił swoją mamę, by wzięła Buńkę na kilka godzin do siebie. To trochę pomagało. W miarę upływu czasu, Bulinka rosła i była „prostsza w obsłudze”. Dzięki temu Bunia czasami, jeśli była taka konieczność, zostawała u niej na noc. U moich rodziców niestety rzadko. Natomiast z racji tak małej odległości, często odwiedzałam rodziców. Tak na chwilę, na tak zwaną kawę.

W końcu Bulińcia poszła do żłobka, prywatnego Klubu Malucha, bo nie byłam już w stanie z nią wytrzymać. Miałyśmy się dość: dzień i noc razem przez 1,5 roku. Nie, nie jestem osobą, która spełnia się w roli mamy na pełen etat. Czyli skończył się czas, w którym potrzebowałabym takiego wsparcia jak wzięcie małej do babci. Nawet w wakacje, bo przecież... no właśnie, moi pracujący rodzice zawsze coś mieli. Tuz przez zajściem w ciążę z drugim dzieckiem Buńka (1,7 lata) została na dwie noce z dziadkami, byśmy mogli pojechać na niecałe trzy dni...

Mama do dziś często powtarza, że powinna mi częściej pomagać, ale... no właśnie. Tych „ale” jest tyle, że wolę nie słuchać jak się z tego tłumaczy. Mam przeświadczenie, że to problem młodych dziadków. Nie chodzi o to, że nie akceptują tej roli, ale oni wciąż coś mają ważniejszego niż pomóc swoim dzieciom. Może ja miałam inne wyobrażenie o roli dziadków, bo moi byli dziadkami jak z bajki...

Trudna ciąża ale z happyendem



Moja druga ciąża nie była łatwa, o czym możecie przeczytać tutaj. Zaczęło się wszystko normalnie, ale już w drugim miesiącu wylądowałam w szpitalu. Potem było już tylko gorzej, więc eR. Przejął wszystkie obowiązki, włącznie z tymi dotyczącymi Bulinki. Moi rodzice ją często odbierali z przedszkola, ale po dwóch godzinach eR. brał ją do domu. Umówmy się: nie, żeby się upierał. Już częściej mała lądowała u teściów. Czasem na noc. Ale nie było z nią problemów, bo chodziła do Klubu Malucha. Moja mama – ilekroć Bu u niej spała – powtarzała, jakie to świetne dziecko. Grzeczne, zabawi się cichutko [sic!], nie goni jak wariat, ładni je i śpi. Zero problemów.

- Może teraz twoja mama będzie ją częściej brała, skoro zobaczyła, że H. nie jest problematyczna... - powiedział z nadzieją eR. 
 
Taaa... Kiedy mówiłam mamie, będąc już w domu, że źle się czuję, nie wstaję z łóżka, a eR musi gdzieś jechać i nie mogę zająć się małą, ona na to, że ma po całym tygodniu tyle sprzątania... no i „przecież ona [Hania] jest taka fajna, zabawi się... Nic w zasadzie nie będziesz musiała robić”. Aż kusiło powiedzie: „Jak nic nie trzeba koło niej robić, to dlaczego jej nie weźmiesz? Ty chodzisz, ja mam zakaz chodzenia”. Ale przełykałam łzy i szybko kończyłam rozmowę. A eR. kombinował, czy jego mama nie znajdzie chwili. W końcu ma czternaścioro wnuków. A moja aż trójkę.

Wiem, że moja mama pracuje, a teściowa nie. To z pewnością duża różnica. Już wówczas i kuzynka, i sam eR. przebąkiwał, że mama nawet do Krakowa jeździła siostrze przy dziecku pomagać, a mnie to nigdy... Potem siostra urodziła drugie, więc zrozumiałe było, że trzeba jej pomóc. Nawet jeśli starsze miało skończone 3 lata i chodziło do przedszkola. Ba! Nawet brała wolne, by w tygodniu jej pomóc.

Kiedy moja druga ciąża była na finiszu, mama sama z siebie zadeklarowała kilka dni wolnych i pomoc, bo wiadomo, że z drugim jest inaczej... Ucieszyłam się. Nie brałam pod uwagę tego, że może się wycofać, bo widzi, że przecież ogarniam. A co, mam nie zmieniać dziecku pieluch i nie karmić, żeby miała poczucie, że sobie nie radzę? Mania miała żółtaczkę, nie chciała przybierać na wadze, ja walczyłam z nawałem i jeszcze z obowiązkami domowymi, ale przecież jestem ośmiornicą z kilkunastoma rękami, prawda? Szybko okazało się, że muszę wrócić do szpitala [tutaj więcej, tylko trzeba "przewinąć" relację z porodu]], by mnie „doczyszczono”, bo organizm nie poczuwał się najwidoczniej do tego. Uprosiłam mamę. Wyszłam jeszcze tego samego dnia po zabiegu. Mańka była idealna w tym czasie. Nie wiedziałam jeszcze, że to nie wróży nic dobrego. 


Drugie dziecko otworzyło mi oczy 


Po miesiącu Maniula dostała kolki. I tak do końca drugiego miesiąca się darła od 17:00 do 20:00. Dobrze, że nie od 22:00 do 1:00, jak Bunia. Moja mama zaakceptowała ten fakt, co mnie ucieszyło. Pojawiła się nadzieja, że może raz na jakiś czas przyjedzie do mnie i po prostu mnie odciąży. Teściowa, odwrotnie niż moja mama, nie ma prawa jazdy, więc jest mocno ograniczona pod względem mobilności. Ale niestety. Mama w sobotę ma sprzątanie a w niedzielę zawsze jakiś wyjazd z tatą i moim młodszym bratem. Za to przyjechała siostra z odsieczą. Z dwójka dzieci. Wzięła Bunię i przynajmniej miałam tylko jedno dziecko na głowie. Bo przecież kiedy dziecko ma kolki, ma problemy zarówno z jedzeniem jak i spaniem wciągu dnia.

Ale jakoś to wytrzymałam. To był czas połogu i szalejących hormonów, więc mówiłam sobie, że dopiero po zakończeniu połogu będę mogła trzeźwo spojrzeć na tę sytuację. Teraz czuję się tak otrzeźwiona, że aż boli mnie klatka piersiowa. Znów mam nawrót nerwicy...

Zaczęło się od tego, że chcieliśmy w wakacje chociaż na weekend (tj. piątek wieczór, sobota i niedziela do popołudnia) wyskoczyć. Kiedy adrenalina i połóg się zakończył czułam się coraz gorzej psychicznie i potrzebowałam chwili oddechu. Tylko ja i eR. Ciąża była ciężka nie tylko dla mnie, oboje tego potrzebowaliśmy.

Zaczęliśmy szukać terminu. Okazało się, że wolnych weekendów nie ma za wiele, wyjąwszy te, kiedy nie ma teściowej i mojej mamy... zostały dwa terminy, w tym jeden, który rozpoczynał się wówczas za trzy dni. Ponieważ był to czas, kiedy teściów nie było, najpierw odezwałam się do mojej mamy. Co się nie nakombinowała! Ostatecznie okazało się, że możliwy byłby tylko jeden termin, jeśli chodzi o wzięcie dwójki. Padła propozycja jeszcze, by wziąć jedno w innym terminie, bo będzie już miała dzieci siostry. Teściowie walczą wówczas z miodem (pasieka kilkudziesięciu uli, robią od rana do wieczora - Mania odpada...) Po godzinie, kiedy przemyśleliśmy kwestię, oddzwoniłam. Niestety, termin już nieaktualny za bardzo, bo i w ten weekend przyjeżdżała siostra z dziećmi i będą chcieli gdzieś wyjść. Nie mam pretensji do siostry, bo to mama powinna była powiedzieć jej: wstrzymajcie się z decyzją, bo czekam, czy nie będę mieć wówczas H. i M... Ale nie. Koniec końców pojechaliśmy na jeden dzień, w niedzielę. Poszliśmy w góry. Było super, dopóki nie dowiedziałam się, że Mania się darła (bo moja mama wyśmiała pomysł z zostawieniem mojej bluzki), a Bunia marudziła pół dnia, bo nie chciała nic zjeść..
 
Pisałam, że wcześniej padł pomysł, by w tygodniu zostawić dzieci, bo mama bierze wolne, ale w grę wchodziło tylko jedno dziecko. Jednak po tej nieszczęsnej niedzieli próbowała się wycofać, chociaż chyba  było jej głupio tak otwarcie, więc sami się wycofaliśmy. A mama na to: „jak uważasz...”.

Nie miałabym pretensji, gdyby moja mama po prostu już taka była: nie lubiła zajmować się dziećmi, wolała szaleć i jeździć z tatą gdzieś co weekend a w tygodniu pracować na pełen etat i nie myśleć o wsparciu córki. Ale moja mama jest święcie przekonana, że moja siostra bardziej potrzebuje jej wsparcia. Dlaczego? Moja siostra i jej mąż prowadzą cały czas studenckie życie. I, dyplomatycznie rzecz ujmując, jej wybranek nie jest typem pracoholika. Zupełnie nieżyciowy artysta bez większego poczucia obowiązków wobec domu czy dzieci. Moja mama twierdzi, że siostra ma nie dwójkę, a trójkę dzieci. I dlatego to ona potrzebuje wsparcia, bo ja z moim „świętym eR” ogarniamy wszechświat jedną ręką, więc zwrócenie się o pomoc przy dzieciach to z naszej strony czysta bezczelność. Prawda jest jednak taka, że mąż siostry chodzi do pracy, chociaż jego praca nie ma regularnego rytmu, jak praca siostry. U nas to ja nie mam regularnego rytmu pracy, a mój eR. - tak.

Myślałam, że nie może mi być bardziej przykro, dopóki nie dowiedziałam się, że mama bierze starszego syna siostry na dwa tygodnie na wakacje gdzieś w Polskę, bo mały w tym czasie nie ma przedszkola. Moja Bunia też ma dwa tygodnie zamknięty Klub Malucha i będę z dwójką dzieci sama. Zaznaczam, że te od siostry są starsze od moich, więc wymagają mniej zachodu i chodzenia koło nich. Kiedy po felernej niedzieli mama zauważyła, że jedna osoba przy dwójce moich maluchów to spore wyzwanie, bez żadnej sugestii między wierszami powiedziałam: „Teraz sobie wyobraź, że będę miała taką dwójkę przez dwa tygodnie końcem lipca, bo H. ma wolne w przedszkolu”. Co moja mama na to? „Jesteś młodsza, dasz radę. Ja też miałam was dwie i jakoś musiałam sobie radzić”. I tylko babcia (mama mojej mamy) prychnęła: „Widzę, że już zapomniała, jak jeździłam do was, a całe wakacje byłyście u nas na wsi...”



***

Proszę wszystkich Czytelników o wybaczenie za takie uzewnętrznienie się. Dawno nie czułam takiej goryczy. Czuję się zdemotywowana. Mama tylko dzwoni i pyta, czy przygotowuję się do egzaminu, bo powinnam. A ja staram się nie zgrzytać zębami, bo chyba usłyszałaby to przez telefon. I jest mi tak przykro, że czasem brakuje mi odwagi, by się odezwać, bo usłyszy mój łamiący się głos – tylko wysłuchuję i przełykam ślinę, by opanować drżenie.



piątek, 17 czerwca 2016

Słowo, które mrozi krew w żyłach: kolka niemowlęca (nowe spojrzenie)


Słowo, które mrozi krew w żyłach: kolki.



Masz dziecko? Jeśli tak, to na dźwięk słowa „kolka” dreszcz przebiega ci po plecach. Niektórzy to nawet bogobojnie żegnają się, jakby odprawiali jakiś egzorcyzm. Ludzie generalnie wiedzą, co to znaczy, że dziecko ma kolki i co stoi za ty terminem: rozdzierający płacz-krzyk, którego nie da się ukoić niczym i świadomość, że kolka wywołuje w dziecku ból, bo napina się i kopie nóżkami, jakby chciało „wykopać” ból. 

 

sobota, 21 maja 2016

nr 35, 21 maja



21 maja 2016 r.,
Sobota


Mania: 37 dni (1 miesiąc i 6 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 5 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Powiedziałabym, że kalka z dnia wczorajszego. Może nawet ładniej i może nawet cieplej. I co z tego, ja się pytam?





14:41

eR. jedzie na kawalerski do przyjaciela. Niby wszyscy wiedzą, że ma świeże dziecko, więc łaskawie wrócą jutro do południa. I podobno się tak strasznie nie upiją. Taaa, a jadą we trójkę do Zakopanego.

Dziś zostaję sama z Mańką i jej kolkowym problemem. Buńka pojechała do babci. Cała chata pusta. Tylko ja, Mania, kolka i łzy. No i jeszcze krzyk. A jutro po południu zabiorą mnie do Kobierzyna.


czwartek, 5 maja 2016

nr 32, 4-5 maja



4 maja 2016 r.
Środa


Mania: 20 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 19 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Do południa była ładna, słoneczna i cieplutka - czerwcowa. Teraz naszły chmury i w momencie lunęło. I grzmi.




16:20



Długi weekend za nami. 
Z dwójką małych - co trzeba podkreślić - dzieci (w tym jeden noworodek) długi weekend był naprawdę... długi. A wczorajszy wieczór myślałam, że się nie skończy. 

Widoki były przynajmniej nieobiecujące: Buńka rzyga i beczy nad miską a Mańce udziela się nasze zdenerwowanie i z nerwów ulewa jeszcze bardziej niż normalnie. I nie drze się tylko wtedy, gdy ją noszę. 

Dochodzi dziewiętnasta, H. zaczyna się bać wymiotów, bo coś jej utknęło i nie może tego do końca z siebie wyrzucić, więc płacze, ale nie chce widzieć miski. Do tego wisi nad nami konieczność kąpania Małej, bo nie była kąpana dwa dni.

Pół godziny później było gorzej: Bunia buczy na łóżku przerażona, my coś do niej mówimy, a Małą kąpiemy. Nie wiem, jak Maniula w tym wariatkowie zachowała spokój, ale była mega grzeczna i tylko trochę płakała przy wycieraniu. Zjadła i zasnęła. Odfajkowałam.

Wtedy usłyszałam:
- Tatuś... - to Bunia. - Brzuszek boli...
- Będzie wymiotowanie? - to eR.
- Idzie...!

I poszło. Aż zaczęła się krztusić, ale w końcu wyszło to, co jej tam zaległo. Potem, kiedy eR. ją obmył, zasnęła w minutę. 

Była 20:30. Kto by pomyślał - ja miałam wrażenie, że wieczór trwał przynajmniej pięć ciągnących się godzin. 

- Idę się myć i spać - zakomunikowałam. - Mam dość.
- Ja też.

Po 21:30 umyci leżeliśmy w łóżku. Zasnęłam na ramieniu eR. Jak zabita.






5 maja 2016 r.
Czwartek



Mania: 21 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 20 dni
Waga: 61, 3 kg
Pogoda: Na spanie. Taka szara, wilgotna i niezdecydowana w która stronę powinna się rozwinąć. Nie ma się nad czym rozwodzić. No, może temperatura jest całkiem przyjemna.


09:50


Herbata na laktację zamiast aromatycznej kawy. Nie mam nic przeciwko anyżowym smakom, ale ten napój nie podniesie mi ciśnienia. Niestety. 

I tak wypiję tę kawę, mówcie/piszcie, co chcecie. Moje dziecko nie śpi mniej, jeśli jego mama wypije słabą kawę. I to jeszcze taką z cykorią (40% kawy). 



* * *

Zaczyna mi szwankować słuch. Prawe ucho zaczyna wprowadzać zamęt: jakieś inne tony, szumy, gwizdy i buczenie, które nasila się przy głośnych dźwiękach. I generalnie zakłóca normalne słyszenie. 

Najgorzej, że nie mogę śpiewać. Jakbym słyszała drugi, fałszujący głos, który próbuje sprawić, że sama będę fałszować. Nie, żebym potrzebowała tego do śpiewania kołysanek - mała zasypia bez nich; nie to, co niegdyś mała Bulinka. Ja po prostu uwielbiam śpiewać i kształcę się w tym kierunku. I co z tego, że mam teraz czas. O dupę rozbić moje wysiłki - drugi głos przeszkadza mi tak, że musiałam odpuścić.


10:24


A teraz maseczka regenerująca i książka. Mała śpi. Teraz mam czas dla siebie. Potem biorę się za nadrabianie zaległości. Blogi czekają :)

niedziela, 20 marca 2016

nr 25, 20 marca - Mój kryzys, koszmary i walka z ciążowymi lękami - najszczerzej

20 marca 2016 r., 
Niedziela

Ciąża: 37 tydzień, 2 dzień
Waga: Nie mam siły stanąć na niej, olewam system.
Pogoda: Pod psem. Szaro, buro, zimno, wietrznie. Słowem: nieprzyjemnie. Jeszcze powinno na to wszystko lunąć. Brr.



13:57

Dziś mam stacjonarny dzień. Leżę pod kocem i robię wszystko, żeby nie zamykać oczu, bo jestem sama z małą H. i muszę - chcąc-nie-chcąc - patrzeć na nią. eR pojechał do kościoła. A widzę, że też nie jest w najlepszej formie. Chyba go wczoraj i przedwczoraj zawiało. Ucieszył się pogodą i zaszalał wychodząc zewnątrz zbyt lekko ubrany.

Czy robię wszystko, żeby nie zasnąć w tym momencie? Nie, to nie na sen mam ochotę. Sen to, prawdę powiedziawszy, ostatnia rzecz, o jakiej myślę. Boję się koszmarów, które mnie nawiedzają średnio co drugą noc. Są takie prawdziwe i powtarzalne, że zaczynam się łapać na myśleniu o nich. Nie tyle o nich, ale o tym, o czym opowiadają.

Od prawie ośmiu miesięcy marna ze mnie żona i kochanka, bądźmy szczerzy. Przez połowę ciąży miałam zakaz wszelkich namiętności. Początkowo żadne z nas nie miało nawet ochoty przygnębione faktem grożącej nam diagnozy, której ostatecznie nie postawiono. Nieważne. Grunt, że kiedy mnie wciąż wszystko bolało, dokuczały mdłości i w ogóle czułam się nieobecna w otaczającej mnie rzeczywistości, eR. powoli zaczął odczuwać, co oznacza zajmowanie się Buńką, mną i jeszcze swoją pracą. I do tego abstynencja seksualna. No, dla mężczyzny to poważna próba na wielu płaszczyznach. Coraz częstsze kłótnie, spięcia, żale... Czy mogę mieć pretensje? Nie. Każdemu zdrowemu puściłyby nerwy. Więc i jemu czasem też puszczają.

Dlatego mam już dość tej ciąży i koszmary są po prostu krystalizacją moich obaw i wyrzutów sumienia. O wielu rzeczach trudnych, intymnych czy w jakiś sposób kontrowersyjnych łatwo się pisze, kiedy nie trzeba się z nimi identyfikować, a omijanie utożsamienia się z danym problemem pozwala nam napisać więcej, niż odkryłybyśmy przed naszymi przyjaciółkami. Tak właśnie było w tym przypadku.

Kiedy już jestem na "ostatniej prostej" do porodu, tym bardziej mam dość. I eR. ma dość. I mimo rozmów wciąż mam wrażenie, że mówimy sobie to, co chcemy usłyszeć. Staramy się wzajemnie przekonywać, ale już brakuje nam siły, by brzmieć wiarygodnie. Tu nie chodzi o to, że się okłamujemy, unikamy szczerości czy czegoś w tym guście. Tu chodzi o to, że czasem nie mamy sił przekonująco zapewnić się o wsparciu, o wierze w to, że sobie poradzimy, o tym, że pewnymi kwestiami nie warto się przejmować. Chociaż druga strona naprawdę tego potrzebuje.

Te dziewięć miesięcy trwa o wiele za długo. Wydaje się wręcz, że trwa znacznie dłużej niż dziewięć miesięcy. Ja sama mam poczucie, że uziemiona jestem przynajmniej półtora roku. I co w takiej sytuacji? Nie wiem. Piję ciepłe mleko, biorę prysznic, wyciszam się przez długie oddechy, a koszmary są coraz brutalniejsze, dosadniejsze, dotkliwsze i bardziej realne. To nie tak, że sposoby, które miały pomagać, pogarszają jedynie sytuację. Po prostu na tym etapie już nie działają. I nie wiem, czy cokolwiek może pomóc. Nawet szybsze rozwiązanie chyba nie jest tym, co pomoże w tej sytuacji, ale na pewno zakończy tę moja ciążową mordownię i będzie jakimś początkiem. Co prawda czekają nas inne wyzwania, kryzysy na innym tle, ale wiem, że to będzie wstęp do poprawy i stabilizacji.


18:13



Gdzieś koło 15 (ale nie mogę być tego pewna, bo straciłam poczucie czasu), zmogło mnie zmęczenie. eR. włączył koncert e-moll Chopina w kuchni i coś sprzątał. Mała Buńka towarzyszyła mu, więc w pokoju panował spokój. Przy drugiej, wolnej części, po prostu odleciałam. 

Przebudziłam się, po miłej drzemce i widząc eR. z H. bawiących się rozkosznie klockami (budowali ponciok - pociąg), obróciłam się z trudem na drugi bok i zasnęłam. 

Obudziłam się cała w nerwach. Nawiedził mnie kolejny koszmar. Nie dość, że czuję się dziś jak przeżuta i wypluta, tragicznie obolała i zmęczona - tak po prostu - kiedy masz poczucie, że boli cię każda komórka ciała, a ruchy dziecka tylko ten ból potęgują. I masz ochotę wyć. No. To teraz jeszcze trzeba dodać do tego ten koszmar - długi, szczegółowy i nieszczędzący dramatycznych zwrotów akcji. 

Teraz, kiedy już ze mnie to "zeszło" myślę, że to naprawdę jakaś ironia losu - sen, który ma pomagać, który tak jest zalecany jako nieprzecenione wsparcie w leczeniu wszelkich infekcji a także tych nerwicowo-depresyjnych stanów, nie tylko nie pomoże, ale pogorszy sytuację...

... idę wziąć prysznic. Może... może... tym razem coś to pomoże.





Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric