Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łóżko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łóżko. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 lutego 2018

7 luty - o tym, jak wraz z białym puchem przyszło choróbsko

7 luty 2018 r.
Środa






14:45

Leżę w łóżku. Nie, żebym była jakoś przykuta, ale jednak normalne funkcjonowanie na dłużą metę odpada. Robię, co muszę, ale z daleka widać, że powinnam się wyleżeć w łóżku. Toteż z rozsądku nie biegam rozchełstana po sklepach, a leżę w dresie pod ciepłą kołdrą, z pudełkiem niekończących się chusteczek, ciepłą wodą z cytryną i herbatą z miodem, cytryną i sokiem malinowym. No i biorę te wszystkie "rutino-coś-tam" czy "...-pexy", które mają mnie postawić na nogi. Plus wietrzenie domu, oczywiście. Czyli walczę.

Dobrze, że dopiero dziś mnie tak konkretnie zwaliło z nóg. Wczoraj byłam na rozmowie kwalifikacyjnej i raczej chyba dość słabo wypadłabym z czerwonym nosem, szklistymi, "chorymi" oczami, mówiąc przez nos: "Jesteb przekodada, że idealdie dadaję się da to stadowisko."

Ale udało się: zatrudnienie o 26 lutego w szkole, jako nauczycielka WOS-u. Taaa, ja też się cieszę, że w końcu ktoś się odezwał. Szału nie ma, ale to otwiera przede mną możliwości, o których nie chcę na razie pisać. Zostawmy na razie ten entuzjazm, bo plany, jakie mam - jakkolwiek brzmiące cudnie - to wciąż niepewna sprawa. 




Właśnie przyjechali zamontować kominek. eR. oczywiście przyjechał, by wskazać im co, gdzie, jak i inne takie. Ja zamknęłam się w sypialni z bólem głowy i cholineksem w ustach. Chyba jednak spróbuję zasnąć. Wiem, że by mi to pomogło, chociaż zawsze mam trudności z zaśnięciem wciągu dnia. 

A jak u Was? Ponoć szalejąca w Czechach grypa chce bezprawnie przekroczyć granice naszego państwa. Słyszy się, że zbiera pierwsze żniwo. A kysz! , chciałoby się ją odgonić. Tylko, czy ona się w ogóle czegoś boi? Paskuda...


środa, 15 czerwca 2016

nr 38, 15 czerwca - bite dwa miesiące




15 czerwca 2016 r.
Środa


Mania: 61 dni (2 miesiące)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 29 dzień
Waga: 61,3 kg
Pogoda: Pół na pół. Ale jest przyjemnie: lekki wiaterek, temperatura z tych moich ulubionych, 22*C i czasem słonka połaskocze w policzek. Po południu przychodzi nagła burza i pierze po szybach w kuchni.



17:46

Dziś 15 czerwca. Dokładnie 2 miesiące temu urodziła się Mania. Leży właśnie obok mnie na brzuchu i śpi snem sprawiedliwego. Zassała smoczka jakby się do niej przykleił. Zamykam na chwilę oczy i czuję jak mi dudni w głowie...


czwartek, 5 maja 2016

nr 32, 4-5 maja



4 maja 2016 r.
Środa


Mania: 20 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 19 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Do południa była ładna, słoneczna i cieplutka - czerwcowa. Teraz naszły chmury i w momencie lunęło. I grzmi.




16:20



Długi weekend za nami. 
Z dwójką małych - co trzeba podkreślić - dzieci (w tym jeden noworodek) długi weekend był naprawdę... długi. A wczorajszy wieczór myślałam, że się nie skończy. 

Widoki były przynajmniej nieobiecujące: Buńka rzyga i beczy nad miską a Mańce udziela się nasze zdenerwowanie i z nerwów ulewa jeszcze bardziej niż normalnie. I nie drze się tylko wtedy, gdy ją noszę. 

Dochodzi dziewiętnasta, H. zaczyna się bać wymiotów, bo coś jej utknęło i nie może tego do końca z siebie wyrzucić, więc płacze, ale nie chce widzieć miski. Do tego wisi nad nami konieczność kąpania Małej, bo nie była kąpana dwa dni.

Pół godziny później było gorzej: Bunia buczy na łóżku przerażona, my coś do niej mówimy, a Małą kąpiemy. Nie wiem, jak Maniula w tym wariatkowie zachowała spokój, ale była mega grzeczna i tylko trochę płakała przy wycieraniu. Zjadła i zasnęła. Odfajkowałam.

Wtedy usłyszałam:
- Tatuś... - to Bunia. - Brzuszek boli...
- Będzie wymiotowanie? - to eR.
- Idzie...!

I poszło. Aż zaczęła się krztusić, ale w końcu wyszło to, co jej tam zaległo. Potem, kiedy eR. ją obmył, zasnęła w minutę. 

Była 20:30. Kto by pomyślał - ja miałam wrażenie, że wieczór trwał przynajmniej pięć ciągnących się godzin. 

- Idę się myć i spać - zakomunikowałam. - Mam dość.
- Ja też.

Po 21:30 umyci leżeliśmy w łóżku. Zasnęłam na ramieniu eR. Jak zabita.






5 maja 2016 r.
Czwartek



Mania: 21 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 20 dni
Waga: 61, 3 kg
Pogoda: Na spanie. Taka szara, wilgotna i niezdecydowana w która stronę powinna się rozwinąć. Nie ma się nad czym rozwodzić. No, może temperatura jest całkiem przyjemna.


09:50


Herbata na laktację zamiast aromatycznej kawy. Nie mam nic przeciwko anyżowym smakom, ale ten napój nie podniesie mi ciśnienia. Niestety. 

I tak wypiję tę kawę, mówcie/piszcie, co chcecie. Moje dziecko nie śpi mniej, jeśli jego mama wypije słabą kawę. I to jeszcze taką z cykorią (40% kawy). 



* * *

Zaczyna mi szwankować słuch. Prawe ucho zaczyna wprowadzać zamęt: jakieś inne tony, szumy, gwizdy i buczenie, które nasila się przy głośnych dźwiękach. I generalnie zakłóca normalne słyszenie. 

Najgorzej, że nie mogę śpiewać. Jakbym słyszała drugi, fałszujący głos, który próbuje sprawić, że sama będę fałszować. Nie, żebym potrzebowała tego do śpiewania kołysanek - mała zasypia bez nich; nie to, co niegdyś mała Bulinka. Ja po prostu uwielbiam śpiewać i kształcę się w tym kierunku. I co z tego, że mam teraz czas. O dupę rozbić moje wysiłki - drugi głos przeszkadza mi tak, że musiałam odpuścić.


10:24


A teraz maseczka regenerująca i książka. Mała śpi. Teraz mam czas dla siebie. Potem biorę się za nadrabianie zaległości. Blogi czekają :)

czwartek, 24 marca 2016

nr 27, 24 marca



24 marca 2016 r., 
Czwartek

Ciąża: 37 tydzień, 6 dzień
Waga: 69 kg (tracę apetyt, dziś w ogóle kiepsko, tracę smak)
Pogoda: Cudowna, trzyma mnie przy życiu. Chociaż może nie przy życiu, ale dzięki niej funkcjonuję. Jakoś, ale nie zagrzebuję się w koc.


15:31

Obudziłam się całkiem niezła. Wczoraj wieczorem dokuczały mi skurcze przepowiadające. Miałam zmęczony brzuch, co od razu odbiło się na mojej formie (czy raczej jej braku). Miałam lekkie przeczucie, że coś mnie "zbiera", ale zignorowałam to. Już nie pierwszy raz w tym sezonie zimowym (o ile można go tak nazwać) wieczorne złe samopoczucie rozchodziło się po kościach. 

Ale dziś rano katar i ból gardła przy przełykaniu już sygnalizował, że coś się rozwija. No niestety nie przeskoczę tego, że nie mogę zażywać tego, co wszyscy. 

Zajechałam do Klubu z małą Buńką, która dziś była w lepszym nastroju niż wczoraj - poprawiło jej się, ewidentnie, po czym szybko do Rossmanna i do sklepu - ostatni szlif zakupowy przed Świętami. Nie chciałam już się tam pokazywać wiedząc, że tłumy, wielgachne zakupy, kolejki i przebrane towary nie są na moje nerwy. A na tym etapie ciąży w szczególności. 

Kiedy dojechałam do domu, okazało się, że jacyś pracownicy znów coś i eR. przywitał mnie słowami: 
- Zrobisz im kawę?
- O, matko,... - jęknęłam. Wziął ode mnie zakupy. Widział, że już byłam w średniej formie. - Źle się czuję. Jadłeś coś?
- Nie... - przyznał.
- To zrobię ci śniadanie, ale nie mam sił na robienie całej sterty kanapek dla nich także - wyznałam szczerze.
Ostatecznie to eR. robił tosty. Poszła cała wędlina

 - Ale kawę zrobię. I muszę się położyć. Jak ja przeżyję te korki, nie mam pojęcia...

Daję korepetycje. Z angielskiego i z historii. Dziś miałam mieć historię. Musiałam jeszcze wydrukować materiały i zadania na źródłach. Trochę tego było. A sił mało.

Dobrze, że pogoda mnie wspierała. Słońce wprost cudownie wpadało przez czyściutkie (dzięki Pani B.) okna. Dzięki temu mogłam się zmobilizować. Wypiłam herbatę, zjadłam papierowe muesli z kefirem... totalnie bez smaku (to wszystko przez katar). Ciężkie powieki, ból gardła... Ale nie odwołałam korepetycji. Mamy mało czasu, bo w maju dziewczyna ma maturę, a już w zeszłym tygodniu nie mogłyśmy się spotkać. No i w międzyczasie rodzę, co zablokuje ma na pewien czas korepetycje. Czyli musiałam zawalczyć, chociaż już w rękach miałam telefon. 

Udało się. 
A teraz leżę i zastanawiam się jak poskładam się do kupy, żeby odebrać H. z Klubu. eR. w Krakowie, najprawdopodobniej nie wyrobi się.



17:18

I stał się cud. Objechałam po Buńkę. I pewnie poszłybyśmy jeszcze na spacer, póki słońce świeci, ale chowamy się do domu, bo ja ledwo ciągnę. eR. wciąż w trasie. Święta, jak nie Święta. Zawsze Wielki Czwartek po południu to był taki szlif porządków i szykowanie się powoli do Triduum. Nie sposób zapomnieć, że dziś takie święto. A jednak. Od rana mam wrażenie, że jest środa. I to raczej nie Wielka Środa - ta z Wielkiego Tygodnia. Jestem wyjęta z kontekstu przez chorobę, przez ciążę... wszystkie dni są jednostajne, różnią się jakimiś drobiazgami. No i fakt, że mieszkam na wsi a nie w mieście powoduje, że człowiek nie odczuwa tego zabiegania przedświątecznego, nie nakręca się, nie odlicza dni, nie szaleje z ciastami, sałatkami i w ogóle jedzeniem. Dopiero wczoraj widziałam pierwsze oznaki zakupowego szaleństwa w markecie. Ale to też bez przesady, bo robię zakupy dobrze po 9, w czasie, kiedy nie ma zbyt wielu ludzi w sklepach.


Moje wynurzenia na temat szaleństwa jakie ogarnia ludzie tuż przed Świętami będą w kolejnym poście. Teraz się kładę z dużym kubkiem mocnej herbaty z miodem i cytryną. Smaruję się Amolem i modlę, żeby jutro było lepiej, a nie gorzej. Święta w takim stanie (gdzie tyle zobowiązań, że będziemy tu czy tam, urodziny któregoś z małych siostrzeńców eR....) byłyby koszmarem i prawdziwą męczarnią...



środa, 9 marca 2016

nr 23, 9 marca (Co zrobić, by dziecko dłużej spało w weekendy?)


9 marca 2016 r.,
Środa

Ciąża: 35 tydzień, 6 dzień
Waga: 67, 7 kg (waga stoi! jupi!)
Pogoda: Mgliście, szaro, buro, wilgotno. Może ucieszyłaby mnie, gdybym była dżdżownicą. Ostatecznie nie ma mrozu, więc to chyba nieźle, że nie trzeba drapać szyb w aucie.



20:32

Padam na twarz. Mało leżałam, więc od razu czuje to mój brzuch. I kręgosłup.

Dziś wyjątkowo wszystko poszło nadzwyczaj dobrze. Po tym, jak przez przeziębienie wydłużył się Buńce weekend o dwa dni, można było się spodziewać wszystkiego. A ona, jak na złość, spała do przed ósmą. I to tylko dlatego, że ją obudziłam. Bo inaczej spóźniłybyśmy się do Klubu na śniadanie. 

Gdyby mogła tak pospać w sobotę albo w niedzielę... Swoją drogą to jest jakiś fenomen: w weekend pobudka o 5 lub 6 a w tygodniu śpi do 8. A i tak trzeba ją budzić. 

I trwa to już jakiś czas, więc zaczęłam się zastanawiać...
 

...co zrobić, by dziecko dłużej spało w weekendy.


W niedzielę obudzi się o 05:30, żeby poleżeć grzecznie przy nas. Ale pół godziny to jest max. No i żebym ja te pół godziny przespała! To skąd: mała szepcze coś do siebie czy do misia i mam już pospane :) Potem zaczyna się "Wstajemy, tatuś! Wstajemy, mamuś!" Bezskutecznie udajemy, że nie ma tematu: że śpimy i nie sposób nas obudzić. Czasem przyniesie książeczkę, ale wnet okazuje się, że książeczka tak, ale tylko oglądana z tatusiem albo mamusią. 

Ostatnio doszliśmy do wspólnego wniosku, że największym błędem, jaki można popełnić w takiej sytuacji, to dać dziecku smartfona i puścić bajki na youtube.  Po histerii jaka nastąpiła ostatnio, kiedy w końcu kategorycznie powiedzieliśmy, że koniec bajek stwierdziliśmy, że te pół godziny dodatkowego snu nie rekompensuje ponad godzinnego ataku histerii. Mowy nie ma, żeby się ubrała czy zjadła śniadanie w przeciągu kolejnych dwóch godzin. 

Innym błędem, moim zdaniem, jest wstanie razem z dzieckiem o tej barbarzyńskiej porze. Oczywiście, że nie da się w nieskończoność leżeć, aż przyjdzie upragniona ósma i wstać bardziej zmęczonym niż przed położeniem się dnia poprzedniego. W ten sposób wydłuża się nam dzień, nie sposób temu zaprzeczyć, ale weekend to jest czas, kiedy naprawdę chcesz się wyspać (nie mylić z: spać do południa). 

Co, wg mnie, można w takiej sytuacji zrobić?

Dziecko trzeba nauczyć, że rodzice chcą się wyspać. Nie chodzi o to, żeby udawać przez dwie godziny, że nas nie ma i całkowicie ignorować dziecko. O ile nie leży grzecznie i samo bawi się np. zabawkami, które ma w łóżku. 

Jak to zrobić? To wymaga trochę zachodu, ale jeśli wiesz, że twoje dziecko jest właśnie takim typem skowronka weekendowego, warto zainwestować w to energię. 

Jeśli wiesz, że to ty miałaś cięższy dzień, niech ciężar przejmie mąż/partner. Jeśli to on wrócił późno z pracy i po całym tygodniu tylko czeka, że się w końcu wyśpi, przejmij pałeczkę. 

1. Kiedy dziecko się obudzi (mówimy tu o dwulatku, który zrozumie już wiele z tego, co mu się tłumaczy), weź go do swojego łóżka. Poproś, żeby przyniosło książeczkę, albo "ćwiczenia" dla dwulatków z naklejkami. Może mini puzzle, ale koniecznie z podkładką czy dużą książką w twardej oprawie. Buńka dostała na Mikołaja sensoryczną książeczkę (tutaj możesz zobaczyć, o czym mowa, chociaż to nie nasza książeczka ;), która świetnie się nadaje do takiej zabawy w łóżku. 

2. Cały czas mów szeptem i proś, by i ono mówiło szeptem, "bo tatuś/mamusia śpi". Wytłumacz, że rodzic jest zmęczony i potrzebuje jeszcze trochę snu a głośne mówienie go obudzi. 

3. Zapal lampkę, jeśli w sypialni panuje półmrok tak, by wywołać wrażenie "nocy". A w nocy się śpi. W ten sposób pokażesz dziecku, że to nie jest naturalna pora, żeby wstać. No, ale skoro już wstało...

4. Nie rozbudzaj dziecka. Oglądajcie książeczki, naklejajcie, układajcie puzzle czy przeglądajcie książeczki sensoryczne, ale jeśli widzisz, że dziecko nie nadąża za czymś - odpuść. Lepiej te trzy puzzle wstawić za niego w tym momencie, niż kazać mu się wysilać. Normalnie tego bym nie polecała, ale nic się nie stanie, jeśli dodasz przy tym, jak bardzo jest wcześnie - a jak jest tak wcześnie, to się źle myśli, więc ty mu pomożesz.

5. Misie jeszcze śpią. Klasyka: nauka rozwiązywania problemów na pluszakach. Powiedz, że misiu się obudził, ale bardzo chce jeszcze spać, bo jest baaaardzo wcześnie i chyba trzeba go położyć spać i utulić. 

To wszystko działa długofalowo. Nie tak tak, że takie sposoby to są sposoby-cud, działają od razu i na wszystkie dzieci. Ale u mnie to działa. Pokazujemy H., że jest bardzie wcześnie na różne sposoby. I uczymy szanowania tego, że ktoś drugi śpi. W szczególności wcześnie rano. 

Mała wciąż wstaje wcześnie, ale już nauczyła się szacunku do naszego snu. Daje nam pół godziny. Szepcze i stara się nas nie budzić. Jestem dumna, nie powiem, że nie. 

A Wy jakie macie doświadczenia? Czy Wasze pociechy też budzą Was wcześnie rano w weekendy? Może macie jakieś sprawdzone sposoby, których tu nie podałam?




wtorek, 26 stycznia 2016

nr 17, 19 stycznia

19 stycznia 2016 r.
Wtorek

Ciąża: 28 tydzień, 5 dzień
Waga: 64, 5 kg
Pogoda: Śnieg. Szaro, chociaż miało być słońce. Klasyczna zima.

9:55

Tak, klasyczna zima. Śnieg już nie jest taki puchaty i świeżutki. Zdążył osiąść na wszystkim ciężką kupą. A bez słońca wydaje się już nieco pożółkły. 

Dziś leżę plackiem.
Ok, wstanę ogarnąć przestrzeń kuchenną, sypialnię i pokój dzienny, gdzie zamelinuję się zaraz pod kocem, z książką, albo czymś takim. Telewizję śniadaniową odstawiłam, odkąd trochę lepiej się poczułam, a i psychicznie też jakoś wzięłam się bardziej w garść i przestałam ją zwyczajnie tolerować. Już nie potrzebowałam ogłupiacza.

Teraz reprezentuję okaz człowieka tak nieapetyczny, że aż żal dupę ściska. Nie jestem w stanie wyjść z łóżka, przykuta bólem, że coś okropnego.

Wczoraj było wyjątkowo źle. W zasadzie bez specjalnego powodu: ból był nie do wytrzymania. Płakałam z bólu, jak dawno nie. 
Aż eR. się dziwił. 
- Nie płakałaś tak przy tamtym bólu. 
- Tamten był paskudny: cholernie dawał czadu, ale i otępiał. Dużo spałam, bo zamieniał się on w ból całego organizmu, więc leżałam jak letargu, nie mogłam nawet mówić, oczy mnie bolały, więc wciąż trzymałam je zamknięte. 
- No, wyglądałaś jak widmo...
- Hm. Krzepiące porównanie. Ten ból jest inny, przeszywający i nie otępia, więc czuję go w każdej sekundzie, jak świdruje mi w podbrzuszu, w pachwinach i promieniuje do nóg. Wydaje się nie do zniesienia na takich zasadach, jak tamten. 

I dokładnie tak było. Leżałam i płakałam. Teraz też go czuję, ale leżę być może w innej pozycji i to mi pomaga. Może też to łóżko lepiej mi robi niż kanapa w pokoju? Sama nie wiem, czy wolałabym, żeby to kręgosłup mnie bolał, a nie tylko wysyłał te okropne nerwobóle. 

No i to przeciążenie... Jak pochodzę, od razu czuję okropne parcie, ble. A jak za długo leżę, od ból odkręgosłupowy. Czy ja zwariowałam, czy to się przypadkiem nie wyklucza?


nr 14 , 10 stycznia



10 stycznia 2016 r.,
Niedziela


Ciąża: 27 tydzień, 3 dzień
Waga: 63,7 kg
Pogoda: Okropna. Szaro, mgliście, pada deszcz. Zero słońca, nie chce się żyć specjalnie.


9:00



Obudziłam się z bólem brzucha. Znów. Tylko tym razem był bardziej nieznośny. Na śniadanie no-spa. Na obiad no-spa z kromką chleba z masłem. Potem jakiś jogurt i niech ten dzień wreszcie się skończy...

Słów kilka o minionej nocy...

Jagódka budziła się często w nocy. Tak dla odmiany. A z jakiego powodu? Ano z powodu swoich nowych "przytulanek". Od księdza dostała dwa obrazki (bardzo ładne, swoją drogą): przedstawiający obudzenie pasterzy przez Anioła, a drugi z Matką Boską i Dzieciątkiem. I musiała z nimi spać.
- Nie ma...! - szlochała ze swojego łóżeczka. - Buuuu...!
- Czego nie ma? - pyta zaspanym głosiem eR.
- Nie ma... haniołka! - Wszystkie wyrazy na "a" ona musi zaczynać od "ha".
- Aniołka? - spytał skołowany.
- Zezuska! - doprawiła z jeszcze większym płaczem.
- Nie ma tych obrazków - wyjaśniłam po drugiej stronie łóżka.

Kiedy już eR. je odnalazł Mała przypomniała sobie, że miała jeszcze tego maleńkiego baranka. I znów bek.
Baranek, chociaż malutki, znalazł się ostatecznie. Na chwilę mieliśmy spokój. Ale mała wymusiła spanie w łóżku z nami. Po środku.
I zaraz zaczęła jęczeć, że:
- Poduuuusia...! - Chodziło jej o swojego jaśka z wizerunkiem Kubusia Puchatka, którego zostawiła w swoim łóżeczku.
Albo:
- Nie ma haniołka...! - Gdzieś wypadł jej któryś z obrazków.
Czy:
- Balaaanek! - Ten to się lubił zapodziać...

Kiedy sytuację udało się opanować, nim oboje straciliśmy panowanie nad swoimi głosami, nastała w końcu cisza.
Ale tylko na chwilę. Bulina znów zaczęła zawodzić. I od razu przeszła w dramatyczny szloch.
- Co tym razem? - stękął eR.
- Co się stało? - pytam ją.
- Siesieekę...!
Zgłupieliśmy.
- Co?
- Siesieeenkę...!
- A, piosenkę? - odblokowało mnie. - Zaśpiewać ci kołysankę?
- Tak. Haniołku. - Jeszcze słyszałam w jej głosie resztki płaczu, ale już wiedziała, że sytuacja zostanie opanowana. eR. prychnął po drugiej stronie łózka. Trudno stwierdzić, czy z niedowierzania czy ze śmiechu. Absurdalna sytuacja. Histeria, bo ona chce kołysankę. O aniołku.

Kołysanka jest bardzo ładna, ale tylko w jednej linijce pojawia się słowo "aniołek". Dla niej to jest kołysanka o aniołku. Niech będzie i niech już zaśnie.

Kołysanka prześpiewana dwa razy ochrypłym, przerywanym głosem i dziecko spało jak... niemowlę.
Skądinąd przegłupie to porównanie.

nr 13 , 9 stycznia




9 stycznia 2016 r.
Sobota


Ciąża: 27 tydzień i 2 dzień
Waga: 64 kg
Pogoda: Wyjątkowo przyjemnie. Świeci słońce, dokoła śnieg. Nie za wiele go, ale przynajmniej jest zimowo. Do czasu, aż stopniał częściowo w południowym słoneczku.


9:15

Koszmarna noc!
Zastanawiam się, jak to się dzieje, że to właśnie moje dziecko musi cyrkować w nocy. To już nie pierwszy raz, kiedy budzi się z powodu kaszlu, którego w ciągu dnia nie było. Dodatkowe nocne przebudzenia najczęściej wynikają z tego, że nie może znaleźć misia/ słonika/ kotka/ lalusi*. Ostatnio hitem stał się baranek, wielkość piąstki dwulatka. Sam pomysł spania z takim maleństwem to gwarancja gwałtownej pobudki w nocy.

Tym razem zbudziła się z powodu kaszlu. Było coś po czwartej. Katar, mimo że nie za duży, spływał jej do gardła i to on powodował ten głuchy kaszel. Mamy swój sprawdzony specyfik: Sinecod. Na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy nie zadziałał. Tym razem tż zadziałał, lecz później. I dopiero, kiedy córka zrozumiała, że kaszel nie jest czymś koniecznym: kaszlała na siłę, prowokując go. Na moje tłumaczenie odpowiedziała:
- Kaszleć cieba, mama. Cieba. - Była o tym święcie przekonana i dlatego właśnie zasnęła dopiero dobrze po piątej.
Spaliśmy w trybie "bez budzika" jak zabici do dziewiątej. Odkąd mamy Jagódkę, godzina ta brzmiała w moich uszach przynajmniej jak dwunasta w południe: istne szaleństwo. Tymczasem nie mogę powiedzieć, że się wyspaliśmy.

A tu kolęda. Ksiądz miał chodzić od dziewiątej, a my byliśmy dziewiątym domem. eR zerwał się do fryzjera. A to pierwszy studniówkowy weekend. Udało mu się zdążyć: piętnaście minut dłużej i przyjmowałybyśmy kolędę we dwie.

12:00

Ksiądz proboszcz okazał się niezwykle sympatyczny, co było dla nas naprawdę dużym, ale jakże miłym zaskoczeniem po tym, co usłyszeliśmy od naszego kuzynostwa. Cóż.
Mimo, że kościelny jakkolwiek niestary (bo "młody" jakoś już do niego nie pasuje) okazał się wyjątkowo nierozgadany i wszystko wskazywało na to, że kolędę po prostu będziemy musieli przetrwać. A z księdzem nie tylko dobrze się rozmawiało - nie wziął nic za kolędę.

Może to też nasze pozytywne nastawienie do zbliżających się Światowych Dni Młodzieży jakoś na niego wpłynęło. Uczę angielskiego, więc się ucieszył. To nie jest miasto, gdzie mówiących po angielsku nie sposób wyliczyć. To wieś, gdzie kilka osób lepiej zna ten język.

Tak czy inaczej kolęda zaliczona. Teraz trzeba się nastawić psychicznie, że Mała nie spała w południe, więc może dawać w kość pod wieczór. To wesele takie nie po drodze. Dobrze, że chociaż na te kilka godzin mama się zajmie Bulinką. Sama dziś czuję się jak dziecko, którym trzeba się zająć. Dwójka "dzieci" na głowie biednego eR. Coś takiego równa się naprawdę trudny wieczór.


22:14

Jagódka w końcu zasnęła. Padam na twarz, ale chyba jeszcze przez chwilę posiedzę z eR. Zamierza oglądać Interstellera, który trwa do pierwszej w nocy. Zwiastuję mu noc na kanapie, widząc to piwko i przygaszone światła: tylko choinka świeciła klimatycznie.

Wesele okazało się... trudne. Cały dzień uprzedzałam, że wrócimy wcześniej, bo nie czuję się dzisiaj dobrze. Do końca nie wiedziałam, czy uda mi się wytrwać na mszy i czy eR. nie powinien mnie jednak zostawić u rodziców z Małą na ten czas i przyjechać po mnie już na samo wesele. Zdecydowałam, że spróbuję. I tak uśmiechałam się (albo raczej starałam się uśmiechać), chociaż bliżej było temu do grymasu bólu. Jeszcze na siedząco - umówimy się - mogłam znieść kilka godzin. Odpadały tańce i pozycja stojąca. Kiedy dotarłam do stolika, eR. rzucił:
- Zobacz, kto będzie śpiewał..
- Uch..! - stęknęłam: to była M****a P***k. O ile nie zmieniła nazwiska po ślubie. I dodałam już ciszej: - Ten wieczór nie mógł się gorzej skończyć.

Byłyśmy na wojennej ścieżce. Chociaż wojenną bym jej nie nazwała. Po prostu nie ma żadnej wspólnej ścieżki. Ona udaje, że mnie nie zna. Ja już też. Kiedyś po tej jednej i jak się okazało ostatniej kłótni wyciągnęłam rękę - odrzuciła ją. Chyba dlatego, że mimo wszystko uważałam, że część racji jest po mojej stronie. I powinna to przyznać, bo taka była prawda. Dla dobra naszej - jak wówczas sądziłam - przyjaźni. Ale jeśli przyjaźń rozbija się o pieniądze (bo do tego się ta kłótnia niestety sprowadzała), to chyba nigdy przyjaźnią nie była.

Czyli miałam się świetnie bawić. Z bolącym ciążowym brzuchem i M.P., wyjącą radośnie w głośnikach. Co za radość. Chociaż przyznać muszę, że nie ma wstydu, jeśli chodzi o śpiew i grę zespołu. Może trochę jakoś za słabo (to nie tylko moje zdanie!). Albo źle coś nagłośnili. Taka opcja też była.

Po dwudziestej trzydzieści okazało się, że Bulinka nic nie jadła, nie chce i generalnie łobuzuje razem ze swoim kuzynem, więc zaserwowała moim rodzicom wieczorny sajgon. Oczywiście to spowodowało, że kompletnie straciłam formę i z nerwów oczywiście jeszcze bardziej rozbolał mnie brzuch. Dyskretnie zakomunikowałam eR., że nie ma wyjścia i ewakuujemy się w trybie przyspieszonym.

Jagódka zasnęła w samochodzie na dwie minuty przed tym, jak dotarliśmy do domu, więc rozmemłana jadła płatki na mleko i ostatecznie tuz przed dziesiątą zasnęła. I znów rozkaszlała się po godzinie, a potem po raz kolejny nad ranem. W obu przypadkach uratował nas Sinecod.

_______________________________________
* niepotrzebne skreślić

nr 11, 10 października



10 października 2015 r.
Sobota

Ciąża: 14 tydzień, 2 dzień
Waga: 56, 4 kg
Pogoda:

20:03

Wypuścili mnie do domu. Trochę się lepiej czuję, ale i tak muszę być bardzo ostrożna. Zero wysiłku. Jak sprzątam, to tylko jak się lepiej czuję i naprawdę bezwysiłkowo. I tylko przez chwilę, bo zaraz muszę poleżeć. Ale najważniejsze, że w domu. Tego leżenia w szpitalu w Krakowie miałam naprawdę dosyć.

We wtorek muszę znów tam jechać. Na kontrolę. Ta jazda tam mnie wykończy, czuję się po niej jak przejechana walcem, przeżuta przez krowę i wypluta...

Poza tym cholernie teraz drogo kosztuje mnie zdrowie. Dosłownie. 10 sztuk zastrzyków kosztuje 125 zł, a mam brać przez cały miesiąc! Plus kolenie 50 zł na tabletki z progesteronem na te jajniki. Pójdziemy z torbami, a nie przeprowadzimy się do domu... Chyba nie muszę dodawać kolejnych 120 zł za wizytę u lekarza i bez mała 300 zł za badania, bo przecież NFZ nie refunduje badań... Jeszcze nie ma dziecka, a już człowiek wydaje fortunę...

Dlatego nie mogę już czekać, tylko od poniedziałku ruszam z lekcjami. Zarobię sobie na 10 zastrzyków i może na ten lek z progesteronem..., ale muszę. Co z tego, że źle się czuję. Po prostu muszę. Swoją drogą, mamy zaraz środek października, nie mogę dłużej zwlekać, bo stracę tych uczniów. Modlę się tylko, żeby przetrwać te lekcje w poniedziałek (3 h pod rząd), a jeszcze muszę tam dojechać... I tego boję się najbardziej...

No nic. Już nie narzekam, bo ostatnio człowiek ma taki humor, że tylko by narzekał, a przecież mogło być gorzej...

nr 10, 4 października



4 października 2015 r.
Niedziela

Ciąża: 13 tydzień, 4 dzień
Waga: nie wiem, ale chyba nie tyję...
Pogoda: U nas nadal ładnie i ciepło. Żal serce ściska, że nie mogę skorzystać z pogody. Z drugiej strony fajnie, że ta jesień taka ładna i optymistyczna. Mimo żalu mam inne nastawienie niż jakby lało, było brzydko i zimno.

9:46

Stanęło na tym, że ostatecznie nie zrobili mi tego nakłucia, bo dziecko jest jednak małe, wiec ryzyko poronienia jest większe. Chociaż bardziej chodziło im o to, że ja już jestem długo pod wpływem silnego stresu, a to jest samo w sobie - mówiąc delikatnie - niewskazane. Jeśli do tego dojdzie nakłucie, może być groźnie... Komfort komfortem, ale jeśli mogę stracić dziecko, to wolę cierpieć. I to nie tak, że odznacza mnie jakiś szczególny heroizm. Wręcz przeciwnie. Ale matki tak po prostu mają.

Przenieśli mnie na inny oddział, na ten, na którym powinnam być.. Ten paskudny, odpychający... Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, kiedy "zakwaterowano" mnie do dwójki. Tylko ja i jakaś młoda dziewczyna w podobnym wieku co ja. Sala co prawda nie jest taka fajna jak tam, ale na tym oddziale nie ma ładnych sal, wiec ciesze się dwójką;)

Tu mam być na obserwację. W weekend szpital zamiera. Niestety tu jest inaczej niż w naszym szpitalu, gdzie przynajmniej jest dużo odwiedzających, a tutaj naprawdę niewiele. Chyba dlatego, że wiele osób jest spoza Krakowa. Ale cisza jaka panuje na korytarzu jest praktycznie martwa... coś okropnego. A noc? Budzę się do sikania, a tutaj okropnie cicho, jakbym sama była... upiornie.

Ból niestety wciąż mi dokucza i twarz mam cholernie zmęczoną... Po sesji na studiach wyglądałam lepiej.
A dopiero w poniedziałek będę coś wiedziała. Może się okazać, że lekarze na tym oddziale zadecydują inaczej i będą mnie kłuć, albo w ogóle wypuszczą (tak jak ostatnio). Kto ich tam wie...

Wczoraj miałam straszny kryzys. Chciało mi się beczeć i po prostu zabrać się do domu. H. ze mną rozmawiała przez telefon (o ile można to nazwać, w końcu ona jeszcze nie bardzo potrafi rozmawiać). Pod koniec miałam taką gulę w gardle, że bałam się dalej mówić... Strasznie za nimi tęsknie. Tylko, że eR. mnie odwiedzi, a mała Jagódka - nie...


środa, 20 stycznia 2016

nr 7, 29 września




29 września 2015 r.
Wtorek

Ciąża: 12 tydzień, 7 dzień
Waga: Zapewne koło 56 kg.
Pogoda: Bez zmian - ładnie, jesiennie, jak z pocztówki.



9:16

Nieoczekiwanie pojawiły się nowe okoliczności... 
N., moja przyjaciółka od LO, mieszkająca teraz w Krakowie urodziła teraz drugie dziecko. Miała naprawdę dużo szczęścia: tyle różnych podejrzeń,a urodziła zdrowe dzieci! Drugi raz na Ujastku, gdzie miała rewelacyjną lekarkę, która naprawdę zna się na tym, co robi. Otóż N. była wczoraj u niej  na kontroli i za moją wiedzą i zgodą podpytała ją o ten przypadek zaśniadu, ale w kontekście mojej sytuacji... Lekarka była zszokowana i wręcz oburzona zachowaniem tutejszych lekarzy. Tutaj, znaczy w klinice - to jest szpital uniwersytecki UJ. 
Wyjaśniła jej to (lekarka, nie klinika, rzecz jasna), czego mnie też do końca nie wyjaśniono. Ten cały zaśniad to jest nowotwór. To nie tak, że te komórki zmienią się w komórki rakowe ale nimi ! Pytanie tylko, czy jest złośliwy. A b. często jest. 
Problem w tym, że tutaj wciąż mi mówią o amniopunkcji. Tymczasem lekarka N. powiedziała, że amniopunkcja bada kariotyp dziecka, jego zestaw genów. A zaśniad to kwestia łożyska. To zupełnie coś innego! Przy zaśniadzie kariotyp dziecka może być dobry, a łożysko może być jedną bombą zegarowa. I ten rodzaj nowotworu bardzo szybko się rozwija. Może się okazać, że amniopunkcja nie wykaże nieprawidłowości, a jednak to będzie zaśniad. Dlatego potrzebne jest inne badanie. Też inwazyjne. Robią je w Warszawie do trzynastym tygodniu ciąży, a ja teraz jestem w trzynastym tygodniu! Mam kilka dni! 

Ta lekarka obiecała się wywiedzieć, gdzie jeszcze można zrobić to badanie i w ogóle szczegóły...

04: 10

Nie śpię. Nie mogę. Umieram z nerwów.
Wieczorem z płaczem dzwoniłam do eR. i mamy. Są przestraszeni, bo doskonale wiedzą, że na tym oddziale można się zawieść. A raczej na tych lekarzach.

Mama zaraz wydzwoniła P. (wujka), który też potem do mnie dzwonił.
Kiedy wyjaśniłam powód, dla którego skoczyło mi ciśnienie, mówiąc delikatnie, powiedział, że będzie dzwonił do lekarki tam pracującej (a będącej jednocześnie jego pacjentką) i do kolegi, który tam jest - na tym konkretnym oddziale, na Ginekologii. Fart. Przyjedzie też, by osobiście dowiedzieć się czegoś.
- Niestety podejście marketingowe kliniki jest na tragicznym poziomie - mówił. - Nie informują pacjentów, mają pretensje, kiedy pacjent coś chce lub kiedy przybierają pasywną postawę w dziwnym oczekiwaniu, nie robiąc niczego... Te oddziały nie mają dobrej opinii... Chociaż jest tam kilku ludzi, którym można zaufać i jak tylko się od nich czegoś dowiem, dam ci znać.
- Dziękuję...

Serce mi łupie w piersi. Oczy mam czerwone i obolałe od ocierania łez. Ani film, ani książka dziś mi nie pomogą. Nie mogę oderwać myśli od tego, co może się stać... że wszystko można tak łatwo zaprzepaścić, mijając się z terminem! To kwestia czasu, którego nie mam! Pierwszy raz poczułam oddech przeznaczenia na szyi. Zimny, oślizły i śmierdzący. Trzęsę się wciąż ze strachu. Z bezbronności. Mam poczucie zakleszczenia, jak w pułapce. Nie mogę nic zrobić!


Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric