Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 marca 2017

Nowa "Księga Dziecka" Searsów [RECENZJA inna niż wszystkie]

Pamiętam, jak umordowana przyjechałam z Maniulą po odwiezieniu Buńki do przedszkola. Zabranie się z tą dwójką do samochodu, pamiętając o wszystkich elementach, bez których dwunastominutowa podróż samochodem może przerodzić się w trwające całą wieczność piekiełko, to już nawet nie wyzwanie, a czyste szaleństwo.

Tym razem pomimo tych wszystkich drobiazgów, o których pamiętałam, było koszmarnie. Jeszcze dobrze nie wyjechałam na drogę, a Mańka już rozpoczęła koncert. Buńka musiała wtrącać swoje trzy grosze w postaci haseł: "nie mogę wyjąć tej żulawinki z woleczka!", "Koculek spadł na ziemię!" i w ryk. Połowa drogi za nami a ja mam wrażenie, jakbyśmy jechały od ładnych kilkunastu godzin.

Kiedy wracam, Mania drze się na cały regulator. Śpiewam do niej, mówię, uspokajam, to puszczam to wyłączam muzykę - nic nie działa.



Ale w końcu przyjechałam. Nerwy w strzępach, cała się trzęsę. Marzę o tym, by uśpić dziecko i mieć te pół godziny na kawę. I ciszę.Wtedy dopada mnie listonosz, a ja widzę, że przyszła - w końcu - wyczekiwana przeze mnie "Księga Dziecka. Od narodzin do drugiego roku życia" Searsów. Poczułam się tak, jakby ktoś podszedł do mnie i chwycił mnie pod rękę, bym mogła się na nim oprzeć. A bek na końcu nosa zamienił w uśmiech. Książka potrafi zdziałać cuda.

Kiedy tylko dziecko mi zasnęło rzuciłam się na czajnik, po czym sięgnęłam po książkę - a w zasadzie opasłe tomisko. I wsiąkłam.

Pierwsze wrażenie: Książka jest cudownie napisana, nie da się ukryć, że autorzy nie tylko znają się na rzeczy, ale przede wszystkim rozumieją jak to jest być rodzicem, a nie tylko lekarzem, który zaleca praktyki wyrwany z kontekstu "życia dziecka". Wszystko tam ma sens. Logicznie wyprowadzone tezy prostymi tak naprawdę argumentami stają się oczywiste.

A teraz trochę szczegółów.
Książka naprawdę ma te niespełna 800 stron, więc na całe szczęście papier jest najprostszy a okładka przyjemnie matowa lecz miękka, by nie dodawać jej kilogramów. Ma służyć, być w użyciu, a nie stać na półce, więc super.

Dla wygody mamy tutaj bardzo złożony podział.:
- 5 części: Początki podstawy opieki nad dzieckiem, Karmienie i odżywianie dziecka, Współczesne rodzicielstwo, Rozwój i zachowanie małego dziecka, Bezpieczeństwo i zdrowie dziecka.
- Każda z części ma rozdziały - wszystkich razem jest 28. Średnio 5-6 rozdziałów.
- Każdy jeden rozdział ma jeszcze swoje podrozdziały: przypada średnio koło 10 podrozdziałów na jeden rozdział.
- Plus na końcu siatki centylowe dla chłopców i dziewczynek oraz Indeks.

W środku znajdziemy nie tylko suchy tekst, ale też staranne rysunki (jakby ołówkiem) oraz ramki, w których odseparowano tekst dodatkowy.

Ciekawą formą jest potraktowanie pewnych aspektów danych tematów jako odpowiedzi na pytania, które mogą (i najczęściej tak jest) nurtować rodziców.

Czcionka jest przyjemna, dobrze się czyta, a tekst podzielono na dwie kolumny na stronie, przez co nie tworzy się nam obraz rozmytej plamy tekstu. Optycznie widzimy "kratkowany" tekst, jakby w blokach i możemy łatwiej ogarnąć wzrokiem kawałek tekstu dotyczący danego tematu.






To tyle jeśli chodzi o techniczne aspekty książki. A jak ja ją odebrałam? 
Przede wszystkim jest kompetentna. Autorzy (o których wiemy, że nie tylko jedno trzech z nich jest pediatrami, a czwarte doradcą laktacyjnym, ale przede wszystkim są rodzicami) sami piszą o sobie w pierwszych słowach książki: "My nie tylko napisaliśmy tę książkę - my ją także przeżyliśmy". Nie unikają trudnych, niewygodnych tematów. Jeśli w jednym miejscu zagadnienie tylko zostało poruszone, Czytelni od razu zostaje poinformowany gdzie znajduje się jego rozwinięcie. 

Prawie fizycznie wyczuwa się spokój.  Czytasz i się uspokajasz, bo okazuje się, że mimo niewiedzy na dany temat, intuicja Cię nie zawiodła. A jeśli zaprowadziła Cię jednak na manowce, to nic straconego, można jeszcze skorygować błąd, bo przecież ludzką rzeczą jest błądzić. Ale trzeba umieć się też przyznać przed sobą do błędu i zacząć pracować nad tym, by go naprawić. Jednak jest też bardzo ważna rzecz: nie odkładamy tego na jakieś fikcyjne "jutro"!

W sposobie, w jakim Searsowie się wypowiadają, wyczuwamy dużą empatię i zrozumienie dla rodziców, którzy nie mają kompletnie doświadczenia. Pokazują ogromne zalety rodzicielstwa bliskości, podając kolejne argumenty, które świadczą o tym, że nie ma szans, by samo rodzicielstwo bliskości mogłoby rozpuścić dziecko, czy utrudnić uczenie samodzielności. Oczywiście mówimy tu o mądrym rodzicielstwie bliskości a nie trzymaniu dziecka na smyczy, tłamsząc go. I to nie tak, ze jest to jakaś trudno wyczuwalna granica. Myślę, że jest to dość intuicyjna sprawa. Ale w razie obaw - cała książka jest jakby opatulona mądrym podejściem do rodzicielstwa bliskości. Przez to jest bardzo naturalna. Nie mamy poczucia, jak w przypadku innych książek-poradników, że coś nam zgrzyta. Jakbyśmy nie były do końca przekonane, że dana metoda jest słuszna i zadziała. A jeśli zadziała, to czy przypadkiem nie zostawi po sobie "rannych"...

Tak jak pisałam wcześniej - dzieje się to za sprawą naturalności i logiki w rozumowaniu i prezentowaniu argumentów przez Autorów. Po prostu czytając czuję się zaopiekowana. A to niezwykłe uczucie, kiedy jest się mamą. Zwłaszcza, kiedy dotyczy to poradnika dla rodziców.


Moja ocenaBardzo polecam. Książka jest wybitna. Obszerna, chociaż nie męczy nas bzdurnym wodolejstwem, z którego nic nie wynika, a jest to rzetelna wiedza, chociaż przelana na papier w bardzo przystępny sposób. Często łopatologicznie, chociaż nie jest to wada, bo czasem naprawdę rodzice potrzebują tego, zwłaszcza jeśli chodzi o żywienie -przynajmniej tak widzę z mojej perspektywy. Poza tym obrazki, ramki - wszystko sprawia, że łatwiej się czyta. 
Tytuł: Księga Dziecka. Od narodzin do drugiego roku życia
Autor: William, Martha, Robert, James Sears
Wydawnictwo: Mamania
Rok wydania: 2017
ISBN:
9788365087904
Oprawa: miękka (okładka klejona z elastycznymi okładzinami)
Liczba stron: 800

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mamania:

http://mamania.pl/ 

poniedziałek, 27 lutego 2017

Z cyklu "oczekuję": [ZAPOWIEDŹ] nowej "Księgi Dziecka". Sears.

Sears. Mówi Ci to coś?

Nie wiem, czy musi coś mówić. Jeśli cokolwiek Ci to mówi, to wiedz, że już znalazłaś drogowskaz do właściwej drogi (teraz tylko pytanie, co z tym zrobisz).

Jeśli jednak nic Ci to nie powiedziało - to nic. Ważne, że teraz już tu jesteś i dowiesz się wszystkiego. Otóż jest to naprawdę fachowa, rozumiejąca potrzeby współczesnych rodziców rodzina. Rodzina Sears: pediatra i pielęgniarka (+doradczyni laktacyjna). No i ośmioro dzieci (a dwoje z nich do pediatrzy). Nie wiem, czy trzeba mówić coś więcej, by człowiek nabrał pewności, że jeśli piszą o dzieciach, to nie jest to wyssane z palca. 



Napisali oni niejedną książkę w temacie rodzicielstwa, w tym także "Księgę Dziecka. Od narodzin do drugiego roku życia". Jak sobie można wyobrazić jest to książka, która mierzy się z wieloma zagadnieniami, które męczą rodziców. Przede wszystkich tych niedoświadczonych. Ale jeśli jesteś rodzicem po raz drugi, jak ja - i tak bądź przygotowana na to, że wszystko może Cię zaskoczyć. Literalnie: wszy-stko. A wtedy oczywiście rzucasz się na laptopa i szukasz w Internetach, skąd się wzięła ta czerwona kropka i dlaczego dziecko nie chce jeść, skoro pierwsze ciupało ostro, co się mu pod nos wcisnęło. No, a w Necie, rzecz jasna, brud i smród. I jak tu znaleźć wiarygodną odpowiedź, zwłaszcza dotyczącą zdrowia i pielęgnacji małego dziecka?

Na dniach dosłownie, bo 1 marca - premiera zaktualizowanej wersji tej książki, o dokładnie identycznie brzmiącym tytule: "Księgę Dziecka. Od narodzin do drugiego roku życia". Jeśli jej nie masz, wcale nie musisz jej mieć. To nie tak, że sobie nie poradzisz. Z pewnością dasz sobie radę. Ale ja wolę sprawdzoną treść na papierze od niepewnych tekstów z często wykluczającymi się danymi z Internetu. A Ty? 



PS. Jeśli jesteś fanką Rodzicielstwa Bliskości... No cóż, to chyba jednak musisz ją mieć u siebie na półce :)

Od wydawnictwa Mamania!

http://mamania.pl/
 

piątek, 23 grudnia 2016

Idą Święta! Miej się na baczności, mamo!


Każda mama wie, że czas przedświąteczny to przede wszystkim góra pracy. Najpierw sprzątanie - zwłaszcza przy małych dzieciach jest niezłym wyzwaniem. Sztuką jest zrobienie jakichkolwiek porządków bez tworzenia w tym czasie chaosu w innym miejscu domu. Później przygotowywanie wieczerzy wigilijnej. Jednak w całym tym rozgardiaszu przedświątecznym może umknąć kilka ważnych kwestii, na które mama (tu chodzi głównie o dzieci do lat 3) bezwzględnie powinna uważać.



#1 Choinka


Przystrojona na miarę możliwości dzieci, oczywiście. To znaczy: głównie ozdoby robione w przedszkolu lub w domu, pierniczki, cukierki i wszystko, co dalekie jest od inspiracji na Pintereście pokazujących skandynawskie wnętrza podczas Świąt.

Jeśli masz małe dziecko, ważne, by na choince nie pojawiły się szklane bombki. Szkoda by było je stłuc, po pierwsze. Po drugie – i chyba ważniejsze – istnieje ogromne ryzyko, że nie zauważysz brzdąca, który wkłada taką do buzi. Bombki szklane są cieniusieńkie. Nawet maluch mający trzy zęby potrafi się do takiej dobrać.

Choinka to też często bardzo małe ozdoby. Mimo, że dwuletnie dziecko już nie wkłada wszystkiego do buzi, to jednak wciąż lubi się bawić małymi elementami. Często koło ust. I robi to bezwiednie. O młodszym nie wspominam.

No i światełka. Jeśli choinka jest na podłodze, rozważ zawieszenie światełek trochę wyżej. Już raczkujące dziecko dopadnie kabelek i zaintrygowane kolorowymi światełkami będzie chciało się temu bliżej przyjrzeć. Dalszy scenariusz jest przewidywalny. Bezpieczniej będzie choinkę umieścić na wyższym podeście, czy niskim stoliku, by ograniczyć dostęp malucha do choinki w ogóle.

Choinka, jak się okazuje, może przynieść więcej kłopotów niż radości. Dzieci ciut starsze muszą uważać, by jej nie przewrócić, a młodsze, by podczas pełzania czy raczkowania nie skosztować igieł upadających ze żywej choinki.


#2. Menu świąteczne pod lupą.



Często nawet nie rodzice, ale na przykład dziadkowie sądzą, że skoro dziecko już w zasadzie może wszystko jeść, to oznacza to dosłownie wszystko. Nie. A wieczerza wigilijna pełna jest zakazanych produktów.

- karp – jest rybą tłustą o drobnych ościach, więc odpada. Świąteczną rybą jest także śledź. Niestety również jest zbyt ciężkostrawny. Co nie znaczy, że dziecko nie będzie mogło zjeść ryby w ogóle. O ile skończyło pół roku, może zjeść gotowaną, chudą rybę (np. po grecku, z warzywami). Pieczoną jednak dopiero 11-miesięczny bobas może zajadać.

- pierogi lub uszka z kapustą i grzybami – o ile ciasto byłoby nieszkodliwe, o tyle kapusta i grzyby mogą przynieść wam w nocy ostrą jazdę bez trzymanki z powodu bólów brzuszka.

- kapusta z grochem – ciężkostrawna, wywołująca wzdęcia potrawa.
- sałatka jarzynowa z majonezem. - tylko bez majonezu, bez groszku konserwowego, kiszonych ogórków i kukurydzy konserwowej, którą czasem niektórzy dodają.
- ciasta z masą, ciasta z margaryną, makowiec, sernik, piernik, ciasta zawierające bakalie czy miód – w zasadzie żadne nie będzie dobre dla niemowlęcia, ale jeśli chcesz się uprzeć, przygotuj sobie dietetyczny biszkopt. Starsze dziecko, do lat 3 może zjeść sernik a nawet trochę makowca. Starszak może już jeść piernik, ale w niedużych ilościach. Miód i przyprawy korzenne nie zaszkodzą mu, o ile dziecko już wcześniej próbowało i składniki te zostały sprawdzone jako niewywołujące reakcji alergicznej (od 2 lat można próbować sprawdzać).

Za to dziecko spokojnie może pić kompot z suszu już od 8 miesiąca czy wypić trochę barszczu (niemowlę nie może pić kiszonego).


#3 Gwiazda betlejemska
 


Większość z nas kupuje ją w okresie Świąt. Ale uwaga – białe mleczko, które wypływa przy przełamaniu liścia jest bardzo trujące. Poczęstowanie się opadłym listkiem może skończyć się bardzo źle.


#4 Słodycze



Święta bez słodyczy? Większości z nas wydaje się to istną katorgą. Kwestią nie do przejścia. Na choince, w prezentach, ciasta na stołach... A kiedy ty, matka, gonisz wokół stołu, by wszystkim dogodzić, dziecko podbiera cukierki z choinki czy chrupie w kącie czekoladowego Mikołaja, który nota bene tylko z nazwy jest czekoladowy.

Oczywiście, że na twojej choince nie musisz w ogóle wieszać pierniczków czy innych słodyczy. O słodkościach w paczce nie wspominając. Ale wystarczy, że zagadasz się z bratową u teściów, a dziecko – za przykładem innych dzieci – spałaszuje połowę słodkich ozdób z babcinej choinki. Pytanie, co robisz. Czy reagujesz z pierwszym cukierkiem („To ostatni z choinki, bo będzie cała goła!”), czy odpuszczasz i machasz ręką, myśląc: „no dobra, raz w roku możemy zrobić wyjątek od tych słodyczy”? Oczywiście możecie zrobić wyjątek, pozwalając dziecku na trochę więcej, ale jeśli zamkniesz oczy na całą garść papierków po cukierkach, to – wierz mi – czekają cię trudne Święta. Możesz zapomnieć o zjedzonym obiedzie, przyzwoitym podwieczorku czy kolacji. Mowy nie ma. Ale to dopiero początek. Dziecko będzie tak rozdrażnione, że nie będziesz się z nim w stanie porozumieć i czegokolwiek od niego wyegzekwować. Czy muszę wspominać o tym, jak będzie wyglądało przekonywanie go, że czas do łóżka? Jeśli jednak jakimś cudem uda ci się go tam zagonić bez dantejskich scen, będzie problem z zaśnięciem. Tak działa cukier. W zasadzie na większość z nas. Tylko dla nas, dorosłych, dawka doprowadzająca do tego stanu musi być znacznie większa z racji większej wagi.


#5 Zaniedbanie



Lepienie uszek, pierogów, robienie masy makowej, pieczenie placków, strojenie choinki, porządki... to wszystko zajmuje nasz czas. Tak już jest, jeśli nie chcesz w pobliskim markecie kupować gotowców. A jeśli dodatkowo masz malucha, który połowy dań nawet nie będzie mógł skosztować, chcesz mu to zrekompensować przygotowując zwykły barszczyk z kluseczkami (bez nadzienia lub z nadzieniem mięsnym – własnej roboty)... zaczyna nie tylko brakować czasu, ale i rąk. Starszak więc zamiast się ucieszyć magiczną atmosferą, najprawdopodobniej udzieli mu się twoja nerwowość i rozdrażnienie. I albo schowa się gdzieś w kąciku ze swoimi smuteczkami, albo za wszelką cenę będzie chciał zwrócić na siebie twoją uwagę. Jak raz podasz kupne uszka, świat się nie zawali. A malcowi najprawdopodobniej będzie totalnie wszystko jedno, czy uszka będą kupione, czy zrobione przez ciebie. Poza tym następnym razem spróbuj je przygotować nieco wcześniej i zamrozić.


#6 Przebodźcowanie



Czas Świąt jest niezwykły. Tyle się dzieje, że czasem my, dorośli, jesteśmy tym zmęczeni. Tu wigilia, potem świąteczny obiad, goście jedni, drudzy. Albo wy jedziecie w gości. I wciąż stół, jedzenie, kolędy, harmider, dzieciaki szaleją, dorośli się śmieją, w tle czasem jeszcze ktoś lubi włączyć telewizor, jakby cała ferajna za mało hałasowała.

Z dzieckiem – nieistotne czy to niemowlę, czy trzylatek – będzie problem. Ono nie jest w stanie ogarnąć tyle wrażeń. Hałas, kolory, światełka... to wszystko bardzo szybko męczy takie maluchy. Im mniejsze, tym szybciej. Ważne, by w porę zauważyć, że dziecko ma już dość i trzeba się ewakuować. Tu nie zadziała system: „im bardziej zmęczone, tym szybciej zaśnie i dłużej będzie spać”. Tu to zmęczenie wynika z przebodźcowania. Dziecko będzie miało trudności z zaśnięciem (powinno mieć czas na wyciszenie się), a sen będzie niespokojny, nerwowy. Niewykluczone, że maluch będzie się budzić w nocy z płaczem, jakby dręczyły go koszmary. Co nie jest takie nieprawdopodobne.




Ważne, by Świąt nie rozpatrywać pod kątem zaangażowania się w nie w stu procentach. Przy małych dzieciach bardzo trudno o przygotowanie wszystkiego tak, by nie odbiło się to na dzieciach. One wymagają uwagi i opieki. Lepiej poświęcić im czas. Odpuścić makowiec na rzecz wspólnie wypiekanych pierniczków, a piękne ozdoby choinkowe zachować na czasy, kiedy dzieci będą rozumiały, że się ich nie je. Święta to czas dla rodziny. Dzieci urosną i pozwolą przygotować ci wspaniałą wieczerzę i odstrzelić dom na błysk. Cieszmy się Świętami, a nie marnujmy energii na stres i nerwy podczas przygotowań.

Jesteście jednymi z "obudzonych", czy może już to wiecie? A może macie jeszcze jakiś podpunkt do dodania?

poniedziałek, 7 listopada 2016

7 listopada - Obywatelka Matka w 100club.pl

7 listopada 2016 r.
Poniedziałek



Mania: 6 miesięcy, 3 tygodnie i 2 dni
Bu: 3 lata, 3 tygodnie i 1 dzień
Waga: Nie wiem i olewam. Na razie. Bo waga zepsuta.
Pogoda: Taka, że nawet nie wiem, jak ją wiernie opisać. Jest tak koszmarnie mokro, szaro, mgliście i zimno, że nawet nie chcę patrzeć w stronę okna.





09:04


Mam newsa.

Nie, nadal jestem chora. Już trzeci dzień nie widać poprawy. A nawet momentami mam wrażenie, że jest gorzej. Słabo mi, łepetyna pęka, gardło przy odkrztuszaniu boli niczym otwarta rana, z której próbujesz zdjąć plaster. Znacie ten ból, kiedy kaszel nie chce się oderwać? Ty próbujesz, chociaż ból wyciska łzy, a tam w gardle nie chce się to pieroństwo oderwać i "wisi", a ty nie możesz mówić, bo flegma zalega gardło? No, to teraz tak mam. Plus katar i gorączkę wieczorami.

eR. polecił mi koniecznie umówić się do lekarza. Tylko gorzko się zaśmiałam. Nie zrozumiał.
Kto próbował do przychodni dzwonić rano w poniedziałek, ten wie, o czym mowa. Ale próbuję.
Zresztą, co mi lekarz powie. "Wyleżeć się, wygrzać, spocić, nie wychodzić z łóżka, wietrzyć dom i brać coś na dolegliwości objawowe: na gardło, na ból, na gorączkę..." Tylko, że ja nie mam możliwości się wyleżeć. A to oznacza, że przy najlepszych chęciach będę się leczyć jeszcze ładnych kilka dni. Jak nie tydzień, bo siekło mnie na ostro.



Ale wracając: mam newsa. Dzisiaj ja, Obywatelka Matka, debiutuję na portalu www.100club.pl  To takie bardzo przyjemne miejsce w sieci, gdzie znajdziecie dużo przydatnych artykułów dotyczących samego życia, relacji międzyludzkich, zdrowego trybu życia i pasji... Zresztą, sami możecie przeczytać o tym tutaj.

Co konkretnie wyprodukowałam? A taki artykuł, który miał trafić tutaj, ale poleciał tam. Jak wychować dziecko - 10 zasad, które uczynią cię lepszym rodzicem. Zaglądajcie, może polubicie, skomentujecie?


poniedziałek, 12 września 2016

12 września - Trzymam się




12 września 2016 r.
Poniedziałek


Mania: 4 miesiące i 3 tygodnie i 7 dni
Bu: 2 lata 10 miesięcy, 3 tygodnie i 6 dni
Waga: 59 kg
Pogoda:  Upalna ze zdecydowanie chłodnymi porankami. Wrzesień.



13:16


Trzymam się. Minął dopiero tydzień a ja nie mam dość. Czuję się świetnie. Mimo zmęczenia ćwiczeniami, czuję, że w środku mam więcej energii do wytrwania, działania. Mam w sobie dużo pozytywnej energii. I najlepsze jest to, że już po dwóch dniach czułam się lepiej. Nic, tylko polecać.

Szklanka soku pomarańczowego na czczo lub do śniadania. Potem śniadanie: muesli z orzechami i malinami. Z maślanką. Moje ulubione i wciąż nie do zdarcia.

Potem trzeba dzieciaki zapakować do wehikułu i doturlać się do Przedszkola. Całe pół godziny w drodze z jujczącą po drodze Manią. Cóż, siedzi bidula na tylnym siedzeniu sama i nie ma jej kto włożyć smoczka do buzi. Pierwsze życiowe przeciwności losu, życie ją nie rozpieszcza, co?

Potem rychły powrót do domu. Drzemka w wózku w ogrodzie, póki pogoda na to pozwala a wtedy ja zostawiam wszystko i ćwiczę, nerwowo spoglądając w stronę wózka, czy się wybudzi - jak zwykle - po pół godzinie i będę te ostatnie 10 minut dramatycznie łatać. Oczywiście, dziś też się obudziła. Nie ugrałam żadnej minuty dłużej. Udało mi się zabawiać ją krzywymi uśmiechami, dysząc jak lokomotywa i wymachując kończynami na wszystkie strony świata. Dociągnęłam zwłoki do końca programu treningowego. Zaczął się drugi tydzień ćwiczeń, a już waga spada.



Drugie śniadanie jem już jak wezmę prysznic. Da się? Da. Dzidek ląduje z bujaczku z "czasoumilaczami" przywieszonymi do specjalnej obręczy. I asystuje mi w łazience śmiejąc się do mnie przez szybę prysznica.

Potem odwiedzam babcię i tak sobie przebimbamy te dwie godzinki. Maniula idzie spać. W domu chłodek, okna pozamykane i pozasłaniane. Teraz czas na moją kawę. I książkę. Na nowo wciągają mnie naukowe pozycje, muszę odpocząć od tych nic-nie-wnoszących-szmatławców-tak-zwanych-bestsellerów.

Kiedy Maniula się obudzi, zje jakiś "owocek" i ogarnę dom. Przy niej prościej coś zdziałać, nawet jak marudzi, niż jak śpi, bo ostatnio ma bardzo delikatny sen. Chyba weszła w kolejny skok rozwojowy. Chociaż ja się zastanawiam kiedy wyszła z poprzedniego, jakoś wszystko mi się zlepiło.


13:28


Bu przeżywa fascynację farbami i kredkami. I ciastoliną. Trwa to już bardzo długo, ale widać, jak nieprawdopodobnie poszła do przodu manualnie. Kupiłam jej malowankę XXL.Znacie? Taką podłogową. Leży, maluje i dziecka nie ma. Maniula za to jest podwójnie, za nie obydwie.

eR. wspominał kiedyś o puzzlach: jak on by to nie układał tych tysiąc-coś-tam. Tak siąść i układać taki duuuuuży obraz. No to mu na rocznicę kupiłam. Dopiero teraz do nich siadł. Ale jak siadł, tak wsiąknęło go. Przyrósł do krzesła. W kuchni, bo oczywiście cały duży dom, a on na stole w kuchni musiał. I oczywiście paraliż, bo "nie dotykaj", "nie grzeb mi tu", "ej,bo się pogubią", "tylko, żebyś mi tego nie chowała przypadkiem". Oczywiście, że puzzle chowam przypadkiem. Ale puzzle są dobre nie tylko dla dzieci. Fantastycznie poprawiają koncentrację, zdolność uwagi, spostrzegawczość i logiczne myślenie. Dla kogoś, kto głownie pracuje fizycznie, to bardzo dobra rozrywka, która odciąża ciała i angażuje głowę. Najlepszy wypoczynek, który równoważy wysiłek tygodnia. Niech ma.


* * *

Stoimy przed kościołem z wózkiem.
Bu: Bolą mnie nogi.
eR.(szeptem): To usiądź mi na stopach.
Bu: Tatuś, nie mogę. Nie widzisz, że mam dużą pupę?

(stłumiłam śmiech)
eR. popatrzył na mnie z wyrzutem.
Ja: No co?
eR.: Ona to ma po tobie.



wtorek, 23 sierpnia 2016

Czego nauczy cię dziecko zanim skończy trzy lata?

 

10 rzeczy, które może nauczyć cię dziecko nim skończy 3 lata



Ciekawe, że zawsze nam, rodzicom, wydaje się, że to my czegoś musimy uczyć nasze pociechy. Od samego początku to my pobudzamy je do rozwoju fizycznego. Potem staramy się rozwijać w nich różne umiejętności od poprawnego mówienia, trzymania kredki, przez ubieranie się, samodzielne jedzenie i mycie zębów na  umiejętnościach społecznych kończąc. Bo przecież chcesz, by za sobą sprzątało, umiało zachować się w towarzystwie, powinno też umieć się dzielić, przegrywać (ale wygrywać też trzeba się nauczyć, btw), bawić z innymi i słuchać starszych. Chcesz, by miało poukładane w głowie, dobre priorytety, by było ambitne, empatyczne, miało różne zainteresowania... Tego też w pewien sposób uczy się od nas. Ono się uczy, a my go uczymy. Ale dzieci tak naprawdę bardzo wielu rzeczy potrafią nauczyć swoich rodziców...

O ile rodzice chcą się czegoś nauczyć.




1. Poświęcenie

 



To jest właśnie to, czego wiele kobiet się boi. Bo kiedy patrzysz na to z zewnątrz, myślisz: "Podziwiam, ja bym nie mogła/ nie dała rady". A potem okazuje się, że nie wyobrażasz sobie, by postąpić inaczej. Mniej egoistycznie. Jeśli przed dzieckiem był mąż, to już wiesz, co znaczy z miłości odmówić sobie ostatniej kostki czekolady, wstać i przygotować dla was kolację pomimo zmęczenia i tak dalej. Ale to nawet nie jest ułamek tego, co potrafisz jako matka zrobić dla swoich dzieci. I - uwaga - to wbrew pozorom przychodzi stosunkowo łatwo.



2. Cierpliwość

 



Klasyk. Jeśli zawsze miałaś wszystko zaplanowane co do minuty, teraz możesz być nieco rozczarowana. Dziecko nie tylko całkowicie zmieni ci grafik, uniemożliwiając wypicie porannej ciepłej kawy, która nota bene wśród mam małych dzieci stała się synonimem luksusu. Dziecko przede wszystkim potrafi zmieniać swój grafik średnio raz na dwa tygodnie. I ma w nosie to, czy się na to zgadzasz. A im dziecko starsze, tym bardziej testuje nasza cierpliwość. Tutaj cudnie o tym pisze Joanna z raptularius-matris.blogspot.com. Tak czy inaczej, jeśli jesteś matką, pierwszą (pomijam umiejętności "fizyczne" krzątania się przy małym człowieczku) nauką zawsze jest cierpliwość.

3. Wielozadaniowość

 




I znów oczywista oczywistość. Najpierw wydaje ci się, że chociażbyś się potroiła, nie ogarniesz płaczącego niemowlaka, sprzątania, gotowania, zakupów... Hormony tuż po porodzie nie pomagają - zawsze ukierunkują cię na dziecko i myślenie o tak przyziemnych rzeczach jak umycie zębów i ubranie się po prostu schodzi na drugi plan. A potem najczęściej masz kryzys, bo poziom hormonów wraca do normy a do ciebie zaczynają docierać bodźce z zewnątrz: jak ogarnąć to wszystko?! W głowie masz chaos. W miarę upływu czasu zaczynasz powolutku ogarniać, aż w końcu wpadasz w rytm, który łączy się z rytmem dziecka. Nie zawsze wszystko idzie perfekcyjnie płynnie i bezboleśnie, ale wiesz, że po prostu panujesz nad tym i masz poczucie, że w końcu nowa rola życiowa wpisała się w twoje życie.


4. Dystans 

 

 

Jeśli to twoje pierwsze dziecko, to pewnie na początku ześwirujesz na punkcie sterylizacji smoczków i butelek, na punkcie snu, karmienia, przewijania, o cyrkach przy kąpieli nie wspominam nawet. Ale w miarę upływu czasu, kiedy pogodzisz się już ze swoją nową życiową rolą, zobaczysz, że nie musisz codziennie gotować dwudaniowego obiadu, codziennie innego, ścierać kurzu i myć okien co tydzień. Nie musisz szaleć. Możesz pozwolić się dziecku wybrudzić i nabałaganić, zjeść czasem batonika i pójść spać trochę później. O ile nie robisz z tego standardu. Ważne stają się szczęśliwe dzieci i szczęśliwy mąż.


5. Empatia w stosunku do dzieci


 


Już w ciąży nie jesteś w stanie oglądać filmów, zdjęci, czytać książek, w których dzieciom dzieje się krzywda. Kiedy już urodzisz, płaczesz przy każdych wiadomościach dotyczących dzieci. Małe, głodne murzyńskie dzieciątka spędzają ci sen z powiek. I tak już będzie zawsze. Pocieszę cię: kiedy urodziłam drugie dziecko moja wrażliwość jeszcze wzrosła. Strach pomyśleć, co będzie w przyszłości...


6. Zdrowe odżywianie

 

 

To jest jeden z tych punktów, które nie są obligatoryjne. Niektóre kobiety źle jedzą w ciąży i źle się odżywiają po urodzeniu. A potem uczą dzieci złych nawyków i tak dalej. Ale jednak wydaje się, że większość kobiet, które spodziewają się dziecka jednak zaczyna myśleć, co wpada im do żołądka, a potem żywi według zaleceń dla niemowląt i dzieci. Nawet jeśli wcześniej na jej talerzu lądowało kiepskie jedzenie. A potem już leci :)


7. Oczy dookoła głowy

 



I wszystko jasne. O ile na początku sama biegniesz, kiedy bobas zakwili, chociaż nie ruszył się z łóżeczka nawet na centymetr, o tyle, kiedy nauczy się chodzić i zaczynają się jego podboje, nie można go spuścić z oczu. I wydaje ci się, że już nigdy nie zrobisz niczego na spokojnie. No chyba, że dziecko śpi. Ale, umówmy się, kto zapieprza po domu, kiedy dziecko na chwilę daje ci wypocząć?! No kto?! 


8. Słuchanie

 

 


To jest jedna z tych rzeczy, której rodzic może się nauczyć i będzie to procentować w przyszłości. Ale może się też nie nauczyć i będzie tego żałować, gdy dziecko będzie starsze. Słuchanie dziecka nie jest trudne, kiedy  wyczekuje się pierwszych słów i zachęca dziecko do mówienia. Ale kiedy trzylatkowi przestaje się buzia zamykać? Pyta o to samu kilkanaście razy, chociaż z dużą, chociaż później już wymuszoną cierpliwością odpowiadałaś prawie za każdym razem? A może wciąż opowiada coś w swoim stylu i nawet nie wiesz, do czego zmierza ze swoją historią, bo nie trzyma się kupy? A może powtarza jakąś frazę z bajki (albo jeszcze lepiej: jakieś jedno słowo) w kółko i nie możesz po prostu nic z tym zrobić? I to jest właśnie ten moment. Kiedy teraz będziesz mówić: "Nie teraz, zaraz", "Uhm..., tak, tak...", "Sekundkę...!" lub "Moment!", który nigdy nie nastąpi, to nie zdziw się, kiedy twoje dorastające dziecko będzie ci serwować podobne hasła, jako synonim: "nie mam ochoty z tobą gadać". Naucz się szanować swoje dziecko, a będzie cię szanowało. Naucz się go słuchać, by kiedyś chciało z tobą rozmawiać.


9. Pilnuj się! Jesteś wzorem

 



To ta zasada, której naukę zapewnia dziecko w każdym wieku. Obserwuje cię cały czas, podgląda twoje miny, słowa, całe zwroty, ale przede wszystkim zachowanie. Jeśli krzyczysz, nie dziw się, że nie ma efektów, kiedy zabraniasz dziecku krzyków. Nie miej pretensji, że przeklina, skoro nie masz oporów używać przy nim niecenzuralnych słów. Ale chodzi też o bardziej przyziemne kwestie jak upominanie dziecka, że chodzi boso w sytuacji, gdy ty śmigasz na bosaka. Bo jakim prawem niby ty możesz, a ono nie? Pamiętaj: w walce "słowa - czyny" zawsze wygrają czyny. I kropka. A skoro tak jest, to twoje zachowanie ma kluczowy wpływ na wychowanie latorośli. Taki wniosek.

 10. Rozsądek (odpowiedzialność)

 



Bardzo ważna sprawa. Kiedy na świat przychodzi dziecko od razu czujesz się za nie odpowiedzialna. Sama zmiana diety świadczy o tym, że rozsądek powoli zaczyna brać górę nad szaleństwem i beztroską. Nawet po ślubie człowiek wciąż czuje się dość swobodnie. Odpowiedzialność za męża to wówczas dość abstrakcyjna kwestia, chociaż bardzo istotna, ale o tym innym razem. Kiedy jednak za horyzoncie majaczy malutki człowieczek, totalnie nieuformowany - jak plastelina, której nadasz kształt wychowując go. I jak tu nie poczuć odpowiedzialności! Chcesz nie tylko dobrze wychować dzieciaka, ale też chcesz jego szczęścia. Pogodzenie tego z czasem wydaje się coraz trudniejsze... Przestajesz myśleć o całonocnych imprezach. Kiedy mama bierze malucha/y do siebie na noc, idąc na imprezę już wiecie, że powinniście się wycofać wcześniej, by się wyspać. Kiedy są dzieci to jest właśnie ten dylemat: świetna impreza do białego rana (a później zdychanie, bo niestety przy małych dzieciach kac już nie jest taki swobodny, że się położysz i w spokoju przemordujesz) czy raczej wczesny powrót do domu, wyspanie się (określenie umowne, jeśli masz małe dzieci) i przywitanie kolejnego dnia z ulgą, że jednak rozsądek poprzedniego dnia zwyciężył. Mnie już pierwsze dziecko nauczyło tego rozsądku. Kac nigdy mnie nie bawił. A kac z małymi szkrabami u boku, to już w ogóle tortury.



To dla mnie najważniejsze kwestie. Czy znacie jakieś równie ważne, o których zapomniałam? Piszcie, czy i Wasze pociechy nauczyły Was tego, czy może część z tych punktów wciąż przed Wami?

piątek, 19 sierpnia 2016

19 sierpnia - przetrwać dzień



19 sierpnia 2016 r.
Piątek


Mania: 4 miesiące i 4 dni
Bu: 2 lata, 10 miesięcy i 3 dzień
Waga: 59, 4 kg
Pogoda: Upał. Może nie ma dramatu, ale jednak szok termiczny po tych ładnych kilku barowych dniach...



21:33


Wczoraj zadzwoniła do mnie przedszkolanka, że Bu obudziła się z płaczem i skarży się na ucho. Kaszle i wydaje się, że ma gorączkę.

Stęknęłam i wymamrotałam, że już dzwonię po męża, by ją wziął.
Rozglądnęłam się: M. miała średnie samopoczucie, ale byłam już nastawiona na robienie knedli i właśnie skończyłam trzeć ugotowane ziemniaki. Na płycie zupa cebulowa potrzebowała jeszcze 20 minut. A w planach miałam jeszcze placki z malinami. Ha. ha.

Ostatecznie przetrwałam natarcie małego nieszczęścia, które od progu śliptało "mamuuuusia...!". Usadowiłam małą na kanapie, włączyłam boskie Shimmer i Shine, które ostatnio Bu lubi zaraz po Dorze,   (na chwilę ucichła fascynacja Blaze i megamaszyny. Pfff! Jaka nazwa!), wcisnęłam w buzię jakiś Ibum i syrop prawoślazowy, przykryłam kocykiem i nakazałam eR, by sobie z nią poleżał.

W trymiga usmażyłam te placuszki z malinami i bananem. Zjadła z pięć. Po godzinie w ogóle nie wyglądała na chorą, ale katar i kaszel trochę ją męczył, więc dziś nie posłałam jej do przedszkola.



Znacie ten ból? Dwójka w domu, z czego jedno jest chore? Bo dziś, mimo że temperatura spadła, to małą Bu była dziś miaucząca, pojękująca o byle co, z płaczem przy byle niepowodzeniu. M., umówmy się, też nie była swoja najlepszą wersją. Raczej tą, która mało śpi i jest pogoda, o ile chce się jej być pogodną. A dziś średnio jej się chciało. Nie bardzo miała ochotę na polegiwanie na tzw. placu zabaw, czyli takiej okrągłej macie z "rusztowaniem" a la namiot, na którym wiszą różne cudeńka pobudzające zmysły dziecka. Niechętnie też bujała się w bujaczku. Generalnie, jakby rzucała palenie.

A to wszystko daje razem... mnóstwo przekleństw w myślach, bajek na uspokojenie i noszenie na rękach. Dobrze, że były też dobre momenty. Głównie rano, bo było znośnie na zewnątrz. Potem zaczął się upał i problemy. Ale do południa było zbieranie malin, spacerek, praca twórcza, jak malowanie farbami, wycinanie, klejenie i rysowanie.

Tak czy inaczej, musiałam odreagować: pojechałam do rodziców podlać im kwiaty (wyjechali na wakacje), wyzbierać im maliny i śliwki, bo mają dużo i tylko się zmarnują nim przyjadą i na zakupy. Bo nie znoszę robić ich w sobotę. Wszyscy robią wtedy zakupy. Nie można nigdzie zaparkować, w samym sklepie brakuje koszyków i wózków, kolejki do kas przyprawiają o mdłości i człowiek ma wrażenie, że jest w ulu. I chce się z niego wydostać. Też tak macie? Dlatego przestawiłam się na piątek. Ale nie późnym wieczorem, bo inaczej nie uświadczy już chleba, warzyw, owoców, mięsa... Raz się wybrała o takiej porze i już wiem na przeszłość.


Tak czy siak: od razu lepiej mi się zrobiło. Przetrwaliśmy ten dzień.


PS. Przyznać się, kto zamiast pić zimnej kawy podgrzewa ją w mikrofali?


niedziela, 24 lipca 2016

Foteliki samochodowe - wszystko, co należy wiedzieć

Foteliki samochodowe - wszystko, co należy wiedzieć

/artykuł sponsorowany/


Fotelik jak i wózek to temat rzeka, kiedy zaczyna się przygodę z kompletowaniem wyprawki dla dziecka. I jeśli wszystko musicie zakupić sami, fotelik ex aequo z wózkiem potrafią mocno nadszarpnąć budżetem. Jednakże bezpieczeństwo malucha jest najważniejsze, a na tym naprawdę nie warto oszczędzać. To się zawsze zemści. Kupisz tańsze śpioszki, darujesz sobie najdroższe kosmetyki na rzecz tańszych (niekoniecznie gorszych), ale fotelika po prostu musisz być pewna.



Dziś uświadomiłam sobie, że za tydzień będę zawozić Starszą Córę do Klubu Malucha. Co więc zrobię z małym 3-miesięcznym Bąbelkiem? Zabiorę ze sobą, oczywiście. Jak? W foteliku. To także wydaje mi się oczywistą oczywistością.

A jednak nie dla wszystkich i nie zawsze. Dlatego dziś poruszę temat fotelików samochodowych. Lekkomyślność niektórych ludzi, którą w wielu przypadkach należałoby nazwać po prostu głupotą, potrafi zatrważać. Stąd mój wpis: zebrałam najważniejsze informacje, które moim zdaniem odgrywają kluczową rolę przy zakupie fotelika.




Fotelik: tak czy nie?


Muszę przyznać, że włos się jeży na głowie, kiedy słyszy się o rodzicach przewożących maluchy na kolanach. Może kiedyś to było dopuszczalne, lata świetlne temu, kiedy samochody należały do rzadkości, nie były w stanie osiągać takiej prędkości jak te obecnie, więc i wypadki z ich udziałem należały do rzadkości. Czasy się zmieniły. Obecnie bezpieczna podróż samochodem nie zależy jedynie od ciebie, jako uważnego, ostrożnego i odpowiedzialnego kierowcy. Czasami ty jesteś ok, ale inny kierowca już nie. Nie można liczyć tylko na siebie: „Przecież jeżdżę ostrożnie”. Albo gorzej: „Przecież to poboczna droga i bardzo krótki odcinek!” A guzik. Najwięcej wypadków ma miejsce właśnie na takich drogach. Ciekawe, że właśnie im wyższa kategoria drogi, tym wypadków jest mniej a i wzrasta stosowanie fotelików: drogi powiatowe (80%), drogi ekspresowe (100%) i autostrady (96%)1. A to nie wszystko: dzieciaczki są tak kruchymi istotkami a ich kręgosłup tak delikatny, że niebezpieczne może być także nagłe hamowanie. A one są za małe, by mógł ich chronić zwykły pas bezpieczeństwa: potrzebują fotelika, który będzie tak zaprojektowany, że uwzględni ich wzrost, wagę i proporcje w stosunku do osoby dorosłej.

Poza tym prawo stoi po stronie maluchów: foteliki to absolutna konieczność. Artykuły 39 i 45 kodeksu drogowego mówią:

Art. 39
Ust. 3. W pojeździe samochodowym wyposażonym w pasy bezpieczeństwa dziecko w wieku do 12 lat, nieprzekraczające 150 cm wzrostu, przewozi się w foteliku ochronnym lub innym urządzeniu do przewożenia dzieci, odpowiadającym wadze i wzrostowi dziecka oraz właściwym warunkom technicznym.
Ust. 4. Przepis ust. 3 nie dotyczy przewozu dziecka taksówką osobową, pojazdem pogotowia ratunkowego lub Policji.

Art. 45
Zabrania się:
[...]
Ust. 4 przewożenia w foteliku ochronnym dziecka siedzącego tyłem do kierunku jazdy na przednim siedzeniu pojazdu samochodowego wyposażonego w poduszkę powietrzną dla pasażera;
Ust. 5. przewożenia, poza specjalnym fotelikiem ochronnym, dziecka w wieku do 12 lat na przednim siedzeniu pojazdu samochodowego.

Brak fotelika to złamanie przepisu, czyli mandat w wysokości 150 zł i 6 punktów karnych. Tylko czy chodzi o uniknięcie mandatu czy o bezpieczeństwo dziecka? No właśnie.

Nie wszystko złoto co się świeci


Wchodzisz do sklepu z artykułami dla dzieci i kierujesz się w stronę fotelików. Stoisz naprzeciwko paru ciągnących się wzdłuż sklepu rzędów fotelików i nie możesz pozbierać myśli - taki wybór. Zgłupiałaś. To normalne. To nie działa tak, że masz jeden model, a ty będziesz mogła wybrać jedynie kolor. Sprawa jest bardziej skomplikowana. Bo nie każdy ładny fotelik spełnia kryteria, przechodzi wzorowo różne testy a przy tym jest lekki. Niestety najczęściej estetyka nie idzie w parze z gwarancją bezpieczeństwa.

Co to znaczy: bezpiecznie?


Europejska Norma Kontrolna (ECE) R44/04 wyznacza jedynie minimalny poziom bezpieczeństwa fotelików. Nie jest restrykcyjny, więc producent nie musi się wysilać. Pal sześć producenta. Tu chodzi o dziecko. Pytanie więc, czy nas interesuje minimum, czy maksimum w kwestii bezpieczeństwa malucha w samochodzie.

Dla najmłodszych dzieci (od 0 kg) wszystkie foteliki z zasady produkowane są tak, by montowano je tyłem do kierunku jazdy. Wynika to z prostej fizyki. Podczas zderzenia czołowego głowa dziecka jest dociskana do oparcia fotelika. My, siedząc przodem do jazdy musimy mięśniami karku „utrzymać” naszą głowę. I jesteśmy w stanie to zrobić, chociaż i tak po zderzeniu najczęściej dokucza właśnie ból karku i głowy. Czyli mamy mocne mięśnie, ale także odpowiednie proporcje głowy do reszty ciała, która jest mała. U dziecka jest odwrotnie: głowa w stosunku do reszty ciała jest duża a i mięśnie karku wciąż słabe. I to właśnie sprawia, że umieszczanie fotelika tyłem do kierunku jazdy powinno trwać co najmniej do 15 m-ca życia. Polecam przeczytać artykuł: Wypadki, a foteliki montowane tyłem do kierunku jazdy

Czyli montujemy tyłem. Możemy także z przodu, o ile jesteśmy w stanie wyłączyć poduszkę powietrzną lub jej nie posiadamy w tym miejscu. Nie wolno tego zlekceważyć, ponieważ poduszka otwiera się nieprawdopodobnie szybko (z prędkością 300 km/h). Musi, skoro sam wypadek trwa czasem kilka sekund i reakcja naszego ciała podczas uderzenia jest równie szybka. Poduszka może nas uratować tylko jeśli nasze ciało uderzy w nią, kiedy ta będzie już całkowicie otworzona. Jeśli taka siła (którą porównuje się do bardzo mocnego uderzenia kijem baseballowym przez zawodowca) uderzy w fotelik - wstrząs mózgu i śmierć. Tego należy się spodziewać. Na myśl o tym człowiek od razu chce przepinać wszystkie foteliki świata z przednich siedzeń na tylne.2

Wspominałam, że jednak fotelik fotelikowi nierówny. Podstawowy certyfikat, o którym pisałam dopuszcza fotelik do sprzedaży. Tyle. A to żadna gwarancja. Foteliki mogą przechodzić wiele testów, które oceniają go w różnych sytuacjach i pod wieloma kątami. Jeśli jesteś na kupnie fotelika przede wszystkim zajrzyj tutaj, a dowiesz się jak poszczególne foteliki sprawdzają się na wielu płaszczyznach. Niestety nie ma tam wszystkich fotelików. Nie jest to na szczęście jedyne źródło. Jeśli jednak są trudności w znalezieniu informacji, jak dany fotelik wypadł w testach, dobrze się zastanów czy go kupować...

Jak kupować foteliki?


Po pierwsze: bezpieczeństwo.
Po drugie: gabaryty. Liczy się waga samego fotelika. Jeśli masz do pokonania schody lub będziesz pokonywać spore odległości dźwigając fotelik, zwróć uwagę czy ma wygodną rączkę i czy nie jest za ciężki (musisz jeszcze dodać rosnącą wagę dziecka).
Po trzecie: cena. Na bezpieczeństwie nie oszczędzamy, ale spokojnie możemy kupić bezpieczny fotelik używany w dobrym stanie. Aby zaoszczędzić można też przymierzyć dziecko do fotelika i jeśli będzie ok, kupić przez internet, co czasem wychodzi nawet taniej z przesyłką.
Po czwarte: IsoFix. Jeśli masz go w aucie – wszystko gra: jest to ponoć najbezpieczniejszy sposób montowania fotelika. Jeśli nie, trzeba pomyśleć o innym.
Po piąte: Czy chcesz, by fotelik był kompatybilny z wózkiem (2w1 lub 3w1). Niestety mało jest takich wózków, które wszystkie elementy mają na podobnym poziomie. Najczęściej właśnie fotelik traci najwięcej. Ale znalezienie dobrego fotelika w zestawie nie jest niemożliwe.


Mnie się udało znaleźć: Jane Slalom i do tego fotelik Jane Strata, który dobrze spisuje się w testach, jest wygodny dla dziecka. Zadowoleni jesteśmy ze wszystkich elementów zestawu. Kupiliśmy używany w rewelacyjnym stanie za pół ceny, chociaż dość ciężki. Jednak w naszej sytuacji waga nie ma aż takiego znaczenia. Tak czy siak., jak to mówią: „Interes życia”.

Foteliki do zakupienia dostępne są m.in. na stronie www.babyland.pl, gdzie znajdziesz naprawdę ogromny wybór, a wybrany przez ciebie model ma zawsze kilka propozycji kolorystycznych, które można wybrać. Wybieraj mądrze!



czwartek, 14 lipca 2016

14 lipca - Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



14 lipca 2016 r.
Czwartek


Mania: 73 dni (2 miesiące i 20 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 29 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Ponuro, deszcz wisi w ciężkim powietrzu, które nie chce wymienić się z dusznym powietrzem w domu. Mimo otwartych na oścież drzwi i okien.


13:34

Mam doła.
Doła..? Serio? Nie wiem, kiedy ostatnio używałam tego określenia. Chyba w liceum.

A teraz przydługa opowieść o tym, skąd to samopoczucie, jak gdyby ktoś usiadł mi na klatce piersiowej. I tylko to przekonanie, że wykłócanie się, zwracanie uwagi tylko pogorszy sytuację i popsuje to, co jest...


Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



Odkąd pojawiło się drugie dziecko jesteśmy tylko my i nasze dzieci. Niewątpliwie najszczęśliwsi szczęściarze. Bo czy może być coś więcej warte niż kochający małżonek, szczęśliwe i zdrowe dzieci? A kiedy dodamy do tego własny kąt (ba, dom i ogród!) i fakt, że niczego nam nie brakuje, można powiedzieć, że opływamy w hollywoodzkie luksusy. I to wszystko mając lat 28. Doprawdy skandal.


Odkąd wyszłam za mąż staram się być dobrą żoną. Odkąd urodziłam Bulinkę także matką, pamiętając przy tym, że wciąż jestem żoną. A ponad tym wszystkim – kobietą, by i siebie nie zaniedbać. Czy jest to takie nadzwyczajne? Na pewno wymaga od kobiety uporu, zaradności, dobrej organizacji czasu i właściwej hierarchii priorytetów, które zmieniają się (lub mogą zmienić) wraz z nową rolą życiową. Tyle. I aż tyle, jak się okazuje.



Moje dzieciństwo, a stosunek do życia



Bez zwątpienia dzieciństwo wpływa na całe życie. W mniejszym lub większym stopniu determinuje nasze późniejsze decyzje czy kierunek jaki nadajemy naszemu życiu. Kropka. Takie są fakty i z tym się nie dyskutuje. Trochę szkoda, bo czasami chciałabym podjąć polemikę i niestety mam poczucie bezsilności wobec tego, co czuję czy co sądzę...

A co to takiego? Zawsze byłam typem wrażliwca, romantyczką, troszkę wyjętą z kontekstu pragmatycznego aspektu życia. Nie byłam oderwana od rzeczywistości, po prostu życie, które wymaga zabiegów typu „zapłacić za obiad w szkole” było poza moim zasięgiem. Robiła to moja siostra. Młodsza. Typowa realistka stąpająca twardo po ziemi.

Mama zawsze miała poczucie, że moja wrażliwość i nieporadność mnie zgubi. I wciąż to powtarzała, dodając: „musisz sobie radzić, przecież nie zawsze będę obok ciebie”. Prawda, ale to nie sprawiło, że stałam się trwalsza, bardziej zorganizowana i praktyczniejsza, bo wiecznie miałam poczucie, że muszę udowodnić, że taka jestem. I to udowodnić mamie. To, że przestała narzekać na moją zbytnią wrażliwość i przejmowanie się wyznaczało poziom dumy, jaki widziałam w oczach mamy. Banał, ale cóż... Zaakceptowałam już fakt, że nie jestem tak wyjątkowa jak mi się zdaje.

Jak to wpłynęło na moje życie? Po ślubie byłam żoną idealną. Dom dosłownie lśnił. Lodówka pełna, pranie zrobione i wyprasowanie, obiad dwudaniowy na stole (nigdy dwa razy to samo), co drugi dzień ciasto. I miałam nerwicę. Ale chyba o tym nie chcę pisać.

Potem zostałam mamą. Szczęśliwą mamą, która walczyła cztery miesiące z koszmarnymi kolkami u dziecka. Dodajmy, że dziecko to potrafiło włączyć takie decybele, że piszczało uszach. A ja musiałam skończyć pisać pracę magisterską i obronić się czym prędzej. Teściowa przyjeżdżała dwa razy w tygodniu, bym mogła pisać. I to te dwa dni, kiedy Buńka była zwyczajnie grzeczna i spała pół dnia. A ja tłumiłam poczucie bycia złą matką, bo ważniejsze było to, by się obronić. Bo mama naciskała: „Obroń się i miej to z głowy”. Niestety sama nie przyjechała ani raz, by zająć się małą, mimo iż mieszkaliśmy wówczas... całe dwieście metrów od moich rodziców. Dziecko nie miało spania, więc rodzice też nie mogli go mieć – wyglądałam jak zombie. Teraz już wiem, dlaczego mama mi nie zaoferowała pomocy. Sądziła, że to kolejny problem, które go nie umiem rozwiązać: dziecko. Jej słowa pocieszenie to: „Przesadzasz, dzieci takie już są”. Wspominałam już jak zareagowała moja rodzicielka na wieść, że jestem w ciąży? "No, tylko żebyś się teraz obroniła...". Zero "super!" czy "gratulacje!". Nawet mój tata się lekko zdziwił. Nieważne już. Powinnam była już wtedy wiedzieć, w która stronę to wszystko zmierza i nastawić się, że teraz dziadkowie (tj. moja mama, bo ona organizuje życie im obojgu) będą pomagać od wielkiego dzwonu, w sytuacjach, które sami zauważą, że bez ich pomocy się nie obejdzie.


Zanim zostaliśmy nuklearną rodziną...



… Buńka była sama. My i ona. Przecież ogarniemy jedno małe dziecko. Bez przesady, prawda? W domu nadal lśniło, pranie na czas, chociaż prasowanie lubiło się skumulować. Obiad był prawie zawsze, chociaż często jednodaniowy. Deser w formie ciasta co tydzień. I nie narzekałam. To była podstawa. Nawet jeśli zdecydowałam się nie kłamać, jak to wszystko z zamkniętymi oczami robię i do tego jedną ręką, prawie zawsze dodawałam, że „wiesz jak jest: różnie, ale staram się ogarniać”. No i nadal miałam nerwicę. Słabo sypiałam.

Bywało, że w kryzysie płakałam, kiedy Bunia szła na drzemkę. Czasem nie tylko wtedy. Dlatego wówczas eR. z własnej inicjatywy prosił swoją mamę, by wzięła Buńkę na kilka godzin do siebie. To trochę pomagało. W miarę upływu czasu, Bulinka rosła i była „prostsza w obsłudze”. Dzięki temu Bunia czasami, jeśli była taka konieczność, zostawała u niej na noc. U moich rodziców niestety rzadko. Natomiast z racji tak małej odległości, często odwiedzałam rodziców. Tak na chwilę, na tak zwaną kawę.

W końcu Bulińcia poszła do żłobka, prywatnego Klubu Malucha, bo nie byłam już w stanie z nią wytrzymać. Miałyśmy się dość: dzień i noc razem przez 1,5 roku. Nie, nie jestem osobą, która spełnia się w roli mamy na pełen etat. Czyli skończył się czas, w którym potrzebowałabym takiego wsparcia jak wzięcie małej do babci. Nawet w wakacje, bo przecież... no właśnie, moi pracujący rodzice zawsze coś mieli. Tuz przez zajściem w ciążę z drugim dzieckiem Buńka (1,7 lata) została na dwie noce z dziadkami, byśmy mogli pojechać na niecałe trzy dni...

Mama do dziś często powtarza, że powinna mi częściej pomagać, ale... no właśnie. Tych „ale” jest tyle, że wolę nie słuchać jak się z tego tłumaczy. Mam przeświadczenie, że to problem młodych dziadków. Nie chodzi o to, że nie akceptują tej roli, ale oni wciąż coś mają ważniejszego niż pomóc swoim dzieciom. Może ja miałam inne wyobrażenie o roli dziadków, bo moi byli dziadkami jak z bajki...

Trudna ciąża ale z happyendem



Moja druga ciąża nie była łatwa, o czym możecie przeczytać tutaj. Zaczęło się wszystko normalnie, ale już w drugim miesiącu wylądowałam w szpitalu. Potem było już tylko gorzej, więc eR. Przejął wszystkie obowiązki, włącznie z tymi dotyczącymi Bulinki. Moi rodzice ją często odbierali z przedszkola, ale po dwóch godzinach eR. brał ją do domu. Umówmy się: nie, żeby się upierał. Już częściej mała lądowała u teściów. Czasem na noc. Ale nie było z nią problemów, bo chodziła do Klubu Malucha. Moja mama – ilekroć Bu u niej spała – powtarzała, jakie to świetne dziecko. Grzeczne, zabawi się cichutko [sic!], nie goni jak wariat, ładni je i śpi. Zero problemów.

- Może teraz twoja mama będzie ją częściej brała, skoro zobaczyła, że H. nie jest problematyczna... - powiedział z nadzieją eR. 
 
Taaa... Kiedy mówiłam mamie, będąc już w domu, że źle się czuję, nie wstaję z łóżka, a eR musi gdzieś jechać i nie mogę zająć się małą, ona na to, że ma po całym tygodniu tyle sprzątania... no i „przecież ona [Hania] jest taka fajna, zabawi się... Nic w zasadzie nie będziesz musiała robić”. Aż kusiło powiedzie: „Jak nic nie trzeba koło niej robić, to dlaczego jej nie weźmiesz? Ty chodzisz, ja mam zakaz chodzenia”. Ale przełykałam łzy i szybko kończyłam rozmowę. A eR. kombinował, czy jego mama nie znajdzie chwili. W końcu ma czternaścioro wnuków. A moja aż trójkę.

Wiem, że moja mama pracuje, a teściowa nie. To z pewnością duża różnica. Już wówczas i kuzynka, i sam eR. przebąkiwał, że mama nawet do Krakowa jeździła siostrze przy dziecku pomagać, a mnie to nigdy... Potem siostra urodziła drugie, więc zrozumiałe było, że trzeba jej pomóc. Nawet jeśli starsze miało skończone 3 lata i chodziło do przedszkola. Ba! Nawet brała wolne, by w tygodniu jej pomóc.

Kiedy moja druga ciąża była na finiszu, mama sama z siebie zadeklarowała kilka dni wolnych i pomoc, bo wiadomo, że z drugim jest inaczej... Ucieszyłam się. Nie brałam pod uwagę tego, że może się wycofać, bo widzi, że przecież ogarniam. A co, mam nie zmieniać dziecku pieluch i nie karmić, żeby miała poczucie, że sobie nie radzę? Mania miała żółtaczkę, nie chciała przybierać na wadze, ja walczyłam z nawałem i jeszcze z obowiązkami domowymi, ale przecież jestem ośmiornicą z kilkunastoma rękami, prawda? Szybko okazało się, że muszę wrócić do szpitala [tutaj więcej, tylko trzeba "przewinąć" relację z porodu]], by mnie „doczyszczono”, bo organizm nie poczuwał się najwidoczniej do tego. Uprosiłam mamę. Wyszłam jeszcze tego samego dnia po zabiegu. Mańka była idealna w tym czasie. Nie wiedziałam jeszcze, że to nie wróży nic dobrego. 


Drugie dziecko otworzyło mi oczy 


Po miesiącu Maniula dostała kolki. I tak do końca drugiego miesiąca się darła od 17:00 do 20:00. Dobrze, że nie od 22:00 do 1:00, jak Bunia. Moja mama zaakceptowała ten fakt, co mnie ucieszyło. Pojawiła się nadzieja, że może raz na jakiś czas przyjedzie do mnie i po prostu mnie odciąży. Teściowa, odwrotnie niż moja mama, nie ma prawa jazdy, więc jest mocno ograniczona pod względem mobilności. Ale niestety. Mama w sobotę ma sprzątanie a w niedzielę zawsze jakiś wyjazd z tatą i moim młodszym bratem. Za to przyjechała siostra z odsieczą. Z dwójka dzieci. Wzięła Bunię i przynajmniej miałam tylko jedno dziecko na głowie. Bo przecież kiedy dziecko ma kolki, ma problemy zarówno z jedzeniem jak i spaniem wciągu dnia.

Ale jakoś to wytrzymałam. To był czas połogu i szalejących hormonów, więc mówiłam sobie, że dopiero po zakończeniu połogu będę mogła trzeźwo spojrzeć na tę sytuację. Teraz czuję się tak otrzeźwiona, że aż boli mnie klatka piersiowa. Znów mam nawrót nerwicy...

Zaczęło się od tego, że chcieliśmy w wakacje chociaż na weekend (tj. piątek wieczór, sobota i niedziela do popołudnia) wyskoczyć. Kiedy adrenalina i połóg się zakończył czułam się coraz gorzej psychicznie i potrzebowałam chwili oddechu. Tylko ja i eR. Ciąża była ciężka nie tylko dla mnie, oboje tego potrzebowaliśmy.

Zaczęliśmy szukać terminu. Okazało się, że wolnych weekendów nie ma za wiele, wyjąwszy te, kiedy nie ma teściowej i mojej mamy... zostały dwa terminy, w tym jeden, który rozpoczynał się wówczas za trzy dni. Ponieważ był to czas, kiedy teściów nie było, najpierw odezwałam się do mojej mamy. Co się nie nakombinowała! Ostatecznie okazało się, że możliwy byłby tylko jeden termin, jeśli chodzi o wzięcie dwójki. Padła propozycja jeszcze, by wziąć jedno w innym terminie, bo będzie już miała dzieci siostry. Teściowie walczą wówczas z miodem (pasieka kilkudziesięciu uli, robią od rana do wieczora - Mania odpada...) Po godzinie, kiedy przemyśleliśmy kwestię, oddzwoniłam. Niestety, termin już nieaktualny za bardzo, bo i w ten weekend przyjeżdżała siostra z dziećmi i będą chcieli gdzieś wyjść. Nie mam pretensji do siostry, bo to mama powinna była powiedzieć jej: wstrzymajcie się z decyzją, bo czekam, czy nie będę mieć wówczas H. i M... Ale nie. Koniec końców pojechaliśmy na jeden dzień, w niedzielę. Poszliśmy w góry. Było super, dopóki nie dowiedziałam się, że Mania się darła (bo moja mama wyśmiała pomysł z zostawieniem mojej bluzki), a Bunia marudziła pół dnia, bo nie chciała nic zjeść..
 
Pisałam, że wcześniej padł pomysł, by w tygodniu zostawić dzieci, bo mama bierze wolne, ale w grę wchodziło tylko jedno dziecko. Jednak po tej nieszczęsnej niedzieli próbowała się wycofać, chociaż chyba  było jej głupio tak otwarcie, więc sami się wycofaliśmy. A mama na to: „jak uważasz...”.

Nie miałabym pretensji, gdyby moja mama po prostu już taka była: nie lubiła zajmować się dziećmi, wolała szaleć i jeździć z tatą gdzieś co weekend a w tygodniu pracować na pełen etat i nie myśleć o wsparciu córki. Ale moja mama jest święcie przekonana, że moja siostra bardziej potrzebuje jej wsparcia. Dlaczego? Moja siostra i jej mąż prowadzą cały czas studenckie życie. I, dyplomatycznie rzecz ujmując, jej wybranek nie jest typem pracoholika. Zupełnie nieżyciowy artysta bez większego poczucia obowiązków wobec domu czy dzieci. Moja mama twierdzi, że siostra ma nie dwójkę, a trójkę dzieci. I dlatego to ona potrzebuje wsparcia, bo ja z moim „świętym eR” ogarniamy wszechświat jedną ręką, więc zwrócenie się o pomoc przy dzieciach to z naszej strony czysta bezczelność. Prawda jest jednak taka, że mąż siostry chodzi do pracy, chociaż jego praca nie ma regularnego rytmu, jak praca siostry. U nas to ja nie mam regularnego rytmu pracy, a mój eR. - tak.

Myślałam, że nie może mi być bardziej przykro, dopóki nie dowiedziałam się, że mama bierze starszego syna siostry na dwa tygodnie na wakacje gdzieś w Polskę, bo mały w tym czasie nie ma przedszkola. Moja Bunia też ma dwa tygodnie zamknięty Klub Malucha i będę z dwójką dzieci sama. Zaznaczam, że te od siostry są starsze od moich, więc wymagają mniej zachodu i chodzenia koło nich. Kiedy po felernej niedzieli mama zauważyła, że jedna osoba przy dwójce moich maluchów to spore wyzwanie, bez żadnej sugestii między wierszami powiedziałam: „Teraz sobie wyobraź, że będę miała taką dwójkę przez dwa tygodnie końcem lipca, bo H. ma wolne w przedszkolu”. Co moja mama na to? „Jesteś młodsza, dasz radę. Ja też miałam was dwie i jakoś musiałam sobie radzić”. I tylko babcia (mama mojej mamy) prychnęła: „Widzę, że już zapomniała, jak jeździłam do was, a całe wakacje byłyście u nas na wsi...”



***

Proszę wszystkich Czytelników o wybaczenie za takie uzewnętrznienie się. Dawno nie czułam takiej goryczy. Czuję się zdemotywowana. Mama tylko dzwoni i pyta, czy przygotowuję się do egzaminu, bo powinnam. A ja staram się nie zgrzytać zębami, bo chyba usłyszałaby to przez telefon. I jest mi tak przykro, że czasem brakuje mi odwagi, by się odezwać, bo usłyszy mój łamiący się głos – tylko wysłuchuję i przełykam ślinę, by opanować drżenie.



Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric