Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 kwietnia 2016

Kij w mrowisku: projekt nowej ustawy antyaborcyjnej



Szum i panika w Internecie, jakie wywołała informacja o nowej ustawie antyaborcyjnej to coś niesłychanego, muszę przyznać. Sama się prawie wkręciłam, aż trafiłam tutaj, do Piwnookiej. I wtedy pomyślałam: "Opanuj się, kobieto". Może sama się zmierzysz z tym przysłowiowym diabłem - czy aby na pewno taki straszny, jak się go w mediach maluje? Tak też zrobiłam.

Uwaga, nie będę tu pisała o moim stosunku do Kościoła, władzy czy własnej macicy w tej konkretnej sprawie. Po zagłębieniu się w temat nie wiem nawet czy jest sens wypowiadać się na temat samego projektu. Potraktuję temat ogólniej, jako podsumowanie tego, co sądzę o aborcji, aborcji zarówno w prawie jak i w mojej wierze i ochronie życia. 

Histeria w Internecie a realia


W sieci huczy, wyje i dudni od oburzonych kobiet, nawołujących do manifestacji, opamiętania się rządzących oraz oskarżeń wobec Kościoła, który - według większości - jak zwykle się nie zna, a krzyczy najgłośniej. Czytam to wszystko i wiem mniej niż jakbym tego nie czytała. 
Odstawiłam więc na bok blogi (w szczególności te parentingowe), gdzie mamy do czynienia głównie z potokiem emocji i wzajemnego cytowania się bez odniesienia do treści samego projektu. Czytając jedynie blogi można byłoby dojść do wniosku, że sprawa już jest w toku: ustawa w sejmie, zaraz ją przegłosują i lada dzień wejdzie w życie. 

Okazuje się, że jest zgoła inaczej. Co prawda pojawiła się inicjatywa obywatelska (przedłożona 14 marca Marszałkowi Sejmu RP), która zakładałaby w swym projekcie ustawy zaostrzenie przepisów dotyczących możliwości wykonania aborcji, ale to nie tak, że lada moment za nieumyślne poronienie ulice się wyludnią, bo kobiety pójdą do więzienia. 

Premier Beata Szydło wypowiedziała się na ten temat. Dokładnie 4 kwietnia. W odpowiedzi na szalejącą burzę w Internecie: Jestem zdziwiona takim natężeniem tego tematu, ponieważ w tej chwili polski rząd nie pracuje absolutnie nad żadnymi zmianami. Co prawda osobiście popiera całkowity zakaz aborcji, ale - jak podkreśliła - to jest jej prywatne zdanie: - Każdy ma prawo do własnych opinii i w sumieniu ma prawo do rozstrzygania tak ważnych i delikatnych kwestii. 

No i ok. Czyli na razie należy emocje odstawić na bok. mamy projekt, który może być jeszcze milion razy zmieniony. Nie mówiąc już o tym, że jakoś osobiście nie widzę całego Sejmu z rączkami w górze "za". Ale: poczekamy - zobaczymy. 

Stosunek Obywatelki Matki do ciąży, do ratowania i do jej przerwania.

Sama jestem w ciąży, która miała bardzo trudne początki, mówiąc delikatnie. Nie chodzi tu o trudności z zajściem; wie, kto czytał mój inauguracyjny wpis - o tym, dlaczego zaczęłam w ogóle prowadzić tego bloga. W skrócie: miałam podejrzenie o częściowy zaśniad. Bardzo trudna sprawa do zdiagnozowania. Nie chcę to tego wracać. O tym na pewno znajdziecie w necie mnóstwo artykułów. Generalnie, jeśli diagnoza się potwierdzi, trzeba dokonać terminacji (zakończenia) ciąży i poddać kobietę chemioterapii, bo zaśniad częściowy bardzo często przeradza się w kosmówczaka, nowotwór złośliwy kosmówki. W każdym razie ja już o tym pisałam i nie chcę to tego wracać. To chyba jakiś cud, że diagnozy nie postawiono, a objawy się po prostu cofnęły bez szkody dla mnie i dziecka - jak wynika z dalszej intensywnej obserwacji ciąży. 

Napisałam o tym, ponieważ straszono mnie zakończeniem ciąży - w tej sytuacji zagrożone byłoby moje życie. Nie mogłam się ruszać z łóżka, bo ruch mógł pogorszyć sprawę. Dlatego też sama zainteresowałam się tą ustawą, czy rzeczywiście moja sytuacja byłaby jeszcze dramatyczniejsza, gdyby taka ustawa już w tym czasie funkcjonowała? Aby zdiagnozować do końca zaśniad wymagane jest zrobienie biopsji kosmówki, w innych sytuacjach - amniopunkcji, a to nic innego jak inwazyjne formy diagnostyki prenatalnej. W Internecie szum, że ustawa będzie tego zabraniać. Poniżej bliżej przypatrzę się ustawie i zobaczymy...

Mój stosunek do ciąży?
Fajnie, jak jest fajnie. Jak można na pytanie: "Co u ciebie?" odpowiedzieć: "W porządku, wszystko gra." Kiedy ciąża rozwija się prawidłowo, kiedy można się nią ucieszyć i spokojnie narzekać na nudności czy zgagę, kiedy można się pośmiać z zachcianek i zabawnego chodu kaczki. Tak miałam przy Bulince: ciąża z tych klasycznych, ale ogólnie czułam się dobrze i byłam aktywna. Ta ciąża to 180* tamtej: stacjonarna, bolesna, depresyjna (większość czasu jej trwania - w niepewności) i ogólnie trudna. Wtedy zaczęłam widzieć szerzej: nagle tyle kobiet w ciąży wokół mnie borykało się z jakimiś trudnościami, podejrzeniami, diagnozami; tyle osób wokół mnie przechodziło trudno okres po utracie dziecka (poronieniu)... Wtedy do mnie dotarło, że nic nie jest oczywiste... że zdrowa ciąża to dar, to prawdziwy cud i ... jak tu go nie bronić za wszelką cenę?! Chyba, że mówimy tu o cenie jaką jest życie matki. Umówmy się: bez ratowania matki, nie uratujemy dziecka (chyba, że mówimy o sytuacji, w której może ocaleć jedno z dwojga). Ale co w sytuacji, kiedy ciąża nie rozwija się dobrze? Jeśli było wynikiem gwałtu? 

Nie mówimy tutaj o tym, że rodzice nie planowali dziecka; że kobieta nie dojrzała do bycia matką; że ojciec biologiczny wypiął się na kobietę po tym, jak mu powiedziała, że jest w ciąży; że dziecko przeszkodziłoby w karierze itd. 

Czyli jeśli jakaś młoda siksa decyduje się wskoczyć do łóżka z nieodpowiednim facetem, może starszym (który ją traktuje jako przygodę, bo przecież nie ułoży sobie z nią życia, kiedy ma już jedno ułożone), a może zbyt młodym, który pokaże jej język i sobie pójdzie (bo przecież niczego jej nie obiecywał, oprócz wspaniałych zmysłowych wrażeń) to może powiedzieć, że świat się jej wali i sprawić sobie zabieg?
Czy jeśli para nie zakłada, że będzie miała dzieci z jakiegoś powodu, ma prawo stwierdzić, że należy się im możliwość decyzji o przerwaniu ciąży? 
Albo para już ma tyle dzieci, ile chce. Nie stać ich na utrzymanie kolejnego. Czy kobieta ma prawo "pozbyć się" niechcianej ciąży?
Jak dla mnie nie. Bo - czy ktoś z Was żałuje, że rodzice dali mu życie? 

Umówmy się: jeśli ktoś decyduje się na seks i nie robi nic, by się zabezpieczyć (lub robi to nieudolnie), to już podjął decyzję i powinien liczyć się z konsekwencjami. Bo moment: czy nie jest jasne, że za seksem stoi ciąża? Mam nadzieję, że jest. Jeśli wiesz, że nie możesz sobie pozwolić na ciążę, to nie uprawiaj seksu, albo uprawiaj i licz się z konsekwencjami lub po prostu naucz się zabezpieczać. To proste.

Czy mam prawo mówić, że jeśli moja macica, to moja własność, to również rozwijające się w niej życie będzie również należeć do mnie? Możecie się ze mną nie zgodzić, ale osobiście uważam, że to całkowicie odrębne życie od samego początku, od poczęcia. Zależne od organizmu matki, to prawda, ale nie jest już moim życiem. Jest całkowicie nową istotą, odrębną - nie jest częścią organizmu matki, więc matka nie powinna decydować o tym, czy ten mały ktoś ma prawo żyć, czy nie ma tego prawa. Według mnie: zawsze ma. Podsumowując: absolutnie jestem przeciwna aborcji. Ktoś powie: no dobra, ale przecież są sytuacje ekstremalne, jak zagrożenie życia lub zdrowia matki, poważne nieprawidłowości rozwojowe płodu (jak wskazują na to badania) czy ciąża w wyniku gwałtu. Ostatecznie nie zostałam postawiona w sytuacji, w której w obliczu zagrożenia życia, będę musiała podjąć decyzję o terminacji ciąży... Nie wiem, co to za dylemat. Nie znam uczucia, które towarzyszy kobietom w pozostałych przypadkach... Wiem jednak, że te trzy przypadki, które dotychczas były akceptowane w polskim prawie wciąż powinny być. Kobieta powinna mieć wybór. Może podjąć decyzję o urodzeniu, ale nikt nie powinien jej zmuszać do schodzenia w mrok podziemia aborcyjnego, bo legalnie nie można tego zrobić? Czy nie wystarczy jej już stresu, cierpienia i bólu, jakiego doświadcza na tym etapie? Jeśli ktoś tego nie doświadczył może mieć problemy z wyobrażeniem sobie tego, co ta kobieta czuje i zapewne większość sądzi, że ot tak, lekko jej się o tym myśli, a cała sprawa spłynie po niej jak po kaczce. Otóż szczerze wątpię. 

Generalnie bardzo dobrze mój stosunek do sprawy oddaje poniższy obrazek. Poza wyjątkami, o których napisałam.




Jak ugryźć projekt ustawy? Czyli interpretacja.

 

Nie jestem prawnikiem. Dlatego to jest moja interpretacja. Tutaj, Przepisowa Mama rozbiera projekt na czynniki pierwsze (oczywiście z kobiecym komentarzem, ale jako prawnik). 
  
Sam projekt ustawy można przeczytać na stronie Fundacja Pro -prawo do życia. 
I teraz to, co ja z tego projektu rozumiem albo nie rozumiem (moje wątpliwości).

1. Artykuł nr 1.

 "Art. 1. Każdy człowiek ma przyrodzone prawo do życia od chwili poczęcia, to jest połączenia się żeńskiej  i męskiej  komórki  rozrodczej. Życie  i zdrowie  dziecka  od jego  poczęcia  pozostają  pod ochroną prawa.” 
Tak, mam wątpliwości, jaki moment dokładnie stoi za "połączeniem się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej". Nie jestem ginekologiem (w ogóle lekarzem nie jestem), więc wierzę autorytetowi w tym zakresie, prof. Dębskiemu: "Przez mniej więcej cztery doby po zapłodnieniu komórki namnażają się wyłącznie przy użyciu białek od matki (z komórki jajowej), białka ojca (z plemnika) nie są jeszcze w ogóle używane." (wypowiedź wzięta z wywiadu, który znajdziecie tu. I naprawdę polecam przeczytać) Czyli co teraz? Poczęcie to jedno, a połączenie się komórek żeńskich z męskimi to drugie. Ja osobiście jestem zdania, że życie zaczyna się od poczęcia. Ale widzę nieścisłość w tym artykule. Tyle.

2. Pewne zmiany wydają się brzmieć kosmetycznie - opieka medyczna nad kobietą w ciąży zamiast opieka prenatalna nad płodem i opieka medyczna nad kobietą w ciąży. Sądzę, że wszystko rozbija się o słowo "płód", które w pewnych środowiskach uznaje się za odrębną formę życia (formę, nie życie), której nie można utożsamiać z "człowiekiem" czy "dzieckiem". Dla mnie zawsze "człowiek" ("dziecko").

3. Artykuł nr 4.
"1. Do  programów  nauczania  szkolnego wprowadza  się wychowanie  do  życia  w rodzinie obejmujące wiedzę o zasadach odpowiedzialnego rodzicielstwa oraz wartości rodziny i ludzkiego życia od poczęcia  do  naturalnej  śmierci. Nauczanie  w  tym  zakresie  musi respektować  normy moralne  rodziców  i wrażliwość  uczniów.  Udział  w  zajęciach  wymaga  pisemnej  zgody  rodziców lub pełnoletnich uczniów.”

A co było wcześniej?

"1. Do programów nauczania szkolnego wprowadza się wiedzę o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji." 

Podsumowując: nie ma nauki o tym jak świadomie myśleć o zakładaniu rodziny; o tym, żeby myśleć, kiedy idzie się z kimś do łóżka i jakie to niesie ryzyko. Nie chodzi przecież o to, by kogoś zachęcać. Chodzi o to, by wiedzieć, przez wzgląd na konsekwencje, jak się zabezpieczać. Ktoś (sądzę, że to będzie konserwatysta, starsze pokolenie) z pewnością powie, że samo uczenie może zachęcić, przyspieszyć rozpoczęcie życia seksualnego. A ja powiem tak: zawsze byłam przeciwko temu, by niewinne dziecięce duszyczki wcześnie wprowadzać w świat dorosłych. One mają na to czas! Ale od jakiegoś czasu wydaje mi się, że to jest poza nami. Naprawdę, młodzież coraz szybciej się decyduje na wejście "świadomość". I będzie uprawiać seks niezależnie od tego, czy im o tym opowiemy, czy nie. To, że tego nie zrobimy, nie powstrzyma ich. Ktoś, kto będzie chciał poczekać, poczeka i tak. Kto nie będzie chciał czekać, nie zaczeka z tym, aż ktoś mu powie coś na ten temat. Starsi się oburzą, a potem będą płakać, że wnuczka w gimnazjum i czeka na dziecko. Jeśli chcemy, by dziecko zaczekało, tak go wychowujmy, pokażmy plusy czekania i minusy niecierpliwości w tym temacie. Wychowujemy dziecko, więc mamy na niego wpływ. Jak jednak postąpi, to już inna kwestia. Ale niewiedzą czy ograniczaniem wiedzy na ten temat z pewnością nie powstrzymamy dziecko przed uprawianiem seksu. Wiedza może przynajmniej zapobiec tragedii.

A co z tym nauczaniem, biorącym pod uwagę wrażliwości dzieci i rodziców...? Bez przesady, nikt nie będzie wobec tych dzieci wulgarny! Nauczyciel, który uczy tego przedmiotu ma za sobą kurs przygotowawczy, jak to zrobić dobrze, by nie skrzywdzić psychicznie dzieciaków. W interesie wszystkich jest wychowanie zdrowego na umyśle pokolenia młodych ludzi. Chapucenie się o to w prawie jest trochę takie właśnie polskie: "Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza!"(cytat z Dnia Świra). Tak sądzę.

4.
"Art. 4a. 1. Przerwanie ciąży może być dokonane wyłącznie przez lekarza, w przypadku gdy:
1) ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej,
2) badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu,
3) zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego."

I potem całe to rozwinięcie tematu, gdzie szczegółowo potraktowane są wszystkie ustępy, dokładnie opisując detale warunkujące możliwość wykonania zabiegu aborcji. Co na to projekt?

"6) uchyla się art. 4a;
7) uchyla się art. 4b;
8) uchyla się art. 4c."

Pod art. 4b, art. 4c kryje się rozwinięcie art. 4a, który zacytowałam powyżej. W skrócie: nie będzie żadnych wyjątków. Jak to skomentować w ogóle? Nie rozumiem tego braku zrozumienia. Pomysłodawcy chyba nie wiedzą, o czym mówią. Biorą odpowiedzialność za konsekwencje? Dla nich to zapewne jakieś obce kobiety, coś odległego... A problem najprawdopodobniej abstrakcyjny.
Nie powiem, że jest on bliski mnie. Był podobnie nieuchwytny, jak dla tych, którzy nie byli nigdy w tej sytuacji. Co mnie uświadomiło? Wypowiedź profesora Dębskiego. W odpowiedzi na pytanie "W jakich sytuacjach wyraża pan zgodę na przerwanie ciąży?", przeczytamy:


Zazwyczaj są to bardzo poważne uszkodzenia płodu. [...] To są na przykład ciąże akranialne - płód nie ma kości pokrywy czaszki, z czasem dochodzi też do zaniku mózgu. Nie ma głowy, jest tylko szyja. Albo tylko nos, nie tam, gdzie powinien, bo wszystko jest źle. [...] Takie dziecko, jeśli przeżyje poród, zazwyczaj umiera w pierwszej lub drugiej dobie po porodzie, bardzo rzadko w piątej-szóstej.

[...] Pojechałem z komputerem do Sejmu, gdy chciano zaostrzyć ustawę antyaborcyjną. Po obejrzeniu zdjęć tych płodów część posłów przestała nalegać na zradykalizowanie ustawy. Wielu ludzi po prostu nie wie, co to znaczy głębokie uszkodzenie płodu. Przecież na ścianach w szpitalach położniczych wszędzie wiszą obrazki różowiutkich bobasów w pastelowych ramkach. A tu nie o tym mówimy, w ogóle nie o tym.

To tylko fragment. Jeszcze raz podaję link do wywiadu. Mnie otworzył oczy a jednocześnie nie wzbudził uczuć w stylu: "no, pewnie - typowy ginekolog".

5. Artykuł 2.

Tutaj się dzieje dużo. Jak kwestia kar za celowe bądź niecelowe działanie, w wyniku którego dojdzie do poronienia. Przeczytałam te artykuły i jakoś nie widzę tutaj zakazu inwazyjnych badań (nie ma mowy o zakazie leczenia niosącego ryzyko). Jeśli próbujemy leczyć, robimy wszystko, by wyleczyć i o to chodzi. Nikt nie zostanie ukarany. Wiem, to się wydaje dość absurdalne: lekarz nie pójdzie do więzienia, jeśli dziecko/kobieta umrze podczas/ w wyniku leczenia - łaskawcy. Ale jakby się nad tym zastanowić... Czy nie wydaje się wam prawdopodobne, że jeśli w wyniku inwazyjnego badania kobieta poroni, to oskarży lekarza, który zaproponował taką formę diagnozy? Ja już byłam na etapie podpisania zgody na takie badanie. I oczywiście nie sądziłabym się. Ale czy nie znamy przypadków bardziej absurdalnych (w różnych dziedzinach życia) sądzenia się ludzi?! Właśnie...

Projektowi zarzuca się też, że na pierwszym miejscu jest dziecko, a później matka. I jeszcze raz: gdzie to jest napisane? Czy coś przeoczyłam? A może nie umiem czytać ze zrozumieniem? Ja nie doczytałam się takiego zapisu. Już nie wspominam o tym, że to bez sensu: jak ma przeżyć dziecko, jeśli matka nie przeżyje? Nie mówimy tu o sytuacji ratowania jednego z dwóch tuż przed porodem lub w jego trakcie. To inna para kaloszy. Ale dziecko do 37. tygodnia jest zależne od matki, więc jeśli w projekt wejdzie w fazę prac sejmowych (o ile!) nie wyobrażam sobie, by zapis stwierdzający wyższość dziecka nad matką mógł się tam pojawić.



No i oczywiście cały czas mówimy o projekcie, nad którym jeszcze nikt nie pracuje, dlatego proponuję zdjąć te majtki z głów i jeśli będzie trzeba, jeśli projekt trafi do posłów, by nad nim pracowali, wtedy będzie można protestować. Chociaż trochę nie wierzę, by zdjęto te wyjątki z ustawy. Czyż już i tak nie jest trudno o ich wykonanie?


No dobrze, to teraz możecie wieszać na mnie psy :)


niedziela, 20 marca 2016

nr 25, 20 marca - Mój kryzys, koszmary i walka z ciążowymi lękami - najszczerzej

20 marca 2016 r., 
Niedziela

Ciąża: 37 tydzień, 2 dzień
Waga: Nie mam siły stanąć na niej, olewam system.
Pogoda: Pod psem. Szaro, buro, zimno, wietrznie. Słowem: nieprzyjemnie. Jeszcze powinno na to wszystko lunąć. Brr.



13:57

Dziś mam stacjonarny dzień. Leżę pod kocem i robię wszystko, żeby nie zamykać oczu, bo jestem sama z małą H. i muszę - chcąc-nie-chcąc - patrzeć na nią. eR pojechał do kościoła. A widzę, że też nie jest w najlepszej formie. Chyba go wczoraj i przedwczoraj zawiało. Ucieszył się pogodą i zaszalał wychodząc zewnątrz zbyt lekko ubrany.

Czy robię wszystko, żeby nie zasnąć w tym momencie? Nie, to nie na sen mam ochotę. Sen to, prawdę powiedziawszy, ostatnia rzecz, o jakiej myślę. Boję się koszmarów, które mnie nawiedzają średnio co drugą noc. Są takie prawdziwe i powtarzalne, że zaczynam się łapać na myśleniu o nich. Nie tyle o nich, ale o tym, o czym opowiadają.

Od prawie ośmiu miesięcy marna ze mnie żona i kochanka, bądźmy szczerzy. Przez połowę ciąży miałam zakaz wszelkich namiętności. Początkowo żadne z nas nie miało nawet ochoty przygnębione faktem grożącej nam diagnozy, której ostatecznie nie postawiono. Nieważne. Grunt, że kiedy mnie wciąż wszystko bolało, dokuczały mdłości i w ogóle czułam się nieobecna w otaczającej mnie rzeczywistości, eR. powoli zaczął odczuwać, co oznacza zajmowanie się Buńką, mną i jeszcze swoją pracą. I do tego abstynencja seksualna. No, dla mężczyzny to poważna próba na wielu płaszczyznach. Coraz częstsze kłótnie, spięcia, żale... Czy mogę mieć pretensje? Nie. Każdemu zdrowemu puściłyby nerwy. Więc i jemu czasem też puszczają.

Dlatego mam już dość tej ciąży i koszmary są po prostu krystalizacją moich obaw i wyrzutów sumienia. O wielu rzeczach trudnych, intymnych czy w jakiś sposób kontrowersyjnych łatwo się pisze, kiedy nie trzeba się z nimi identyfikować, a omijanie utożsamienia się z danym problemem pozwala nam napisać więcej, niż odkryłybyśmy przed naszymi przyjaciółkami. Tak właśnie było w tym przypadku.

Kiedy już jestem na "ostatniej prostej" do porodu, tym bardziej mam dość. I eR. ma dość. I mimo rozmów wciąż mam wrażenie, że mówimy sobie to, co chcemy usłyszeć. Staramy się wzajemnie przekonywać, ale już brakuje nam siły, by brzmieć wiarygodnie. Tu nie chodzi o to, że się okłamujemy, unikamy szczerości czy czegoś w tym guście. Tu chodzi o to, że czasem nie mamy sił przekonująco zapewnić się o wsparciu, o wierze w to, że sobie poradzimy, o tym, że pewnymi kwestiami nie warto się przejmować. Chociaż druga strona naprawdę tego potrzebuje.

Te dziewięć miesięcy trwa o wiele za długo. Wydaje się wręcz, że trwa znacznie dłużej niż dziewięć miesięcy. Ja sama mam poczucie, że uziemiona jestem przynajmniej półtora roku. I co w takiej sytuacji? Nie wiem. Piję ciepłe mleko, biorę prysznic, wyciszam się przez długie oddechy, a koszmary są coraz brutalniejsze, dosadniejsze, dotkliwsze i bardziej realne. To nie tak, że sposoby, które miały pomagać, pogarszają jedynie sytuację. Po prostu na tym etapie już nie działają. I nie wiem, czy cokolwiek może pomóc. Nawet szybsze rozwiązanie chyba nie jest tym, co pomoże w tej sytuacji, ale na pewno zakończy tę moja ciążową mordownię i będzie jakimś początkiem. Co prawda czekają nas inne wyzwania, kryzysy na innym tle, ale wiem, że to będzie wstęp do poprawy i stabilizacji.


18:13



Gdzieś koło 15 (ale nie mogę być tego pewna, bo straciłam poczucie czasu), zmogło mnie zmęczenie. eR. włączył koncert e-moll Chopina w kuchni i coś sprzątał. Mała Buńka towarzyszyła mu, więc w pokoju panował spokój. Przy drugiej, wolnej części, po prostu odleciałam. 

Przebudziłam się, po miłej drzemce i widząc eR. z H. bawiących się rozkosznie klockami (budowali ponciok - pociąg), obróciłam się z trudem na drugi bok i zasnęłam. 

Obudziłam się cała w nerwach. Nawiedził mnie kolejny koszmar. Nie dość, że czuję się dziś jak przeżuta i wypluta, tragicznie obolała i zmęczona - tak po prostu - kiedy masz poczucie, że boli cię każda komórka ciała, a ruchy dziecka tylko ten ból potęgują. I masz ochotę wyć. No. To teraz jeszcze trzeba dodać do tego ten koszmar - długi, szczegółowy i nieszczędzący dramatycznych zwrotów akcji. 

Teraz, kiedy już ze mnie to "zeszło" myślę, że to naprawdę jakaś ironia losu - sen, który ma pomagać, który tak jest zalecany jako nieprzecenione wsparcie w leczeniu wszelkich infekcji a także tych nerwicowo-depresyjnych stanów, nie tylko nie pomoże, ale pogorszy sytuację...

... idę wziąć prysznic. Może... może... tym razem coś to pomoże.





sobota, 19 marca 2016

Ciężarna to też kobieta

19 marca 2016 r.,
Sobota

 

 

Ciężarna też kobieta



No przecież!, chciałoby się zakrzyknąć. Bo to takie oczywiste. No, pod warunkiem, że nie jesteś ciężarną. 
Tak, właśnie tak. A to dlatego, że wszyscy - prócz kobiet ciężarnych - zgodnie stwierdzą, że nie ma bardziej kobiecego stanu, niż stan błogosławiony. Dlatego ten wpis szczególnie dedykowany jest kobietom w ciąży. 

Oczami ciężarnej


Jesteś w ciąży. Wszyscy aż się rozpływają nad gratulacjami, tylko ty jedna nie uważasz, że gratulacje to jest to, czego ci trzeba: wciąż wymiotujesz i masz mdłości. I masz dość, rzecz jasna. 
Na kolejnych etapach spotykasz ludzi, którzy z uśmiechem próbują pomacać ci brzuch. I znów gratulują. Ale ty wiesz, że szalejące hormony sieją spustoszenie w twoim organizmie: psuje się cera, masz zgagę i zachcianki... nie wspominam już nawet o wahaniach nastroju. 
Brzuszek rośnie, więc wszyscy jeszcze bardziej się rozczulają na twój widok. Sama czasem mam wrażenie, że przypomina to bardziej użalanie się nade mną. Tak czy siak, ty wiesz, że poza brzuchem, masz problemy z trawieniem, kręgosłupem, ubieraniem i w ogóle z dbaniem o higienę w takim stopniu, jak to było dotychczas.

(tutaj możesz poczytać, czego jeszcze nie można polubić w ciąży)

No i ta waga, która rośnie. Jeśli nie od początku, to od drugiego trymestru zaczyna dość szybko piąć się w górę. Tracisz nad nią kontrolę. Bo jeśli odżywiasz się racjonalnie i zdrowo, potrafisz nad nią zapanować w normalnych warunkach. Ale czas ciąży nie ma nic wspólnego z tym, co było przed nim i mimo zbilansowanej diety, waga rośnie uparcie. Można się poczuć przynajmniej niepewnie, jeśli dotychczas był to temat dość delikatny i ważny dla ciebie. A kiedy brzuch rośnie, oglądając się w lustrze można mieć wrażenie, że kobiece kształty utonęły w przypływie masy ciała. Głównie w okolicy brzucha i pupy.

Do tego dochodzą realne wątpliwości, czy sprostasz wyzwaniu, pt. dziecko, czy nie będzie przyczyną poważnej próby dla związku? A może zastanawiasz się jak bardzo zmieni się twoje życie? Czy będziesz dobrą matką? Czy mąż będzie wsparciem, czy raczej będzie uciekał od obowiązków?
 
Masz też obawy o to, jak przebiegnie ciąża, czy nie będzie problemów, czy dziecko będzie się dobrze rozwijało i urodzi się zdrowe? A poród? To jedna wielka niewiadoma. Za każdym razem, więc w tym miejscu też czeka cię stres. 

Wątpliwości się piętrzą. W nocy masz napady lęków, męczą cię koszmary... Początkowo absurdalne, a z biegiem czasu bardzo realne, jeszcze bardziej nakręcają twój niepokój. I kółko się zamyka. 

Kiedy zbierzemy sobie do kupy to wszystko, nagle okazuje się, że w ciążowej głowie trwa nieustanna zawierucha myśli, obaw czy pytań. 

I na to wszystko pojawia się mąż i namawia cię na seks.
Myślisz: No, ręce i piersi opadają.

Wszystko w naszej głowie a jednocześnie poza nią.


To nasza, błogosławiona, głowa próbuje pomieścić te trudne myśli, obawy i pytania. I jeszcze usilnie stara się na nie odpowiedzieć, chociaż wie, że nie może na nie odpowiedzieć. Więcej: nikt nie jest w stanie uspokoić cię, dając gotowe i pewne odpowiedzi.

Jeśli wydaje ci się, że wieloma kwestiami się nie przejmujesz, to wierz mi - robi to twoja głowa. Podświadomie. I przekonasz się o tym dopiero, kiedy minie stres z mini związany. Wiele obaw ujawniają nasze sny. Mnie w pewien sposób uświadomiły, czego się podświadomie boję. 

Sposoby na ciążowe lęki.


Niestety lęków ciążowych nie wygasimy prostą tabletką ziołową czy melisą. Żadna z opcji nie jest raczej niepolecana w ciąży. Co można?

1. Najprostszym sposobem jest wypicie gorącego kakaa lub mleka tuż przed snem. Pozwoli nam głębiej zasnąć. Często zapobiega pojawianiu się snu w ogóle. A im wyżej w ciąży, tym trudniej o głęboki sen. Możesz pokusić się też o mały kawałeczek makowca. Ale nie codziennie, oczywiście.
2. Prysznic, bo kąpiel nie jest polecana. Weź długi ciepły, ale nie gorący prysznic. Może peeling i relaksujący masaż? 
3. A propos masażu: sam w sobie pomoże ci się rozluźnić. Trzeba tylko przekonać męża, by zrobił delikatny, ale długi masaż okolic kręgosłupa, karku, barków i odcinka lędźwiowego.
4. Kilka długich oddechów także może zdziałać cuda. Tylko nie takich zwyczajnych. Połóż się na wznak na plecach (to nie potrwa długo) ale nie na płasko, kiedy jesteś w ciąży. Zamknij oczy i rozluźnij się, a ręce ułóż wzdłuż ciała. Weź długi oddech - powoli, tak, byś miała wrażenie, że "napompowujesz" powolutku powietrzem wszystkie części ciała. Potem również bardzo powoli wypuszczaj powietrze przez usta w taki sposób, jakbyś trzymając za "ogonek" balonika powolutku upuszczała z niego powietrze. Do końca, aż poczujesz, że nie ma w tobie w ogóle powietrze. I znów nabierz powolutku powietrze nosem i tak dalej. W sumie 3-4 oddechy. Kiedy robisz je codziennie, w pewnym momencie zasypiasz przy drugim oddechu :)
5. Rozluźniający seks. O tak, może pomóc. O ile dobrze wam w łóżku w tym czasie. Seks jest drażliwym tematem dla wielu par spodziewających się dziecka. O tym jednak za moment.

Kochać się czy nie kochać? Seks a poczucie własnej wartości


Oczywiście, że tak. Jeśli obawiacie się o dziecko, to ... nie obawiajcie się, tylko korzystajcie, że nie musicie martwić się antykoncepcją, a kobieta - dzięki dobremu ukrwieniu macicy w tym czasie - będzie miała na to większą chęć. O ile, rzecz jasna, nie ma przeciwwskazań medycznych, i korzystacie z komfortowych i bezpiecznych pozycji.

Warunkiem udanego seksu jest poczucie własnej atrakcyjności. Jeśli na tym polu coś nie gra, to nie pociągniesz na udawaniu za długo. Hormony już się o to postarają i ostatecznie wszystko wyjdzie na jaw. Podobno robiono badania udowadniające, że w ciąży wzrasta poczucie własnej wartości. No nie wiem. Może w drugim trymestrze jest coś lepiej, ale na pewno nie w pierwszym czy trzecim. Wtedy na pewno jest dokładnie odwrotnie.

A tu brzuch rośnie, kobieta w ogóle robi się pełniejsza w kształcie... bardziej opływowa. A przy tym mniej zwinna, mniej gibka i po prostu mniej sprawna. Jeśli jeszcze teraz musicie zmienić przyzwyczajenia i przestawić się na bardziej lub całkiem stacjonarny seks - wzrasta również poczucie winy. Bo w końcu to przez ciebie takie a nie inne zmiany trzeba było wprowadzić.

Oczywiście mąż może mieć obawy, że dziecko, że brzuch, że coś się stanie... i nie będzie czerpał przyjemności nawet kiedy wytłumaczysz mu, że już od dawna potwierdzono licznymi badaniami, że dziecku nic nie będzie. Więcej: on wcale nie musi ci o tym powiedzieć. Po prostu nie będzie o ten seks tak zabiegał. 

I co ty wówczas myślisz? Nie podobam mu się już, bo taka grupa, nieporadna jestem..., albo na pewno nie lubi teraz ze mną się kochać, bo seks nie jest interesujący, wciąż te same pozycje... I te niedomówienia mogą doprowadzić do naprawdę przykrej sytuacji, którą bardzo trudno będzie odkręcić. 

Jednak pocieszające jest to, że wielu mężczyznom naga ciężarna wydaje się cudowna i piękna. Pełna. Dosłownie i w przenośni. I tak jest. Tylko nasze, kobiece oko, przyzwyczajone do tego wychudzonego kanonu piękna, które obowiązuje obecnie w świecie, nie potrafi tego dojrzeć.

Mężczyzno! Działaj!


Tutaj mały-duży apel do mężów, partnerów, narzeczonych itd. Rozmawiajcie! W ciąży trzeba jeszcze więcej rozmawiać. Zbyt wiele was czeka, zbyt wiele niewiadomego, którego nie da się do końca przewidzieć; zbyt wiele rzeczy, które się zmienia w czasie ciąży i zmieni po niej. Zbyt wiele też zmienia się w waszym związku - tym bardziej trzeba o tym rozmawiać. 
Poza tym, powtarzaj swojej błogosławionej kobiecie, jak bardzo jest atrakcyjna w tym stanie. Jeśli z jakiejś przyczyny nie chcesz teraz tak często się kochać, pogadajcie o tym. Ona to zawsze weźmie do siebie. Staraj się wspierać ją w tych zmianach. Tu nie chodzi tylko o to, by mówić jej, że sobie poradzicie. Tu chodzi o to, by na co dzień częściej mówić, jaka jest piękna, jak bajecznie wygląda w tej sukience z tym brzuszkiem i jakie pyszne zrobiła śniadanie, więc maleństwo będzie chętnie jadło. 

W ciąży nic nie jest na pewno. Nic nie jest oczywiste. I nic nie jest takie samo, jak było. Ty też powinieneś pokazać, że to widzisz i reagować, wciąż utwierdzając swoją kobietę w tym, jaka jest piękna, ważna i kochana. Kochana przede wszystkim.

Jak kobieta nie może przekonać kobiety


Nawet nie myślę o tym, by apelować i tłumaczyć coś samym kobietom. To nie działa, wiem o tym, bo na mnie też by nie działało. Kobietę może przekonać tylko jej mężczyzna. Ewentualnie jej dziecko/dzieci. Dlatego jeśli już zaczynasz dostrzegać symptomy poczucia nieatrakcyjnej, niekochanej, pełnej wątpliwości, których nikt nie może rozwiać, wymuś na mężu czy partnerze rozmowę. Uświadom mu, jakie to ważne i jak bardzo tego potrzebujesz. Być może on też tego potrzebuje, ale o tym nie wie lub ukrywa to przed tobą. A może zamyka się ze swoimi wątpliwościami? Tylko rozmowa może pomóc. Ty musisz mieć poczucie wsparcia z jego strony. I to bardzo widoczne: w końcu to ty będziesz nosić dziecko pod sercem i będziesz rodzić. Poczucie osamotnienia w tym ogromnym wyzwaniu może zrujnować nie tylko twoje poczucie własnej wartości, ale także twoją psychikę i doprowadzić do jakiejś nerwicy. A przecież dziecko się urodzi! Czyż to nie wspaniałe? Tym faktem można się ucieszyć, jeśli tylko masz poczucie, że możesz się na kimś oprzeć (nawet jeśli już masz te 10 kg do przodu) bez obawy, że się złamie.


A Wy co sądzicie o poczuciu własnej atrakcyjności, własnej wartości u kobiet w ciąży? Czy u Was był ten problem? A może macie jakiś swój patent na to, jak poczuć się lepiej we własnym (niewłasnym, bo przecież tak zmienionym diametralnie) ciele? Chętnie się dowiem :)






piątek, 19 lutego 2016

Szpital Przyjazny Dziecku kontra uzasadniona konieczność cesarskiego cięcia

 

 Szpital Przyjazny Dziecku” - czy aby na pewno?


Ostatnio natknęłam się w sieci na ciekawy artykuł. Była to historia kobiety, którą nachalnie nakłaniano, by poddała się cesarskiemu cięciu. Przedstawiano najróżniejsze powody, dla których cesarka miałaby być najlepszym rozwiązaniem w jej sytuacji. Ale kobieta była kuta na cztery nogi. I do tego prawniczka - wiedziała jak w tej sytuacji powinna postąpić i o tym możecie przeczytać tutaj. Wśród znajomych i rodziny nie słyszałam jeszcze, by ktoś był tak usilnie nakłaniany do cc, które - jakby nie patrzeć - jest operacją. Częściej słyszałam historie o tym, jak to w sytuacji zagrożenia lekarz nadal nie widział potrzeby cięcia. Zainspirowana niejako artykułem Przepisowej Mamy, postanowiłam napisać swój. O tym, jak walka szpitali o bycie na szczycie listy ośrodków „przyjaznych mamie i dziecku” odbija się na samych zainteresowanych: matce i dziecku.

Wyobraźmy sobie, że idziesz do szpitala rodzić. A ponieważ wcześniej naczytałaś się o tym, że szpital jest „przyjazny matce i dziecku” i wiesz, jakie masz prawa w czasie porodu (wszędzie trąbi się o tym, jak to masz prawo „rodzić po ludzku”), jesteś przekonana, że nie czeka cię nic gorszego, niż okropne boleści porodowe.

Trochę historii...


Warto się w tym miejscu na moment zatrzymać. Co to znaczy, że szpital jest przyjazny dziecku? Na logikę wydaje się nam, że wiemy, co się pod tym hasłem kryje i każdy szpital powinien być przyjazny. Ale tutaj chodzi o inicjatywę Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i Fundusz Narodów Zjednoczonych na Rzecz Dzieci (UNICEF) stworzenia tytułu „Szpitala Przyjaznego Dziecku” dla wszystkich placówek, które spełniają odpowiednie kryteria. Wiecie kiedy? W 1991 r. (w Polsce od 1992 r.). Szok, że dopiero od niedawna możemy mówić, że w Polsce się ją realizuje. I to jeszcze nie wszędzie, żeby było jasne.

Już od 1985 r. obie organizacje podejmowały próby zwrócenia uwagi na kwestie okołoporodowe w szpitalach. Właśnie wtedy WHO i UNICEF przedstawiły zalecenia odnośnie przebiegu porodu, gdzie zostało podkreślone, iż poród nie jest chorobą. Logiczne, prawda? Ano niekoniecznie, gdyż pacjent szpitala, to człowiek chory, który - podpisując zgodę na umieszczenie go tam - jest pod opieką lekarza i godzi się na większość procedur związanych z pobytem.

Co więcej można znaleźć w owym dokumencie? Przede wszystkim przedstawione zostały prawa, jakie ma rodząca: na co może, ale nie musi się decydować.

1. Społeczeństwo powinno być poinformowane o różnych formach opieki okołoporodowej, aby umożliwić każdej kobiecie wybór.
2. Nie ma żadnych wskazań do usuwania owłosienia łonowego i do wykonywania lewatywy przed porodem - decyzja należy do rodzącej.
3. Nie powinno się wywoływać sztucznie porodu bez ważnych wskazań medycznych.
4. Nie ma naukowego uzasadnienia dla rutynowego, wczesnego przebijania pęcherza płodowego.
5. Elektroniczne monitorowanie porodu powinno się wykonywać w wyselekcjonowanych przypadkach związanych z wysokim prawdopodobieństwem śmiertelności oraz przy porodach indukowanych.
6. Podczas porodu powinno się unikać rutynowego podawania środków przeciwbólowych, znieczulających itp. jeśli nie są specjalnie zalecone dla zapobiegania komplikacjom porodowym.
7. Na życzenie rodzącej środki te są podawane.
8. Rutynowe nacinanie krocza jest nieuzasadnione. W przypadkach uzasadnionych lekarz informuje o takiej potrzebie rodzącą.
9. Karmienie piersią powinno być podjęte natychmiast po porodzie.
10. Zdrowy noworodek powinien zostać z matką, o ile pozwala na to stan obojga.*

To jest start. Szpital, aby uzyskać certyfikat, musi jeszcze wdrożyć program „10 Kroków do Udanego Karmienia Piersią”, efekt kampanii UNICEFu, którą rozpoczęto, by zachęcić szpitale do przestrzegania nowych zasad postępowania zawartych w raporcie wydanym przez WHO i UNICEF zatytułowanym „Ochrona, propagowanie i wspieranie karmienia piersią - specjalna rola służb położniczych” z 1989 r.:

1. Sporządzenie na piśmie zasad postępowania sprzyjających karmieniu piersią i zapoznanie z nimi całego personelu.
2. Przeszkolenie wszystkich pracowników tak, aby mogli realizować ustalone zasady.
3. Informowanie wszystkich ciężarnych kobiet o korzyściach płynących z karmienia piersią i o właściwym postępowaniu podczas karmienia.
4. Pomoc matkom w rozpoczęciu karmienia piersią w ciągu dwóch godzin od urodzenia dziecka.
5. Poinstruowanie matek, jak należy karmić piersią i jak utrzymać laktację, nawet jeśli będą oddzielone od noworodków.
6. Niekarmienie noworodków niczym poza mlekiem matki (z wyjątkiem szczególnych wskazań medycznych).
7. Stosowanie systemu ROOMING-IN, który umożliwia matce przebywanie razem z dzieckiem w jednym pokoju od urodzenia i przez całą dobę.
8. Zachęcanie matek do karmienia piersią „na żądanie" i ułatwianie im tego.
9. Niepodawanie smoczka niemowlętom karmionym piersią.
10. Angażowanie się w tworzenie i pracę grup kobiet, które wspierają się w karmieniu piersią, i kierowanie do nich karmiących matek wypisywanych ze szpitala lub będących pod opieką .**

Jeśli szpital wdroży oba programy, podpisuje także zobowiązanie do przestrzegania Międzynarodowego Kodeksu Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece. Podpisany w 118 państw Kodeks miał na celu ograniczenie marketingu firm produkujących mleko zastępcze dla dzieci do 6 miesiąca. To oznacza, że producenci mleka nie mogą:
  • bezpośrednio kontaktować swoich przedstawicieli handlowych do szpitali, personelu medycznego czy matek lub kobiet w ciąży;
  • rozdawać bezpłatnych próbek mleka ww szpitalach i tym podobnych placówkach;
  • reklamować produktów mlecznych dla dzieci poniżej 6 miesiąca życia, smoczków i butelek;
  • rozdawać firmowych prezentów rodzicom i pracownikom medycznym;
  • idealizować opakowań czy stosować wizerunki matki i dziecka na etykietach;
  • na opakowaniu nie powinno być takich określeń, jak np. „ludzkie” czy „matczyne”***

Poza tym na opakowaniu powinna być informacja, iż karmienie piersią jest najlepszym rozwiązaniem, jeśli chodzi o żywienie niemowląt, a mleko zastępcze powinno być stosowane w porozumieniu z lekarzem.

No. Niestety tyle, jeśli chodzi o konwencje, deklaracje i tym podobne dokumenty międzynarodowe. W teorii wydawałoby się, że nic, tylko rodzić. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy.

W praktyce szpital, który szczyci się certyfikatem i może pochwalić szlachetnym tytułem „Szpitala Przyjaznego Dziecku”, bardzo często inaczej interpretuje zapisane deklaracje...

Wróćmy do zaczętego wątku...


Idziesz do szpitala rodzić w przekonaniu, że certyfikat „przyjaznego szpitala” zapewni ci maksimum komfortu psychicznego w tej jakże niekomfortowej sytuacji.

Pracownicy może i przeszkoleni z zasadami postępowania podczas porodu i później w kwestii karmienia piersią, ale już nachalne nakłaniania do karmienia piersią („No raczej! A jak by Pani chciała karmić?”) to już daleka nadinterpretacja 3-go punktu („informowanie [...]kobiet o korzyściach płynących z karmienia piersią”).

„Pomoc w rozpoczęciu karmienia” jest rozumiane następująco: położna wpycha noworodkowi na siłę pierś. Wygląda to tak, jakby chciała mu ją wepchnąć przynajmniej do połowy.

Poinstruowanie matek, jak należy karmić piersią i jak utrzymać laktację[...]”. Ten punkt jest nagminnie łamany. Nie pamiętam, by ktokolwiek powiedział mi, jak mam to robić, by karmić długo i bezboleśnie. Być może któraś z położnych coś pod nosem mruknęła o instrukcji wraz z obrazkami, która znajdowała się na korytarzu. Wiem, że inne moje koleżanki też miały problem na tym etapie w szpitalu. Z innych, bardziej fachowych źródeł wiem, że w Polsce generalnie jest problem z tą nauką karmienia. W Stanach już wszystkie położne w prowincjonalnych nawet szpitalach wiedzą, co zrobić, by noworodek ładnie ssał pierś: trzeba przyłożyć ją do ust malucha i - uwaga - poczekać, aż otworzy buzię i wystawi język. Język, jak się okazuje jest tu kluczowy. Dopiero wtedy na język można kłaść pierś. Ta sama zasada dotyczy butelki. W ten sposób dziecko ładnie i szczelnie będzie ssać. Nie będzie problemu z połykaniem powietrza ani bólu...

Zasada niekarmienia noworodków niczym innym, tylko mlekiem matki (o ile nie ma zaleceń lekarza) jest zmorą dla matek po cesarskim cięciu. Niejedna koleżanka mówiła mi, jakie miała trudności z karmieniem (mimo usilnych prób). Nie miała pokarmu, dziecko się darło, a położna na nią krzyczała, że nie może jej dać mleka zastępczego. A mogła. To przecież jest jeden z tym przypadków, kiedy wręcz powinna nakarmić dziecko tym mlekiem modyfikowanym. Takiego horroru się nie zapomina. I ja im wierzę.

Kiedy coś, co ma być dla nas dobre, obraca się przeciwko nam.

Dlaczego tak się dzieje, że dobre zasady, sprzyjające naturze, mające na celu realne wsparcie kobiety podczas porodu i w trakcie połogu obracają się przeciwko kobietom? Odpowiedź jest prosta: ranking. Który szpital ma najlepsze statystyki, ten idzie w górę „listy przebojów” Przyjaznych Szpitali. O jakich statystykach tu mowa? Każda ciężarna, która zdecydowała się na poród w takim szpitalu jest jak pula punktów. Jeśli po porodzie wyjdzie ze szpitala i można będzie napisać, że:
  • rodziła siłami natury,
  • wie, jak karmić piersią (czytaj: widziano ją, że karmi, dziecko nie płakało z głodu, czyli daje radę),
  • dziecko nie było sztucznie dokarmiane,
  • leżała na sali z dzieckiem
  • karmiła „na żądanie” itd.,
...wtedy za każdy z punktów szpital będzie mógł przydzielić sobie punkty. A wiadomo: im więcej punktów, tym wyżej w rankingu. Im wyżej w rankingu, tym lepsza pozycja szpitala i większe szanse na dodatkowe fundusze... itd...

Dlatego walka o punkty jest zacięta. Nie patrzy się jednak na dobro matek i dzieci. Jest wiele sytuacji, które są dalekie nie tyle od ideału, co od zwykłej uczciwości wobec świeżo upieczonych matek. O ile matka jest w stanie wywalczyć swoje (a jeśli nie ona, to mąż) w kwestii karmienia, narażając się najwyżej na opryskliwość położnych i ich fochy (bo jak to możliwe, że się sprzeciwiłaś. Skandal...), o tyle w trakcie porodu jest to bardzo trudne.

Nie zawsze decydujemy się rodzic w obecności męża/partnera (a i on może w takim momencie nie mieć nerwów), więc jesteśmy same na sali porodowej. Umieramy z bólu, włączają się hormony, które mają nam pomóc przetrwać ten nieludzko bolesny czas, więc ogarnianie rzeczywistości może być trudne, więc zwyczajnie nie mamy głowy, by zawalczyć o swoje prawa.

Nie daj się zbyć hasłem: „musi Pani”. Jeśli szpital jest przyjazny to ty nie musisz. Czego? Na przykład nie musisz godzić się na lewatywę, podpisujesz co prawda oświadczenie, że w razie konieczności cię natną, ale nie powinni tego robić, jeśli nie ma konieczności. Nie musisz rodzić w jednej pozycji. I przeciwbólowe środki mogą ci zostać podane, jeśli chcesz (tylko musisz mieć aktualne badania i konsultację z anestezjologiem). Gorzej, kiedy ty uparcie twierdzisz, że nie musisz i nie chcesz tego czy tamtego, a oni chcą cię do tego zmusić. Nawet nie muszą specjalnie się starać: ulegniesz, bo kiedy skurcze już się rozkręcają, jesteś łatwym celem i walka z tobą jest tak łatwa jak nierówna.

Póki jeszcze rozbija się to wszystko o twój komfort, to można nawet przymknąć oko i machnąć ręką: co tam, niech robią lewatywę i nie muszą mi już tego gazu rozweselającego podawać (rodzaj środka przeciwbólowego), przecierpisz i tyle. Ale jeśli w grę wchodzi życie dziecka, wtedy już nie wolno ci się ugiąć. 

Kiedy lekarz nie chce zrobić koniecznej cesarki... 


Niestety w Polsce mamy bardzo wiele przypadków lekarzy (w szpitalach, które szczycą się sukcesami na wielu oddziałach, są uznawane za najlepsze pod względem wykształcenia i fachowości personelu czy zaopatrzenia w sprzęt medyczny), którzy za wszelką cenę walczą o ten punkty za naturalny poród. Zdarza się, że zwlekają do ostatniej chwili, aż jest za późno. Niektóre historie opierały się na trudnym porodzie z komplikacjami, a lekarz i tak nie podjął właściwej decyzji i skończyło się to upośledzeniem dziecka. Znam nawet przypadek całej grupy lekarzy i położnych, którzy sfałszowali wyniki KTG, by odwlec cc, co o mały włos nie skończyło się tragedią (dla niewtajemniczonych: badanie KTG to badanie akcji serca płodu oraz zapis skurczów macicy, czyli z powodzeniem można stwierdzić, czy dane skurcze, to skurcze małe, przepowiadające, czy już te właściwe - porodowe).

Co powinna zrobić kobieta w takiej sytuacji, kiedy to szpital - miejsce, gdzie teoretycznie jest bezpieczna - może stać się przyczyną jej nieszczęścia?

  1. Przede wszystkim nie należy się straszyć przez całą ciążę tym porodem i historiami o tragicznych błędach lekarzy. Zostaw je sobie na koniec - wtedy i tak po prostu już się o tym myśli nawet kompletując wyprawkę dla siebie do szpitala.
  2. Jeśli jest jeszcze czas, powinna skonsultować się z kilkoma lekarzami. Jeśli wiedziała z góry, że np. z powodów zdrowotnych jest na tę cesarkę skazana i rodzenie siłami natury nie wchodzi w grę, może wziąć takie zaświadczenie o konsultacji i jej wynikach z innymi lekarzami do szpitala, w którym zamierza rodzić. A przy pierwszych oznakach niechęci lub zwłoki, kazać mężowi wieźć się do innej placówki. Tu chodzi o i życie dziecka i twoje - nie możesz ryzykować!
  3. Robić wszystko, by lekarz, który opiniował o cesarce był przy porodzie. Wówczas mamy pewność, że się odbędzie.
  4. Poczytać opinie o lekarzach w danej placówce, czy nie mają już w swojej historii zawodowej przypadków podjęcia złej decyzji w trakcie porodu.
  5. Miej przy sobie zaufaną położną, która towarzyszyć ci będzie przez cały poród. To ona jest głównie obserwatorem sytuacji i niejednokrotnie to właśnie ona zwraca uwagę lekarzowi, że coś się dzieje. Ponieważ jednak bardzo często lekarz przychodzi dopiero w kulminacyjnym momencie porodu, musi być totalnym bufonem, by nie brać pod uwagę zdania położnej, która jest z kobietą od początku.
  6. Mąż to świetny adwokat, jeśli nie zmrozi go cała sytuacja, to on powinien zawalczyć w twoim imieniu. To może być dla niego prawdziwy sprawdzian męskości, ale jeśli się wykaże, nie będzie mógł przestać chełpić się swoją odwagą i zachowaniem zimnej krwi w tak trudnej sytuacji.

Najważniejsze jednak, byś informowała położną czy też męża o wszystkim, co cię niepokoi. Nawet jeśli to nie jest twój pierwszy raz na bloku porodowym i wiesz - mniej więcej, z naciskiem na „mniej” - co cię czeka, to i tak nigdy nie można powiedzieć, że kolejne porody (a wcześniej ciąże) podlegają jakimś zasadom podobieństw bądź różnic względem tego pierwszego (czy pierwszej ciąży). Położna może cię uspokoić, albo od razu zareagować, jeśli okaże się, że to coś, co rzeczywiście powinno wręcz niepokoić.

A czy któraś z was miała w tym temacie jakieś doświadczenie, czy słyszałyście o przypadkach? A może w ogóle nie brałyście pod uwagę takiego... trudnego scenariusza?
Jakie macie doświadczenie z tym, jak szpitale respektują prawa, do których się zobowiązały?
___________________________________
* Zalecenia WHO
** 10Kroków do Udanego Karmienia Piersią
*** MiędzynarodowegoKodeksu Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece



 

wtorek, 26 stycznia 2016

nr 10, 4 października



4 października 2015 r.
Niedziela

Ciąża: 13 tydzień, 4 dzień
Waga: nie wiem, ale chyba nie tyję...
Pogoda: U nas nadal ładnie i ciepło. Żal serce ściska, że nie mogę skorzystać z pogody. Z drugiej strony fajnie, że ta jesień taka ładna i optymistyczna. Mimo żalu mam inne nastawienie niż jakby lało, było brzydko i zimno.

9:46

Stanęło na tym, że ostatecznie nie zrobili mi tego nakłucia, bo dziecko jest jednak małe, wiec ryzyko poronienia jest większe. Chociaż bardziej chodziło im o to, że ja już jestem długo pod wpływem silnego stresu, a to jest samo w sobie - mówiąc delikatnie - niewskazane. Jeśli do tego dojdzie nakłucie, może być groźnie... Komfort komfortem, ale jeśli mogę stracić dziecko, to wolę cierpieć. I to nie tak, że odznacza mnie jakiś szczególny heroizm. Wręcz przeciwnie. Ale matki tak po prostu mają.

Przenieśli mnie na inny oddział, na ten, na którym powinnam być.. Ten paskudny, odpychający... Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, kiedy "zakwaterowano" mnie do dwójki. Tylko ja i jakaś młoda dziewczyna w podobnym wieku co ja. Sala co prawda nie jest taka fajna jak tam, ale na tym oddziale nie ma ładnych sal, wiec ciesze się dwójką;)

Tu mam być na obserwację. W weekend szpital zamiera. Niestety tu jest inaczej niż w naszym szpitalu, gdzie przynajmniej jest dużo odwiedzających, a tutaj naprawdę niewiele. Chyba dlatego, że wiele osób jest spoza Krakowa. Ale cisza jaka panuje na korytarzu jest praktycznie martwa... coś okropnego. A noc? Budzę się do sikania, a tutaj okropnie cicho, jakbym sama była... upiornie.

Ból niestety wciąż mi dokucza i twarz mam cholernie zmęczoną... Po sesji na studiach wyglądałam lepiej.
A dopiero w poniedziałek będę coś wiedziała. Może się okazać, że lekarze na tym oddziale zadecydują inaczej i będą mnie kłuć, albo w ogóle wypuszczą (tak jak ostatnio). Kto ich tam wie...

Wczoraj miałam straszny kryzys. Chciało mi się beczeć i po prostu zabrać się do domu. H. ze mną rozmawiała przez telefon (o ile można to nazwać, w końcu ona jeszcze nie bardzo potrafi rozmawiać). Pod koniec miałam taką gulę w gardle, że bałam się dalej mówić... Strasznie za nimi tęsknie. Tylko, że eR. mnie odwiedzi, a mała Jagódka - nie...


środa, 20 stycznia 2016

nr 8, 30 września



30 września 2015 r.
Środa

Ciąża: 13 tydzień, 0 dzień
Waga: 56 kg? (no bo kiedy mam się ważyć? ale nie sądzę, bym specjalnie przytyła w tym stresie)
Pogoda: Nie wiem. Nie odgrywa w ogóle roli. Chyba nie pada. Tyle wiem.

12:11
 
Dowiedziałam się, że to badanie robi się jeszcze prywatnie w kilku miejscach, m.in. w Krakowie. Robi to jeden lekarz, który nota bene pracuje w tej klinice i na tym oddziale! Tylko oczywiście nikt tego tutaj nie zaproponuje, bo kwalifikacje na przeprowadzenie tego badania są bardzo trudne do uzyskania i ma je zaledwie kilku lekarzy w Polsce. A jak ktoś się wybija poza środowisko, to nie jest to tamże mile widziane.

Poza tym kasa. Umówmy się: jeśli badanie - trudne i niebezpieczne - wykonuje tylko kilku ludzi w Polsce, to prywatnie będzie nieprzyzwoicie drogie. Ale nie znam nawet szacunku, ile może kosztować. Może nawet z kilka tysięcy...

Wczoraj nie mogłam spać, a dziś już jest nadzieja... Tylko pytanie, czy będziemy mieli tyle. Nie ma czasu na zaoszczędzenie, bo mam kilka dni, żeby to badanie zrobić... 

W mojej sytuacji powinno się zrobić inne badanie: biopsję kosmówki, czyli pobranie fragmentu łożyska. Potem się te komórki hoduje i wtedy dopiero można coś stwierdzić. To wymaga czasu. Teraz przypominam sobie, jak tłumaczył mi to badanie lekarz... 
Chyba zejdę ze świata: chcą mnie kłóć, co niesie duże ryzyko poronienia, a będą badać nie to, co trzeba! Czuję się jak w filmie absurdu. Czekam, że może P. (wujek) przyniesie jakieś wieści.

14:30

Koło południa przyjechał P. i od razu wkroczyl do akcji. Okazało się, że prowadzić mnie będzie jego dobry kolega. On jest ginekologiem-onkologiem. To zmienia wszystko. Jest podobno naprawdę doświadczony i konkretny. Był teraz w przychodni i ma do mnie przyjść po południu. Z tego, co mu powiedział P. - widział te moje badania (kolega), które robili mi dziś, powiedział, że zaśniad to podejrzenie ogromnego kalibru. I z tego,co widział badania,on myśli że to nie to. A jest onkologiem. Zaśniad to nowotwór, facet musi wiedzieć co mówi a jeszcze zna P.,wiec raczej przez wzgląd na to, na pewno nie tylko "rzucił okiem".

Co więcej: P. powiedział też, że zostawią mnie na razie na tym oddziale (o, rany! co za ulga!) i przynajmniej będę pod dobrą opieka, bo reszcie lekarzy nie bardzo ufam. Jak i P. ... Z drugiej strony on tam poszedł, a jest lekarzem - to w wielu sytuacjach zmienia postać rzeczy. Lekarze bardziej współpracują i coś więcej mówią...
P. też ma codziennie dzwonić i dopytywać. Takiego czegoś nie można zbyć. Jeszcze jedna lekarka, docent, starsza kobita, ma zejść tu do mnie. Jest endokrynologiem, a jak byłam tu ostatnio, to niestety jej nie spotkałam. Nie miałam wielu konsultacji, po które mnie z S. tu przywozili.

Lekarka N. jakkolwiek widać, że kompetentna, nie widziała moich badań. N. ją tak ogólnie o to wypytała. P. wziął do niej namiary i powiedział, że będzie wieczorem do niego dzwonił, jak będzie już po rozmowie ze mną (lekarz-kolega). Powie mu jeszcze o tej biopsji jeszcze. Cały czas mnie to stresuje, bo czasu nie mam... Podobno to działa tak, że szpital wysyłający przygotowuje pacjentkę: robi badania, na które czeka się tydzień. A jeszcze termin... Niestety nie ma tak, że 'wskoczy się', bo jest taka sytuacja. Tam kobiety czekają w takiej samej sytuacji jak ja. Nie maja lepiej. Poza jednym: są umówione.

Na razie P. mnie skutecznie, chociaż tylko częściowo, uspokoił. Przynajmniej wśród nieodpowiedzialnej zgrai lekarzy (aż się na usta ciśnie: lekarczyków) jest ktoś sensowny, myślący i nie jestem skazana na całą resztę. Pewnie po jego wizycie i jakimś namyśle (musi podjąć działania) będę wiedziała więcej... Czy słusznie mogę lodetchnąć..

Mięli mnie przenosić na ten okropny oddział, ale na szczęście zostaje tutaj. Tamci lekarze byli gorsi: tylko straszyli nowotworem, a po dwóch dniach wysłali do domu. Tu nawet są ludzkie warunki. Dziś kobieta, która leżała ze mną na sali - wyszła. Jestem sama w małej dwuosobowej sali. Łazienka ma zamykane nowe prysznice a nie te śmieszne firanki. Mimo wszystko takie rzeczy w ogóle nie maja znaczenia, kiedy człowiek goni czas, zdrowie czy nawet życie. Ale przynajmniej tym jednym się człowiek nie musi stresować: że leży z obcą chorą baba albo kilkoma na sali, która odpycha (sala, nie baba, rzecz jasna!) i człowiek marnieje od samego w niej przebywania; że ktoś pod prysznic wejdzie a tam licha na wpół przeźroczysta firanka...itd. Trochę tak, jakbym się miała martwić, że H. (moja córunia) pójdzie do przedszkola w brudnych ubrankach a eR. nie ogarnie domu. Jakbym się jeszcze o to miała martwic, to bym padła. Niby nie ma znaczenia, a jednak zapewnia komfort psychiczny.

14:55

Jeszcze teraz właśnie rozmawiałam ze swoim lekarzem. Dzwonił do mnie. Wypytał o wszystko i okazuje się, że on też zna tego kolegę P.. Zadzwonił do niego, jak się dowiedział, że on mnie będzie prowadził.

Zna też kilku tutaj i mówi, że na tym oddziale może coś jeszcze "popchnąć"dalej. Powiedział, że będzie do niego dzwonił i "gnębił telefonami" jak to ujął, żeby mnie nie zbyto.

To jest fantastyczne, że trafił mi się taki spoko ginekolog.

15:15

Lekarz znów dzwonił: rozmawiał z tym kolegą po tym, ja rozmawiał ze mną. Wychodzi na to, że na razie nie ma zagrożenia, bylebym się nie ruszała z łóżka, jak nie muszę.
Tak dla odmiany.

Poczucie, że tyle osób mam za sobą i mogę rzeczywiście odczuć ich wsparcie jest czymś naprawdę niesamowitym. Po prostu nie jestem z tym problemem sama i wydaje się, że już w dobrych rękach.

17:15

Dzięki naciskom P. i mojego lekarza, kilku ludzi siedziało nad moimi wynikami, badał mnie nawet ordynator (no, czuję się zaszczycona... ekhm).
Wykluczyli zaśniad. Na tym etapie, w organizmie byłyby już komórki nowotworowe, które nie wyszły w badaniach. Co prawda nie wiedzą, co mi jest, ale przynajmniej czas nieco zwolnił i wiem, że dziecku nic nie ma.

Strategia? Na razie mają mnie monitorować. Przynajmniej do piętnastego tygodnia, czyli około dwóch tygodni, bo sytuacja mimo że stabilna, jest wciąż niepokojąca. Zwłaszcza te jajniki.
Muszą je uspokoić, ustabilizować i upewnić, że mnie nie bolą. A bolą. I póki bolą nie ma mowy, że mnie wypuszcza.

Z drugiej strony oni się tu nie patyczkują i bez potrzeby trzymać nie będą. Na dzień dzisiejszy prognozy są takie, że psychicznie muszę się nastawić na leżenie do końca i cesarkę, bo w takiej sytuacji rodzenie siłami natury nie wchodzi w grę. Ale na myślenie o tym jeszcze przyjdzie czas, wiec nie wybiegam.

nr 7, 29 września




29 września 2015 r.
Wtorek

Ciąża: 12 tydzień, 7 dzień
Waga: Zapewne koło 56 kg.
Pogoda: Bez zmian - ładnie, jesiennie, jak z pocztówki.



9:16

Nieoczekiwanie pojawiły się nowe okoliczności... 
N., moja przyjaciółka od LO, mieszkająca teraz w Krakowie urodziła teraz drugie dziecko. Miała naprawdę dużo szczęścia: tyle różnych podejrzeń,a urodziła zdrowe dzieci! Drugi raz na Ujastku, gdzie miała rewelacyjną lekarkę, która naprawdę zna się na tym, co robi. Otóż N. była wczoraj u niej  na kontroli i za moją wiedzą i zgodą podpytała ją o ten przypadek zaśniadu, ale w kontekście mojej sytuacji... Lekarka była zszokowana i wręcz oburzona zachowaniem tutejszych lekarzy. Tutaj, znaczy w klinice - to jest szpital uniwersytecki UJ. 
Wyjaśniła jej to (lekarka, nie klinika, rzecz jasna), czego mnie też do końca nie wyjaśniono. Ten cały zaśniad to jest nowotwór. To nie tak, że te komórki zmienią się w komórki rakowe ale nimi ! Pytanie tylko, czy jest złośliwy. A b. często jest. 
Problem w tym, że tutaj wciąż mi mówią o amniopunkcji. Tymczasem lekarka N. powiedziała, że amniopunkcja bada kariotyp dziecka, jego zestaw genów. A zaśniad to kwestia łożyska. To zupełnie coś innego! Przy zaśniadzie kariotyp dziecka może być dobry, a łożysko może być jedną bombą zegarowa. I ten rodzaj nowotworu bardzo szybko się rozwija. Może się okazać, że amniopunkcja nie wykaże nieprawidłowości, a jednak to będzie zaśniad. Dlatego potrzebne jest inne badanie. Też inwazyjne. Robią je w Warszawie do trzynastym tygodniu ciąży, a ja teraz jestem w trzynastym tygodniu! Mam kilka dni! 

Ta lekarka obiecała się wywiedzieć, gdzie jeszcze można zrobić to badanie i w ogóle szczegóły...

04: 10

Nie śpię. Nie mogę. Umieram z nerwów.
Wieczorem z płaczem dzwoniłam do eR. i mamy. Są przestraszeni, bo doskonale wiedzą, że na tym oddziale można się zawieść. A raczej na tych lekarzach.

Mama zaraz wydzwoniła P. (wujka), który też potem do mnie dzwonił.
Kiedy wyjaśniłam powód, dla którego skoczyło mi ciśnienie, mówiąc delikatnie, powiedział, że będzie dzwonił do lekarki tam pracującej (a będącej jednocześnie jego pacjentką) i do kolegi, który tam jest - na tym konkretnym oddziale, na Ginekologii. Fart. Przyjedzie też, by osobiście dowiedzieć się czegoś.
- Niestety podejście marketingowe kliniki jest na tragicznym poziomie - mówił. - Nie informują pacjentów, mają pretensje, kiedy pacjent coś chce lub kiedy przybierają pasywną postawę w dziwnym oczekiwaniu, nie robiąc niczego... Te oddziały nie mają dobrej opinii... Chociaż jest tam kilku ludzi, którym można zaufać i jak tylko się od nich czegoś dowiem, dam ci znać.
- Dziękuję...

Serce mi łupie w piersi. Oczy mam czerwone i obolałe od ocierania łez. Ani film, ani książka dziś mi nie pomogą. Nie mogę oderwać myśli od tego, co może się stać... że wszystko można tak łatwo zaprzepaścić, mijając się z terminem! To kwestia czasu, którego nie mam! Pierwszy raz poczułam oddech przeznaczenia na szyi. Zimny, oślizły i śmierdzący. Trzęsę się wciąż ze strachu. Z bezbronności. Mam poczucie zakleszczenia, jak w pułapce. Nie mogę nic zrobić!


Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric