Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemowlę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemowlę. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 listopada 2016

Mamo, zadbaj o swój biust - dobry biustonosz kup!

 

 artykuł sponsorowany

 

 

Bu podczas zabawy małymi figurkami zwierząt domowych zauważa „mamę świnkę” i odwraca ją do góry nogami:

Bu: Mamuś, mama świnka ma butelki, wiesz?

Ja (powstrzymując się od śmiechu): Tak, a z czym?

Bu (głosem mówiącym „No coś ty! Nie wiesz?”): … no z mlekiem!

Ja: No, przecież...!

Bu: Ty też miałaś kiedyś u siebie, prawda?

Ja: Ale co: butelki?

Bu (głosem nieco zniecierpliwionym, jakby chciała powiedzieć: „ale ty nic nie kapujesz!”): No, mleko, mama!


Wtedy przemknęło mi przez głowę, że gdyby nie dobry biustonosz, to zapewne i mój biust przypominałby rzeczone butelki. Brawo biustonosz do karmienia! Brawo ja, że go kupiłam!

 





Każda kobieta (już) wie, że dobry biustonosz nie jest tylko częścią bielizny, która utrzymuje nasz biust na odpowiednim poziomie. Przede wszystkim ma dbać, by miał wciąż ładny kształt, by się nie deformował. Poza tym ma modelować go tak, by uatrakcyjniał naszą sylwetę. Nie wspominam już o wygodzie i estetyce. Kiedyś wydawało się kobietom, że jeśli biust nie wyskakuje nieproszony, to jest „pasuje”. Na takim myśleniu można się naprawdę przejechać, bo okazuje się, że dobrać odpowiedni biustonosz to sztuka. I pomyśleć, że biustonosz do karmienia ma jeszcze więcej zmiennych...



Rozmiar stanika



Wydaje się rzeczą najważniejszą. Na pewno jednak najtrudniejszą. Co prawda można go sobie wyobliczać samemu, jednak najlepiej zrobi to brafitterka. Jeśli jednak jesteś Zosią Samosią, to napiszę ci jak samej odnaleźć się w tej ciążowej rozmiarówce.

Musimy zmierzyć obwód pod biustem (dość ściśle) i w biuście (trochę luźniej). Jeśli w ciąży nie przytyłaś za bardzo, od wyniku obwodu pod biustem odejmij 5, jeśli tak – odejmij 10. Co do rozmiaru biustu, trzeba wymiar pod biustem odjąć od wymiaru samego biustu. I teraz: jeśli jest to 13, to masz miseczkę A. 15 daje B i tak dalej. Rozmiar rośnie co 2. Ale trzeba wziąć poprawkę na to, że różne firmy robią różne biustonosze. No i najważniejsze: literka literce nierówna. Miseczka z rozmiaru 75B będzie mniejsza niż 80B.


Przymierzalnia...



Ale to nie wszystko. Wymiary to jakiś początek. Biustonosz należy przymierzyć. Powinien mocno utrzymywać biust na zapięciu środkowym, jeśli ma trzy. Jeśli dwa – na tym bliższym. Nie powinien cię ściskać.

Powinnaś od łopatki wręcz zgarnąć biust do obu miseczek i wyregulować ramiączka. Pamiętaj, by się nie garbić! Tyle jeśli chodzi o jakieś prawdy uniwersalne. Karmienie zmienia wszystko.


Najlepsze do karmienia



Tuż po porodzie, jeśli nie masz ogromnego biustu nie będziesz musiała zakładać stanika. Nawet jeśli to nie twoje pierwsze dziecko, to twoje piersi na pewno zdążyły zapomnieć, co to znaczy karmienie i jak bolą popękane brodawki. Najlepszą metodą jest wietrzenie, więc nawet przez kilka pierwszych dni można sobie darować biustonosz. Ale bardzo często biust po kilku dniach się zmienia. Dzieje się tak, bo organizm wysłał sygnał o zapotrzebowaniu na dużą ilość mleka. Dlatego nie zaopatruj się w kilkanaście tych samych staników, a kup jeden lub dwa, by ewentualnie kupić większy, gdybyś tego potrzebowała. Kiedy organizm na dobre wejdzie w laktację, biust może się zmniejszyć. Także tutaj nie ma jakiejś stałej zasady i trzeba być na to gotowym.

Kobiety karmiące często walczą z samoistnym wypływem mleka. Umówmy się: „walczą” to za dużo powiedziane. Raczej próbują z tym żyć. Wkładki laktacyjne załatwiają problem, ale trzeba je umieścić w biustonoszu. Także: czy dzień, czy noc – stanik jest potrzebny. Na noc i na początek tej całej przygody najlepsze będą takie z z naturalnego materiału, który jest przewiewny i szybko schnie. Dobra jest bawełna, o ile nie przeszkadza ci, że długo schnie i widać na niej plamy. Koniecznie bez fiszbin czy usztywnień. Z wygodnym zapięciem na granicy miseczki i ramiączka.

Na dzień możesz się pokusić o te bardziej usztywniane. Koronki i inny szał zostaw na specjalne okazje. I to najlepiej, kiedy już laktacja wejdzie ci w krew i będziesz się z tym wszystkim czuła swobodnie.


No i nie zapomnij, że masz się w nim dobrze czuć!


Gdybyś akurat była na etapie kupowania, zaglądnij tutaj i zobacz biustonosze Carriwell może upolujesz stanik marzeń! :)


wtorek, 28 czerwca 2016

nr 41, 27 czerwca - Dzień, jak co dzień...



28 czerwca 2016 r.
Poniedziałek

Mania: 73 dni (2 miesiące i 13 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 13 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Jest ulga. Jest 22*C, pod chmurką. Jest świeżość i senność. Zaczyna się zwykły dzień Obywatelki Matki




8:10


Buńka i eR. pojechali. Ona do przedszkola, on do pracy.
Mania właśnie zrobiła sobie drzemkę, więc wstaję, żeby się ogarnąć i zjeść śniadanie.

Postanowiłam, że dziś zrobię coś dla siebie. Powinnam w końcu wznowić pisanie. Muszę wręcz.

Ogarnęłam wzrokiem dom. Tak, zrobię coś dla siebie, ale najpierw...

No właśnie. Podłogi wołają, żeby je przynajmniej odkurzyć, bo koty pomiaukują po kątach. Z kosza wylewają się ubrania, więc trzeba zrobić pranie, poprasować, bo urosła już górka ubrań, która już tylko będzie rosła, jeśli się jej nie pozbędę... Powinnam machnąć jakieś okno, coś ugotować, ale chyba dziś nie dam rady...

Dzień jak co dzień. Scenariusz wyjęty z mojego everyday life.
Kto tak ma, łapka w górę.

piątek, 24 czerwca 2016

nr 40, 24 czerwca - mordujace upały...

24 czerwca 2016 r.
Piątek
Mania: 70 dni (2 miesiące i 9 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 8 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Nie pytać. Upał od godziny 9 rano. Wypada wstawać o 5, razem z Manią, która potem idzie jeszcze spać na 1,5 h. I pomyśleć, że i tak nie ma w domu tragedii. 30 stopni na zewnątrz chce mnie pokonać.




12:36


Słońce jest w szczytowej formie, daje czadu, aż mi słabo. Żar leje się z nieba. W najzimniejszym pokoju Mania rozkosznie śpi. Wokół niej wiszą zimne, mokre ręczniki. Cudowne 23 stopnie. Niech prześpi ten upał, bidula.

Na lampach w dużym pokoju wiszą mokre ręczniki kuchenne. Jem chłodnik z botwiny, miałam taką ochotę, że pokonałam moją dzisiejszą niechęć do gotowania. Cały gar, na cały upalny weekend, od razu mi lepiej. Nie zamierzam nawet patrzeć w stronę kuchenki czy piekarnika, by się od samego patrzenia przypadkiem nie włączyło któreś. 

Chłodną kawę włożyłam do lodówki. Mocno zimna, z lodem jest w porządku. Najgorsza to taka wystudzona w temperaturze pokojowej. Mocno zimna świetnie schładza.


Nawet nie mam apetytu specjalnie. Piję wodę z lodem i melisą. Staram się przetrwać do poniedziałku. Obiecują 22 stopnie.

Wydaje się, że w lecie nie sposób przybrać na wadze: owoce, soki, woda (i jeszcze raz woda), koktajle chłodniki ... A tymczasem bywa różnie. Wystarczy codziennie zaserwować sobie salaterkę lodów z bitą śmietaną, pić gazowane napoje i mrożoną kawę z syropem i bitą śmietaną... i dupa rośnie, mówiąc dosadnie. Nie lubię słodyczy (chyba, że to placek drożdżowy z owocami i kruszonką) a tym bardziej bitej śmietany, więc problem sam się rozwiązuje. Lody, o ile nie zrobię ich sama, zawsze są za słodkie i za muląca - odpadają. Zamiast tego, wkładam sok lub jogurt z owocami do zamrażarki. No i nie znoszę słodkich napojów gazowanych. Lato ma tyle możliwości, że lody, bita śmietana i napoje słodkie to po prostu zbrodnia przeciwko tym wspaniałym produktom, jak warzywa i owoce sezonowe, tanich i cudownych o tej porze roku. 

Wasza ulubiona potrawa na lato? Ulubione warzywo, owoc? Ciekawa jestem, które z nich są Waszą słabością. U mnie chłodnik litewski (lub gazpacho) i pierogi z borówkami (o ile nie ma upału, mogę lepić). Ulubione warzywo? Trudno mi się zdecydować... chyba pomidor, ma zapach lata. Ale ja nie ma warzyw nieulubionych :). Owoc? Też będzie problem... borówki, maliny, truskawki, jeżyny... i można tak wymieniać :)


15:14


Wyszłam z Mańką do babci. Tak, żeby sprawdzić, jak bardzo nie powinnam narzekać na temperaturę w domu. I rzeczywiście, tropiki. Gdy wróciłyśmy wiedziałam, że mamy w domu wręcz cudownie chłodno. 25-26*C. Kto by pomyślał, że będę się zachwycać tak wysoką temperaturą! Jak Buńka wróci z przedszkola rozkładamy basen. Obowiązkowo.

A jak u Was z upałami? Dajecie radę?

piątek, 17 czerwca 2016

Słowo, które mrozi krew w żyłach: kolka niemowlęca (nowe spojrzenie)


Słowo, które mrozi krew w żyłach: kolki.



Masz dziecko? Jeśli tak, to na dźwięk słowa „kolka” dreszcz przebiega ci po plecach. Niektórzy to nawet bogobojnie żegnają się, jakby odprawiali jakiś egzorcyzm. Ludzie generalnie wiedzą, co to znaczy, że dziecko ma kolki i co stoi za ty terminem: rozdzierający płacz-krzyk, którego nie da się ukoić niczym i świadomość, że kolka wywołuje w dziecku ból, bo napina się i kopie nóżkami, jakby chciało „wykopać” ból. 

 

środa, 15 czerwca 2016

nr 38, 15 czerwca - bite dwa miesiące




15 czerwca 2016 r.
Środa


Mania: 61 dni (2 miesiące)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 29 dzień
Waga: 61,3 kg
Pogoda: Pół na pół. Ale jest przyjemnie: lekki wiaterek, temperatura z tych moich ulubionych, 22*C i czasem słonka połaskocze w policzek. Po południu przychodzi nagła burza i pierze po szybach w kuchni.



17:46

Dziś 15 czerwca. Dokładnie 2 miesiące temu urodziła się Mania. Leży właśnie obok mnie na brzuchu i śpi snem sprawiedliwego. Zassała smoczka jakby się do niej przykleił. Zamykam na chwilę oczy i czuję jak mi dudni w głowie...


piątek, 10 czerwca 2016

nr 37, 10 czerwca - Widmo chrzcin...




10  czerwca 2016 r.
Piatek


Mania: 56 dni (1 miesiąc i 25 dni)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 24 dzień
Waga: 61 kg
Pogoda: Pół na pół. Ale jest przyjemnie: lekki wiaterek, temperatura z tych moich ulubionych, 22*C i czasem słonka połaskocze w policzek.


14:49


W końcu oderwałam się od Mańki. Dziś jakiś szczytowy dzień skoku rozwojowego, bo taka "mamula" się dzisiaj zrobiła, że nie sposób było jej położyć - spała tylko u mnie na rękach. Po 6 nieudanych próbach odpuściłam i godzinę oglądałam intrygę według Agathy Christie, Poirot. Z myszką troszeczkę, ale nadal fajnie się to ogląda.


piątek, 3 czerwca 2016

Jestem samotną matką...

31 czerwca 2016 r.
Wtorek


Mania: 47 dni (1 miesiąc i 16 dni)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 15 dzień
Waga: 61, 7 kg
Pogoda: Zmienna. Miało grzać jak cholera. I grzało. Do południa. Teraz coś postraszyło deszczem, ale na razie nas oszczędza. Pogoda zrobiła się temperaturowo znośniejsza. Zobaczymy czy znów będzie burza.




Jestem samotną matką...




... a raczej bywam. Kiedy to mój eR., któremu generalnie nie powinnam wiele zarzucać, wraca do domu z pracy przywożąc z przedszkola Buńkę i dostrzega w domu większy porządek niż zazwyczaj. Podłogi odkurzone i przetarte, łazienka zachęca do umycia się, w kuchni pachnie jakby obiadem (lub czymś zjadliwym), a dziecko śpi. Tak bywa. Raz czy dwa razy w tygodniu, powiedzmy. W pozostałe dni zawsze któregoś elementu brakuje. I wtedy mój mąż stwierdza, że może oglądnąć mecz, liczyć na podanie pod brodę talerza. A ja zajmę się drugim dzieckiem (bo przecież tak się za mną stęskniło! a za nim to niby nie?), nawet jeśli to młodsze właśnie się obudziło. Czasem go opieprzę, by ruszył "swoją szanowną" i poczuł się w obowiązku przejąć to młodsze lub starsze. Ale czasem on po prostu informuje mnie, że "trawa nieskoszona", że "trawnik się wykrzywił i musi nawieźć ziemię", że "kapusty wyłażą spod kamieni" tworzących drogę wjazdową i "musi je randapem potraktować" (kapusty to po prostu liście mleczy), że "musi posprzątać w kotłowni", że... no, końca nie widać. I to jest takie pilne, że nawet nie zdążę zaprotestować, a jego już nie ma.

sobota, 21 maja 2016

nr 35, 21 maja



21 maja 2016 r.,
Sobota


Mania: 37 dni (1 miesiąc i 6 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 5 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Powiedziałabym, że kalka z dnia wczorajszego. Może nawet ładniej i może nawet cieplej. I co z tego, ja się pytam?





14:41

eR. jedzie na kawalerski do przyjaciela. Niby wszyscy wiedzą, że ma świeże dziecko, więc łaskawie wrócą jutro do południa. I podobno się tak strasznie nie upiją. Taaa, a jadą we trójkę do Zakopanego.

Dziś zostaję sama z Mańką i jej kolkowym problemem. Buńka pojechała do babci. Cała chata pusta. Tylko ja, Mania, kolka i łzy. No i jeszcze krzyk. A jutro po południu zabiorą mnie do Kobierzyna.


piątek, 20 maja 2016

nr 34, 20 maja



20 maja 2016 r.
Piątek



Mania: 36 dni (1 miesiąc i 5 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 4 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Ładna, wiosenna, słoneczna. Optymistyczna. kontrastuje z moim samopoczuciem.



15:34


A jednak. Mańka ma kolki. "Najpierw, powoli, jak żółw ociężale" sytuacja się rozwijała. Mała miała coraz większe problemy z odbiciem. Nie ulewała już tak koszmarnie, pozbywając się wszystkiego, co ze mnie wyciągnęła, ale powietrze, które kotłowało się w brzuszku dawało jej popalić. I sytuacja zaczęła się stopniowo zaostrzać. Coraz mniej snu, coraz więcej płaczu.

Od kilku dni wiem, że to jest to. Wiem, bo Buńka też miała kolki. Tylko od 4 doby. Tej zaczęły się teraz.
Wiem, że będę stosować sab simplex, bo wiem, że pomoże. I może przetrwamy.

Dziś już się popłakałam: mała spała 1,5 h w południe. I tyle. Pozostały czas, to rozdzierający (lub trochę mniej) płacz.



Kiedy dziecko ma kolki, prócz desperackiego poszukiwania pomocy wszędzie, gdzie się da i stosowania nawet najdziwniejszych praktyk, zastanawiasz się przede wszystkim, czy nie przeskrobałaś czegoś, że sobie na to zasłużyłaś. Może nie na początku, ale kiedy te kolki naprawdę zaczynają już męczyć rodziców. Kiedy pojawia się drugie dziecko i to drugie także ma kolki, jesteś już prawie pewna, że należy zrobić porządny rachunek sumienia, bo na pewno gdzieś tam będzie przyczyna, że znów cię to spotyka. Chyba, że to mąż coś przeskrobał...



16:02


Mańka zasnęła. Umordowana, upłakana. Po policzkach ciekły łzy. Nam obu.
Tak, jak Buńka darła się, jakby ją zarzynali i szło osiwieć i ogłuchnąć jednocześnie, bo potrafiła osiągać nieprawdopodobne decybele, tak Malutka nie ma aż tak donośnego głosu. Ma jednak okrutnie przejmujący. Okrutnie dla nas. Płacze, jakby się żaląc, że nikt nie chce jej pomóc. Nie wie, nie rozumie, że po prostu na ten moment nie mam jak jej pomóc.

Boli mnie głowa. Kiedy zasypia, cisza, którą prawie mogę usłyszeć, dzwoni w uszach.

Kręgosłup chce odpaść od rąk. I odwrotnie.

Czuję jak niewidzialna ręka ściska mi klatkę piersiową. Drżącą ręką sięgam po metalowy kubek, nalewam wodę i stawiam na płycie. Nie mam odwagi włączyć czajnika bezprzewodowego. Zalewam torebkę melisy. Nie zaszkodzi, a może pomoże.



***

Przypomniała mi się sytuacja sprzed ponad dwóch lat, kiedy to Bulinka miała kolki. Ktoś, z pewnością chcąc dobrze, powiedział:
- No, zobaczcie! Jak szybko zleciały te 3 miesiące! 



Padłam. Komu szybko zleciały, to zleciały...

Ręce i piersi opadają. Dosłownie.



poniedziałek, 16 maja 2016

nr 33, 16 maja




16 maja 2016 r.
Poniedziałek



Mania: 32 dni (1 miesiąc i 1 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy (dokładnie dziś!)
Waga: 61, 4 kg
Pogoda: "Przeważnie pogodnie", według mojej aplikacji, co generalnie dobrze odzwierciedla jaka rzeczywiście jest pogoda. Niby ładnie, ale jak się zachmurzy, to od razu szaro i chłodno.


07:56


Od tygodnia śpię po 3 h w nocy. To się w końcu musiało zemścić.
Wczoraj obudziłam się na karmienie o 5:30, a położyłam się przed 6. O 6 z minutami dziarsko przytupała do nas Buńka ze swojego łóżka. 

- Wstajemy! - zawołała. I obudziła Mańkę. 

I wystarczyło, żebym się rozbeczała. Bo przecież kiedy "wy sobie śpicie, to ja tutaj kilometry przemierzam w nocy!" i chyba "mogę liczyć, że przez godzinę będę mogła spać1". Ale gdzie tam! Mała szybko sobie przypomniała, że skoro nie śpi to znaczy, że powinna być głodna i ostro zaczyna nadawać, jak to ta matka ślamazarnie zabiera się do nakarmienia. Ostatecznie widok piersi wyraźnie ją rozbawił i uświadomił najwidoczniej, że jednak głodna nie jest. 

Mam dość. Już to może gdzieś napisałam? 
Buńka miała kolki i to było wykańczające psychicznie. Fizycznie też, ale jednak pierwsze dziecko, to większe nerwy, stres i zmęczenie gdzieś spadało na drugi plan, bo z przejęcia to człek inaczej znosił to niewyspanie. Ale "niewyspanie" "niewyspaniu" nierówne. Buńka miała kolki, ale kiedy o godzinie 1 w nocy zasnęła była tak umordowana, że budziłam się do niej raz, a ona grzecznie jadła i "odbijała" (chociaż w dzień graniczyło to z cudem - i jedno i drugie) i zapadała w sen. I spała do 8. W związku z tym, że się dziecko nie wyspało w nocy. Coś za coś. 

Mania chce jeść, ale je łapczywie i nie mogę jej karmić na leżąco. Czyli w nocy po prostu muszę się spionizować na 20 minut karmienia a potem jeszcze zmusić do uruchomienia nóg i pospacerować po domu, żeby się odbiło i by zasnęła. Nie, nie płacze (chyba, że powietrze, które połknęła jakoś wyjątkowo ją uwiera), po prostu sobie patrzy oczkami i dopiero jak pohuśtam ją delikatnie - zamyka oczy. No, niestety, nie zaśnie sama. Chyba, że w wózku na spacerze. Nie trzeba nią też jakoś strasznie rzucać (niektóre dzieci, wiem to z opowiadań, po prostu potrzebowały tego, by nimi rzucało na boki i dopiero wtedy spały), wystarczy lekko na biodrach, delikatnie... Sądzę, że to działa, bo ja sama miałam taką leżącą i mało aktywną ciążę. 

Kiedy mała zasnęła w ciągu dnia, położyłam się z nią. I tylko się wkurzyłam, bo obudziłam się jeszcze bardziej rozdrażniona z niewyspania. Tak to już jest: nie nadrobisz nocnego snu w dzień. Tak jak się na zapas nie wyśpisz i nie najesz. 

A potem zaskoczyli nas goście: 2 rodziny, każda z trójką większych i mniejszych dzieci. No, a to Zielone Świątki, sklepy pozamykane. Niby niedziela, więc dom ogarnięty, ale powierzchniowo - kiepsko, bo puzzle porozrzucane, gdzieś misie, kredki, pisaki, malowanki, jakiś talerz, kubki, chusteczki higieniczne... 

eR. wyciągnął z piwnicy jakieś soki, z szuflady - ciastka, które czekały właśnie na taką "czarną godzinę" czy chipsy, które generalnie u nas nie schodzą, więc siedzą, póki nie pojawi się ktoś, kto jada takie przekąski. 
Niestety jednak takie rzeczy jak herbata i kawa lubią się skończyć właśnie w takich sytuacjach.

Jeszcze po herbatę gonię eR do sklepu, bo pija, a ja jakąś słabą także. Kawy mielonej jednak teraz nie kupuję, bo eR. nie pija za często i wywietrzałaby, a ja teraz w ogóle zrezygnowałam. Może wrócę za jakiś czas, jak mała podrośnie, ale wystarczyło mi się napić tej udawanej kawy z cykorią i mała nie spała pół dnia i była rozdrażniona. Chociaż w kawie nie ma żadnego dziadostwa i ma tylko 30% kawy w sobie, więc myślałam, że spoko. Ale chyba Mańka jeszcze jest za mała. W ciąży piłam kawę nawet 2x dziennie, chociaż nie za mocną, więc sądziła, że nie powinno być problemu - a jednak. Szkoda, bo teraz, kiedy mam tak kiepskie noce, taka kawa z rana byłaby zbawienna. Zbożowa co prawda próbuje oszukać mój zmysł wzroku i może trochę jakby smaku (przez mleko), ale nie pobudza, więc... dlaczego nazywa się ją kawą, do cholery?!




9:56

No, a ja? Cóż, nadal mnie boli brzuch. A w zasadzie to podbrzusze. Wydaje się, że czas "oczyszczania" powoli się kończy. Ale niestety wciąż czuję ból, w szczególności kiedy jestem zmęczona. Nie chodzi o to, że kiedy leżę i odpoczywam, to mnie nie boli, a jak się ruszam - tak. Najbardziej boli mnie po nocy. Kiedy obudzę się rano zmęczona jak po orce. 

Jednak badania dodatkowe, które zlecił mi lekarz (morfologia, mocz, białko CRP i betaHCG) wyszły prawidłowo, więc nic się w moim organizmie nie dzieje. Badanie pozostałości po zabiegu łyżeczkowania (tzw. wyskrobiny - przeokropnie brzmiące słowo) również wyszło dobrze - niczego tam nie znaleziono, więc tylko się cieszyć. Przykro jednak, że nadal boli.


niedziela, 8 maja 2016

Połóg - jak może cię niemile zaskoczyć


6 maja 2016 r.
Piątek




Połóg. Cóż za okropnie brzmiące słowo. Niby pochodzenie wręcz narzucające się to po prostu "łoże" - chodzi o "położenie się", "oszczędzanie" po porodzie. Co z tego, kiedy "położnica" brzmi jakoś tak ... średniowiecznie. Nie wspominam już nawet o fonetycznym skojarzeniu z "nałożnicą"...

Co to jest połóg?

Nic innego, jak okres 6-8 tygodni od porodu, w którym to czasie kobieta wraca do formy sprzed ciąży. A przynajmniej takie jest założenie. Większość zmian, które zachodzą w ciele kobiety podczas ciąży - cofa się. O to chodzi. 

Trochę historii - od historyka

Jako żem historyk z wykształcenia, nie byłabym sobą, gdybym nie zaglądnęła w historię tego zjawiska. Przyznam, że ciekawa sprawa z tym połogiem kiedyś była. 

Dawniej połóg nie był związany jedynie z fizycznością, jak obecnie. Był okresem bardzo ważnym dla kobiet. Wierzono, że odseparowanie świeżo upieczonej matki wraz z noworodkiem od reszty świata pomaga uchronić oboje przed Złem, mówiąc najogólniej. Poza tym odosobnienie zapewniało ochronę przed zarazkami z zewnątrz. Nie zdawano sobie z tego sprawy, ale na tym właśnie polegała ta mądrość ludowych zwyczajów. Oczywiście kobieta była bardzo osłabiona, dużo leżała i miała ogromny problem z ogarnięciem rzeczywistości. Dlatego mogły ją odwiedzać znajome, bliskie kobiety i pomagać jej. Szybko to jednak przerodziło się w uczty (nie stroniono od alkoholu), które dziś najlepiej odzwierciedlałoby słowo "biba", czyli nieskromna impreza z grubiańsko żartującymi i pijącymi na umór biesiadującymi. Coś, jak odpowiednik "pępkówki", którą obecnie często organizuje świeżo upieczony ojciec. 

Po zakończeniu połogu kobieta uroczyście przestępowała próg domu (tzw. wywód) i szła do kościoła ochrzcić dziecko. Nie zapominajmy też, że kiedyś była astronomicznie wysoka śmiertelność kobiet w połogu oraz noworodków. Po czasie 6-8 tygodni szanse na przeżycie obu wzrastały i można się było w końcu "pochwalić" urodzeniem dziecka i samym dzieckiem. Trochę to asekuranckie, ale z drugiej strony zrozumiałe: pochwalić się, a później grzebać jedno z dwojga...? Cóż, średniowieczni ludzie mieli grubą skórę, nie da się ukryć. 

Urodziłaś, ale to nie koniec dolegliwości...


Jeśli sądzisz, że wraz z porodem wszystko, co dokuczało w pod koniec ciąży, zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, no cóż, jesteś w ogromnym błędzie. Wszystko, co zniknie, to twój ogromny brzuch. Nawet nie oznacza, że zniknie całkiem...

Zmęczenie kontra mobilizacja

Wiesz, że poród to generalnie ból i wysiłek, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałaś i raczej trudno będzie czemuś takiemu dorównać w przyszłości. To naturalne, że będziesz padać na twarz. Zaraz po tym, jak nacieszysz się dzieciątkiem i odświeżysz pod prysznicem. To będzie coś absolutnie nadzwyczajnego: będziesz spała bardzo głęboko, ale na dźwięk kwilącego maleństwa będziesz się zrywać, jakby to była słabiutka drzemka.

Może się jednak okazać, że z wrażenia będziesz miała problemy z wypoczęciem. Mogą ujawnić się obawy przed tym, że nie usłyszysz płaczu dziecka czy innych niepokojących rzeczy. Dziecko oddycha bardzo nieregularnie: najpierw tak, jakby biegło (nerwowo, szybko) a potem nagle przestaje, nawet na długi czas. To normalne, ale kiedy to zauważysz możesz się bać, że zapadnie w zbyt długi bezdech, podczas gdy ty będziesz smacznie spać.
 

Krwawienie

Jeśli chociaż raz zerknęłaś w stronę artykułów dotyczących porodu, na pewno już się tego spodziewasz. Będzie się z ciebie lało na potęgę. To będą tzw. odchody wraz z krwią. Najpierw schodzić będą bardzo intensywnie, potem mniej (kolor czerwono-brązowy) a na końcu będzie dość specyficzna wydzielina (odcień żółtawy). Każdy etap to gdzieś około 2 tygodni. Pocieszenie jest takie, że nie boli, jak przy okresie.


Ból

Dopiero co napisałam, że nie boli. No cóż. Nie boli jak przy okresie, ale... inaczej. To kurcząca się macica będzie ci dokuczać. Za pierwszym razem nie jakoś bardzo, ale z każdym porodem boli bardziej. Potwierdzam. Przez pierwsze dni miałam wrażenie, że rodzę po raz drugi. Zwłaszcza przy karmieniu. Ale im więcej się karmi, tym szybciej skończą się te boleści w dole brzucha...


Brzuch

A propos brzucha: to nie tak, że kiedy dziecko z ciebie wyskoczy to zaraz wróci talia osy i plaski brzuch. Przez pierwsze dni będziesz bardziej przypominać ciężarną końcem pierwszego trymestru niż położnicę (uh! znów to słowo!). A potem jak szybko brzuch się będzie kurczył to już często bardzo indywidualna sprawa. Czasem nawet pół roku trzeba czekać, a potem jeszcze wdrożyć regularne ćwiczenia, żeby brzuch mógł "wrócić na swoje miejsce".


Piersi - nawał i sutków boleści


Piersi to temat rzeka po porodzie. Często szybko zmienia się ich rozmiar (najczęściej na większy), ale najgorszy jest tzw. nawał mleczny. Przechodziłam za każdym razem. Ale o ile teraz dziecko ma apetyt (a do tego ulewa, więc szybko znów głodnieje) i pomagało mi przetrwać ten trudny czas (może potrwać aż 2 tygodnie!), o tyle za pierwszym razem było tragicznie: ból i łzy. I ogromne piersi do pasa.

Co to jest ten nawał? To nic innego jak namiar mleka wyprodukowany przez organizm. Niby natura myśli o wszystkim, to skąd ta "niedoskonałość"? No cóż: przez pierwsze dni dziecko ssąc stymuluje organizm do produkcji mleka. Od intensywności przesiadywania malucha przy piersi zależy później ilość pokarmu, którą kobieta wyprodukuje w odpowiedzi za to "zapotrzebowanie", czyli ssanie. Jeśli dziecko dużo je w pierwszych dniach, spodziewaj się nawału. Chociaż niektóre kobiety nie miewają go. I zazdroszczę im tego bardzo.

Jak przetrwać? Często karmić i odciągać minimalnie - do odczucia ulgi, tj. w momencie, kiedy poczujesz, jak napięcie piersi spada. Wiem, że kusi, by odciągnąć więcej. Ale to koło zamknięte. Im więcej odciągania (a mechanizm odciągania polega na tym samym co ssanie), tym więcej pokarmu, a nie o to chodzi przy nawale. Chodzi o to, by piersi nie pękły. I by nie zrobił się w nich jakiś stan zapalny. To, co podpowiedziała mi położna i co zmuszona byłam zastosować za pierwszym razem, to liście kapusty (schłodzone i rozbite tłuczkiem), które mają działanie ściągające. Przynoszą ulgę, serio. Czasem, jeśli nawał jest duży, można pić szałwię raz dziennie, ale obserwować piersi, bo szałwia hamuje laktację i można się pożegnać z karmieniem zamiast uregulować trudną sytuację. No i przed karmieniem trochę odciągnąć (by dziecku lepiej się jadło) i obłożyć ciepłą pieluszką (łatwiej wypływa pokarm), a także po karmieniu obłożyć okładem chłodzącym. Tyle w tej kwestii można. Ale najważniejsze to dużo karmić. A moja pierworodna nie chciała, więc i ja się mordowałam. Teraz mała ciupie równo, więc nawał udało mi się przetrwać w miarę bezboleśnie.

No i pozostała jeszcze kwestia bolących sutków, które nawet mogą krwawić. Czasami nie ma znaczenia, czy hartowałaś je wcześniej specjalnym kremem. Brodawki pękają, krwawią i bolą tak okrutnie, że trudno powstrzymać się od grymasów czy zgrzytania zębami (a tu trzeba być zrelaksowanym przy karmieniu, nie?). Mój sposób: smarowałam kremem od samego porodu. Nie czekałam, aż będą nieznośnie boleć, tylko od razu. No i zaciskałam zęby i karmiłam. Ponoć to właśnie karmienie przyspiesza gojenie i błędem byłoby odpuszczenie. Potem robią się nadwrażliwe, ale już nie bolą jak przy karmieniu.


Jadłowstręt i inne dziwactwa jedzeniowe


Jadłowstręt miałam za pierwszym razem. Co prawda jadłam w szpitalu, ale musiałam się zmuszać. Potem w domu miałam wiecznie uczucie pełności i przesytu, chociaż nie jadłam całymi godzinami. Czasem dopiero w południe jogurt i wieczorem... też jogurt. I tylko jeden rodzaj jogurtów jadłam, bo inne mi nie pasowały. Przełamywałam się, bo inaczej poszłyby mi włosy, zęby, paznokcie i cera. Ale było to bardzo ciężkie. Teraz mam inną sytuację: po karmieniu piję i jem słodkie, bo brakuje mi cukru, a potem zasycona kawałkiem ciasta nie jem pół dnia. Ostatnio musiałam się nawet sama opamiętać z takim głupim jedzeniem.

Dodatkowo teraz zmagam się z innym dziwactwem. Mam uczucie, że mam na coś ochotę. Taką potworną, że aż swędzi. Ale nie wiem, na co. Jakbym potrzebowała jakiegoś składnika, ale nie potrafię zgadnąć jakiego. Nawet nie wiem, czy chodzi o coś do picia czy jedzenia. Czasem strzelam - każę eR. kupić to czy tamto, w naszej lodówce jest wszystko, co lubię, ale to nie to. Tak dziwne, a jednocześnie okrutne uczucie. Nie polecam. Można zwariować.


Hormonalna huśtawka


A mówiąc o wariacjach, hormony znów dadzą ci w kość. Dopiero, co przyzwyczaiłaś się do nich (a raczej twój organizm), teraz znów nastąpią zmiany. Ich poziom będzie chciał wrócić do tego sprzed ciąży. Ale po drodze znów nabałaganią i wraz z w/w dolegliwościami dadzą mieszankę wybuchową. Możesz być chodzącą bombą, albo kupką nerwów, która nie przestaje płakać. Tak czy owak, możesz się zachowywać dziwnie. Oczywiście sama będziesz to tłumaczyła zmęczeniem, ale inni będą to widzieć inaczej.

Może się też zdarzyć (80% kobiet po porodzie tak ma, więc jest wysokie prawdopodobieństwo, że trafi na ciebie), że dotknie cię stan zwany baby blues. Kiedy smutki zaglądają ci w oczy bardzo często, każde niepowodzenie, płacz malucha, codzienne obowiązki, fakt, że teraz twoje życie stanęło na głowie (mimo, ze się nastawiałaś się na zmiany)... To wszystko potrafi sprawić, że byle słowo potrafi doprowadzić cię do histerycznego wręcz płaczu. Taki stan wywołują hormony, więc jest to sytuacja normalna. Wszystko zależy ile trwa taki stan (baby blues trwa kilka tygodni) i czy się nasila, czy słabnie. Jeśli się przedłuża i nasila - to znak, że być może to nie jest stan przejściowy, a depresja poporodowa i wówczas trzeba się będzie skonsultować z lekarzem.


Sikanie i tak dalej...


Wszędzie przeczytasz, że do 6 h po porodzie powinnaś się wysikać. Grubsze sprawy mają trochę więcej czasu - całą dobę. Czasem jednak ten czas się wydłuża, bo przed porodem organizm kobiety sam próbuje oczyścić sobie jelita organizując coś jak biegunkę na kilka dni przed. Stąd nawet przez 3 doby możesz nie odczuwać potrzeby opróżniania. A kobiety raczej nie zmuszają się do tego jakoś specjalnie, bo nieopodal znajduje się żywa rana. Nawet jeśli obyło się bez szycia (nie było pęknięcia ani nacinania), to jednak wystarczająco wiele się w tych okolicach wydarzyło, by traktować to miejsce jako szczególne wrażliwe.

Ta wrażliwość to nie tylko powierzchowna sprawa. Mięśnie tamtych rejonów (Koegla) są nadwyrężone (nawet jeśli ćwiczyłaś je w ciąży, poród na pewno dał im popalić) i trzeba im dać czas, by wróciły do siebie. Warto je wzmacniać ćwiczeniami. Ale zanim wszystko wróci do normy, może ci się zdarzyć, że popuścisz. To normalne, ale też krępujące, więc... można się niemile zaskoczyć, kiedy ci się kichnie.


Połóg nie jest seksowny


Po przyjściu ze szpitala masz wrażenie, że jesteś chodzący "a-seks". Nie tylko wydaje ci się, że wciąż wyglądasz, jakbyś dopiero co zeszła z porodówki, ale też tak się czujesz. Niestety mąż czy partner - by ci udowodnić, że dla niego wciąż jesteś seksbombą - musi poczekać na namiętności do końca połogu. A i czasem nawet dłużej, jeśli kobieta nadal nie czuje, że "doszła do siebie". Nie wspominam już o ochocie. Nie wszystkie kobiety chcą się kochać po zakończeniu połogu, zbyt zajęte myślami o dziecku. Z drugiej strony wiem, że są i takie, dla których ten okres wlókł się w nieskończoność i nie mogły się doczekać, kiedy "będzie już można".



A może o czymś zapomniałam? Może Wy macie jakieś swoje przeżycia związane z połogiem, które Was zaskoczyły? Może nawet pozytywnie?







czwartek, 5 maja 2016

nr 32, 4-5 maja



4 maja 2016 r.
Środa


Mania: 20 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 19 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Do południa była ładna, słoneczna i cieplutka - czerwcowa. Teraz naszły chmury i w momencie lunęło. I grzmi.




16:20



Długi weekend za nami. 
Z dwójką małych - co trzeba podkreślić - dzieci (w tym jeden noworodek) długi weekend był naprawdę... długi. A wczorajszy wieczór myślałam, że się nie skończy. 

Widoki były przynajmniej nieobiecujące: Buńka rzyga i beczy nad miską a Mańce udziela się nasze zdenerwowanie i z nerwów ulewa jeszcze bardziej niż normalnie. I nie drze się tylko wtedy, gdy ją noszę. 

Dochodzi dziewiętnasta, H. zaczyna się bać wymiotów, bo coś jej utknęło i nie może tego do końca z siebie wyrzucić, więc płacze, ale nie chce widzieć miski. Do tego wisi nad nami konieczność kąpania Małej, bo nie była kąpana dwa dni.

Pół godziny później było gorzej: Bunia buczy na łóżku przerażona, my coś do niej mówimy, a Małą kąpiemy. Nie wiem, jak Maniula w tym wariatkowie zachowała spokój, ale była mega grzeczna i tylko trochę płakała przy wycieraniu. Zjadła i zasnęła. Odfajkowałam.

Wtedy usłyszałam:
- Tatuś... - to Bunia. - Brzuszek boli...
- Będzie wymiotowanie? - to eR.
- Idzie...!

I poszło. Aż zaczęła się krztusić, ale w końcu wyszło to, co jej tam zaległo. Potem, kiedy eR. ją obmył, zasnęła w minutę. 

Była 20:30. Kto by pomyślał - ja miałam wrażenie, że wieczór trwał przynajmniej pięć ciągnących się godzin. 

- Idę się myć i spać - zakomunikowałam. - Mam dość.
- Ja też.

Po 21:30 umyci leżeliśmy w łóżku. Zasnęłam na ramieniu eR. Jak zabita.






5 maja 2016 r.
Czwartek



Mania: 21 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 20 dni
Waga: 61, 3 kg
Pogoda: Na spanie. Taka szara, wilgotna i niezdecydowana w która stronę powinna się rozwinąć. Nie ma się nad czym rozwodzić. No, może temperatura jest całkiem przyjemna.


09:50


Herbata na laktację zamiast aromatycznej kawy. Nie mam nic przeciwko anyżowym smakom, ale ten napój nie podniesie mi ciśnienia. Niestety. 

I tak wypiję tę kawę, mówcie/piszcie, co chcecie. Moje dziecko nie śpi mniej, jeśli jego mama wypije słabą kawę. I to jeszcze taką z cykorią (40% kawy). 



* * *

Zaczyna mi szwankować słuch. Prawe ucho zaczyna wprowadzać zamęt: jakieś inne tony, szumy, gwizdy i buczenie, które nasila się przy głośnych dźwiękach. I generalnie zakłóca normalne słyszenie. 

Najgorzej, że nie mogę śpiewać. Jakbym słyszała drugi, fałszujący głos, który próbuje sprawić, że sama będę fałszować. Nie, żebym potrzebowała tego do śpiewania kołysanek - mała zasypia bez nich; nie to, co niegdyś mała Bulinka. Ja po prostu uwielbiam śpiewać i kształcę się w tym kierunku. I co z tego, że mam teraz czas. O dupę rozbić moje wysiłki - drugi głos przeszkadza mi tak, że musiałam odpuścić.


10:24


A teraz maseczka regenerująca i książka. Mała śpi. Teraz mam czas dla siebie. Potem biorę się za nadrabianie zaległości. Blogi czekają :)

niedziela, 1 maja 2016

nr 31, 30 kwietnia



30 kwietnia 2016 r.
Sobota


Mania: 16 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 15 dni
Waga: 61 kg
Pogoda: Wiosenna, chociaż wciąż straszą, że "to ostatni taki ładny dzień, potem ma się popsuć". Zrobiło się ciepło, mimo rześkiego poranka (4*C).


12:21




Wczoraj miałam mieć kontrolę po zabiegu.

Witam się z lekarzem.
- I jak się czujemy? - pyta. Moja "ulubiona" forma pytania w liczbie mnogiej.
- Dobrze - odpowiadam zadowolona, że w końcu mam dobre wieści. - Nawet już nie krwawię.

Zatrzymał się w pół kroku podczas przygotowania kozetki przy USG.
- Ale w ogóle? - patrzy na mnie z... uch! Czy to jest niepokój?
- Eee... tak - odpowiadam. Uśmiech gaśnie mi z twarzy. - O, nie... To nie jest dobry znak, prawda?

Kładę się i odsłaniam brzuch. Lekarz wzdycha.
- No i znów się ta macica zawinęła do tyłu. A tutaj - pokazuje mi na monitorze - widać, że w środku pewnie coś jeszcze jest... Skrzepy, krew... ale to się będzie musiało już wchłonąć.

Teraz wzdycham ja.
- Chyba będę musiał przepisać Pani antybiotyk, żeby coś się tam w tym czasie nie rozwinęło.

Czeka mnie jeszcze jedna wizyta kontrolna. Przynajmniej.

- Czy nie ma opcji, żebym jakoś sama mogła...hm... naprostować tę moją macicę? - pytam. Słaba nadzieja wdziera się między wiersze. - Jakieś ćwiczenia, czy coś...?
Lekarz ze współczującym uśmiechem kręci głową.
- Nawet ja nic nie mogłem zrobić podczas zabiegu. Próbowałem ją wyciągnąć, ale uparła się najwidoczniej.
- Czy już jej tak zostanie? - W moim głosie pobrzmiewa nuta niepokoju.
- No, mam nadzieję, że nie! - Zabrzmiało to przynajmniej jak: "Jeszcze by tego nam brakowało!"




12:36


Sobotnie przedpołudnie zeszło mi pracowicie. H. pojechała do babci, bo eR. postanowił wymienić bramę wjazdową i nie mógłby mi nawet na moment pomóc z dwójką.

Mańka po krótkiej drzemce od 7 - 8 rano, kiedy to zdążyłam zrobić moim śniadanie i spakować Bulinkę, obudziła się, by pozbawić mnie możliwości godnego zjedzenia śniadania. Postawiła na płacz, zamiast na kwilenie, więc nie mogłam tego ignorować.

Pojadła z obu piersi, rzygnęła - jak zwykle - i po chwili znów zgłodniała. Tylko, że była jakoś tak poddenerwowana, że wypięła się na mnie i moje piersi. Nakarmiłam ją z butli (moim pokarmem) i zasnęła gdzieś przed 10.

Rzuciłam się więc w wir prac domowych, wykorzystując fakt, że nie ma H. Niestety Mała nie spała snem ciągłym, więc prace przerywałam bagatela... 10 razy. Ale udało się. Przynajmniej mam poczucie, że odgruzowałam dom. Może podłogi wymagałyby lepszego potraktowania, ale już nie mam sił. Kręgosłup na wysokości klatki piersiowej daje czadu. Potrzebuję chwili odpoczynku. Po obiedzie czeka nas jeszcze spacer z Mańką i Buńką. I tak, po raz enty, zaprzepaszczę możliwość drzemki, kiedy mała śpi.

Takie życie matki dwójki dzieci.
 - Powiedziała filozoficznie i mało odkrywczo.

Ta, tylko nie mów, że się nie spodziewałaś.
Spodziewałam, ale to co innego niż brutalne zderzenie z rzeczywistością.



20:23


Pierwsza kąpiel w płaczu za nami. Dodam, że w płaczu rozdzierającym "jak tygrysa pazur antylopy plecy", cytując klasyka.
Nie było mowy o relaksacyjnym wieczornym karmieniu, jak to miało miejsce dotychczas. Dałam jej butlę z odciągniętym mlekiem, które wręcz pochłonęła. Rozlewając na boki, bo przecież kto by się tam przejmował niuansami z gatunku "mokre śpiochy", "morka koszula mamy" czy "mokry rożek". O drobnostkach takich jak marnotrawstwo bezcennego "napoju bogów" nie wspominam nawet.

Grunt, że ostatecznie zasnęła i teraz "śpi jak niemowlę", he he (sarkastyczny śmiech). Bowiem każdy rodzic wie, że powiedzenie to nie tylko nie jest prawdziwe (skąd się więc wzięło?), ale i tragikomiczne. Dylemat, czy się śmiać czy płakać, że tak bardzo mija się z prawdą.

Tak czy inaczej, dziś pierwszy dzień, jak Mańka sporo dokazuje (czyt.: płacze). Czuję się prawdziwie wypompowana. To nawet już nie zmęczenie, a całkowite wyzucie z energii.

I ten kręgosłup - doprawdy przykry ten ból. Na nic rogale, poduchy-fasole, fotele... Mój krzyż się po prostu uwziął. Nie miał możliwości być ćwiczony w ciąży i teraz wszystko wychodzi. Niestety do zakończenia połogu nie powinnam forsować ciała żadnymi ćwiczeniami; basen odpada... pozostaje mordownia i łagodzenie bólu pod prysznicem czy masażem zafundowanym przez męża.



I takie to życie.
Kończę, bo znów filozofuję banałami.

czwartek, 28 kwietnia 2016

nr 30, 26 kwietnia



28 kwietnia 2016 r., 
Czwartek


Mania: 14 dzień
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 13 dni
Waga: 61,2 kg
Pogoda: Wiosna, wiosna w pełni - trochę słońca, trochę deszczu (i śniegu?) Czyli jak w przysłowiu - kwiecień, plecień - bo przeplata trochę zimy, trochę lata.



16:26



Urodziłam. Informacja dla wszystkich, którzy ciekawi, trzymali kciuki, myśleli i byli - chociaż tylko myślą - ze mną: Mania przyszła na świat 15 kwietnia o godzinie 5:30. Ważyła dokładnie 3, 560 kg i miała 56 cm długości. A do tego wybroczyny na główce i duże stężenie hemoglobiny we krwi.

A teraz flashback z tego, co się zdarzyło.

Tak jak pisałam, następnego dnia udałam się do szpitala. I czekałam. Trafiłam na sali na taką gadułę, że nie sposób było się wyłączyć i poczytać czy popracować. Przynajmniej się nie nudziłam. Potem dokoptowali nam jeszcze jedną dziewczynę. Tak mi jakoś znajomo wyglądała, ale ja nie z tych, co od razu zapytają: "Ej... a my się nie znamy z ...?" i tu pada jakaś "szkoła baletowa", "kolonia nad morzem" czy "warsztaty z rękodzieła".
- A który jesteś rocznik? -  pyta nagle ona.
- 8-8 - odpowiadam.
- Ja też - ona na to. - A nie chodziłyśmy razem do liceum?

Ja - duże oczy.
- O, rany... Tak? - Nie powiem, byłby wstyd, w końcu ten sam rocznik, to chyba powinnam poznać, a przynajmniej powinnam zacząć coś kojarzyć. A tu nic.
- Chodziłaś do "D"? - pyta.
- Tak! - odpowiadam zaskoczona. Jeszcze bardziej mi głupio, że ona kojarzy coś, a ja, jak taka dupa wołowa, siedzę rozkraczona ze swoją równie rozkraczona pamięcią i nadal "ni hu-hu".
- Ja chodziłam do "E" - kontynuuje ona.

Do "E"? Jeszcze gorzej, myślę, przecież znałam z tej klasy większość osób!
Szybko jednak powiedziała mi z kim się trzymała i nagle zaskoczyło! Ciekawe, że ten efekt zawsze ma taki zam dźwięk: "klik!" i łapiesz. Jak w jakimś mechanizmie. I od razu widać to też na twarzy. Niestety.

Okazało się też, że sama ma trudną sytuację w ciąży. Też miałam trudny początek, tylko u mnie wszystko się wyprowadziło. Cudem, bo cudem, ale wszystkie znaki na ziemie i niebie wskazywały, że dziecko jest zdrowe i takie też zamierza się urodzić. U niej - nie. Nie wchodzę w szczegóły, ale szczerze jej współczułam, chociaż wydawała się - jak na tę sytuację - bardzo pogodna. Może dlatego, że wyszła jej duża religijność, co przywróciło mi wiarę w ludzi, serio. Coraz mniej takich, którzy - w obliczu wydawałoby się tragicznej sytuacji - zawierzają wszystko Górze i wierzą, że i Ona pomoże im się wyzbierać z psychicznego dołka, kiedy już dziecko się urodzi. A miała zaplanowaną cesarkę tego samego dnia, co ja indukowanie porodu - w piątek, 15 kwietnia.

Czyli czekamy już we trzy. Skurcze niby są, ale takie, że to śmieszne nawet wspominać o nich komukolwiek. Mijają dwa dni i nic. Ale myślę: Wiecznie nie będę czekać, najwyżej do piątku.

No i ok. Codziennie zdrowaśka, by nie rodzić w nocy i budziłam się rano cała i ... podwójna. Aż do czwartku w nocy. Grześ po 1 obudził mnie długi, mocny skurcz. "Gaduła" nie spała. Mówię, że obudził mnie cholernie długi skurcz.
- Może nie będą musieli ci go wywoływać - mówi z optymizmem.
- Taaa... coś wspaniałego - mówię gorzko, ziewając. Czuję narastający niepokój i zmęczenie. W końcu to środek nocy.

Po trzech skurczach i skracających się minutach przerwy pomiędzy nimi poszłam do położnych. Zbadały mnie.
- No, to idziemy na blok - mówi jedna rezolutnie.
Cudownie..., myślę.
- Ile jest? Tak z ciekawości... - zagaiłam.
- 4 cm, jak nic.
- Szybko... - stwierdziłam i poszłam się spakować. Jedna z położnych pomogła mi się zabrać i poszłyśmy.

Skurcze szybko nabierały tempa. Zaraz po telefonie do położnej, z którą się umawiałam, kazali mi się położyć do KTG. I, jak poprzednio, dziecko postanowiło pójść w kimono i na wydruku widziałam równiuteńkie tętno - 120. A skurcze coraz silniej się pokazywały. Musiałam je znosić w najgorszej możliwej pozycji: na plecach.

Szybki sms do stworzonej wcześniej grupy, że "się zaczęło". Grupa wsparcia oczywiście nie zawiodła: siostra i mama od razu odpisały, że mi kibicują. Tylko eR. odezwał się z opóźnieniem. Ma mocny sen. Ale treść smsa postawiła go w stan gotowości. "Teraz chyba nie zasnę do rana", napisał. Potem się przyznał, że jednak po godzinie zasnął :)

Położna przyjechała błyskawicznie, jakby gnała na sygnale. Po 40 min mordowni na plecach ostatecznie uznali, że badanie KTG jest ok. Poszłyśmy do "pomarańczowej sali" do rodzenia rodzinnego i potem już się szybko potoczyło. Prysznic, przebrałam się i usiadłam ciężko na worku. Każdy skurcz był dobitny i trudny. Zwłaszcza, że położna naprowadzała dziecko przy badaniu podczas skurczów. Myślałam, że mi oczy z orbit wyjdą z bólu. Ale była noc. Spokojnie, zero szumu dziennej krzątaniny personelu. Teraz myślę, że może to nie był taki zły wariant: poród w nocy.

Dwa ostatnie skurcze przygotowujące były tak trudne, że naciągało mnie na wymioty i trzęsłam się cała.
- Chce mi się spać - mówię. - Najchętniej zasnęłabym, a nie rodziła. Nie mam już siły...
- To śpij - na to położna.

Zasnęłam. Dwa razy. A potem już się zaczął wysiłek. 3-4 skurcze i usłyszałam krzyk Mani. Byłam w szoku, że poszło to tak szybko.
- Świetnie! - na to położna. - Powinnaś szybko dojść do siebie, bo nie będzie żadnej rany.

Drugą położną okazała się być mama mojego kumpla. Ślub brał z moją dobrą koleżanką, na który nie mogliśmy przyjść, bo miałam już bóle wieczorami. Przy ogarnianiu mnie po porodzie opowiadała o tym, jak to wesele wyszło bajecznie, jak się ludzie bawili. Takie rozmowy rozładowują napięcie i kobieta czuje się komfortowo. Mówimy tu o względach psychicznych, oczywiście. Fizycznie, trudno mówić o jakimś komforcie, kiedy taka babka leża w mokrej piżamie z jeszcze nie do końca czystym bobasem.

Potem - jak nakazują wszelkie zasady - leżałam z dzidkiem dobre 3 h (mają być przynajmniej 2h) "skóra do skóry". I dostałam pojedynczą sale, z własną łazienką! Bardzo ładną, odmalowaną, z widokiem i, znów, cudownym poczuciem komfortu psychicznego, ale i fizycznego. Zwłaszcza, że nasz pobyt przymusowo musiałyśmy przedłużyć...

Tak, żółtaczka. Raz, że mała miała wybroczyny na główce, a dwa, że miała nieprawdopodobne stężenie hemoglobiny we krwi. Dlatego poziom bilirubiny nie chciał schodzić przez 3 dobry. W zasadzie mimo fototerapii poziom był dokładnie jednakowo wysoki.

Fototerapia. Co to takiego? To nic innego jak forma solarium dla noworodków. Leży taki malec na czymś w rodzaju niedużej deski surfingowej z grubym kablem. W szpitalu nieformalnie nazywają to "naleśnikiem" - taki "billy bed". Świeci toto fluorescencyjnym niebieskim światłem i ma zmniejszyć ilość bilirubiny. A chodzi o to, by naświetlało się największą możliwą powierzchnię ciała dzidziusia. Czyli: malec leży na twardej deseczce w samym pampersie. I z "okularkami" na oczach. Specjalna opaska ma chronić oczy, ale jest zrobiona z jakiegoś śmiesznego materiały, który rozciąga się trwale bardzo szybko, przez co przy kręceniu głową, "okularki" się przesuwają. A ponieważ to światło może naprawdę zaszkodzić takiemu maluszkowi, trzeba tego bardzo pilnować. Umówmy się: dzieci tego nie lubią. Ja też bym nie lubiła. Niestety to nie jest tak, że pielęgniarki się tym zajmują, ale mamy. I taka, psychicznie i fizycznie zmęczona, musi walczyć teraz z płaczącym noworodkiem, który nie chce leżeć na tym dziwnym czymś. Jeśli jednak taka mama jakimś cudem spacyfikowała bobasa, to opaska wszystko potrafi zepsuć: dziecko się budzi, denerwuje i znów wszystko od początku. W rezultacie dziecko nie leży tyle, ile powinno.

Po 2 dobie, kiedy opaska już naprawdę słabo trzymała, budziłam się co godzinę, by to kontrolować. Walczyłam z Manią całą noc. I kiedy rano zrobiono badania, które pokazały, że fototerapia nie przyniosła pożądanych efektów - rozbeczałam się przy lekarzu i pielęgniarce. Jak bóbr. Nie chodzi o to, że chciałam do domu, ale ani psychicznie, ani fizycznie nie byłabym w stanie znieść kolejnej nocy w taki sposób. Zlitowali się i wzięli Małą do siebie. Noworodki płakały, więc nie rozróżniałam, w którym momencie płacze moja córa. Wzięłam kąpiel i na zmianę spałam, odpoczywałam i odciągałam pokarm, by nie faszerowały Mańki sztucznym mlekiem. Leżała tam cały dzień i pół nocy. Mój mały dzielniaczek. Następnego dnia rano ponowiono badania i w południe okazało się, że... bilirubina spadła i wychodzimy do domu!

Pierwsze godziny w nowym miejscu były trochę nerwowe, bo też Buńka nie umiała inaczej, tylko głośno przy niej mówić. I cieszyła się, ale też stęskniła za mną, więc chciała być głównie ze mną i opowiadać o wszystkim i o niczym. Wciąż uczy się jak się przy niej zachowywać, by dziecię nie dostało zawału. Ale Buńkę wciąż interesuje "o! żółta kupa! Mamusiu, żółta kupa!", czy "a co robi dzidziuś?", "ja tylko głaskam... delikatnie głowę" .

Kolejne dni pokazały, że nasze modły zostały wysłuchane, a obawy się nie spełniły: mała je i śpi. I próbuje odbić powietrze, którym się zachłystuje podczas łapczywego jedzenia. Nie ma porównania z Bulińcią, która od 4 doby miała kolki, była nerwowa, nie chciała jeść ani spać jak Bóg przykazał - do 5 miesiąca. Ale potem i tak jej wysoka wrażliwość utrudniała normalne funkcjonowanie jako niemowlaka. A tutaj: godzina 21, dzieci śpią. Mania budzi się koło 1 w nocy, więc wieczór mamy z eR. dla siebie.

Niestety nie mogło być idealnie. Ponieważ poród był bezproblemowy (i bezzabiegowy) uznałam, że koniec krwawienia w 5 dobie to nic nadzwyczajnego. Po powrocie do domu, nie mogłam się opamiętać - tak nagle i z taka mocą wszystko wróciło. Pojawił się ból. Następnego dnia zaczęłam się dziwnie czuć - słabo i bez życia. Kolejny dzień znów przyniósł niespodziankę: wszystko znów ustąpiło. I tak w kratkę kilka dni.
- Zadzwoń do lekarza i zapytaj, czy to normalne, umów się na wizytę, bo wyglądasz gorzej niż po porodzie - Jak on umie wesprzeć żonę, nie?

I tak zrobiłam.
- Niech pani przyjedzie dziś do szpitala. Jestem do 14 - powiedział.

Na miejscu, zbadał mnie i zrobił USG.
- No, pani macica zrobiła fikoła - powiedział.
- A co to znaczy? - zapytałam zaniepokojona, że macica się oderwała i wypięła tyłem.
- To tzw. tyłozgięcie - powiedział. - Kanał się zawinął do tyłu i blokuje oczyszczanie się i obkurczanie macicy.

Pokazał mi coś na kształt worka świętego mikołaja i wygiętym "ogonem".
- A tutaj w środku widać, że coś tam jest - i tu wyliczył kilka opcji. - W taki sposób będzie się oczyszczać jeszcze z półtora miesiąca. Niestety duże prawdopodobieństwo, że w tym czasie coś się tam wedrze, jakieś zakażenie lub po prostu zacznie się psuć.

Przełknęłam ślinę. Pewnie trzeba będzie chodzić na kontrolę, żeby sprawdzać jak się oczyszcza.
Kiedy usiadłam przy biurku pokazał mi wydruki i podparł głowę ręką i westchnął.
- Wydaje się, że najrozsądniej będzie zaprosić panią do szpitala i oczyścić za jednym razem - powiedział ciężko. Moja mina chyba też wskazywała na duży niepokój.
- Rozumiem - bąknęłam. - Na długo..?
- Przyjechałaby pani rano, zabieg około południa i po południu by pani wyszła.
Wiedział, że perspektywa wyjścia mnie przekona. W końcu mam kilkunastodniowe dziecko.
- Pani karmi naturalnie?
- Tak.
- Trzeba będzie coś zastępczego, albo odciągnąć, bo potem po zabiegu nie będzie pani mogła karmić chyba z 8h, ale to zależy od rodzaju znieczulenia.

Zdecydowaliśmy się na zabieg następnego dnia. Mama miała przyjechać do małej. W lodówce było jeszcze sporo odciągniętego pokarmu, powinny dać radę. Dodatkowo kupiliśmy sztuczne. Bardzo awaryjnie.

I powiem tak: gdyby nie to, że lekarz, który mnie prowadził wszystkim się zajął, na 100% nie wyszłabym tego samego dnia. Zabieg miałam jako pierwsza, chociaż były kobiety, które już sporo czekały. Wszystko trwało 10-15 min. Moment usypiania, bardzo interesujący. Człowiek się budzi jak po kilku latach regenerującego, mocnego snu. Jedyny mankament, że po wybudzeniu, nie można spać. Ostatecznie wszystko się udało, chociaż w piątek muszę przyjechać do szpitala na kontrolę.

- A już myślałam, że po porodzie moje przygody szpitalne się skończą i nie zawitam tu za szybko - powiedziałam na odchodne.
- Pani to ma pecha. Ale w końcu szpitale mają pomagać i mam nadzieję, że tym razem już definitywnie - odparł.


piątek, 8 kwietnia 2016

Kij w mrowisku: projekt nowej ustawy antyaborcyjnej



Szum i panika w Internecie, jakie wywołała informacja o nowej ustawie antyaborcyjnej to coś niesłychanego, muszę przyznać. Sama się prawie wkręciłam, aż trafiłam tutaj, do Piwnookiej. I wtedy pomyślałam: "Opanuj się, kobieto". Może sama się zmierzysz z tym przysłowiowym diabłem - czy aby na pewno taki straszny, jak się go w mediach maluje? Tak też zrobiłam.

Uwaga, nie będę tu pisała o moim stosunku do Kościoła, władzy czy własnej macicy w tej konkretnej sprawie. Po zagłębieniu się w temat nie wiem nawet czy jest sens wypowiadać się na temat samego projektu. Potraktuję temat ogólniej, jako podsumowanie tego, co sądzę o aborcji, aborcji zarówno w prawie jak i w mojej wierze i ochronie życia. 

Histeria w Internecie a realia


W sieci huczy, wyje i dudni od oburzonych kobiet, nawołujących do manifestacji, opamiętania się rządzących oraz oskarżeń wobec Kościoła, który - według większości - jak zwykle się nie zna, a krzyczy najgłośniej. Czytam to wszystko i wiem mniej niż jakbym tego nie czytała. 
Odstawiłam więc na bok blogi (w szczególności te parentingowe), gdzie mamy do czynienia głównie z potokiem emocji i wzajemnego cytowania się bez odniesienia do treści samego projektu. Czytając jedynie blogi można byłoby dojść do wniosku, że sprawa już jest w toku: ustawa w sejmie, zaraz ją przegłosują i lada dzień wejdzie w życie. 

Okazuje się, że jest zgoła inaczej. Co prawda pojawiła się inicjatywa obywatelska (przedłożona 14 marca Marszałkowi Sejmu RP), która zakładałaby w swym projekcie ustawy zaostrzenie przepisów dotyczących możliwości wykonania aborcji, ale to nie tak, że lada moment za nieumyślne poronienie ulice się wyludnią, bo kobiety pójdą do więzienia. 

Premier Beata Szydło wypowiedziała się na ten temat. Dokładnie 4 kwietnia. W odpowiedzi na szalejącą burzę w Internecie: Jestem zdziwiona takim natężeniem tego tematu, ponieważ w tej chwili polski rząd nie pracuje absolutnie nad żadnymi zmianami. Co prawda osobiście popiera całkowity zakaz aborcji, ale - jak podkreśliła - to jest jej prywatne zdanie: - Każdy ma prawo do własnych opinii i w sumieniu ma prawo do rozstrzygania tak ważnych i delikatnych kwestii. 

No i ok. Czyli na razie należy emocje odstawić na bok. mamy projekt, który może być jeszcze milion razy zmieniony. Nie mówiąc już o tym, że jakoś osobiście nie widzę całego Sejmu z rączkami w górze "za". Ale: poczekamy - zobaczymy. 

Stosunek Obywatelki Matki do ciąży, do ratowania i do jej przerwania.

Sama jestem w ciąży, która miała bardzo trudne początki, mówiąc delikatnie. Nie chodzi tu o trudności z zajściem; wie, kto czytał mój inauguracyjny wpis - o tym, dlaczego zaczęłam w ogóle prowadzić tego bloga. W skrócie: miałam podejrzenie o częściowy zaśniad. Bardzo trudna sprawa do zdiagnozowania. Nie chcę to tego wracać. O tym na pewno znajdziecie w necie mnóstwo artykułów. Generalnie, jeśli diagnoza się potwierdzi, trzeba dokonać terminacji (zakończenia) ciąży i poddać kobietę chemioterapii, bo zaśniad częściowy bardzo często przeradza się w kosmówczaka, nowotwór złośliwy kosmówki. W każdym razie ja już o tym pisałam i nie chcę to tego wracać. To chyba jakiś cud, że diagnozy nie postawiono, a objawy się po prostu cofnęły bez szkody dla mnie i dziecka - jak wynika z dalszej intensywnej obserwacji ciąży. 

Napisałam o tym, ponieważ straszono mnie zakończeniem ciąży - w tej sytuacji zagrożone byłoby moje życie. Nie mogłam się ruszać z łóżka, bo ruch mógł pogorszyć sprawę. Dlatego też sama zainteresowałam się tą ustawą, czy rzeczywiście moja sytuacja byłaby jeszcze dramatyczniejsza, gdyby taka ustawa już w tym czasie funkcjonowała? Aby zdiagnozować do końca zaśniad wymagane jest zrobienie biopsji kosmówki, w innych sytuacjach - amniopunkcji, a to nic innego jak inwazyjne formy diagnostyki prenatalnej. W Internecie szum, że ustawa będzie tego zabraniać. Poniżej bliżej przypatrzę się ustawie i zobaczymy...

Mój stosunek do ciąży?
Fajnie, jak jest fajnie. Jak można na pytanie: "Co u ciebie?" odpowiedzieć: "W porządku, wszystko gra." Kiedy ciąża rozwija się prawidłowo, kiedy można się nią ucieszyć i spokojnie narzekać na nudności czy zgagę, kiedy można się pośmiać z zachcianek i zabawnego chodu kaczki. Tak miałam przy Bulince: ciąża z tych klasycznych, ale ogólnie czułam się dobrze i byłam aktywna. Ta ciąża to 180* tamtej: stacjonarna, bolesna, depresyjna (większość czasu jej trwania - w niepewności) i ogólnie trudna. Wtedy zaczęłam widzieć szerzej: nagle tyle kobiet w ciąży wokół mnie borykało się z jakimiś trudnościami, podejrzeniami, diagnozami; tyle osób wokół mnie przechodziło trudno okres po utracie dziecka (poronieniu)... Wtedy do mnie dotarło, że nic nie jest oczywiste... że zdrowa ciąża to dar, to prawdziwy cud i ... jak tu go nie bronić za wszelką cenę?! Chyba, że mówimy tu o cenie jaką jest życie matki. Umówmy się: bez ratowania matki, nie uratujemy dziecka (chyba, że mówimy o sytuacji, w której może ocaleć jedno z dwojga). Ale co w sytuacji, kiedy ciąża nie rozwija się dobrze? Jeśli było wynikiem gwałtu? 

Nie mówimy tutaj o tym, że rodzice nie planowali dziecka; że kobieta nie dojrzała do bycia matką; że ojciec biologiczny wypiął się na kobietę po tym, jak mu powiedziała, że jest w ciąży; że dziecko przeszkodziłoby w karierze itd. 

Czyli jeśli jakaś młoda siksa decyduje się wskoczyć do łóżka z nieodpowiednim facetem, może starszym (który ją traktuje jako przygodę, bo przecież nie ułoży sobie z nią życia, kiedy ma już jedno ułożone), a może zbyt młodym, który pokaże jej język i sobie pójdzie (bo przecież niczego jej nie obiecywał, oprócz wspaniałych zmysłowych wrażeń) to może powiedzieć, że świat się jej wali i sprawić sobie zabieg?
Czy jeśli para nie zakłada, że będzie miała dzieci z jakiegoś powodu, ma prawo stwierdzić, że należy się im możliwość decyzji o przerwaniu ciąży? 
Albo para już ma tyle dzieci, ile chce. Nie stać ich na utrzymanie kolejnego. Czy kobieta ma prawo "pozbyć się" niechcianej ciąży?
Jak dla mnie nie. Bo - czy ktoś z Was żałuje, że rodzice dali mu życie? 

Umówmy się: jeśli ktoś decyduje się na seks i nie robi nic, by się zabezpieczyć (lub robi to nieudolnie), to już podjął decyzję i powinien liczyć się z konsekwencjami. Bo moment: czy nie jest jasne, że za seksem stoi ciąża? Mam nadzieję, że jest. Jeśli wiesz, że nie możesz sobie pozwolić na ciążę, to nie uprawiaj seksu, albo uprawiaj i licz się z konsekwencjami lub po prostu naucz się zabezpieczać. To proste.

Czy mam prawo mówić, że jeśli moja macica, to moja własność, to również rozwijające się w niej życie będzie również należeć do mnie? Możecie się ze mną nie zgodzić, ale osobiście uważam, że to całkowicie odrębne życie od samego początku, od poczęcia. Zależne od organizmu matki, to prawda, ale nie jest już moim życiem. Jest całkowicie nową istotą, odrębną - nie jest częścią organizmu matki, więc matka nie powinna decydować o tym, czy ten mały ktoś ma prawo żyć, czy nie ma tego prawa. Według mnie: zawsze ma. Podsumowując: absolutnie jestem przeciwna aborcji. Ktoś powie: no dobra, ale przecież są sytuacje ekstremalne, jak zagrożenie życia lub zdrowia matki, poważne nieprawidłowości rozwojowe płodu (jak wskazują na to badania) czy ciąża w wyniku gwałtu. Ostatecznie nie zostałam postawiona w sytuacji, w której w obliczu zagrożenia życia, będę musiała podjąć decyzję o terminacji ciąży... Nie wiem, co to za dylemat. Nie znam uczucia, które towarzyszy kobietom w pozostałych przypadkach... Wiem jednak, że te trzy przypadki, które dotychczas były akceptowane w polskim prawie wciąż powinny być. Kobieta powinna mieć wybór. Może podjąć decyzję o urodzeniu, ale nikt nie powinien jej zmuszać do schodzenia w mrok podziemia aborcyjnego, bo legalnie nie można tego zrobić? Czy nie wystarczy jej już stresu, cierpienia i bólu, jakiego doświadcza na tym etapie? Jeśli ktoś tego nie doświadczył może mieć problemy z wyobrażeniem sobie tego, co ta kobieta czuje i zapewne większość sądzi, że ot tak, lekko jej się o tym myśli, a cała sprawa spłynie po niej jak po kaczce. Otóż szczerze wątpię. 

Generalnie bardzo dobrze mój stosunek do sprawy oddaje poniższy obrazek. Poza wyjątkami, o których napisałam.




Jak ugryźć projekt ustawy? Czyli interpretacja.

 

Nie jestem prawnikiem. Dlatego to jest moja interpretacja. Tutaj, Przepisowa Mama rozbiera projekt na czynniki pierwsze (oczywiście z kobiecym komentarzem, ale jako prawnik). 
  
Sam projekt ustawy można przeczytać na stronie Fundacja Pro -prawo do życia. 
I teraz to, co ja z tego projektu rozumiem albo nie rozumiem (moje wątpliwości).

1. Artykuł nr 1.

 "Art. 1. Każdy człowiek ma przyrodzone prawo do życia od chwili poczęcia, to jest połączenia się żeńskiej  i męskiej  komórki  rozrodczej. Życie  i zdrowie  dziecka  od jego  poczęcia  pozostają  pod ochroną prawa.” 
Tak, mam wątpliwości, jaki moment dokładnie stoi za "połączeniem się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej". Nie jestem ginekologiem (w ogóle lekarzem nie jestem), więc wierzę autorytetowi w tym zakresie, prof. Dębskiemu: "Przez mniej więcej cztery doby po zapłodnieniu komórki namnażają się wyłącznie przy użyciu białek od matki (z komórki jajowej), białka ojca (z plemnika) nie są jeszcze w ogóle używane." (wypowiedź wzięta z wywiadu, który znajdziecie tu. I naprawdę polecam przeczytać) Czyli co teraz? Poczęcie to jedno, a połączenie się komórek żeńskich z męskimi to drugie. Ja osobiście jestem zdania, że życie zaczyna się od poczęcia. Ale widzę nieścisłość w tym artykule. Tyle.

2. Pewne zmiany wydają się brzmieć kosmetycznie - opieka medyczna nad kobietą w ciąży zamiast opieka prenatalna nad płodem i opieka medyczna nad kobietą w ciąży. Sądzę, że wszystko rozbija się o słowo "płód", które w pewnych środowiskach uznaje się za odrębną formę życia (formę, nie życie), której nie można utożsamiać z "człowiekiem" czy "dzieckiem". Dla mnie zawsze "człowiek" ("dziecko").

3. Artykuł nr 4.
"1. Do  programów  nauczania  szkolnego wprowadza  się wychowanie  do  życia  w rodzinie obejmujące wiedzę o zasadach odpowiedzialnego rodzicielstwa oraz wartości rodziny i ludzkiego życia od poczęcia  do  naturalnej  śmierci. Nauczanie  w  tym  zakresie  musi respektować  normy moralne  rodziców  i wrażliwość  uczniów.  Udział  w  zajęciach  wymaga  pisemnej  zgody  rodziców lub pełnoletnich uczniów.”

A co było wcześniej?

"1. Do programów nauczania szkolnego wprowadza się wiedzę o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji." 

Podsumowując: nie ma nauki o tym jak świadomie myśleć o zakładaniu rodziny; o tym, żeby myśleć, kiedy idzie się z kimś do łóżka i jakie to niesie ryzyko. Nie chodzi przecież o to, by kogoś zachęcać. Chodzi o to, by wiedzieć, przez wzgląd na konsekwencje, jak się zabezpieczać. Ktoś (sądzę, że to będzie konserwatysta, starsze pokolenie) z pewnością powie, że samo uczenie może zachęcić, przyspieszyć rozpoczęcie życia seksualnego. A ja powiem tak: zawsze byłam przeciwko temu, by niewinne dziecięce duszyczki wcześnie wprowadzać w świat dorosłych. One mają na to czas! Ale od jakiegoś czasu wydaje mi się, że to jest poza nami. Naprawdę, młodzież coraz szybciej się decyduje na wejście "świadomość". I będzie uprawiać seks niezależnie od tego, czy im o tym opowiemy, czy nie. To, że tego nie zrobimy, nie powstrzyma ich. Ktoś, kto będzie chciał poczekać, poczeka i tak. Kto nie będzie chciał czekać, nie zaczeka z tym, aż ktoś mu powie coś na ten temat. Starsi się oburzą, a potem będą płakać, że wnuczka w gimnazjum i czeka na dziecko. Jeśli chcemy, by dziecko zaczekało, tak go wychowujmy, pokażmy plusy czekania i minusy niecierpliwości w tym temacie. Wychowujemy dziecko, więc mamy na niego wpływ. Jak jednak postąpi, to już inna kwestia. Ale niewiedzą czy ograniczaniem wiedzy na ten temat z pewnością nie powstrzymamy dziecko przed uprawianiem seksu. Wiedza może przynajmniej zapobiec tragedii.

A co z tym nauczaniem, biorącym pod uwagę wrażliwości dzieci i rodziców...? Bez przesady, nikt nie będzie wobec tych dzieci wulgarny! Nauczyciel, który uczy tego przedmiotu ma za sobą kurs przygotowawczy, jak to zrobić dobrze, by nie skrzywdzić psychicznie dzieciaków. W interesie wszystkich jest wychowanie zdrowego na umyśle pokolenia młodych ludzi. Chapucenie się o to w prawie jest trochę takie właśnie polskie: "Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza!"(cytat z Dnia Świra). Tak sądzę.

4.
"Art. 4a. 1. Przerwanie ciąży może być dokonane wyłącznie przez lekarza, w przypadku gdy:
1) ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej,
2) badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu,
3) zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego."

I potem całe to rozwinięcie tematu, gdzie szczegółowo potraktowane są wszystkie ustępy, dokładnie opisując detale warunkujące możliwość wykonania zabiegu aborcji. Co na to projekt?

"6) uchyla się art. 4a;
7) uchyla się art. 4b;
8) uchyla się art. 4c."

Pod art. 4b, art. 4c kryje się rozwinięcie art. 4a, który zacytowałam powyżej. W skrócie: nie będzie żadnych wyjątków. Jak to skomentować w ogóle? Nie rozumiem tego braku zrozumienia. Pomysłodawcy chyba nie wiedzą, o czym mówią. Biorą odpowiedzialność za konsekwencje? Dla nich to zapewne jakieś obce kobiety, coś odległego... A problem najprawdopodobniej abstrakcyjny.
Nie powiem, że jest on bliski mnie. Był podobnie nieuchwytny, jak dla tych, którzy nie byli nigdy w tej sytuacji. Co mnie uświadomiło? Wypowiedź profesora Dębskiego. W odpowiedzi na pytanie "W jakich sytuacjach wyraża pan zgodę na przerwanie ciąży?", przeczytamy:


Zazwyczaj są to bardzo poważne uszkodzenia płodu. [...] To są na przykład ciąże akranialne - płód nie ma kości pokrywy czaszki, z czasem dochodzi też do zaniku mózgu. Nie ma głowy, jest tylko szyja. Albo tylko nos, nie tam, gdzie powinien, bo wszystko jest źle. [...] Takie dziecko, jeśli przeżyje poród, zazwyczaj umiera w pierwszej lub drugiej dobie po porodzie, bardzo rzadko w piątej-szóstej.

[...] Pojechałem z komputerem do Sejmu, gdy chciano zaostrzyć ustawę antyaborcyjną. Po obejrzeniu zdjęć tych płodów część posłów przestała nalegać na zradykalizowanie ustawy. Wielu ludzi po prostu nie wie, co to znaczy głębokie uszkodzenie płodu. Przecież na ścianach w szpitalach położniczych wszędzie wiszą obrazki różowiutkich bobasów w pastelowych ramkach. A tu nie o tym mówimy, w ogóle nie o tym.

To tylko fragment. Jeszcze raz podaję link do wywiadu. Mnie otworzył oczy a jednocześnie nie wzbudził uczuć w stylu: "no, pewnie - typowy ginekolog".

5. Artykuł 2.

Tutaj się dzieje dużo. Jak kwestia kar za celowe bądź niecelowe działanie, w wyniku którego dojdzie do poronienia. Przeczytałam te artykuły i jakoś nie widzę tutaj zakazu inwazyjnych badań (nie ma mowy o zakazie leczenia niosącego ryzyko). Jeśli próbujemy leczyć, robimy wszystko, by wyleczyć i o to chodzi. Nikt nie zostanie ukarany. Wiem, to się wydaje dość absurdalne: lekarz nie pójdzie do więzienia, jeśli dziecko/kobieta umrze podczas/ w wyniku leczenia - łaskawcy. Ale jakby się nad tym zastanowić... Czy nie wydaje się wam prawdopodobne, że jeśli w wyniku inwazyjnego badania kobieta poroni, to oskarży lekarza, który zaproponował taką formę diagnozy? Ja już byłam na etapie podpisania zgody na takie badanie. I oczywiście nie sądziłabym się. Ale czy nie znamy przypadków bardziej absurdalnych (w różnych dziedzinach życia) sądzenia się ludzi?! Właśnie...

Projektowi zarzuca się też, że na pierwszym miejscu jest dziecko, a później matka. I jeszcze raz: gdzie to jest napisane? Czy coś przeoczyłam? A może nie umiem czytać ze zrozumieniem? Ja nie doczytałam się takiego zapisu. Już nie wspominam o tym, że to bez sensu: jak ma przeżyć dziecko, jeśli matka nie przeżyje? Nie mówimy tu o sytuacji ratowania jednego z dwóch tuż przed porodem lub w jego trakcie. To inna para kaloszy. Ale dziecko do 37. tygodnia jest zależne od matki, więc jeśli w projekt wejdzie w fazę prac sejmowych (o ile!) nie wyobrażam sobie, by zapis stwierdzający wyższość dziecka nad matką mógł się tam pojawić.



No i oczywiście cały czas mówimy o projekcie, nad którym jeszcze nikt nie pracuje, dlatego proponuję zdjąć te majtki z głów i jeśli będzie trzeba, jeśli projekt trafi do posłów, by nad nim pracowali, wtedy będzie można protestować. Chociaż trochę nie wierzę, by zdjęto te wyjątki z ustawy. Czyż już i tak nie jest trudno o ich wykonanie?


No dobrze, to teraz możecie wieszać na mnie psy :)


Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric