Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tata. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

8 sierpnia - jak wróciłam z zaświatów i o przywołaniu do porządku mamy





8 sierpnia 2016 r.
Poniedziałek


Mania
: 3 miesiące i 24 dni
Bu: 2 lata, 9 miesięcy i 23 dni
Waga: 59 kg
Pogoda: Chłodny poranek (ukochane 19*C), ale zapowiadają 31*C, więc już zaczęłam świrować z otwieraniem-zamykaniem okien, zasłanianiem ich i tego typu rzeczy, które mają mi pomóc w utrzymaniu cudownych 20* w domu. Co i tak ich nie zatrzyma, ale nie przeszkadza mi to z uporem maniaka szaleć z oknami i drzwiami...




08:51


Patrzę na tę datę w kalendarzu i wciąż nie wierzę, że to 8 sierpnia. Magiczna data, która jeszcze 23 lipca była tak odległa, jakby nigdy nie miała nadejść. A jednak!
Skończyły się dwa tygodnie przerwy wakacyjnej w przedszkolu. Odżyłam.
A teraz czekam, aż zaleje mnie fala krytyki: bo przecież jaką ja jestem matką, skoro nie wyczekiwałam tych dwóch tygodni, nie smuciłam się, że to już koniec?! Bo przecież dzieci to skondensowana radość rodziców. No, może to i po części prawda, ale nie w mojej sytuacji...
Otóż, trzylatka być może potrafi sama się ubrać, zjeść, pobawić się, wysikać i wyartykułować swoje potrzeby, ale jednak przy ubieraniu potrafią być problemy, a kiedy je, to i z nią je bluzka (mimo śliniaka), stół i podłoga. Potrafi się zabawić, ale bardzo często trzeba jej wskazać lub nawet zorganizować zabawę. No i chce to robić ze mną najczęściej. Wysikać się wysika, ale najpierw musi głośno oznajmić całemu światu swoją potrzebę, następnie biegnie w stronę łazienki, jakby miała kopyta a nie małe stópki po czym musi wrzeszczeć na całe gardło, że to jednak nie chodzi o siku, tylko ona będzie co innego tak robiła. 

Niestety trzylatki tak mają: 
- nie, bo nie chce,
- nie, ona chce co innego,
- nie, ona chce, żebym ja, eR., M....
- nie, ona jednak chce, ale najpierw...
- nie, bo ona chce sama.

A do tego M., która teraz-zaraz musi zjeść, być przebrana, uśpiona, zabawiona... 

Wszystko razem plus upały daje kombinację, której nie da się przejść bez wieczornego wina, ewentualnie mocnych środków uspokajających, pięciu kaw dziennie i wieczornego obściskiwania się z mężem. 

Przynajmniej dwa razy dziennie dostawałam smsa od eR., czy żyjemy, czy może to dzieci jeszcze jakoś ciągną, ale ja już beczę, leżąc na podłodze przygnieciona ciężarem dwójki. Nawet nie starałam się dobijać próbą sprzątania. W takich sytuacjach bałagan się rozgarnia, a w najlepszym wypadku przekłada rzeczy w inne miejsce, byleby nie przeszkadzały w funkcjonowaniu. 

I wiecie co? Po raz pierwszy pomyślałam sobie, że chyba jestem do dupy matką, skoro przeraża mnie zajmowanie się własnymi dziećmi! Ta prawda mnie tak przygniotła, że powiedziałam pewnego wieczoru, iż nie nadaję się na matkę i chociaż chciałabym mieć czwórkę dzieci, to chyba nie powinnam ich więcej mieć. 

Na to eR.:
- Moja mama - No, świetnie się zaczęło, pomyślałam - to wyjątek, który potwierdza regułę. 
- Że..?
- Że kobiety generalnie mają problemy z ogarnianiem wszystkiego.
- ...
- Nie musisz wszystkiego zrobić idealnie. To nie tylko niewykonalne, ale i nienaturalne. I wcale nie znaczy, że jesteś złą matką. 




12:53


Ostatnio przewinął się przed moimi oczami wpis pewnej mamy, która opisuje to, jak przewartościowała swoje życie po tym, jak urodziła dziecko, jak zmieniło ono perspektywę patrzenia na życie i jak z łatwością potrafiła zmienić swoje dawne nawyki, zrezygnować z wielu swoich pasji na rzecz dziecka. No, niewątpliwie chciała właśnie to pokazać światu. 

Może sądziła, że trafi z tym tekstem wprost do matczynych serc, które zmiękną, kiedy przeczytają o tym, jak zamykając oczy widzi się te dobre chwile, mimo że było ich znacznie mniej danego dnia niż tych - nazwijmy je - trudnych. To wszystko prawda. Doskonale pamiętam to przedziwne zjawisko pędzącego czasu (widoczne na zdjęciach, których mnóstwo robiłam małej Bu), kiedy pojedynczy dzień wlókł się niemiłosiernie, jakby na złość nie chciał się skończyć. I wówczas tylko te rzadkie uśmiechy dźwigały mnie z łóżka (i wierzcie mi, nie wyskakiwałam z niego pełna życia, raczej mrucząca pod nosem przekleństwa: "żeby się człowiek RAZ, k***, nie mógł wyspać!") dzień w dzień o 5 z minutami (bo tak wstawało to moje pierwsze dziecko). 

Pamiętam też swój czas reorganizacji priorytetów, do której po części zmusiło mnie dziecko, a po części czułam tę odpowiedzialność na swoich barkach i wiedziałam, że po prostu inaczej nie mogę. Czy było to łatwe? Oj, zdecydowanie nie. O ile początkowo hormony pomagały w przestawieniu się na życie dla dziecka (bo bez matki nie jest w stanie przetrwać), o tyle później została już tylko zimna kawa i przeciwbólowe na ból dupy. Bo tak naprawdę cierpiało moje egoistyczne ego. No, ewentualnie niskie ciśnienie.

Kiedy już obie miałyśmy się dość, bo Bu tylko "mama!", a mama "tylko nie Bu!", mała poszła do Klubu Malucha, a ja niczym feniks z popiołów odżyłam i wiedziałam, że tego właśnie potrzebowałam: czasu, by móc dalej robić to, co kocham, a kiedy mała Bu wracała z przedszkole spędzałyśmy szalone popołudnia, ciesząc się swoją obecnością. Mogłyśmy razem robić praktycznie wszystko, ale dopiero wówczas sprawiało mi to przyjemność. Dzięki temu mogłam zarazić ją tańcem, śpiewem, książkami, pichceniem w kuchni...


Kiedy po raz pierwszy pani z Klubu powiedziała, że Bu ma swoją ulubioną koleżankę i taką, z którą nie lubi się bawić ani nawet siedzieć obok niej, dotarło do mnie, że ona za jakiś czas (nie wchodźmy w szczegóły, kiedy to dokładnie będzie) będzie miała swoje życie, którego - uwaga! - ja nie będę dobrze znała, jeśli mi o nim nie powie. Czy mnie to zaczęło przerażać? Na pewno zrobiło mi się... dziwnie smutno, że nie będę mogła jej ustrzec przed różnymi błędami (i dopiero teraz widzę, jakie to uczucie jest paskudne), ale też dotarło do mnie, że kiedyś ona po prostu będzie chciała żyć własnym życiem. A ja tego życia nie będę wypełniała w takim stopniu jak teraz. Będę jednym z jego elementów. Jeśli teraz zrezygnuję z własnych pasji, nie przekażę dziecku niczego prócz poświęcenia, które oczywiście jest chwalebne, ale które albo doceni bardzo późno, albo w ogóle - co w dzisiejszych czasach jest niestety coraz bardziej popularne. Nie chcę, by żyła w przekonaniu, że poświęciłam wszystko dla własnych dzieci. A potem one dorosną i zostanę z... niczym. Ok, zostanę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Ale i z tym dobrze, to też nigdy nie wiadomo, bo czy nie wiemy, czy taki a nie inny sposób wychowania jest dobry i czy dzieci wyjdą ostatecznie na ludzi, czy nie? Nie wiemy. Zresztą nieistotne to teraz.
Na pewno zostanę z poczuciem, że dzieci wychowałam, ale moje życie mi uciekło. 
I tu pojawią się konserwatyści z chrześcijańskimi hasłami "dobra wyższego" nad życie doczesne. Zgoda. Jestem osobą wierzącą, żadną udawaczką, która deklaruje, ale robi jak uważa, lub gorzej: wstydzi się wiary. Nie, nie wstydzę się. I w tym duchu też twierdzę, że życie kobiety wcale nie musi polegać na umartwianiu się przy wychowywaniu dzieci, bo "jestem pyłkiem w tym wszystkim, ale pyłkiem koniecznym" do wychowywania dzieci. 
//Co innego, jeśli kobieta się w tym spełnia i kocha to ponad wszystko, ale takich coraz mniej na świecie.// 

Dzieci powinny być dla dorosłych źródłem najróżniejszych emocji. Tych pozytywnych, byśmy mogli, jako rodzice, przekazać im tę naszą najlepszą stronę: z pasjami, z ukochaniem życia! W końcu życie to dar, nie wolno go nam zmarnować! Ale dziecko potrafi wywołać w nas też negatywne emocje, testować naszą cierpliwość itd., w końcu dzieci - jak ludzie - są różni. I mają różne dni i humory. Raz lepsze, raz gorsze. 

Mama i tata powinni pokazać dziecku, że rodzice, to nie tylko rodzice (i do tego ograniczeni): to ludzie z pasjami, zaangażowani w życie, spontaniczni, chętni, by rozmawiać na wiele tematów.

PS. Oczywiście nie poruszam tematu dzieci niepełnosprawnych. To zupełnie inna para kaloszy i ABSOLUTNIE nie wolno tych sytuacji mierzyć jedną miarą. 




niedziela, 24 lipca 2016

27 lipca - cały ten mój kram i czwarta rocznica ślubu



27 lipca 2016 r.
Czwartek


Mania: 3 miesiące, 27 dni
Bu: 2 lata, 9 miesięcy i  26 dni

Waga: 59, 5 kg
Pogoda: Istne szaleństwo. Że też jeden dzień jest w stanie pomieścić coś takiego: skraw, wicher, ściana deszczu, burze z piorunami. Brakuje jeszcze gradobicia i klasycznego zimowego śniegu. Szczęść Boże!



17:41


Dorwałam się do komputera. Z trudem poruszam powiekami, zmuszając je do mrugania. Zmęczenie odbija się na dnie kubka z niedopitą kawą. Cisza o tej porze to jak święto narodowe. Powinnam celebrować ten moment aż się nie skończy. A tylko patrzeć, jak się skończy.

Mania śpi. Chyba próbuje nadrabiać ostatnie dwa dni, kiedy w swej łaskawości raczyła w ciągu dnia spać (pozbierawszy do kupy wszystkie drzemki) caaaałą godzinę. Przypominam, że dziecko ma niecałe cztery miesiące. Czyli pozamiatane. 

To niechybnie skok rozwojowy. Może i spałaby mi na rękach, ale kiedy Bu w domu, to raczej możemy o tym pomarzyć.

A Bu w tym (i następnym, o zgrozo!) tygodniu ma wolne od przedszkola. Nie wszyscy wiedzą, że Bu roznosi energia w domu (a kiedy upał na przemian z burzami i ostrym deszczem, to głównie w domu...). To trochę tak, jakby przywiozła swoją osoba całe przedszkole. 

Wierzcie mi lub nie, ale nie mam czasu na nic. Śniadanie jem o godzinie 15, kiedy Mania idzie na mini-drzemkę a Bu ubłaga u mnie jeden odcinek Kubusia Puchatka. Czasem dwa. Powiedziałabym, że nawet częściej, ale nie mam siły się tym przejmować. Chcę, by chociaż jedno dziecko nie hałasowało na swój sposób. A to dlatego, że skuszona błogim siedzeniem na kanapie, patrząc w pustą przestrzeń po zjedzonym śniadaniu, odczuwam natychmiastową potrzebę wypicia kawy, by nie przewrócić się na oczach córki, przybijając klasycznego gwoździa ze zmęczenia. 



***

Wchodzę w niedzielę po kościele do domu. Cisza. 
A jak wiadomo cisza w domu, w którym jest dwójka maluchów zawsze jest podejrzana. Dodajmy jeszcze, że są z ojcem. Teraz już zaczynasz się martwić. Przecież z tatą najlepsza się głośna zabawa, taka na pograniczu, że momentami chcesz krzyknąć: "Ej, ale uważaj na jej głowę!". Stąd cisza budzi niepokój.

Z ciszy wydobywa się dźwięk gadającej do siebie żywo Mani. 
Myślę: "Pewnie eR. u niej jest". Zaglądam - Mańka sama w pokoju, wymachuje kończynami. Przełknęłam ślinę. Kilka razy zawołałam eR. po imieniu. Cisza.

Szybko wkraczam do salonu. 
Bu siedzi na dywanie obok sofy z książeczką na kolanach. Obok mnóstwo rozłożonych zabawek.
- Tatuś śpi, mamusiu - szepcze.

Patrzę, rzeczywiście: jak byk! eR. skulony na kanapie śpi. Trącam go.
- Ej, nie zajmujesz się dziećmi?! 
Budzi się, jakby po utracie przytomności. Patrzy na mnie i widzę, że próbuje sobie przypomnieć gdzie jest i co się w ogóle dzieje. 
- C-co..?
- Ty śpisz?! No chyba kpisz! - Taa, jestem w szoku bardziej niż powinnam byś zła. 
- Nie śpię... - mówi, ale zaraz dociera do niego, że przecież go obudziłam, więc raczej oczywiste, że spał. - Moment, H. mnie uśpiła. Pamiętam, że kazała mi zamknąć oczy i opowiadała mi bajkę...

Patrzę z politowaniem. Mógłby wymyślić coś bardziej wiarygodnego. Na dziecko będzie zwalał, jasne!
- Tatusiu, obudziłeś się - mówi Moja Córa z pretensją w głosie. - Musisz potrzebować spać! - Eh, jak ja uwielbiam tę jej składnię!

W zdumieniu obserwuję, jak podchodzi do eR. i głaszcze go po włosach i zaczyna lulać trzymając za jedną stronę poduszki, na której leżał. 
- Śpij, tatuś, opowiem ci bajkę - mówi - Ale tylko jedną, zgoda?

Uśmiecham się z niedowierzaniem, jak mała kopiuje mnie. Może już nie lulam jej w poduszce, ale wszystkie hasła, głaskanie po głowie i wciąż powtarzanie: "Zamknij oczka!"...  No, kopia!


***


W sobotę chrzciliśmy Manię. Wszystko się udało (kolejny wpis będzie dedykowany organizacji chrzcin). Do tego stopnia, że dopiero wieczorem uświadomiliśmy sobie, że w czwartek (21 lipca) mieliśmy czwartą rocznicę ślubu.

Kwiatowa. Co prawda kwiaty się u nas nie pojawiły, ale nie szkodzi. Mam swoją teorię, dlaczego kwiatowa. To proste: jeśli minie się papierowa, bawełnianą i skórzaną, to już może być tylko lepiej ;) Papier nie jest trwały. Bawełna na pewno trwalsza, chociaż rozciąga się w praniu, więc różnie z nią bywa. Skóra jest materiałem niezwykle porządnym i cenionym - nasze małżeństwo rozwojowo jest już na pewnym poziomie, dograliśmy się i czujemy jak na naszych oczach się konsoliduje. Teraz przyszedł czas, by się małżeństwem i tą jednością ucieszyć. Relacja rozkwita niczym najpiękniejszy kwiat. A my wciąż piękni i młodzi... W przyszłym roku czeka nas drewniana. Już mam pewne wyobrażenie o tym, skąd ta nazwa, ale nie uprzedzajmy faktów...

Tego wieczora właśnie, kiedy dzieciaki zasnęły snem kamiennym o 21:30, padłam na kanapę. 
- A może w ramach zaległej rocznicy zrobimy sobie romantyczny wieczór? - zapytał eR. łasząc się do mnie. 
- No nie wiem... - jakoś mnie te jego zaloty nie brały. - Wciąż myślę o tym moim uwięzieniu, nic nie mogę dla siebie zrobić.
- Ambicja cię uwiera, daj sobie czas. Dopiero co urodziłaś! - tłumaczy mi eR, widząc, że mój nastrój daleki jest od romantycznego. - Weź ją schowaj na chwilę, aż M. będzie większa. Wtedy ruszysz z kopyta!

Popatrzyłam pytająco:
- Schować?
- Na przykład... w stopie! - Caaaały eR.
- Eeee...- przyglądam się mojej stopie...
- Co? Ambicja się tam nie zmieści? - pyta prowokująco.
- Nie, zdecydowanie jest za duża na stopę - uśmiecham się.
- To w pupie schowaj, chyba, że tam będzie miała za dużo miejsca? 

Prycham. 
- Nie, no żartuję. Twoja ambicja jest duuużo większa.


środa, 1 czerwca 2016

nr 36, 29 maja - Weekendowe dialogi na kopyta i rogi (1)



29 maja 2016 r.
Niedziela


Mania: 37 dni (1 miesiąc i 14 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 13 dni
Waga: 61,4 kg
Pogoda: Do południa gorąc, po południu otrzeźwiająca, gwałtowna burza. I parówa.

W ramach oderwania się od rzeczywistości, od której nie sposób się oderwać, chciałam zaprezentować cykl, który co jakiś czas będzie przedstawiał zabawne sytuacje czy dialogi wzięte z (naszego) życia.


wtorek, 12 kwietnia 2016

nr 29, 12 kwietnia - Hormony porodowe



12 kwietnia 2016 r., 
Wtorek



Ciąża: 40 tydzień..., 4 dni po terminie
Waga: 70, 3 kg (a tak nie mam apetytu...)
Pogoda: Szarawo, burawo, z małymi przejaśnieniami. Przynajmniej nie pada...





13:39


Ostatni wpis przed narodzinami Maniuli. Jutro, godzina 7 z jakimś hakiem, wyląduję na szpitalnym łóżku, uziemiona. Chyba, że w międzyczasie coś drgnie. Od piątku drży, ale potem rozchodzi się po kościach: niepewność, stres, a potem się wszystko wycisza. Już mnie to męczy. Może bóle porodowe to nie do końca coś, czego nie mogę się doczekać. Zwłaszcza, że już teraz wiem, jak to wszystko wygląda. Ale ciąża na tym etapie jest już tylko okropną uciążliwością. Brzuch jest bardzo duży, dziecko nie rusza się już tak rozkosznie, tylko boleśnie rozpycha, a przy dłuższym chodzeniu schodzi okropnie nisko - nie sposób nie pomyśleć, że chce się wymsknąć. Chodzę jak zmęczony sumo, albo jak tęga kaczka. bardziej na boki niż do przodu. Nawet nie wspominam o tym, że chyba zaczęłam już gromadzić wodę. Stąd przyrost wagi. Nie mam specjalnie apetytu, szybko się najadam, a waga pnie się w górę. Zresztą widzę na twarzy i rękach... jakby takie ciutkę przypuchnięte. 

Będzie bolało, wiem o tym. Ale już bym chciała małą Maniulkę trzymać na rękach, pozbyć się wielkiego brzuchola, ociężałości i zmęczenia po wyjściu po schodach czy problemów z trawieniem. Chciałabym móc się wreszcie wyspać na brzuchu (chociaż przy pełnych piersiach to podobno i tak średnio wchodzi w grę niedługo po porodzie) czy umyć porządnie poniżej pasa. Tak, żeby się nie zasapać na amen. Ubrać skarpetki czy buty. No i chcę się pozbyć pasażera na gapę - poduchy-dużej-fasoli. Już powoli mam jej dość. Co prawda ratuje życie, nie da się ukryć, ale oboje z eR. zaczynamy tracić cierpliwość: nie można się nawet porządnie przytulić. Z żadnej strony. A to jedyne, co nam zostało (mówimy tu o "wyjątkowości" tej mojej ciąży, a nie o zwykłej, bezproblemowej). Zresztą przytulenie się nawet na stojąco jest dość trudne.

Już dość narzekania. 








14:25

Siedzę u rodziców i staram się relaksować. Wypoczywać. Czeka mnie w końcu ponadludzki wysiłek. 
Teraz sobie myślę, jak to będzie. Hormony, jeden po drugim, będą atakować mój organizm, by zmusić ciało do urodzenia dziecka, by dodać mi energii i by mnie...hm... odurzyć. 

Hormony porodowe ne deskach sceny porodu


W czasie porodu mamy do czynienia z czterema hormonami. Najbardziej znana wszystkim kobietom jest oksytocyna. Bo oksytocyna robi to, sio i owo... 

No to teraz sobie przypomnę, o czym wiedziałam przed pierwszym porodem, a o czym już zdążyłam zapomnieć. W czasie porodu hormony pojawiają się w odpowiedniej kolejności i w odpowiednim natężeniu. Same się regulują, bo w innych okolicznościach działają na siebie wzmacniająco lub osłabiająco. 

I tak oto mamy: oksytocynę, adrenalinę, endorfiny i prolaktynę. W takiej właśnie kolejności.


Oksytocyna
Ten hormon rozpoczyna poród i przez cały czas towarzyszy kobiecie rodzącej. Jej poziom rośnie aż do urodzenia dziecka. Jeśli jest jej za mało, pierwszy etap porodu trwa w nieskończoność. Im jej więcej, tym sprawniej i szybciej przebiega. Cały czas się uwalnia także po porodzie, dzięki czemu można urodzić łożysko. W późniejszym czasie pojawia się przy karmieniu (albo odwrotnie: dziecko, ssąc pierś uruchamia ją, powodując wypływ mleka). No i oczywiście oksytocyna powoduje, że macica się obkurcza. Jeśli po porodzie zbyt szybko spada jej poziom, kobieta może mieć trudności z emocjami wobec dziecka. To podobno hormon miłości: mamy z nim do czynienia kiedy się kochamy, rodzimy i karmimy. Bardzo czuły hormon. I pomyśleć, że przynosi tyle bólu... No, ale ok, tyle mi wiedzieć wystarczy.

Adrenalina

Hormon stresu i energii. Pojawiają się emocje, pojawia się adrenalina. Poczucie zagrożenia i człowiek jakby dostawał dodatkowy zastrzyk energii, jest zdolny do wysiłku, o jaki się siebie nie podejrzewa. czyli w sumie to by się zgadzało. Pełna mobilizacja. Niestety hamuje oksytocynę, więc jeśli kobita się zestresuje na starcie, na pewno usprawni jej to rodzenia. Zbyt duży stres może podobno zahamować akcję porodową. A jak już się człowiek nastawia, że rodzi, to chce urodzić, wiadomo. Czyli miłe otoczenie, znajome twarze, przytulne miejsce, znajoma położna i tak dalej... 

W czasie porodu pojawia się w drugiej fazie: daje niewiarygodnego kopa. Oczywiście nie trwa wiecznie i jeśli pierwszy etap trwał długo, co może cholernie zmęczyć rodzącą, to drugi etap nie będzie tak efektywny po "uderzeniu" adrenaliny i wymagane będzie wsparcie w postaci dodatkowej porcji tlenu. Kiedy dziecko się urodzi, natychmiast opada. Wtedy także przychodzi moment na odczucie nieprawdopodobnego zmęczenia. Cały czas w kobiecie buzuje oksytocyna, by urodzić łożysko, a brak adrenaliny powoduje, że dla niektórych kobiet wydaje się być to wysiłkiem ponad siły, chociaż nie ma co do czego porównywać, rzecz jasna.

Endorfiny

Wszyscy je znamy - hormony szczęścia. Pojawiają się, kiedy czujemy się wyjątkowo szczęśliwi i odczuwamy przyjemność. Wystarczy zjeść czekoladkę i już człowiek czuje się pocieszony. Może to dość banalne uproszczenie, ale w ogromnej dawce endorfiny działają już nie tylko krzepiąco, ale także odurzająco. Są jak narkotyk. Pojawiają się w drugiej fazie porodu, kiedy wysiłek jest największy. A im większy, tym ich więcej. Dzięki temu kobieta jest w stanie znieść ten ból. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co to jest za ból bez tego rodzaju "znieczulenia", skoro nawet z pomocą endorfin ból jest tak dojmujący, że niejedna z kobiet ma długo traumę. 

Jeśli masz już za sobą poród, możesz mieć poczucie, że na sali jesteś tylko ty i ból. Gdzieś w tle majaczy położna lub położne a potem też lekarz. Większość czasu sama pamiętam jak przez mgłę. Czasem kobiety zachowują się nieobliczalnie, wywrzaskują hasła utyskiwania w stronę mężów, przeklinają i różne takie. No cóż... narkotyki też mają różne działania uboczne. 

W momencie urodzenia dziecka kobieta przestaje czuć jakikolwiek ból. Jest taki moment. To właśnie wtedy poziom endorfin jest bardzo wysoki, a skurcze parte gwałtownie znikają. Pamiętam, że bardzo mnie to zaskoczyło.

Prolaktyna

Hormon, który generalnie kojarzymy z karmieniem. I słusznie. Przygotowuje kobietę na macierzyństwo  w czasie całej ciąży i rośnie wraz z jej wiekiem. Ale kiedy przychodzi czas porodu, nagle jej poziom spada, ustępuje miejsca oksytocynie, a potem adrenalinie i endorfinom. Teraz kobieta nie myśli o tym, że będzie miała mieć dziecko. Myśli zadaniowo, po prostu ma zadanie do wykonania. I póki się dziecko nie urodzi, prolaktyna siedzi cicho. Wkracza do okazji dopiero po porodzie. Ale za to jak! Zalewa organizm kobiety, powodując, że zaraz po porodzie kobieta może karmić. Jednak nie zawsze, wiemy o tym. Czasami poziom tego hormony jest niewystarczający i na moment pierwszego karmienia trzeba poczekać. Wahania tych hormonów i to w jakiej ilości się wydzielają ma znaczenie dla sprawności przebiegu porodu. Stąd wniosek: każdy poród jest inny. 


Mężczyźni i hormony porodowe

Tak, właśnie tak. Ojcom również się udzielają. Adrenalina i endorfiny naturalnie pojawiają się (nie na takim poziomie jak u kobiet, oczywiście) u mężczyzn z oczywistego powodu: są emocjonalnie i uczuciowo związani z partnerką, oczekują potomka, to dla nich wynik ich zabiegów o przedłużenie gatunku, mówiąc bardzo technicznie. Ale o to tu chodzi, nie ma się co czarować. 

Tymczasem u nich także pojawia się oksytocyna. Nie tylko podczas orgazmu, bo to już podobno jest prawda znana od dawien dawna. Ale jej poziom jest podwyższony także po narodzinach dziecka. Hormon czułości i opiekuńczości pojawia się właśnie po to, by łatwiej było mężczyźnie nawiązać uczuciowy kontakt z dzieckiem, by zawiązać trwałą więź. Oczywiście sama postawa ojca, który chce, jest bardzo istotna - hormon nie załatwi tego za nich. Ale prawdą jest, że kobieta nosi pod sercem i czuje (bardzo fizycznie przecież!) swoje dziecko. Jej matczyna miłość już wówczas ma możliwość rozwijania się. Mężczyzna nie ma tej okazji. Jest zewnętrznym obserwatorem rozwoju maluszka w brzuchu. U niego naturalnie ta więź się nie wytworzy w czasie ciąży. Nawet jeśli sądzi, że jest inaczej. Urodzenie się dziecka zmienia życie wszystkich. Nawet jeśli się nastawiali na wywrócenie go "do góry kołami", to i tak zawsze jest to coś zaskakującego. I o ile matka ma już w sobie instynkt macierzyński i wiele rzeczy szybko wyczuwa u dziecka, tak ojciec może być w szoku. Zwłaszcza, że pewnie liczył na powrót pewnych kwestii do tego, co było przed ciążą. A teraz jego kobieta zapatrzona w dzideczka, raczej nie myśli o wielu rzeczach, o których myśli jej partner. Czyli czasami jest różnie. Ale hormon to jakby taka "fizyczna", "realna" pomoc organizmu w trudnym momencie dla młodych rodziców. Trzeba ją tylko wykorzystać.

środa, 9 marca 2016

nr 23, 9 marca (Co zrobić, by dziecko dłużej spało w weekendy?)


9 marca 2016 r.,
Środa

Ciąża: 35 tydzień, 6 dzień
Waga: 67, 7 kg (waga stoi! jupi!)
Pogoda: Mgliście, szaro, buro, wilgotno. Może ucieszyłaby mnie, gdybym była dżdżownicą. Ostatecznie nie ma mrozu, więc to chyba nieźle, że nie trzeba drapać szyb w aucie.



20:32

Padam na twarz. Mało leżałam, więc od razu czuje to mój brzuch. I kręgosłup.

Dziś wyjątkowo wszystko poszło nadzwyczaj dobrze. Po tym, jak przez przeziębienie wydłużył się Buńce weekend o dwa dni, można było się spodziewać wszystkiego. A ona, jak na złość, spała do przed ósmą. I to tylko dlatego, że ją obudziłam. Bo inaczej spóźniłybyśmy się do Klubu na śniadanie. 

Gdyby mogła tak pospać w sobotę albo w niedzielę... Swoją drogą to jest jakiś fenomen: w weekend pobudka o 5 lub 6 a w tygodniu śpi do 8. A i tak trzeba ją budzić. 

I trwa to już jakiś czas, więc zaczęłam się zastanawiać...
 

...co zrobić, by dziecko dłużej spało w weekendy.


W niedzielę obudzi się o 05:30, żeby poleżeć grzecznie przy nas. Ale pół godziny to jest max. No i żebym ja te pół godziny przespała! To skąd: mała szepcze coś do siebie czy do misia i mam już pospane :) Potem zaczyna się "Wstajemy, tatuś! Wstajemy, mamuś!" Bezskutecznie udajemy, że nie ma tematu: że śpimy i nie sposób nas obudzić. Czasem przyniesie książeczkę, ale wnet okazuje się, że książeczka tak, ale tylko oglądana z tatusiem albo mamusią. 

Ostatnio doszliśmy do wspólnego wniosku, że największym błędem, jaki można popełnić w takiej sytuacji, to dać dziecku smartfona i puścić bajki na youtube.  Po histerii jaka nastąpiła ostatnio, kiedy w końcu kategorycznie powiedzieliśmy, że koniec bajek stwierdziliśmy, że te pół godziny dodatkowego snu nie rekompensuje ponad godzinnego ataku histerii. Mowy nie ma, żeby się ubrała czy zjadła śniadanie w przeciągu kolejnych dwóch godzin. 

Innym błędem, moim zdaniem, jest wstanie razem z dzieckiem o tej barbarzyńskiej porze. Oczywiście, że nie da się w nieskończoność leżeć, aż przyjdzie upragniona ósma i wstać bardziej zmęczonym niż przed położeniem się dnia poprzedniego. W ten sposób wydłuża się nam dzień, nie sposób temu zaprzeczyć, ale weekend to jest czas, kiedy naprawdę chcesz się wyspać (nie mylić z: spać do południa). 

Co, wg mnie, można w takiej sytuacji zrobić?

Dziecko trzeba nauczyć, że rodzice chcą się wyspać. Nie chodzi o to, żeby udawać przez dwie godziny, że nas nie ma i całkowicie ignorować dziecko. O ile nie leży grzecznie i samo bawi się np. zabawkami, które ma w łóżku. 

Jak to zrobić? To wymaga trochę zachodu, ale jeśli wiesz, że twoje dziecko jest właśnie takim typem skowronka weekendowego, warto zainwestować w to energię. 

Jeśli wiesz, że to ty miałaś cięższy dzień, niech ciężar przejmie mąż/partner. Jeśli to on wrócił późno z pracy i po całym tygodniu tylko czeka, że się w końcu wyśpi, przejmij pałeczkę. 

1. Kiedy dziecko się obudzi (mówimy tu o dwulatku, który zrozumie już wiele z tego, co mu się tłumaczy), weź go do swojego łóżka. Poproś, żeby przyniosło książeczkę, albo "ćwiczenia" dla dwulatków z naklejkami. Może mini puzzle, ale koniecznie z podkładką czy dużą książką w twardej oprawie. Buńka dostała na Mikołaja sensoryczną książeczkę (tutaj możesz zobaczyć, o czym mowa, chociaż to nie nasza książeczka ;), która świetnie się nadaje do takiej zabawy w łóżku. 

2. Cały czas mów szeptem i proś, by i ono mówiło szeptem, "bo tatuś/mamusia śpi". Wytłumacz, że rodzic jest zmęczony i potrzebuje jeszcze trochę snu a głośne mówienie go obudzi. 

3. Zapal lampkę, jeśli w sypialni panuje półmrok tak, by wywołać wrażenie "nocy". A w nocy się śpi. W ten sposób pokażesz dziecku, że to nie jest naturalna pora, żeby wstać. No, ale skoro już wstało...

4. Nie rozbudzaj dziecka. Oglądajcie książeczki, naklejajcie, układajcie puzzle czy przeglądajcie książeczki sensoryczne, ale jeśli widzisz, że dziecko nie nadąża za czymś - odpuść. Lepiej te trzy puzzle wstawić za niego w tym momencie, niż kazać mu się wysilać. Normalnie tego bym nie polecała, ale nic się nie stanie, jeśli dodasz przy tym, jak bardzo jest wcześnie - a jak jest tak wcześnie, to się źle myśli, więc ty mu pomożesz.

5. Misie jeszcze śpią. Klasyka: nauka rozwiązywania problemów na pluszakach. Powiedz, że misiu się obudził, ale bardzo chce jeszcze spać, bo jest baaaardzo wcześnie i chyba trzeba go położyć spać i utulić. 

To wszystko działa długofalowo. Nie tak tak, że takie sposoby to są sposoby-cud, działają od razu i na wszystkie dzieci. Ale u mnie to działa. Pokazujemy H., że jest bardzie wcześnie na różne sposoby. I uczymy szanowania tego, że ktoś drugi śpi. W szczególności wcześnie rano. 

Mała wciąż wstaje wcześnie, ale już nauczyła się szacunku do naszego snu. Daje nam pół godziny. Szepcze i stara się nas nie budzić. Jestem dumna, nie powiem, że nie. 

A Wy jakie macie doświadczenia? Czy Wasze pociechy też budzą Was wcześnie rano w weekendy? Może macie jakieś sprawdzone sposoby, których tu nie podałam?




czwartek, 28 stycznia 2016

nr 19, 28 stycznia



28 stycznia 2016 r.,
Czwartek

Ciąża: 30 tydzień, 0 dzień
Waga: 64,5 kg
Pogoda: Ciepło. Kwadrans przed ósmą był dziesięć stopni. Na plusie! Poza tym raczej szaro. I śnieg jest już niestety szary. 



9:01

Dziś trochę lepiej, chociaż ból odkręgosłupowy towarzyszy mi prawie cały dzień i noc. eR. zawiózł małą do Klubu, ja zjadłam śniadanie w łóżku (muesli z maślanką + kawa zbożowa), tak jak jem od tygodnia. I napawam się tym luksusem. O tej godzinie samotność mi nie doskwiera. W ogóle dziś, muszę powiedzieć, czuję się wyjątkowo zmobilizowana do działania. Nie, skąd, nie zamierzam rzucić się w wir sprzątania, bo kolejny weekend przepadłby, a ja spędziłabym go pod szyldem: "nie dotykać, nie zbliżać się, staram się nie istnieć a jednocześnie przetrwać". 

Niestety mija tydzień od ostatniego sprzątania i wiem (równa się z "przerabiałam to", a nie "tak zakładam"), że jeśli prysznic nie zostanie umyty w tym czasie, kamień osadzi się dużo trwalej na ściankach i baterii. A wygląda przeokropnie. Jakbym po prostu nie miała w zwyczaju go czyścić. 

Swoją drogą nie wiem, czy to kamień. To jakiś osad z wody, bo zostaje na każdej baterii w domu. Może ktoś zna jakiś środek, który by mi ułatwił czyszczenie tego? Pucuję naprawdę dobrym mleczkiem a ostatnio nawet środkiem do "uporczywych silnych zabrudzeń", czy coś w tym stylu. I efekt nie jest zadowalający...

9:11

Ostatnio widzę, że całodzienne sprzątanie (chociaż delikatne, z przerwami, bez forsowania i dlatego trwa cały dzień) tylko pogarsza sprawę. Muszę je sobie rozbić na dwa dni. Już ostatnio tak zrobiłam i było niestety tylko trochę lepiej, ale nic na to nie poradzę. Nie mogę jeszcze tego zwalić na eR. Bidula już i tak ledwo ciągnie. Już przebąkuje, że w sumie nie obraziłby się, gdybym miała wcześniej rodzić. 
- Cesarkę by ci zrobili i byłoby z głowy - mówi.
- Aha - przytakuję kpiąco - a potem przez ładnych parę tygodni przeklinałbyś moment, w którym chciałeś, żebym ją miała. Nawet nie wiesz, jak powoli, w stosunku do naturalnego porodu, dochodzi się po cesarce. 
-  Ale już byłoby po wszystkim - próbuje zawalczyć.
- Umówmy się: jak coś jest szybciej, nie znaczy, że jest lepiej - wzdycham. 
- No wiem przecież. - Jak zwykle on to wszystko wie. Strasznie typowo.
- Poza tym, teraz na ten moment zastępujesz mnie w pewnych kwestiach z H. A teraz wyobraź sobie, że masz musisz dalej się nią zajmować, bo ja nie jestem w stanie; do tego musisz mi pomagać przy wstawaniu, siadaniu, chodzeniu i zajmowaniu się dzieckiem - np podawać mi je do karmienia. - Dobiłam go.
To znaczy to jego marzenie. A może po prostu otworzyłam mu oczy, bo od jakiegoś czasu temat przepadł. I dobrze. 

Tak czy inaczej dziś postanowiłam przygotować więcej CV i podań o pracę. Niby złożyłam w kilka miejsc, ale teraz widzę, że muszę jeszcze o kilku pomyśleć, w innych miejscowościach. 

10:24

Dobrze, że mama postanowiła wziąć ten roczny urlop i zaoferowała mi pomoc przy dziecku na czas jaki będę w pracy.
- Zwariuję, jak nie zrobię sobie przerwy po tych dziewięciu latach pracy - mówi rozgoryczona. I zmęczona. A był kwadrans po ósmej. Rano.
- Ja się dziwię, że tyle wytrzymałaś - mówię do słuchawki telefonu.

A w skrócie praca mojej mamy to kwestie administracyjne szkoły wyższej. Plus projekty unijne, plus organizacja pobytu i nauki dla zagranicznych studentów, plus dodatkowa praca, która przecież zawsze się znajdzie. Limit godzin? Jest, ale kto by się nim przejmował, prawda? Bo przecież tak się złożyło, że dziś musi zostać dłużej.  Co prawda pojutrze może przyjść godzinę później, tylko nikt nie bierze pod uwagę tego, że godzina więcej po południu to więcej czasu dla rodziny. A godzina rano w pustym domu, bo pozostali już w pracy/ szkole? Nie daje nic. Dosłownie.

A relacja szef - pracownik? To najtrudniejszy temat. Tata, jako osoba naprawdę wyważona, spokojna, którą trudno wyprowadzić z równowagi na co dzień, robi się siny jak tylko słyszy o "eM."*. 
- Hej - dzwonię do domu pewnego razu, jest coś osiemnasta z hakiem. Mama pracuje do szesnastej trzydzieści. - Mama jest?
- Cześć. Nie, nie ma - odpowiada tata. On jest raczej lakoniczny przez telefon.
- A wiadomo kiedy będzie? - pytam, celowo używając strony biernej. Tego typu rozmowy mają miejsce dość często, więc z doświadczenia wiem, że tak zadane pytanie zabrzmi lepiej.
- Nie. A na pewno ja tego nie wiem - odpowiada. - Wciąż w pracy.
- Rozumiem.
Nie chcę denerwować taty. Już i tak widzę, że samo poruszenie tematu podniosło mu ciśnienie, dlatego to jemu mówię z jakim interesem dzwonię. 

Bardzo typowa rozmowa. Różnice zachodzą tylko w detalach. 
Jak zareagował mój tata na wieść, że jestem drugi raz w ciąży? Bardzo entuzjastycznie. Nawet za pierwszym razem aż tak go to nie cieszyło, jak teraz. Kolejny wnuk/czka, to raz. Ale od razu wspomniał, że mama nareszcie znajdzie sposób, żeby się zwolnić z pracy. Będzie miała pretekst do rozmowy.

Pretekst. Czy to już nie mówi wiele o tej pracy? Pracownik chce odejść - odchodzi. A w tym przypadku na samą myśl o rozmowie na ten temat człowiekowi się odechciewa.

I tu wchodzimy głębiej w temat, jakim jest uzależniający stosunek pracownika do pracodawcy. Nie mówimy to o jakimś zaćmieniu, klapkach na oczach i ślepym zapatrzeniu. Mówimy tutaj o bardzo destrukcyjnej (przede wszystkim psychicznie) relacji zbudowanej o zobowiązania i poczucie wdzięczności (wynikającej z dobrego wychowania). W główniej mierze, choć nie tylko. 

To koło jest zamknięte, chociaż niewątpliwie podsycane przez pracodawcę. Świadomie, czy nie - wolę tego nie wiedzieć, bo znam tę osobę osobiście. I dotyczy to nie tylko mojej mamy. Zaczyna się od sporej różnicy wieku. Od tego, że kiedyś rozmawiało się per "pan/i" a dziś już jest się na "ty". Z czasem, rzecz jasna, bo później jakoś ta granica wieku zawsze się zaciera. W następnej kolejności należy dołożyć "prezenty". Wszelkiej maści. Zaczynając od mnóstwa jedzenia (osoba ta zarządza też kateringiem, upraszczając sprawę), przez ubrania po sponsorowane wyjazdy, wycieczki (nie jakoś drogie, ale zawsze!). Osoba ta jest apodyktyczna i nie sposób jej odmówić. A już na pewno nie tak, by nie było z tego wojny. I potem kiedy pracodawca prosi o coś, to w głowie (czytaj: w podświadomości) siedzą wszystkie te placki, sukienki, bluzki, bielizna [sic!], wyjazdy... I w taki sposób od lat dziewięciu mama walczy z tą pseudohojnością. Chociaż widzę, jak psychicznie jest uwiązana. Ona "po prostu nie może". Nawet nie będę w skrócie opisywać, dlaczego doszło do tego, że moja mama się u tej osoby zatrudniła. Trochę nie było wyjścia (wersja mamy), ale trochę też przyzwyczailiśmy się (ani ja, ani siostra wówczas jeszcze nie byłyśmy zamężne) do poziomu życia, z którego - w razie gdyby oferty nie przyjęła - musielibyśmy zrezygnować. Ale tak naprawdę potrzeby nie było (wersja taty i moja). Zaznaczę, że to nie tak, że wszyscy naciskaliśmy na mamę, bo chcieliśmy żyć dostatnie, tylko jeden tata był przeciwny. Nie. Nas nie zapytano o zdanie, mama po prostu tak założyła. Tata był jednak bardzo przeciwny. I widzę, jak rośnie w nim rozgoryczenie, bo kolejne lata tylko utwierdzają go w przekonaniu, że miał rację. I miał. On to nawet przewidywał (mama się śmiała), a teraz kobieta mi mówi, że zwariuje. No pewnie. A nawet jak nie zwariuje, to czeka ich kryzys małżeński.

___________
*Skojarzenie z Bondem nie jest tu takie nietrafione. Nawet pasuje.
Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric