Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Mila. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Mila. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 stycznia 2018

"Ptasia Jaga" Zofii Beszczyńskiej [RECENZJA]

... czyli jak z bajki o Jasiu i Małgosi uczynić opowieść zawieszoną w rzeczywistości marzeń sennych.




Chyba pierwszy raz obawiałam się o to, jak moja mała Buńka zniesie historię, w której pojawia się tak zwana Baba Jaga czy po prostu czarownica. Gdyby opowieść nawet była o duchach, nie miałabym aż takich wątpliwości. 

Dlaczego? Bunia od dawna budzi się w nocy z płaczem, że śniła się jej czarownica. Skąd ona ją sobie wytrzasnęła - pojęcia nie mam. Wychodząc z założenia, że czarownica w bajkach są dla dzieci starszych, nigdy nie puszczaliśmy jej takich bajek. Nawet nie opowiadałam jej tych z udziałem czarownic, chociaż nie było to proste, biorąc pod uwagę, że motyw czarownicy pojawia się w tylu klasycznych opowieściach. Zaczynając od Śpiącej Królewny, przez Królewnę Śnieżkę i na Jasiu i Małgosi kończąc. I nieważne, czy czarownica na końcu została ukarana - moment grozy w śnie może się pojawiać i trwać bez happy endu.



Czyli zaczęłyśmy czytać - ja z obawą, Buńka z nieukrywanym zaciekawieniem - Ptasią Jagę Zofii Beszczyńskiej od wydawnictwa Mila. 

Książeczka opowiada historię Jurka i Marysi. Czy zdarzyła się im ona naprawdę, czy tylko przyśniła - tego w zasadzie się nigdy nie dowiadujemy. Ja wolę myśleć, że wszystko to im się przytrafiło, kiedy spali. I tak podeszłam do tej kwestii z Buńką. Gdyby była starszą dziewczynką, która sobie tę książkę będzie potrafiła sama przeczytać, to sprawa wyglądałaby inaczej, ale nie jest. 

Tak więc pewnego dnia, po kłótni z mamą, dzieci postanowiły uciec z domu do lasu. Mieli - jak to się mówi - już wszystkiego po dziurki w nosie. Marudzenia, narzekania, moralizowania i mnóstwa obowiązków. A jak się dołoży jeszcze do tego kalafior i kaszę gryczaną... Sami widzicie: istne tortury. Na pierwszym przystanku zjedli w zasadzie całe zapasy i w sumie zrobiło im się dziwnie, bo cały gniew jakoś wyparował. Tak jak ścieżka, którą przyszli. 

I tutaj zaczynamy wstępować w świat marzeń. Dzieci natrafiły na przedziwną chatkę, chociaż akurat nie była z piernika, ale otoczona ptakami. Z chatki wyszła staruszka, która sama przypominała ptaka. Przedstawiła się dzieciom, jako Ptasia Jaga i w zasadzie tutaj zaczyna się bajka o Jasiu i Małgosi. Ptasia Jaga to klasyczna Baba Jaga. No dobrze, nie do końca: nie chce dzieciaków zjeść. Chce czego innego. Tylko pytanie, czy powinnam Wam to zdradzać. Chyba nie.




Powiem tylko tyle, że ptaki wokół chatki (a także w jej środku) nie są zwykłymi ptakami. Są nawet bardziej niezwykłe niż mogłoby się to wydawać. Fakt, że potrafią mówić najmniej Was zaskoczy.

Jeśli boicie się Ptasiej Jagi, która jednak jest nie tylko tajemnicza, ale też przerażająca na swój sposób (dzieci się jej boją, chociaż nie straszy ich, że wrzuci do gara i ugotuje), nie ma obaw - książeczka kończy się szczęśliwie (co za spoiler...!). Nie powiem, jak. Powiem tylko, że nic tu nie jest takie, jakie się wydaje. A rozwiązanie bynajmniej nie przychodzi ot tak, deus ex machina.

Osobiście, czytając książeczkę czułam się jak we śnie. Wszystko wydawało się sennym marzeniem nie dlatego, że było takie odrealnione, ale właśnie sposób opisywania tych nierzeczywistych obrazów: lekkość i delikatność, a przy tym mnogość szczegółów. Ilustracje p. Elżbiety tylko wzmacniały to wrażenie.

Moja Buńka przeżywała mocno tę książeczkę. Martwiła się o dzieci, współczuła uwięzionym ptaszkom, bała się Ptasiej Jagi. Tak, zdecydowanie cel autorki osiągnięty. Tylko na końcu nie widziałam, by poczuła ulgę. Jakby nie zrozumiała do końca, co się tam wydarzyło. Ostatecznie było tego tyle, że sama musiałabym się mocno zastanowić, jak to się stało, że dzieci wróciły do swojego domu całe i zdrowe.




Moja ocena: Polecam! Książeczka mi, jako osobie dorosłej podobała się bardzo. Wdzięczne opisy, sprytne  ale jednocześnie oryginalne wykorzystanie znanego motywu bajki o Jasiu i Małgosi, piękne ilustracje. Tylko nie do końca jestem pewna, czy Bunia nie jest jeszcze trochę na takie lektury za delikatna. A może to tylko moje matczyne obawy? Ostatecznie nie było koszmarów z Ptasią Jagą w roli głównej, więc chyba wszystko gra.

Tytuł: Ptasia Jaga
Autor: Zofia Beszczyńska
Wydawnictwo: Mila
Rok wydania: 2013
ISBN: 9788393692224
Oprawa: twarda, kartki matowe, sztywniejsze
Liczba stron: 48

A recenzja powstała oczywiście dzięki p. Elżbiecie Krygowskiej-Butlewskiej z wydawnictwa Mila.

wydawnictwo i edukacja


środa, 10 maja 2017

"Opowieść" Joanna Papuzińska [RECENZJA]

Może to będzie nietypowe porównanie, ale dla mnie z tą książką jest dokładnie tak, jak z Biblią. I nie mam tu na myśli treści. Po prostu kiedy decydujesz się na ten trudny krok zaproponowania dziecku Biblii, jako książki (mam tu na myśli uproszczoną wersję dla dzieci, rzecz jasna), wiesz, że nie powinien się ani rozpoczynać, ani kończyć na wskazaniu jej palcem. Podskórnie czujesz, że to będzie błąd, który najprawdopodobniej zaboli głównie dziecko. Dlatego wiesz, że powinnaś się trochę przygotować do tego kroku, nastawić na czytanie - uważne! - z dzieckiem i kontrolowanie jego rozumienia Biblii. Nie zrozummy się źle: nie chodzi o cenzurę myślenia, a jedynie sprawowanie pieczy nad nim, czy gdzieś dziecko nie wysuwa mylnych wniosków, ale pozwolić dziecku myśleć! Po przeczytaniu fragmentu najlepiej jest z dzieckiem chwilę porozmawiać. Dla mnie takie rozmowy to klucz do głowy mojej córki. Ma tylko 3,5 roku. Odkąd czytamy w taki bardzo aktywny sposób, mam wrażenie, że jest dużo dojrzalsza.



I dokładnie to samo przekonanie jest we mnie odkąd zapoznałam się z książką, a raczej zbiorem trzech utworów Joanny Papuzińskiej "Opowieść". Dokładnie pamiętam do uczucie po jej przeczytaniu. Coś w rodzaju niepewności; czy aby na pewno to jest książka dla takiego małego dziecka. Okazało się, że nie jestem pierwsza, która miała takie wątpliwości. Ale o tym za chwilę. 

Książeczka składa się z trzech niedługich wierszowanych utworów: "Czarna jama", "Ja" oraz "Opowieść". 

I o ile ilustracje Stasysa Eidrigevičiusa, wykonane ewidentnie kredkami, porwały mnie swoją naturalnością, szczerością ale i pomysłem na przedstawienie niejako wizji myślenia dziecka, jakby dziecko chciało narysować swoje myśli ręką dorosłego, o tyle wraz z tekstem budziły niepokój. Przeglądałam i czytałam książkę kilkukrotnie, by dojść źródła owego lęku. Udało mi się. Myślę, że to wina kolorów: trochę jakby każdy użyty w książce był zabrudzony. A może to po prostu wina tła - kartek, które są chyba lekko żółtawe. A obrazki są bardzo symboliczne. Kojarzą mi się z książką, którą znam z dzieciństwa, a która miała ilustracje w podobnym stylu. Byłam mała i nie rozumiałam przesłania, jakie niosły, ale wiedziałam podskórnie, że uśmiech nie jest szczery, oczy są przejmująco smutne, a za spojrzeniem czai się jakiś dziwny cień. Sama nie umiem powiedzieć, czy tylko ja - mając w głowie tę starą książkę z dzieciństwa - tak odbieram te ilustracje. 


Tekst bardziej przypomina wiersz, którego każdą zwrotkę umieszczono na osobnej stronie. Ale to nie jest nadmuchiwanie objętości. Ten manewr świetnie podkreśla, ile można (a nawet trzeba!) wyczytać z tej jednej zwrotki, która ma swoją ilustrację - czasami pomocną, a czasem dającą jeszcze więcej do myślenia. Nie wiem, czy to moment na interpretacje każdej z ilustracji. To trochę jak z niektórymi wierszami: każdy widzi inną interpretację, bo ma inne życiowe doświadczenie, na innym jest etapie życia i tak dalej.

Wróćmy jednak do tego mojego pierwszego wrażenia i dziwnego przeczucia...



"Czarna jama" ukazała się w 1984 roku i zaraz została zaatakowana, bo takie opowiadania - jak sugerowano - zniszczą niewinność dzieci, będą wiercić okrutnie i bardzo boleśnie dziurę w malutkiej niewinnej główce i wsączać jad, który wykrzywi ich bezbronne umysły i zasieje niedający się wyplenić lęk. Wizja niczym z horroru, w którym to dorośli znęcają się nad dziećmi psychicznie. Sam utwór nie jest aż tak straszny, ale w połączeniu z ilustracjami... 
Skąd taki odbiór? Utwór opowiada o tym, że wieczorem dzieci się boją nie samej ciemności, ale tego, że w ciemności sam pokój wygląda inaczej, jakby nie był sobą, a jego różne zakątki, jakby skrywały nieznane dziwne stwory. Ale ostatecznie w utworze tym ciekawość jest silniejsza od lęku i dziecko samo dochodzi do tego, czy to, co skrywa ciemność jest zawsze takie straszne. Cała ta sytuacja jest tak naturalna i tak prawdziwa, że udawanie, iż jej nie ma wyrządza dziecku większą krzywdę, bo - jak argumentuje sama autorka w Posłowiu - "jedynie pogłębia jego osamotnienie i bezradność". Dzięki takim utworom, jak "Czarna jama" rodzic ma szansę wywlec za bebechy problem na światło dzienne i rozprawić się z nim raz na zawsze. Razem z dzieckiem, oczywiście. 




Utwór "Ja" jest również reedycją. Jest przyjemny do czytania i do interpretowania go wraz z dzieckiem. Na czytaniu go skorzysta także rodzic. Jak zwykle dopatrzyłam się i lekcji dla dorosłych, którzy w pewnych sytuacjach lubią porównywać dziecko do dorosłego. I, o ile w niektórych powinni (a tego nie robią...), o tyle w innych nie powinni. Na przykład jeśli chodzi o samoświadomość dziecka i jego myślenie (na pewno takiego jak moje, 3-4 lata). Do niego dopiero powoli dociera, że jest odrębną jednostką, która chce (na pewno w pierwszej kolejności chce, w drugiej dopiero może...) stanowić sama o sobie, ale jeszcze nie wie jak. Zaczynają się pierwsze bunty i brak zdecydowania. To znaczy: dziecko jest zdecydowane postawić na swoim, ale nie do końca wie, co to konsekwencja wyboru (eh te śniadania: "Chcę jajecznicę", a po kwadransie zbulwersowana twierdzi, że nie lubi jajecznicy, że przecież chciała kanapkę). Ten utwór świetnie te sprzeczności pokaże rodzicom. A dzieciom uświadomi, że to wszystko jest normalne, że tak ma być, że zaczną z czasem panować nad tymi myślami.




"Opowieść", która otwiera cały zbiór, pojawia się w takiej formie po raz pierwszy, ale idealnie dopełnia pozostałe dwa utwory. I jest o tym, jak wiele się musi wydarzyć i jak wiele musi się stać, by powstała rodzina. Dla dziecka to nowość. Swoje życie widzi bardzo wąsko i nie zastanawia się (przynajmniej moje jeszcze nie poruszyło tego tematu), co było zanim się urodziło. Wystarcza mu fakt, że rodzice kiedyś byli mali, jak ono i przechodzili przez to wszystko, co ono teraz przechodzi. Nie chce znać historii małżeństwa i znajomości rodziców. A tutaj autorka zgrabnie zamyka w alegorii całą historię: o mamie uwięzionej w wieży, której pilnował smok i o tym, jak tata bez trudu pokonał smoka. Ba! oswoił go. Mimo, że śmiałków nie brakowało, by się z nim mierzyć. Ze smokiem, nie z tatą, oczywiście. Skrótowo pokazuje dziecku, sam...hm... przedpoczątek.


Moja ocena: Bardzo polecam. Książka jest bardzo mądra. I bardzo pomocna, chociaż na początku odnosi się inne wrażenie, bo nie buchają z niej radosne, cieszące oko kolory, bo jest zagadkowa, nie za prosta, bo wypadałoby, by rodzic najpierw sam ją przetrawi, zanim poda dziecku i z nim przeczyta, pomoże mu zrozumieć. No tak, to wymaga wysiłku, którego po całym dniu pracy nie mamy siły podjąć. Ale warto. Warto, mówię Wam! Kolejny raz już będę pisać o tym na blogu, ale książka po pierwszych wahaniach zachwyciła mnie podwójnie. Pani Elżbieta z Wydawnictwa Mila (tak, tak, sama wydaje książki, co mnie zdumiewa za każdym razem, kiedy sięgam po książki tego wydawnictwa) znów pokazuje, że można wydawać książki na najwyższym poziomie, nie bacząc na trendy.

Tytuł: Opowieść
Autor: Joanna Papuzińska (ilustracje: Stasys Eidrigevičius)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Mila
Rok wydania: 2010
ISBN:
9788392656555
Oprawa: twarda, kartki błyszczące
Liczba stron: 48

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mila:

wydawnictwo i edukacja

piątek, 21 kwietnia 2017

"Bajka o kapciuszku", Liliany Bardijewskiej [RECENCJA]

Są takie bajki, którym nie można odmówić bajkowości z definicji. A jednak kusi powiedzieć, że to nie taka znowu Bajka. Ma morał, dobrze się kończy, zwierzęta mówią ludzkim głosem - chociaż tak naprawdę to zwierzęta są tam trochę symboliczne - wszystko, jak trzeba. A jednak szukamy tego "ale". Może dlatego, że my, dzieci pokolenia Disney'a, mamy już swoją definicję bajki. Nie tylko ma być ślicznie i kolorowo, ale przede wszystkim z humorem. W nowoczesnych bajkach zawsze jest jakiś trudny moment, który pląta nam fabułę, ale ostatecznie sprawy rozwiązują się jak należy. A nawet lepiej, bo ten "kryzys" zawsze czegoś uczy.





A jak jest z tą "Bajką o kapciuszku" Liliany Bardijewskiej? Bliżej jej do bajek Krasickiego niż do tych od Disney'a. Nie, tu nie ma takiego błyskotliwego dowcipu (chociaż, jakbym się miała uprzeć, to pewnie wskazałabym Makówkę). Ale czy to od razu musi oznaczać minus - tego nie powiedziałam. I tu na pewno nie ma małego kryzysu. Tu się od kryzysowej sytuacji zaczyna w ogóle książeczka.

Kłębek włóczki zamieniony zostaje - między innymi - w maleńkiego kapcia-kapciuszka, bo na drugiego już włóczki nie wystarczyło. Poradzono mu, by poszukał księżniczki, która - jak wieść gminna głosi - nosi takie właśnie małe pantofelki. Niejaki Kopciuszek, znany z innej bajki. Ale ten Kopciuszek już dawno nim nie jest. Nawet nie wiemy do końca jak się nazywa. Zresztą nie jest to istotne. 

Kapciuszek więc poszedł do królewny, której od razu wpadł w oko. Ale cóż z tego, skoro był sam jeden. No bo jak tu chodzić w jednym kapciu? Odprawiła go więc królewna z kwitkiem. A raczej ze słowami, że jak znajdzie "brata", to ona tu jest i czeka. Chociaż właściwie należałoby zacytować staruszkę, która go na drutach zrobiła: Musisz znaleźć swój początek, a wtedy będziesz szczęśliwy. Początkiem miał się okazać kłębek. Tylko trzeba go było odnaleźć.

I poszedł bidulek w świat. Mając w głowie - dość naiwne, mogłoby się wydawać - słowa królewny: Spotkasz na swojej drodze wielu takich malutkich i samotnych. Jeśli im pomożesz, oni odpłacą ci tym samym, jak w każdej bajce. 


Nic, tylko pomagać na prawo i lewo, co nie? No, w każdym razie lepsze takie pocieszenie, niż żadne. Paputek więc poczłapał przed siebie. I szedł i szedł.... I nie myślcie, że będę wam tu streszczać bajkę, o  nie :-). W tym miejscu fabuła zaczyna się rozkręcać, bo kapciuszek rzeczywiście napotykał na swojej drodze różne postacie. Najpierw był to ptaszek, któremu paputek posłużył za gniazdo, gdzie wykluły się raniuszki. Potem chomik, któremu był workiem na zimowe zapasy. Aż w końcu pomógł i bocianowi. Zarówno ptak, jaki i chomik zarzekali się, że się odwdzięczą, ale jakoś tak, że potem żaden nie pomógł. No cóż, być może "byli z innej bajki" i nie wiedzieli, że wypada się odwdzięczyć. 

A! No i była Makówka - bardzo zagadkowa postać, która jest w tej bajce niczym stara cyganka: niby coś ci chce przepowiedzieć, ale tak na dobrą sprawę to ona jest całkiem cwana i wie, jak zakręcić kołem fortuny, w praktycznie dosłownym tego słowa znaczeniu.



Jak się kończy bajka? Dobrze się kończy. Mamy szczęśliwy happyend. Ale w zasadzie jeszcze nawet na ostatnich stronach kapciuszek napotyka trudności. I wtedy właśnie pomagają mu ptaszki i chomik. Nie, nie nawróciły się, umierając wcześniej z wyrzutów sumienia. Odbyło się to... jak w życiu.

Ptaszki zaskoczyły kapciuszka na całej linii: zrobiły coś, czego na co dzień nie robią, bo to zupełnie nie w naturze ptaków. Nagle okazało się, że jednak potrafią coś więcej niż tylko latać i śpiewać. Jakże często spotykamy się z ludźmi, których tak łatwo przychodzi nam ocenić jako tych, którzy nie będą w stanie nam pomóc. Skreślamy ich, bo w dziedzinie, w jakiej potrzebujemy wsparcia oni na pewno się nie odnajdą. A tu zaskoczenie. Przypomnijmy sobie, ile to razy my zostaliśmy tak zaszufladkowani, bez możliwości sprawdzenia się, bez próby udowodnienia np. swoich umiejętności przy braku kwalifikacji. Jakbym swoje odbicie zobaczyła.

A potem chomik. Ten to tak pomógł, że w zasadzie do końca książki chyba nikt go nie oświecił jak bardzo okazał się przydatny. Chomik zrobił rzecz odwrotną do tego, co zrobiły ptaszki: robił to, co zwykle. I, jak to chomik, był straaaasznie zajęty tym swoim zajmowaniem się sobą i własnymi sprawami. I nieoczekiwanie właściwie prawie bezwiednie wyświadczył kapciuszkowi przysługę. Czy życie nie pokazuje i takich scenariuszy? Ile razy ktoś, kto robi coś latami, dla siebie, zupełnie bez parcia na pieniądze czy sławę, nagle zostaje odkryty. I nagle okazuje się, że to, co robił latami dla siebie ma sens! I doceniają go inni! Takie sytuacje może nie mają miejsca za często, ale się zdarzają. Kto wie, czy woda sodowa nie uderzyłaby chomikowi, gdyby dowiedział się, jak bardzo pomógł kapciuszkowi, więc autorka oszczędziła nam wizji gryzonia, który dostaje korby na punkcie tego, jaki to jest ważny. No, to tak pół żartem, pół serio.




Książka jest autentycznie niesamowita. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Kolejny już raz książki od Wydawnictwa Mila robią na mnie tak ogromne wrażenie, czego gratuluję wszystkim pracującym w tym wydawnictwie, a którzy odpowiedzialni są za to, jak wygląda książeczka. Jest zawsze nietypowych rozmiarów, matowa, z solidnymi stronicami, bardzo porządna. Ilustracje p. Elżbiety Krygowskiej-Butlewskiej znów mnie oczarowują swą prostotą, oryginalnością a także pomysłem, często gdzieś na pograniczu symboliczności. Czy to oznacza, że dla tego mojego szkraba, trzy-i-pół-rodcznego to trochę zbyt wczesna lektura? To zależy. Książki tego wydawnictwa trzeba dobierać pod kątem znajomości własnego dziecka, wiec nie ma tutaj jednoznacznej odpowiedzi. U mnie chyba zabrakło roku, jak to oceniam. Wciąż pojawiały się pytania o Kopciuszka (- Mama - pokręciła głowa z lekkim politowaniem - to ma być Koo-pciu-szek! Tylko... kiedy będzie już ten Kopciuszek?), co ją całkowicie dekoncentrowało, a w konsekwencji miałam jeszcze więcej pytań z gatunku: "a dlaczego?", bo gubiła wątek czekając na Kopciuszka. Nie załapała jeszcze tej gry słów i bardzo luźnej konotacji z bajką o Kopciuszku. Ale nie poddam się tak łatwo: wrócimy do książeczki za rok. Wówczas czekajcie na małą edycję wpisu.

Tymczasem...

Moja ocena: Bardzo polecam. Książeczka zachwyci na pewno dorosłych, którzy zakochają się najpierw w cudnych ilustracjach (polecam przyjrzeć się numeracji stron), a zaraz później w pięknym tekście p. Liliany Bardijewskiej. Jest dość prosty, ale też momentami zagadkowy. Z książeczki aż bije romantyczność i wdzięk. No i okładka - po przeczytaniu staje się w końcu bardzo czytelna.


Tytuł: Bajka o kapciuszku, czyli jak to z wdzięcznością było
Autor: Liliana Bardijewska (ilustracje: Elżbieta Krygowska-Butlewska)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Mila
Rok wydania: 2008
ISBN: 9788392656548
Oprawa: twarda, kartki solidne, matowe
Liczba stron: 45

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mila:

wydawnictwo i edukacja 

____________________________________________________________________

 A to mały dodatek ;)


poniedziałek, 27 lutego 2017

"Break at My School" Agnieszki Jurek (seria "Jaskółki")

Ostatnio Buńka przepada przesiadywać na parapecie. To taki specjalny parapet, który jest ciepły od kaloryfera, szeroki i nisko osadzony. Idealny wręcz na takie przesiadywanie, więc Bu kolekcjonuje na nim różne książeczki i namawia mnie, bym jej czytała. Koniecznie, kiedy akurat nacieram kaczkę przyprawami i ziołami albo dekoruję ciasto. 





Nauczyła się jednak, że w takich momentach (kiedy kategorycznie odmawiam), musi sobie radzić sama. I tak oto targa te swoje pluszowe maskotki: łasicę z saksofonem (serio, jest takie coś), ogromne Hello Kitty (i nie, nie widzę jakiegoś specjalnego oddziaływania), lalę Metoo z pandą na głowie, różowego kota zwanego Kocurkiem i taka typową tanią "twardą" lalę-bobasa na dokładkę. W niekompletnym ubraniu. 

Potem oczywiście musi sobie poukładać to całe towarzystwo...
- Ty, panda, byłaś niegrzeczna, chyba musisz iść do kąta - mówi głosem przedszkolanki.
- O, nie! Przepraszam, już nie będę - odpowiada sobie piskliwie. W imieniu tej "pandy", jak mniemam.
- No, już dobrze - odpowiada "pani Bunia" i poucza ją, że za karę będzie jednak musiała usiąść koło "twardej" lali, chociaż się nie lubią. 
- Chcecie, żebym coś przeczytała? - zwraca się do maskotek.
- Taaak - odpowiada "chórem" za wszystkie. 
- Dziś będzie po angielsku - mówi.

Widzę, że tym razem wyciągnęła "Break at My School" Agnieszki Jurek, którą dostałam od Wydawnictwa Mila. I wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa. Walczę ze wszystkich sił, by się nie śmiać.
- ... Kidżi łodżi moji. Pni koli wi solgi bu. Nobi jeloł li bubi grin. Komczi opedoo sorbi dudżiki si ju lejter.... I tak to sobie płynie. 

Kiedy jednak orientuje się, że wycieram ręce i mogę jednak coś przeczytać, od razu uderza:
- Teraz ty, mama.
Nie ma wyjścia. Dobrze, że Maniula zajęła się silikonowymi foremkami do babeczek, więc mogę coś przeczytać. Tym razem angielski już nie jest taki prościutki i czytając widzę, że Bu się wyłączyła. Przerywam, ale wtedy oczywiście natychmiast to zauważa i mnie pogania. Kręcę głową, ale nie mówię nic, tylko czytam dalej.


Co prawda książeczka nie ma rozbudowanej fabuły, ale tutaj słownictwo i zwroty z pewnością przerastają możliwości 3-letniej dziewczynki. Tym razem jesteśmy w szkole, która musi przejść remont. Główna bohaterka jednak boi się jak wytrzyma ten rok, skoro wydaje się, że tylko ona (szkoła!) rozumie wszystkie przyzwyczajenia uczniów. Jedni grają w piłkę, inni w szachy, część dziewczyn plotkuje, ktoś sprzedaje w sklepiku... tyle się dzieje, a ja w myślach zastanawiam się, ile Bunia z tego zrozumie. Wtedy właśnie przychodzi eR. i wskazuje po cichu palcem na Bu. Orientuję się, że wzięła inną "Jaskółkę", tę o Świętach i znów czyta w swoim języku "obcym". 
- To bez sensu, że czytasz w tym samym czasie, kiedy ja czytam tobie - mówię.
- Nie, nie przeszkadzasz mi w ogóle - odpowiada na to rezolutnie.
- Ale nie słuchasz tego, co czytam - walczę, próbując się nie śmiać.
- To nic, mama - pociesza mnie. - Ja i tak nie rozumiem. 
Padłam. 
Stwierdziłam, że to dziecko mnie przerasta. I kazałam tacie czytać. On jednak po kilku zdaniach po prostu załączył książeczkę z Internetu.



Ta mała "Jaskółka" jest cały czas z nami i wciąż się gdzieś przewija, służąc Buńce - póki co - do zabawy. Lubi je przeglądać. Ale na razie niewiele rozumie. Za jakiś czas znów spróbuję. Angielski w przedszkolu ma, więc z czasem na pewno się przyda.

Moja ocena: Polecam. Ale dla starszaków, co język angielski mają już jakiś czas. Najlepiej jednak sprawdzi się dla uczniów pierwszych klas podstawówki, którzy będą mogli w ten sposób poćwiczyć zdobytą wiedzę z języka ale też poćwiczyć czytanie - posiłkując się odsłuchiwanym materiałem. Fantastyczna sprawa, na którą jeszcze przyjdzie nam poczekać.


Tytuł: Break at My School
Autor: Agnieszka Jurek
Wydawnictwo: Mila
Rok wydania: 2007
ISBN: 9788392307648
Oprawa: miękka, ale solidniejsza; broszurowa
Liczba stron: 24
Wiek czytelnika: 10+
Recenzja mogła powstać dzięki Wydawnictwu Mila: 
 wydawnictwo i edukacja

środa, 22 lutego 2017

"Christmas" - Agnieszka Jurek, z serii "Jaskółki"

Czy Wasze dzieci też zarówno na długo przed i jeszcze długo, długo po Świętach chcą czytać zimowe i świąteczne książeczki? Może to ten klimat wciąż za szybko zapadającego zmroku, być może śniegu (bo nigdy nie wiemy, czy nie będzie tkwił smutno szarymi plackami na trawniku) i często ponurych dni? Niemniej póki luty trwa, dla zimowo-świątecznych książeczek konkurencji brak.




Awaria w przedszkolu, Bu została w domu. Rzut okiem za okno - jak to dobrze, że zrobiłyśmy sobie ten długi spacer - leje jak z cebra. 
- Poczytaj mi coś - powiedziała Bu, wchodząc do kuchni. - Może być coś o Świętach?
Westchnęłam ciężko. Nie, żeby mnie to jakoś specjalnie zaskoczyło.
- Chcę taką - powiedziała, machając mi z drugiego końca stołu małą "Jaskółką".
- Ale tym razem ty będziesz "czytać" - powiedziałam. - Opowiadać, co się dzieje na obrazkach, bo ja nie mogę, muszę zrobić coś na obiad.
- Pewnie, mama. - Ostatnio ulubiona formuła zastępująca "zgoda".
Zaczęłam wyrabiać ciasto na pierogi, pełna skupienia, jednym okiem zerkając w stronę Maniuli.
- ... Mikołaj przecież jest czerwony! - dociera do mnie jakiś strzęp Buńkowego monologu. 
- No, jasne, że jest, a jaki ma być? - zaśmiałam się, wałkując ciasto.
- Bo tutaj Mikołaj ma korale! I w ogóle cały golasek jest! - roześmiało się szczerze moje starsze dziecko, któremu zawtórowało młodsze, w zupełnym, rozbrajającym oderwaniu.
Rzuciłam się z umączonymi rękami w stronę Buńki, przerażona wizją golizny u św. Mikołaja, ale przeczytawszy szybko tekst na stronie, tylko parsknęłam śmiechem.
- Ten Mikołaj pojechał na wakacje, gdzie jest baaardzo ciepło - powiedziałam do Buńki. - Zgrzałby się na anem w takim ciepłym stroju. 
- Hm - zamyśliła się. - A o czapce nie zapomniał?
Poczochrałam włosy na głowie tej mojej bystrej córy (brudząc trochę mąką) i uśmiechnęłam się.
- Może...
Wtedy puściłam jej książeczkę do słuchania z Internetu (tutaj).




Ciekawe, że książeczka "Christmas", która trafiła do mnie od Wydawnictwa Mila, tak moją Buńkę zaintrygowała. Z jednej strony jest bardzo prosta, nie ma skomplikowanej fabuły. A z drugiej - to już językowe wyzwanie dla 3-latka. Przede wszystkim pojawia się słownictwo, a nawet angielskie czasy uchodzące za te bardziej skomplikowane. Ale do angielskiego jeszcze dojrzeje. Tymczasem słucha, chociaż nie wiem, na ile coś z tego rozumie. Obywa się z językiem. Ale fabułę jej przetłumaczyłam i ogląda książeczkę, często opowiadając tę historyjkę po swojemu. Raz w języku "obcym" (rozumianym całkowicie dosłownie, bo jest on obcy zarówno mi, jak i jej samej), a raz po polsku. 

Historyjka opowiada o tym, jaka mini przygoda zdarzyła się przy okazji Świąt małej bohaterce "Jaskółki". A najlepsze jest to, że w zasadzie każdemu mogła się przytrafić. Ale wszystko wyjaśnia się na końcu, gdzie też historyjka ma swoje dobre zakończenie. A latający na golasa Mikołaj to ... no cóż, nie będę Wam zdradzać najlepszego! Przekonajcie się sami. Powiem tylko, że i nam dorosłym zdarzają się sny, które płatają figle.





Moja ocena: Polecam. Książeczka napisana - tak, jak już recenzowana przeze mnie "Cora would like to have a dog" - przez Agnieszkę Jurek jest bardzo pocieszna. W swej niedoskonałości i prostocie, bardzo nam bliska. Ten sam styl ilustracji i zabawnej czcionki, jakbyśmy mieli do czynienia z  tekstem odręcznie napisanym ręką dziecka, jest bardzo charakterystyczny i jednocześnie ujmujący.

Tytuł: Christmas (seria "Jaskółki")
Autor: Agnieszka Jurek
Wydawnictwo: Mila
Rok wydania: 2016
ISBN: 9788392307693
Oprawa: broszurowa; strony, tak jak okładka błyszczące, ale solidniejsze
Liczba stron: 24
Wiek czytelnika: (moja ocena: 7-10+)


Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mila:



Zostawiam Was ze zdjęciem Buńki: pogoda, kiedy najczęściej czytamy zimowe opowiastki...

środa, 15 lutego 2017

"Mysz jak nie mysz" - Joanna Kulmowa

 

Moja Buńka jest bardzo wrażliwym małym przedszkolakiem. Czasem wystarczy krzywo na nią spojrzeć, a już nieszczęście odbija się na jej twarzy. Ale czasem już iskra w moim oku rozpala w niej energię do działania. Niestety świat jest jaki jest: potrafi dać w kość nawet prawdziwemu twardzielowi. A i tak uważam, że lepiej być wrażliwym, niż mieć twardy tyłek. I marzyć. Mimo wszystko.



Bu jest jedną z tych dziewczynek, która ucieszy się z każdej małej drobnostki, ale jej pragnienia-marzenia na razie się mieszają...
- Tata, kupisz mi lizaka? - Tak było, kiedy wchodzili do sklepu, według relacji eR.
- Nie, umawialiśmy się, że kupujemy tylko chleb, masło i szynkę. - Proza życia.
- Aaa... - Ramionka opadają. Zawód czuć w powietrzu.
Po chwili jednak:
- A tata...? A kupisz mi konia? - Tym razem powiało nadzieją. Lizak odszedł w zapomnienie.
- Eee... - Konsternacja. - Ok, to gdzie te lizaki, które chciałaś, żebym ci kupił?




Kiedy najpierw sama czytałam "Mysz jak nie mysz" Joanny Kulmowej (którą dostałam od Wydawnictwa Mila), myślałam o małym dziewczątku, które potrafi się popłakać, wołając do mnie, bym przestała miksować zupę, bo Mania się boi. I o jej wielkich marzeniach ("Mama, a czemu nie mogę latać? Przecież mam te skrzydła!"). I cała zatrzęsłam się w środku, że dziewczyna będzie miała kiedyś ciężko. A potem spojrzałam raz jeszcze na książeczkę i wstąpiła we mnie nadzieja...


Książeczka o małej myszce jest absolutnie wyjątkowa: porywa serce i wywołuje uśmiech pełen czułości. Taki delikatny, z przymrużonymi oczami.

O czym opowiada? O życiu. To słowo chyba najpełniej to oddaje. Mała myszka, świadoma tego, że w środku jest zupełnie inna niż pozostałe myszki, usłyszała płacz wiatru, który zaplątał się w jabłonce. Mysz była zdeterminowana mu pomóc. I ostatecznie się udało. Więcej: nieoczekiwanie w podzięce dostała od wiatru niezwykły prezent, który spełnił jej największe marzenie. Powiem jeszcze tylko tyle, że jest to bajeczka, która doskonale wyjaśnia skąd się wzięły nietoperze.

Dlaczego więc napisałam, że to książeczka o życiu? Bo kiedy czytałam ją z perspektywy dorosłego, zobaczyłam w niej znacznie więcej niż hasło: "nawet absurdalne marzenia potrafią się spełnić, jeśli mocno w nie wierzysz".

W pierwszej kolejności powinnam napisać, że rzeczywiście my, dorośli, stajemy się z czasem tak pragmatyczni, że marzenia osadzamy w granicach możliwości ich spełnienia. Przez to zamiast - mogłoby się wydawać infantylnego - "spełniło się moje marzenie", mówimy: "to był mój duży sukces". Jesteśmy przekonani, że wierząc w takie nierealistyczne marzenia, które wydają się zbyt odległe, takie "nie dla nas", rośnie w nas frustracja, a nie motywacja, by jednak spróbować. A to błąd. Myszka jest na to dowodem. Bo niemożliwe stało się możliwe. 

Czy samo z siebie? No, wiara na pewno nie wystarczy. Ale myszka w zasadzie nie dążyła do spełnienia tego marzenia. Była skromną myszką. Co prawda przeczuwała, że jest nietypowa, ale z drugiej strony była świadoma swoich ograniczeń: że jest mała, cicha i słabiutka. Zdarzyło się jednak, że stanęła przed wyzwaniem i postanowiła mu sprostać. Nie narzekała, tylko w miarę swoich mysich możliwości robiła, co mogła. A przecież czy ktoś mógłby mieć pretensje do myszy, że nie pomogła takiej mocy, jaką jest wiatr? Często nasze dzieci są w naszych oczach ciche, zamknięte w sobie, nieśmiałe, może nawet zahukane. A tymczasem często te właśnie dzieci świetnie sobie radzą w grupie, chociaż niejednokrotnie po prostu potrzebują czasu i okazji, by pokazać się światu, kiedy będą gotowe. Nie każde dziecko musi być przebojowe i łobuzerskie, byśmy spali spokojnie, bo "da sobie radę w życiu". 

Nie mogłabym nie napisać o wytrwałości małej myszki, która zdając sobie sprawę, że nie podoła sama, próbowała szukać pomocy u innych. Najpierw zwróciła się o pomoc do innych myszy, ale te ją wyśmiały. Jakie to typowe: najbliższe środowisko zamiast wesprzeć, bo przecież to "swój", będzie szydzić i próbować stłamsić. Mysz stała się dla innych myszy "kamieniem potknięcia". One się na niej wywróciły: zbierały ziarna pszenicy, co doskonale pokazuje ich pracowitość, wspólne działanie, czyli same superlatywy. Tymczasem nie podobają nam się te myszy, bo drwią z małej myszki, która prosi je o pomoc. A to musiało boleć: otrzymać policzek od swoich.


Ale mysz się nie poddała, bo to nie była zwykła mysz. Rozumiała, że są ważniejsze rzeczy, niż obrażanie się. Zdobyła się na odwagę, by prosić o pomoc wiatrak, który był od niej dużo, duuuużo większy. Jemu w ogóle nie spodobał się pomysł pomagania wiatrowi. Jak się okazało, ta sytuacja była mu nawet na rękę. Ciekawe, ilu z was doświadczyło tego okropnego uczucia w dzieciństwie/młodości. Zbierasz się w sobie pół dnia, by zamienić kilka słów ze starszym, dużo większym i naprawdę popularnym kolegą (albo koleżanką). A on uraczy cię pogardliwym spojrzeniem, powie coś, od czego uszy będą ci płonąć latami na myśl o tej sytuacji, a w najlepszym wypadku zignoruje. Do dziś pamiętam, jakie to paskudne uczucie. Myszka naprawdę dzielnie to zniosła, bo patrzyła nie przez pryzmat własnej maleńkiej postaci, a tego wielkiego i ważnego zadania, które ma przed sobą. 

Pomógł jej dopiero pajączek, jakże niedoceniane stworzenie, na widok którego albo się piszczy, albo ucieka, ewentualnie sięga po gazetę lub kapcia. Tymczasem to właśnie takie dwa niepozorne stworzonka były w stanie pomóc wiatrowi. I tak jest też w życiu: często właśnie ktoś naprawdę niepozorny, za którego nie dałoby się przysłowiowych 3 groszy, nagle okazuje się kimś o wielkim sercu, o pięknym wnętrzu, wrażliwej duszy czy po prostu (a może "aż") przyjacielem. 

Zresztą całe nasze życie jest jak ta jedna przygoda małej myszki: czy podejmiemy się wyzwania? czy zrobimy wszystko, by mu sprostać? A może poddamy się przy pierwszym niepowodzeniu? Co zrobimy, kiedy bliscy się odwrócą, kiedy ktoś nas upokorzy, zlekceważy... Być może uda się nam spotkać przyjaciela, bliską naszemu sercu osobę, która nas wesprze. I czy w końcu uwierzymy, że warto marzyć. Niezależnie od wszystkiego.




Książka niesie ze sobą cudowną naukę, ale muszę zaznaczyć, że nie jest dla każdego dziecka. Z pewnością mobilizuje do słuchania bez - ostatnio bardzo modnej - aktywizacji małego czytelnika. Czy to źle? Tekst Joanny Kulmowej jest jak poezja: subtelny i romantyczny. Dla wrażliwców. Ta "aktywizacja" tylko by go zepsuła. Moja Bunia czytała ją z ogromną uwagę: widziała dzielność myszy i rozumiała jej marzenia. I fakt, że trzeba pomagać. A na pewno próbować robić wszystko, co się da: na przykład poprosić rodziców o pomoc. Wolałam nie wskazywać jej jeszcze tego, co sama wyczytałam między wierszami. Na to ma jeszcze czas.

Graficznie książeczka jest tak romantyczna i tak przy tym wdzięczna i subtelna, że nie wyobrażam sobie odbioru bajeczki bez tych ilustracji p. Elżbiety Krygowskiej-Butlewskiej. A do tego dobór kolorów jest ujmujący, chciałoby się wręcz powiedzieć: uczuciowy i przepełniony emocjami.


Moja ocena: Bardzo polecam. Książeczki z serii "perełki Mili", są przecudne i naprawdę dopieszczone, zarówno pod względem technicznym jak i tekstowym. Aplauz na stojąco dla p. Joanny Kulmowej. To moje klimaty, zdecydowanie. A na końcu książeczki niespodzianka w postaci jednego z ładniejszych wierszy dla dzieci, jakie miałam przyjemność czytać. 


Tytuł: Mysz jak nie mysz
Autor: Joanna Kulmowa
Wydawnictwo: Mila
Rok wydania: 2011
ISBN: 9788392656531
Oprawa: twarda, kartki z grubszego, błyszczącego papieru
Liczba stron: 40
Wiek czytelnika: 5-7

Napisałam tę recenzję z ogromną radością, dzięki Wydawnictwu Mila:

_____________________________________________

niedziela, 22 stycznia 2017

"Cora would like to have a dog", z cyklu "Jaskółki" Agnieszki Jurek




To jest jedna z tych książeczek, które zdumiewają całym swoim jestestwem. Znacie takie? Od formatu, przez ilustracje po tekst i jego... język. Taka właśnie jest mała "Jaskółka", seria wydawana przez Wydawnictwo Mila. 




Dziś przedstawiam "Cora would like to have a dog". Kiedy przyszła do nas pocztą pokazałam ją Buńce i powiedziałam, że jest po angielsku.
- A o czym? - spytała.
- O dziewczynce, która się nazywa Cora - odpowiedziałam.
- Kola? - spytała bardzo ubawiona (i niestety wciąż mówi "l" zamiast "r". - W przedszkolu jest Kolusia.

Od razu porwała książeczkę i poszła do swoich misiów. Wchodzę do pokoju, a Bu w tym swoim angielskopodobnym języku "czyta" poustawianym w szeregu maskotkom. 

- Poczytać ci? - zapytałam po chwili.
Kiwnęła głową.



Kiedy skończyłam, zamyśliła się. 
- Nie lozumiem. Tylko "doga". To jest pies, mama, wiesz? 
- Tak, wiem. Bajka jest o tym, że Cora chce mieć psa, bo pewnego dnia może się nimi opiekować i bardzo się jej to podoba. 
- To są dwa pieski - wskazała palcem.
- Tak, Crazy i Lazy, czyli Szalony i Leniwy - uśmiechnęłam się.
- Pfff..! - wyszczerzyła się w uśmiechu, jakbym powiedziała jakiś dowcip. - Szalony i Leniwy?
- Jak myślisz, dlaczego tak się nazywają? - spytałam.
- Bo jeden świruje, a drugi tylko leży i leży - odpowiedziała. - Lubię te pieski. Mamusiu, kupisz mi pieska?


Nie do końca taki miałam cel, kiedy rozpoczynałyśmy czytanie tej książeczki, niemniej okazuje się, że świetnie nadaje się jako odpowiedź rodziców na błagania dzieciaków, że chcą mieć pieska. Pies to duża odpowiedzialność i trzeba dbać o to, by zapewnić mu wszystko, czego potrzebuje. A to nie jest proste. Ale książeczka pokazuje, że pies potrafi się odwdzięczyć wiernością i być prawdziwym przyjacielem. Takim na zawsze.



Tu nie ma specjalnej filozofii, bo takie małe dzieci jej nie potrzebują. Nawet krótkie, ale konkretne odpowiedzi na ich pytania "dlaczego?" na razie wciąż im wystarczają, więc nie trzeba tworzyć zawiłej fabuły z drugim dnem. Z drugiej strony trudno byłoby to zrobić po angielsku. A proste słówka, często powtarzające się, pomagają dziecku w nauce języka - nienachalnej i wdzięcznej. Pismo jest oryginalne, drukowane litery napisane niby ręką dziecka, zaciekawia młodego czytelnika. Nie wspominając już o obrazkach: prostych, troszkę dziecięcych... i całość nagle staje się malutką perełeczką (bo format książeczki jest niewielki), jakby była stworzona od A do Z przez dziecko. I przez to młodziutki czytelnik chętniej sięga po nią, równocześnie sięgając po język angielski.

Dodatkowym atutem jest możliwość odsłuchania książeczki na stronie internetowej (tutaj). Jest bardzo cenne, gdyż nie każdy rodzic potrafi dobrze czytać po angielsku. 



Moja ocena: Bardzo polecam.
W zasadzie nie znajduję wad. Wydaje mi się, że każde dziecko inaczej może odbierać język angielski w książeczkach i niekoniecznie od razu go porwie. Może się okazać, że to wciąż temat, do którego malutki czytelnik musi dojrzeć. Nie należy zapominać także, że język obcy ma być w życiu dziecka drugim językiem, a nie równoległym. Jest to możliwe tylko w przypadku rodzin mieszanych. W innym natomiast przemieszanie języków jest niebezpieczne. Dlatego tutaj to, w jakim wieku dziecku podać książeczkę, zależy od rodzica: musi zdecydować sam, znając własne dziecko.

Tytuł: Cora would like to have a dog
Autor: Agnieszka Jurek
Wydawnictwo: Mila
Rok wydania: 2007
ISBN: 9788392307624
Oprawa: miękka, ale solidniejsza
Liczba stron: 24


Kolejna książeczka-prezent od Wydawnictwa Mila.

_____________________________________________

piątek, 20 stycznia 2017

Miotła i Ptak - Wanda Chotomska, Elżbieta Krygowska-Butlewska

 

 

Książeczka, na pierwszy rzut oka opowiada o tym, jak silna potrafi być przyjaźń i do czego jest zdolna. Piękna sprawa. Ciekawe, że po raz kolejny odnajduję w książeczce przesłanie dla siebie, jako rodzica. Dla dziecka natomiast jest piękna historia, która uczy czym jest przyjaźń. Ma jednak jeszcze jedno ukryte przesłanie...

 



Miotła i Ptak zaprzyjaźniają się, ale niestety - jak to w życiu bywa - los ma często inne plany wobec nas, niż mamy je sami, więc ich rozdzielił. Miotła trafiła do na szary dziedziniec burego, ponurego miasta. I od razu zatęskniła za zielenią i śpiewającymi ptakami. Teraz mogła wsłuchiwać się w odgłos obcasów, stukających po betonowym chodniku i warczących samochodów. Miodek na uszy, prawda? 

Tymczasem przyleciał za nią Ptak i wyznał, że niestety nie może się przeprowadzić do miasta, choćby chciał. Brak zieleni, wszechobecny smutek w tych szaroburych kolorach blokowisk - no, po prostu odpada. Miotła jednak podeszła do sprawy ambicjonalnie i stając na rzęsach próbowała znaleźć dla Ptaka dom. A najlepiej drzewo, bo drzewo, to od razu zieleń, a co za tym idzie - radość. 

Czy udało jej się znaleźć drzewo? Wypadałoby powiedzieć, że "i tak, i nie". Dla mnie jednak najbardziej interesujące było rozwiązanie problemu Miotły, bo - trzeba powiedzieć wprost - była raczej zahukana w tym mieście. Nowa. Nie wiedziała, że w mieście jest od groma specjalistów od wszystkiego. Tu miotła taka, tam siaka, dalej szczotka, pędzel... wszystkie podobne, ale każda znała swoje miejsce i zakres obowiązków. A jedna zwykła Miotła od wszystkiego była de facto ... od niczego. 



Moja Buńka z nerwami słuchała, jak te miotły krzyczały i obrażały naszą bohaterkę. Ona z tych wrażliwych, przejmujących się dziewczynek, to i zmartwiła się losem Miotły. I wtedy pomyślałam: To dobra dla niej lekcja. Trzeba dziecku pokazać, że w życiu ważna jest wrażliwość, byśmy się my, ludzie, kiedyś wszyscy wzajemnie nie pozabijali. Ale w życiu bardzo często potrzebny nam jest twardy tyłek, za przeproszeniem. I trzeba znać swoją wartość, bronić jej i nie przejmować się, co inni mówią. To trudne, ale dziecka trzeba tego uczyć. Nie tego, by samo było agresywne w życiu, ale by potrafiło bronić swego i nie dało się stłamsić. 

To również praca dla rodziców. Ale sami rodzice mają jeszcze jedną, inną misję: trzeba być dla dziecka tym, kim mamy być - na początku całym światem, potem ostoją i oparciem, wsparciem w trudnych momentach. I być dla nich z całych sił. Miotła szuka drzewa - domu - dla Ptaka, tak jak rodzice szukają dla dziecka jak najlepszych możliwości do rozwoju, posyłając do szkół na lekcje, tańce, języki, trening sportowy... Wszystko jest ok. Tylko często ci sami rodzice mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku, zapominając, że to oni sami powinni czasem uczyć dziecko, tańczyć z nim, uczyć języków, razem uprawiać sport... Tak jak Miotła nie pomyślała, że sama może być dla Ptaka domem...



Czy to autorka/i miała/y na myśli? Nie wiem. Wiem natomiast, że widzę to w tej książeczce... dla dzieci? No właśnie... W książeczce dla rodziny.

Moja ocena: Bardzo polecam. Zabawny tekst p. Wandy Chotomskiej, a przy tym zabawa czcionką (wielkością, kolorami), przyjemne rymy, łatwy do zrozumienia tekst i oczywiście urocze ilustracje p. Eli Krygowskiej-Butlewskiej.



Tytuł: Miotła i Ptak
Autor: Wanda Chotomska, Elżbieta Krygowska-Butlewska (ilustracje)
Wydawnictwo: Mila
Rok wydania: 2012
ISBN: 9788392656579
Oprawa: twarda
Liczba stron:48
Recenzja powstała dzięki uprzejmości p. Elżbiety Krygowskiej-Butlewskiej i jej książeczek z Wydawnictwa Mila

 _____________________________________________

niedziela, 15 stycznia 2017

15 stycznia - Się dzieje: Obywatelka Matka nawiązuje współpracę

15 stycznia 2017 r.
Niedziela



Mania: 9 miesięcy
Bu: 3 lata, 2 miesiące, 4 tygodnie i 2 dni
Waga: Nieznana. Czuję luz w rozmiarze 36. Jeśli to coś komuś powie.
Pogoda: No, zima. Temperatura na słabym minusie. Czasem trochę słońca, ale śniegu jest więcej.






09:07


Ostatnio dużo recenzuję. Na blogu od jakiegoś tygodnia (?) recenzja za recenzją. Jest to zabieg celowy. Trzeba się czymś zająć, kiedy w środku człowiek czuje się jak zmięta kartka papieru. I to niezapisanego.

Piątek i sobota to były dni tak trudne, że porównywałabym je z wydarzeniami sprzed trzech lat. A ostatnio dzień, w którym ryczałam praktycznie od rana do wieczora, jak w piątek, miałam siedem lat temu. I pamiętam to doskonale. Chociaż, wierzcie mi, marzę, by zapomnieć. Nie chcę o tym pisać, bo blog stanie się tak depresyjny, że samą mnie będzie dołował, a przecież inny miałam cel, kiedy go zakładałam.


No to przestałam zamęczać, tylko wzięłam się za coś konstruktywnego, a co nie zajmuje wiele czasu. Recenzowanie książeczek dla dzieci. Sama nie raz poszukuję informacji (i zdjęć ze środka książeczki, to ważne!) o danej pozycji. Zwłaszcza, kiedy za mały formacik przychodzi mi płacić kilka dyszek.

I wciągnęłam się. Ba, wciągnęłam kilka wydawnictw. Za zaufanie jakim mnie obdarzono jestem jestem ogromnie wdzięczna.

Na ten moment udało mi się już odebrać przesyłkę od dwóch wydawnictw. Na moim Instagramie (tak, tak, założyłam! wiem, sama się sobie dziwię, ale to prawda!) już się zdążyłam pochwalić:

  • Publicat S.A. Już recenzja jednej z dwóch książek (bo to książka kulinarna) jest do przeczytania tutaj, na moim drugim blogu walka w kuchni. 
  • Wydawnictwo Mila.

Czekam jeszcze na książeczki z Zakamarków, Zielonej Sowy oraz z Poradni K. I właśnie od nich dostanę dodatkowo książkę nie dla dzieciaków: "Dlaczego moje dziecko?" Już wiem, że to będzie dla mnie trudna lektura. Nie tylko dlatego, że jestem matką, ale chyba przede wszystkim dlatego, że sama zadawałam sobie to pytanie leżąc plackiem w szpitalu przez pół ciąży z niepotwierdzoną acz koszmarną diagnozą. Ale bardzo chcę ją przeczytać. Czuję, że to będzie ważna lektura.

W piątek jedynym promyczkiem dnia była wiadomość otrzymana w późnych godzinach popołudniowych od Wydawnictwa Literackiego, której treść bardzo mnie ucieszyła: nawiązałam współpracę.


Można powiedzieć, że szaleję. Dla mnie jest to koło ratunkowe. I szansa. Na powrót do żywych, na odzyskanie swojego życia, na oddech przez otwarte na oścież okno. Na...


Tymczasem już niebawem recenzja "Martynki". Mnie ona towarzyszyła w dzieciństwie. Teraz widzę, jak zakochana w niej Bu, przegląda ilustracje i woła o przeczytanie "opowiadanki", jak ona to nazywa.







Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric