Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 marca 2017

"Jabłonka Eli" Catarina Kruusval [RECENZJA]

Ja po prostu kocham takie książki. Taki ilustracje, w które chciałoby się wskoczyć. Nie są bardzo realistyczne, są dziecięce i proste, ale mimo to mają tyle detali, że nie sposób oderwać od nich oczu. A mowa tutaj o książeczce z serii o przygodach Eli, wydawanej przez wydawnictwo Zakamarki.



To, że mojej Buńce się spodoba - nie miałam wątpliwości: że zachwyci się ilustracjami, że ona ze swą empatyczną naturą od razu rozczuli się nad losem jabłonki, że... Po prostu wiedziałam. Nie wiedziałam natomiast jak bardzo ją pokocha.

 

Pewnego wieczoru, kiedy czytałyśmy "Jabłkonkę Eli" Catariny Kruusval - pewnie już po raz czwarty wieczór z rzędu - Buńka nieoczekiwanie przerwała mi w trakcie czytania:
- Mama, mama, mama, mama! - To jej sposób na zwrócenie mojej uwagi i nadanie jej priorytetu. 
- No..?
- Chciałabym tam skoczyć - powiedziała to takim tonem, jakby mi wyznawała dość wstydliwy sekret.
- Skoczyć? - zdziwiłam się trochę. W książce nie ma nawet luźnego powiązania ze skakaniem.
- No, tam - wskazała palcem na obrazem w książce.
- Chciałabyś wskoczyć do książki? - uśmiechnęłam się, bo takie wyznanie świadczyło o umiejętności utożsamiania się z jakimś wyobrażonym światem. Czyli krótko mówiąc: wyobraźnia zaczyna pracować, jak należy. 
- Tak - przytuliła się do mnie. - Ale to musiałaby być magiczna książka. - Dodała.
- A nie jest - westchnęłam, wyprzedzając jej tok myślenia.
- Tak, nie jest. Szkoda. - Na chwileczkę się zadumała, po czym jakby się ocknęła: - No, mama, czytaj, czytaj!

 "O! Tatuś Eli! Tak mi się wydaje..."
 "A to wygląda jak ty i tatuś! Masz taki sweter, mama!"

 
 "Też bym tak poleżała przed kominkiem z wami i z moją siostrą małą"


Zacznijmy może od tego, jak wygląda ta książeczka: Jest niczym format A4, ale nieco szersza. Bardzo kolorowa, z przeuroczymi ilustracjami autorki. To te z gatunku: "gdzie jest Wallie?". Dużo detali, chociaż niekoniecznie z komputerową precyzją. Zresztą zupełnie nie o to tu chodzi. Pokazany świat ma swoje życie, a ilustracja nie ogranicza się do tego, o czym mówi tekst, pokazuje nam kontekst, dzięki czemu dziecko może odnajdywać detale na obrazkach. Może też przyjrzeć się temu, o czym nie można przeczytać. Czyli jak się okazuje same ilustracje mogą stanowić dodatkowe pole rozrywki. 

Już na pierwszej stronie widzimy fragment małego miasteczka, gdzie jest dom i ogródek Eli i jej rodziców. Przez dobry kwadrans można odkrywać zwyczajne życie zwyczajnych ludzi. Potem zagłębiamy się w historię Eli, która mieszka w domku z niedużym, ale jakże urokliwym ogródkiem, na środku którego stoi jabłonka - ulubione miejsce zabaw Eli i jej kolegi, Olka. Mały czytelnik w bardzo prostu sposób poznaje cykl, jakim żyje drzewo owocowe: kwitnie, zielenieje, pojawiają się owoce a na końcu - kiedy są dojrzałe - można je zbierać. W ziemie jabłoń zrzuca wszystkie liście i stoi sobie taka goła, czekając na wiosnę. 

Niestety pewnej nocy straszna wichura łamie drzewo. I to jest cios dla wszystkich. A Ela i Olek naprawdę odczuwają tę stratę, dlatego mama Eli proponuje kupić na wiosnę nowe drzewko, ale drzewa mają swoje flegmatyczne tempo, więc zanim będzie można się na nie wspiąć upłynie sporo czasu, ale dlaczego miało by to kogokolwiek powstrzymać przed kupnem i zasadzeniem młodego drzewka! No to kupili, zasadzili, zadbali o nie i - już efekt - pierwsze jabłko, którym mogą się podzielić. I okazuje się, że nawet takie nieduże drzewko daje pyszne owoce.




Co ja widzę jeszcze w tej powiastce, jako rodzic? Przede wszystkim bardzo ładnie pokazany cykl życie roślin w różnych porach roku - i to tego zabawnie zilustrowany. Poza tym możliwość pokazania dziecku, że kiedy coś się zepsuje, zniszczy tak, że nie można już tego naprawić - to nie jest to koniec świata. Czasami coś, co mamy w zamian - w ramach rekompensaty - nie jest takie złe. A może nawet lepsze? Za to na pewno ma swoje zalety. Bo, jak mówi stare porzekadło, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ela jest przekonana, że nic nie zastąpi je jabłonki, tymczasem jednak drzewko daje owoc, który jest równie pyszny, co ten ze starej jabłonki. Ale na wszystko trzeba czasu i cierpliwości. Oraz wytrwania, bo w końcu młode drzewko nie umie o siebie zadbać, trzeba mu na początku pomagać, ale ono potrafi się odwdzięczyć. 

Moja ocena: Bardzo polecam. Dla mojej 3-letniej Buńka książeczka trafiona w punkt. Idealne dla wrażliwych dzieci, którym trzeba czasem pokazać, że porażka, krzywda, niepowodzenie można obrócić na naszą korzyść. A ogromną rolę odgrywają tutaj ilustracje. Co do tekstu, jest on prosty, zrozumiały, ale bez przesady. Jak dla mnie idealny dla 3-latka.


Tytuł: Jabłonka Eli
Autor: (+ilustracje) Catarina Kruusval
Wydawnictwo: Zakamarki
Rok wydania: 2009
ISBN: 9788360963524
Oprawa: twarda, błyszcząca; kartki matowe
Liczba stron: 28
Wiek Czytelnika: 3+

Recenzja mogła powstać dzięki Wydawnictwu Zakamarki:
  

poniedziałek, 6 lutego 2017

"Zaczarowane kółko Misia Uszatka - Czesław Janczarski, lektor Michał Piela [AUDIOBOOK]

Kto nie zna Misia Uszatka? Wiecie, tego z oklapniętym uszkiem, który ma wielu przyjaciół a dzieciom na dobranoc opowiada swoje przygody? Tak też myślałam: wszyscy go znają. Przynajmniej jeśli chodzi o mój przedział wiekowy.





Lubiłam te wieczorynki z Misiem Uszatkiem. Były to jakby pluszowe zabawki, sfilmowane z bliska. Ale mnie najbardziej podobały się króliczki, wiecie, rodzeństwo [bliźniaki?], zawsze coś przeskrobały i była afera. Bo Miś Uszatek, to raczej z tych porządnych, ułożonych, kulturalnych i w ogóle "ą" i "ę". I jak dziś sobie o tym myślę, to Miś lubił moralizować. Zawsze jakiś morał, zawsze nowa nauka. Nie, żeby z własnego doświadczenia - raczej uczył się na błędach przyjaciół, taki to był niezwykły Miś. I kiedy jakiś czas temu puściłam go Buńce, bo "zobacz, jaka to świetna bajka (przez przemocy, chciałoby się dodać)". I uderzyło mnie to, że po latach to moralizatorstwo Misia przytłacza. No i nie chcę, by Bu była taka przemądrzała: nikt nie lubi takich dzieci. 

Ale słyszałam, że książeczka, która została po latach wydana nie ma tego przemądrzałego tonu. I kiedy w ręce wpadła mi (oczywiście nie sama z siebie, tylko przysłała mi Biblioteka Akustyczna) jej wersja do słuchania, byłam bardzo ciekawa jak się ona ma do tej wersji wieczorynkowej.

Rzeczywiście: Misiu Uszatek już tak nie peroruje. Może nie ma ku temu okazji, bo zamysł książeczki jest inny niż krótkich wieczorynkowych filmików? Tak czy owak, słucha się lekko i przyjemnie, po części też dzięki Michałowi Piele, który go czyta. 



Bajeczka opowiada o tym, jak z okazji Nowego Roku zwierzątka wręczyły Misiowi prezent: zaczarowane kółko, które - po wypowiedzeniu słów zaklęcia - prowadzi w wybrane miejsce na świecie. Zwierzątka bardzo chcą uczestniczyć w Misiowych podróżach, ale dziwnym trafem wciąż coś im w tym przeszkadza. Tymczasem Miś podróżuje nocą (w różne krańce Ziemi) lecz się tym nie chwali z obawy, że się zwierzątka będą śmiać. Czy uda im się przenieść wraz z Uszatkiem? No, tego nie powiem. Sami musicie się tego dowiedzieć. 

Tymczasem ja tylko powiem, że Bu jeszcze nie jest do końca przekonana. Jeszcze nie czuje tego, że można przeżywać przygody - i to fascynujące, od których nie sposób się oderwać! - tylko słuchając. Wszystko przed nami, póki co. Tymczasem ja uważam, że język jest przystępny dla dzieci, nie ma przydługich opisów, bajeczka jest bardzo konkretna i nie rozwleka się. To dobrze - dzieci dość długo potrzebują konkretu, ale nie opisów wiosny rodem z Mickiewicza - z całym należnym mu szacunkiem, oczywiście.

Poza tym wizualnie, płyta wygląda ładnie, z tekturową oprawą. Prosta, ładne kolory ze wzorem przypominającym wycinankę z wizerunkami zwierzątek. No i motyw koła z wiadomych powodów.




Moja ocena: Polecam. Wiecie jak to jest, kiedy nie macie się do czego przyczepić, ale jednak to nie to, jakkolwiek by to nazwać. Tak jakby czegoś brakowało, takiego "och!" lub jakiegoś "ach!". Ale bajeczce nic nie brakuje! Nic a nic! Ja na pewno będę puszczać ją Buńce, bo jest naprawdę sympatyczna.


Tytuł: Zaczarowane kółko Misia Uszatka
Autor: Czesław Janczarski
Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
Rok wydania: 2011
ISBN:
9788361445869
Oprawa: -
Długość nagrania: 60 min
Wiek czytelnika: 4-8 lat


Recenzja została napisana dzięki Bibliotece Akustycznej:

_____________________________________________

"Kto się kryje w lesie?" - Eryl Norris, Andy Mansfield

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że będzie mroczno, straszno i generalnie nie dla dzieci. Duże żółte oczy, ciemna okładka - czy będzie to kolejna lekcja o tym, by się nie bać i być dzielnym, nawet jak strach skrada się za plecami? Nie. 




Książeczka "Kto się kryje w lesie?" autorstwa Eryl Norris i Andy Mansfield od wydawnictwa Mamania zaskoczyła nawet mnie, rodzica. Pod wieloma względami.

Otwierasz książkę i już puszczasz dziecko na głęboką wodę: jakieś oczy patrzące w ciemności... Nawet inne zwierzęta boją się tego stwora, drży przed nim nie tylko sowa, która doskonale przecież widzi w nocy (noc to dla niej jak dzień), ale też wilk, który ma ostre zęby i nie musi się praktycznie nikogo bać. Czyli coś rzeczywiście jest na rzeczy. Na kolejnych kartach - wyznania kolejnych leśnych zwierząt. Przerażone, cóż to za potwór się czai w mroku, snują hipotezy o jego strasznym wyglądzie... Nakręcają się wzajemnie, nie mając jednak pojęcia, że za tymi małymi oczkami kryje się... no właśnie! Na pewno nikt groźny, bo historia ta ma swoje przemiłe i bardzo szczęśliwe zakończenie!


Okazuje się, że to, czego w ciemności boimy się najbardziej jest strach przed niewiedzą. W ciemności nie widzimy dobrze: zaledwie zarys lub cień. Coś się kryje w kącie pokoju i błyska do nas. Widać, że coś tam jest, ale co to jest - już nie. I to nas przeraża. Wystarczyłoby podejść bliżej lub zaświecić światło, by zobaczyć, że to miś ze szklanymi oczkami, które odbijają światło księżyca. 

Ale strach potrafi wywołać w nas nie tylko skrajne emocje, ale też działania i to może być niebezpieczne. Ze strachu ludzie potrafią robić głupstwa, które mogą skończyć się tragicznie. A dzieci? Obudzone w środku nocy boją się cieni we własnym pokoju. Książeczka ta może nam posłużyć do oswajania w dziecku lęku przed ciemnością. A to nie jest proste, bo nawet dorośli otoczeni nią, czują się nieswojo. Wyobraźnie pracuje wówczas najintensywniej. 



Z tej przeuroczej książeczki płynie jeszcze jednak nauka: czasem coś, co wygląda źle, strasznie, odpychająco i nieprzyjemnie, okazuje się być miłe, urocze, niewinne i niegroźne. Tak jak przykre obowiązki można zamienić w świetną zabawę, nowa sytuacja, która może przerażać dziecko, może się okazać nie taka straszna. 

A graficznie? Jest przecudnie: niby ciemne kolory, ale le podobają mi się one w zestawieniu z żółtymi oczami zwierząt - innych od tych białych, należących do tego rzekomego potwora. A największą atrakcją są zdecydowanie zwierzęta, które - jak w ujęciu 3D - wyskakują z książeczki. Więcej: są nietypowe, bo struktura postaci jest ujęta w ten trójwymiar, a nie cały wizerunek jest płasko przemieszczający się, jak to jest w tych tradycyjnych rozkładanych książeczkach. Gratulacje pomysłu! Moja Bu zachwyca się nimi i każde podejście do książeczki kończy się czytaniem przynajmniej trzy razy pod rząd. Teraz już za mną dokańcza zdania, które rymują się, więc wpadają fajnie w ucho.

Moja ocena: Bardzo polecam. Pozycja ta nie tylko mierzy się z tematem lęku przed ciemnością, ale też jest graficznie świetnie wykonana. Pomysłowa czcionka dopełnia całości. Książka - jak projekt, w którym wszystkie elementy są rewelacyjne. Zero słabych punktów. Przynajmniej jak dla mnie.


Tytuł: Kto się kryje w lesie?
Autor: Eryl Norris, Andy Mansfield
Wydawnictwo: Mamania
Rok wydania: 2016
ISBN:
9788365087799
Oprawa: twarda, kartki kartonowe
Liczba stron:16
Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Mamania:
_____________________________________________

piątek, 3 lutego 2017

"Króliczki!!!" Kevan Atteberry [RECENZJA]




Wiecie jak to jest z pozorami. Mylą. Tak jak i matki, które mimo przemęczenia i łez na końcu nosa potrafią najszczerzej na świecie rozpromienić się na widok dziecka, które obudziło się po ... 15-minutowej drzemce, zamiast po godzinnej. I tego typu. Cała ta maskarada służy temu, by ktoś, kto nie wie, nie zobaczył tego patrząc na nas. Czyli przyklejone amerykańskie uśmiechy. 

Czasami jednak jest zupełnie odwrotnie: mimo bałaganu i rozgardiaszu w domu wiesz, że podłoga jest czysta, bo dopiero co odkurzałaś i przecierałaś ją. Co z tego, że teraz jest na niej wszystko, łącznie z okruszkami chleba i chrupek kukurydzianych?

 Oj, znamy to. 



Wypadałoby powiedzieć, że z książeczki, w której jest raptem kilkanaście słów i rodzic potrafi swoje wyciągnąć. A może po prostu powinnam sięgnąć w końcu po książkę dla mojej grupy wiekowej..?

Lepiej wróćmy do pozorów. Książeczka Kevana Atteberry'ego "Króliczki!!!" na pierwszy rzut oka wydaje się być dość prosta - bazująca głównie na ilustracjach. Można pomyśleć: kilka słów na krzyż i pomyślał, że książkę napisał - tak to przecież i ja potrafię. A potem czytasz tę książkę z dzieckiem raz, potem drugi raz i nagle dostajesz olśnienia, że dziecko w zasadzie samo ją "czyta". I woła: "ja chcę znaleźć teraz króliczki, mama!" i widzisz, jak się cieszy. Wtedy dochodzisz do wniosku, że każdy sposób jest dobry, by przyciągnąć małego Czytelnika. Każdy. I wszystko zostaje wybaczone, jeśli plan wypali i dziecko zakocha się w książeczce. 


A teraz pytanie, o co tyle szumu i o czym w ogóle ta książeczka? O potworku Declanie. Bardzo przyjaznym. Ale patrzysz na niego i niekoniecznie od razu mu ufasz. Ma rogi, ogon i zęby w dość dużej paszczy... Tymczasem okazuje się, że jest to wyjątkowo poczciwy potworek. Uważa, że wszystko zasługuje na szacunek: i drzewo, i chmurki, a nawet kłoda i pniaczek, więc dlaczego miałby się z nimi nie przywitać. Idealna okazja, by nauczyć dziecko uprzejmości. Ale kiedy Declan widzi króliczki, nie potrafi się opamiętać! Chciałby się z nimi zaprzyjaźnić, ale generalnie jest zbyt spontaniczny i emocjonalny, by zachować spokój, więc króliczki uciekają w popłochu i chowają się między drzewami. I to jest właśnie ten moment, kiedy Bu woła, że chce je znaleźć. 



Ostatecznie króliczki dostrzegają, że Declan taki już jest: spontaniczny, bezpośredni ale jednak przede wszystkim niegroźny i przyjacielski. Jeśli już sądziłeś, że książkę kończy szczęśliwy obrazek zaprzyjaźnionych króliczków z potworkiem to jesteś w błędzie. Powiedziałabym, że będą one raczej skonfundowane takim obrotem spraw... Ale cóż ja będę zdradzać takie świetne zakończenie!

Najważniejszą nauką wyniesioną z tej książeczki jest fakt, że czasem to, czego się boimy może w ogóle nie być groźne. Może nasze dziecko ma lęk przed nową sytuacją, której nie zna, a która nie wydaje mu się taka fajna jak ta "stara"... Pozory mogą mylić. A jeśli mogą, to na pewno mylą, chociaż dziecko tego nie wie, bo nie ma tak rozbudowanego myślenia, że widząc opakowanie może podejrzewać, iż w środku jest coś innego. Jeśli w bajce jest groźnie wyglądający wilk, to ten wilk na pewno jest zły. Z tą książeczką uda ci się przełamać ten lęk w dziecku. 
 


Moja ocena: Polecam. Co prawda, jak dla mnie tekstu mogłoby być więcej, a nie tylko absolutne minimum, ale za to edukacyjna wartość i bardzo przyjemne ilustracje o radosnych kolorach przekonują mnie. Ba! Przekonują mała Buńkę.


 


 Tytuł: Króliczki!!!

Autor: Kevan Atteberry
Wydawnictwo: CzyTam
Rok wydania: 2016
ISBN:
9788394465018
Oprawa: twarda, kartki błyszczące
Liczba stron: 32
 
Recenzję mogłam napisać dzięki Wydawnictwu CzyTam:
http://czy-tam.pl/

środa, 1 lutego 2017

[AUDIOBOOK] "Noc bez księżyca" - Shira Gefen, Etgar Keret, lektor Krzysztof Tyniec



Kiedy byłam mała uwielbiałam "bajki do słuchania". Jeszcze na kasetach miałam ich mnóstwo. Czy to w formie słuchowisk, z podziałem na role, czy to z piosenkami czy bez, przeczytane przez jednego aktora, ale zawsze co wieczór była bajka. I to był ten najprzyjemniejszy wieczorny punkt programu. Teraz moja córka ma już trzy lata i chcę pobudzić jej wyobraźnię. Za dużo opcji bazujących na obrazie sprawia, że dzieciaki niechętnie sięgają po książeczki, które mają - ich zdaniem - za mało obrazków i to powoduje, że ich wyobraźnia nie pracuje. Czas, by u Buńki zaczęła...




Nie przeskoczę tego, że w domu jest telewizor z bajkami, laptop, telefony z różnymi funkcjami czy w końcu Internet. Teraz trzeba się umieć w tym odnaleźć, przyjąć do wiadomości fakt, że te wszystkie dobra służą tylko, jeśli używamy ich z umiarem. W nadmiarze mogą po prostu nas zepsuć. Ale tu nawet nie o nas, ludzi generalnie chodzi, ale o dzieci, które rodzą się bez informacji, że mogą oglądać bajki przez Internet nawet o północy. To my, dorośli, mamy nauczyć je jak mądrze z nich korzystać. Nie zawsze udaje się nam odmówić bajki, kiedy po całym dniu padamy na twarz i zabawa w chowanego nas po prostu przerasta.

Dziś myślę, że rodzice w pewien sposób mieli prościej, nie mają tych możliwości, które zaserwowała nam nauka i technika. Przykładowo: kiedy ja byłam mała, wieczorynka trwała pół godziny wieczorem, a jak ktoś sobie zapomniał, to nie miał możliwości kliknięcia na inny kanał, gdzie bajki leciały 24h/7. Ale były już bajki na kasetach. Dorośli co prawda nie musieli siedzieć i czytać, więc była to pewne dla nich udogodnienie, ale takie, które rozwija wyobraźnię, zachęca do czytania, wbrew pozorom - bo wyobraźnia bardzo podobnie pracuje.

Nie ma co się łudzić, że kiedy dziecko będzie starsze, to się szybciej tego nauczy. Im wcześniej będziemy dziecko przyzwyczajać, że słuchać można nie tylko muzyki - tym lepiej. Początkowo puszczałam sobie audiobooki sama dla siebie, by dzieci przyzwyczaiły się do słuchania głosu. A potem puściłam bajeczkę. "Noc bez księżyca" (Shira Gefen i Etgar Keret). Najpierw w dzień przez kilka dni, a potem wieczorem. Nie zadziałało od razu, ale zadziałało. Bajeczka się przyjęła!



Była to króciutka historia o małej Zorah, która nie może zasnąć, bo na niebie - jakimś cudem - nie było księżyca. Było ciemno a ona się bała bez niego zasnąć. Postanowiła go poszukać. Wyruszyła w ciemność, ale zobaczyła światło i podążyła za nim. Lecz na początku światłem okazał się śpiący tłuściutki kot, potem światło reflektora policyjnego radiowozu, aż trafia na łysinę samotnego pana mieszkającego na skraju lasu... Jak to się stało, że księżyc się znalazł - musicie się sami dowiedzieć, bo - tak - znalazł się ostatecznie.

Bajeczka jest przeurocza. Nietrudna w odbiorze, chociaż rymowana. W oryginale napisana w języku hebrajskim, po polsku przeczytana przez Krzysztofa Tyńca, który zrobił to absolutnie fenomenalnie. Bajka-wieczorynka spisuje się świetnie wieczorem, kiedy dziecko leży już pod kołderką i chce zasnąć. Jeśli nie zaśnie od razu, najczęściej zaczyna się denerwować i rozbudzać. Bajeczka wycisza, odwraca myśli od czekania na sen, a kiedy się kończy dziecko odpływa.

Moja ocena: Bardzo polecam. Jest krótka, nie angażuje dzieciaczka w fabułę, która by je wciągnęła tak, że je wybudza. Wycisza i pomaga zasnąć.

Tytuł: Noc bez księżyca
Autor: Shira Gefen, Etgar Keret
Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
Rok wydania: 2013
ISBN:
9788378780977
Oprawa: -
Długość nagrania: 24 min
Wiek czytelnika: 3-7 lat

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Biblioteki Akustycznej:

_____________________________________________



poniedziałek, 30 stycznia 2017

Chichotnik, czyli księga śmiechu i uśmiechu - wybór wierszy

 


Każde dziecko potrzebuje książeczki, która uspokaja go przed snem, która powoduje, że zmysły powoli się wyciszają. Potrzebne są też książki-nauczycielki, książeczki aktywizujące i te, po które dziecko sięga najczęściej z niewiadomego nam powodu. Oczywiście są i takie, po które nie sięga - i zawsze nas to najbardziej dziwi. A co, kiedy dziecku z jakiegoś powodu jest szaro na sercu? Jest przeziębione, na dworze deszcz ze śniegiem i nie ma energii do niczego? Wtedy podaje się mu taką, która rozwesela.



Pewnego dnia po prostu się pojawiła. Księga śmiechu i uśmiechu. Patrzysz na okładkę i już - uśmiech po prostu się pojawia. Kolejny raz p. Elżbieta Wasiuczyńska swoim pomysłem na ilustracje podbiła moje serce. Moje i wszystkich, którzy w moim domu zetknęli się z tą książeczką.

Chichotnik wylądował na kolanach córki dopiero późnym popołudniem, kiedy wróciła z przedszkola.
- O, widzę, że to moja nowa książeczka jest! - Moja trzylatka potrafi mnie zaskoczyć, jak coś czasem powie...
- O, widzę, że zauważyłaś - odpowiedziałam z uśmiechem, podsuwając jej talerzyk z kawałkami jabłka.
- Mama, widzisz? Te panie są z papieru! Ale śmieszne! Pfff! - Wzięła jabłko i zachichotała. - Wszystko jest z papieru, no nieźle!
Aż parsknęłam niekontrolowanym śmiechem, kiedy to usłyszałam.
- Tu są właśnie takie wesołe wierszyki, żeby się pośmiać - powiedziałam. - Przeczytamy któryś?
- Ehe! - przytaknęła, chociaż nie lubię, kiedy robi to w ten sposób.
Usiadłam obok i zaczęłyśmy czytać.



Nie śmieszyły jej jeszcze wszystkie wierszyki, ale część już tak. Zdecydowanie najlepiej bawiła się przy kichającej Katarzynie. Sama przypomniałam sobie wiele wierszy, o których zapomniałam, jak np. Dziura w moście. To był jeden z moich ulubionych wierszy dzieciństwa. No, a tu sama śmietanka: Brzechwa, Chotomska, Fredro, Konopnicka czy Tuwim. Niektórych wierszyków nie znałam, muszę przyznać, ale spodobały mi się (Agnieszki Frączek czy Marcina Przewoźniaka). Zresztą uważam, że całe zestawienie ich jest bajeczne. Różni poeci mają różne poczucie humoru i każdy z nich trochę inaczej ten żart w wierszu formułuje, niemniej przez to jest jeszcze ciekawiej. Co prawda boków nie zrywałyśmy, bo dla mnie był to raczej szeroki uśmiech dzieciństwa, no a Bu do niektórych żarcików musi dorosnąć, ale zupełnie nie taki miałam zamiar.


Bu co drugi dzień przyjeżdża z przedszkola w złym humorze i widzę, że ma dość. Czuję na odległość niezjedzony podwieczorek albo drzemkę w samochodzie i wiem, że bez "czegoś specjalnego" w zanadrzu nie mamy szans przetrwać do wieczora. Książeczka spełniła się w roli popołudniowego pocieszacza i poprawiacza humoru.

Siedziałyśmy sobie więc na tej naszej czerwonej kanapie z talerzem ćwiarteczek jabłka a ja wychodziłam ze skóry, by jak najzabawniej przeczytać wierszyki. Bu chichotała i chrupała jabłko. Tylko Mania przyglądała się nam spod stołu, gdzie leżała na dywanie, gryząc duży palec u nogi.




Moja ocena: Bardzo polecam. Książeczka, jak dla mnie jest cudna! Pod względem graficznym, absolutnie oryginalna i zabawna. Pod względem doboru wierszy - trafiona w punkt. Świetnie, że do klasyki dodano nutę współczesności. To bardzo odświeża. Ciekawa czcionka. Nic, tylko czytać, bo humor dzieciom poprawi na pewno.


Tytuł: Chichotnik, czyli księga śmiechu i uśmiechu
Autor: wielu poetów, wybór: Barbara Gawryluk
Rok wydania: 2016
ISBN:
9788308054246
Oprawa: twarda
Liczba stron: 80
 
 
Recenzja została napisana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego:

_____________________________________________

czwartek, 26 stycznia 2017

Wesoły Ryjek i zima - Wojciech Widłak (Agnieszka Żelewska)



Kupiłam tę książeczkę wraz z tymi mrozami, które w telewizji nazwano "zimą stulecia". I ucieszyłam się, bo - mimo że zmusiłam pośrednio listonosza o doręczenie jej - książka okazała się strzałem w dziesiątkę. Zima, a ja i Buńka, pod kocykiem z domowym jabłkowym kisielem w dłoni, czytamy Ryjka. Obok nas na podłodze turla się Maniula i widzę, że dorwała się do okładki jednej z kartonowych książeczek, które widziały już niejedne dziąsła. eR czyta jakąś sensację. W tle jakaś muzyka świąteczna. No, bajka.




Ale zanim cała ta sielanka się odbyła...
Bu pokręciła nosem na ilustracje.
- Eee... takie lysunki to tata lobi. - Ona i to jej "l" zamiast "r".

Przyjrzałam się im uważniej i stwierdziłam, że to taki właśnie ma być styl: jakby ktoś to sam namalował tuż przed rozpoczęciem wspólnego czytania. Uznałam, że to fantastyczny pomysł. Ale Bu z tych, co bez końca przeglądają Martynkę. Styl ilustracji (zdjęcia i recenzja tutaj) jest taki realistyczny, że proste ilustracje naśladujące rękę rodzica nie robią wrażenia.

No, ok, przyjęłam do wiadomości, ale się nie poddaję:
- Wiesz, ale ta książeczka jest o zimie.
- O zimie...? - Jakoś jej ta myśl nie porwała.
- O tym, że czasami jej nie ma, kiedy jest potrzebna i trzeba jej poszukać, żeby przyniosła śnieg - zachęcam.
- Hm... - Przechyla głowę w bok i ostentacyjnie pokazuje mi, jak to się zastanawia
- Są tam też Święta i choinka...
- To ja chcę czytać - zdecydowała.



I tak się zaczęło czytanie. Bu śmiała się z rzucania śnieżkami i rzucania okiem ("Pfff...! Rzuca okiem, mama? Ale to śmieszne!") i jak to Ryjek chciał ubierać choinkę, bo w sklepach grały już piosenki świąteczne i wystawy sklepowe całe były w świątecznych nastrojach. Śmiała się jeszcze bardziej, kiedy przypomniałam jej, że ona też od dawna wypytywała mnie o choinkę.

Skończyło się tym, że na raz przeczytałyśmy całą. Nawet zaczęłyśmy od początku, lecz po chwili Bu przypomniała sobie, że ona teraz będzie malować farbami.




Oczywiście ja uwielbiam takie ilustracje. Ale to ja. Moje dziecko woli Martynkę. Nie przeskoczę tego. Grunt, że przynajmniej nie rezygnuje przez nie z czytania. Czy innym dzieciom się spodobają? To zależy, czy dziecko lubi taką naturalna grafikę ręcznego rysunku, czy woli styl... nazwijmy go... fotograficznej precyzji. Tekst jest świetny, chociaż odnosiłam wrażenie, że gry słowne tylko u Buńki budziły śmiech (no, bo jak tu rzucić okiem), bez zrozumienia. Ale może i na to przyjdzie czas.

Bo Ryjek, jeśli nie wiecie (chociaż raczej wiecie, nie mam złudzeń) jest bohaterem całego cyklu książeczek. To prosiaczek, który dzieli się z nami swoim prosiaczkowym (ale jednak dziecięcym!) sposobem myślenia. Młody czytelnik odnosi wrażenie, że czyta jego pamiętnik, w którym pokazuje swój tok myślenia skonfrontowany później z myśleniem dorosłych (poprzez zabieg z gatunku: "tata później wyjaśnił, że..."). Momentami miałam wrażenie, że autor zbliża się do Mikołajka, będąc małym, pierwszoosobowym narratorem. I robi to świetnie. Nie sposób się nie uśmiechnąć.

Nie nastawiajmy się jednak, że Ryjek to postać, która będzie miewać podobne dylematy i problemy, co dziecko. To nie ten kierunek. Te bajeczki uczą, ale nie w ten sposób. Ryjek ma swoje przygody, ale wartości, jakie dziecko (przy pomocy rodzica) z nich wyciągnie są uniwersalne. I to jest bardzo cenne.




To zdecydowanie niezwykła książeczka a przy tym bardzo mądra. Takie kilkuletnie dziecko czytając Ryjka z powodzeniem przekuje swoją porażkę w sukces. Miały być narty i śnieg? Nie było. Ale było co innego. Spostrzeganie dobra tam, gdzie ono po cichu sobie siedzi i nie dopomina się o rozgłos, jak niepowodzenia, które krzyczą rozczarowaniem ze złością. I oczywiście obrażają się na cały świat. Najlepiej jeszcze w taki sposób, by ten świat się o tym dowiedział. A w tym wszystkim jest to ciepła książeczka o tym, że może być pięknie nawet, kiedy jest niedoskonale; że może być szczęśliwie, kiedy los akurat płata nam figle i krzyżuje plany. Czu muszę dodawać, że niektórzy dorośli też powinni się czegoś od Ryjka (lub jego rodziców) nauczyć? Niektórym bardzo by się to przydało.



Przeczytałam z Buńką tę książeczkę i od razu pomyślałam, że narobiłabym pierogów.
Tylko przypomniałam sobie, że Bu nie lubi pierogów. Rozmrożone borówki zgniotłam i zjedliśmy je łyżką. Mieliśmy po nich jagodowe uśmiechy. A za oknem mróz i środek zimy, generalnie.


PS. A na końcu - niespodzianka! Przepis na pierniczki według mamy Ryjka! :)


Moja ocena: Polecam na pograniczu z bardzo polecam. Tylko przez ilustracje, które - mimo wszystko - nie były dla mnie, a dla Bu. A jej nie przypadły do gustu. To trafne określenie, bo każde dziecko ma inny gust. Wystarczy przepatrzeć zdjęcia i zdecydować, czy dziecko polubi je, czy nie. Teksty o Ryjku, z którym tak fantastycznie dziecko może się utożsamić są rewelacyjne. Dla nich warto zaryzykować.


Tytuł: Wesoły Ryjek i zima
Autor: Wojciech Widłak (ilustracje: Agnieszka Żelewska)
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2015
ISBN: 9788380081307
Oprawa: twarda, kartki błyszczące
Liczba stron: 48

środa, 25 stycznia 2017

Królik i Misia. Niesmaczne zwyczaje Królika. - Julian Gough, Jim Field

 

Jeśli miałabym podać najważniejszą różnicę między miłością a przyjaźnią powiedziałabym, że miłość jest zero-jedynkowa. Nie znosi odchyleń, bo jest ponad wszystko, zawsze wybacza, zawsze godzi się z losem, wszystkiemu dowierza, wszystko zniesie, wszystko przetrzyma, nigdy nie wypomina, jest współczująca i doskonała, tak generalnie. Tak jest, trudno się z tym nie zgodzić. Ale: też to widzicie? Miłość wszystko, zawsze, a co złego, to nie ona. A przyjaźń? Przyjaźń rodzi się w trudach, bólach, strachu, porażce, upokorzeniu, na dnie i w biedzie. I w samotności. I właśnie taka jest ta dziwna przyjaźń w książeczce "Królik i Misia. Niesmaczne zwyczaje Królika", autorstwa Juliana Gougha. 





W zeszłym tygodniu, kiedy Buńka była mocno zakatarzona i kaszląca, zostawiłam ją w domu. Jeszcze nawet nie było południa, ona w zasadzie dopiero co wstała, a już do mnie:
- Eee... a co będziemy lobić, bo coś mi się tu nudzi - powiedziała, jakby przeniesiono ją właśnie z najlepszego placu zabaw w najnudniejsze miejsce na ziemi. 
Zaśmiałam się.
- Nie wiem, na co masz ochotę, może chcesz poukładać puzzle lub porysować? - zaproponowałam coś, co generalnie lubi. - Nie baldzo. 
Starałam się nie wywrócić oczami.

Wtedy zadzwonił telefon od kuriera. Paczka!
- Niespodzianka! - zawyła Buńka i zaczęła wymachiwać rękami pod sufit, jakbym oznajmiła jej właśnie, że pan wręczy jej paczkę ze słodyczami.


W paczce nie było niczego do zjedzenia, tylko książeczka od Wydawnictwa Zielona Sowa, które postanowiło dodatkowo sprezentować mi mały kalendarzyk. Dla mnie - idealny.

- Poczytamy? - spytałam.
Bu kartkowała książeczkę. 
- Co to jest ta kulka, mama?
- To jest... eee... - szybko zaczęłam czytać tekst powyżej, po czym odpowiedziałam powoli - ... kupa królika.
- Kupa? - Bu zarechotała jak żabka, po czym teatralnie (ona lubi taki gesty) pokręciła głową ze zrezygnowaniem, jakby chciała powiedzieć "Co ty gadasz, mama!".
- Kupa, tak. Przeczytać ci, skąd ona się w tej książce wzięła? - zapytałam.
- No, dobra.



Wnet okazało się, że królik nie jest taki milutki, jak milutkie są króliki w innych bajkach. Zrzędzi, wymądrza się...
- Mama, a jak ktoś jest niemiły to go dzieci nie będą lubić - powiedziała smutnym głosem. Jeszcze nie idą jej te różne formy zaimków nieokreślonych: - Trzeba być miłym dla kogoś.
- Zgadzam się z tobą.
- A Misia lubi Królika? - dopytywała.
- No, ty mi powiedz - zaśmiałam się.



Misia nieoczekiwanie okazała się być uroczo naiwna, ale i zgodna, poczciwa i bezkonfliktowa. Jak to w życiu, tacy ludzie często są wykorzystywani przez tych bardziej cwanych. Królik zdecydowanie był małym cwaniakiem i do tego wymądrzał się na temat grawitacji. Misia niestety dała się mu podejść. Wnet jednak okazało się, że dobre serce i naiwne myślenie (iż są z Królikiem przyjaciółmi) uratowało nieszczęśnika przed zjedzeniem. I nagle coś drgnęło.

Wyszło na jaw, że Królik jest już mocno rozgoryczony swym króliczym życiem (eh, te jego niesmaczne zwyczaje...) i nie obraziłby się, gdyby mu ktoś zaproponował coś innego. A potem motyw przewodni - bałwan - zostaje ukończony i mamy piękny happy end, idealny dla dzieci.



Zabawna książeczka może pomóc dziecku w zrozumieniu, że życie w samotności, to życie z wyboru. Nie chodzi tu o rodzinę. Nie wiemy, czy Królik ją ma i czy ma ją Misia. Ważne, że to nie gra roli, jeśli nie pozwolimy jej grać. A znalezienie kogoś, z kim nie będziemy czuć się samotni nie jest takie trudne. Nie musi to być przyjaźń do grobowej deski. Ważne, by mieć z kim pogadać o tym, co nas boli i być dobrym słuchaczem, kiedy kogoś innego coś boli.


Dziecko w tym wieku nie potrzebuje znać szczegółów przyjaźni od kuchni: o niedotrzymanych obietnicach, o tym, że można kogoś zranić i nawieść. Zwłaszcza, że ucząc pozytywnych aspektów przyjaźni i odpowiedzialności za nią, zachęcamy dziecko do zawierania przyjaźni.

Drugi przekaz jest inny, trochę jakby podkorowy: nie oceniaj książki po okładce. Niedźwiedź wcale nie musi być groźny, chociaż jest ogromny i ma bardzo dużo siły. Tak jak Królik, który miał być przyjacielski i milusi - według Buńki, rzecz jasna - a okazał się skwarzonym, zazdrosnym mądralińskim.




Moja ocena: bardzo polecam. Podobają mi się ilustracje, chociaż gama kolorów jest raczej mocno ograniczona przez porę roku i kolor futer zwierzaków. Niestety świeża marchewka, którą prezentuje pod koniec książeczki Królik także jest szara. Hm. Tekst jest świetny. Nie za długi, nie za krótki, konkretny, a przy tym zabawny. Buńka śmiała się w kilku momentach. Dobra na zimowy wieczór.


Tytuł: Królik i Misia. Niesmaczne zwyczaje Królika. Tom 1
Autor: Julian Gough (tekst), Jim Field (ilustracje)
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788380731806
Oprawa: twarda, kartki matowe, przyjemne w dotyku
Liczba stron: 112
Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Zielona Sowa:
___________________________________________

poniedziałek, 23 stycznia 2017

"Uczucia, co to takiego?" - Serge Bloch i Oscar Brenifier





Ostatnio doszłam do wniosku - chociaż zapewne nie odkryłam Ameryki - że dzieci to mali filozofowie. A jak wiemy, filozof to ktoś, kto zadaje pytania. Te z gatunku esencjonalnych, dotykających podstaw jestestwa i wszelkiego bytu i jego sensu. Pytania o rzeczy naturalne i tak podstawowe, że robią z ciebie głupca.




No dobra, z głupcem, to minimalnie przesadziłam. Na szczęście dziecko dość długo nie myśli takimi kategoriami.

Natomiast my, rodzice-dorośli, wciąż katujemy się myślami z gatunku: "Ale jak to wytłumaczyć?", "Czy taka odpowiedź będzie satysfakcjonująca?", "A co, jeśli tylko uruchomi lawinę kolejnych pytań?". I od razu płoszymy się, że w zasadzie na razie nie ma potrzeby poruszania pewnych tematów i chyba jest jeszcze sporo czasu na takie rozmowy. I odkładamy to na bliżej nieokreślone później. Taktyka godna mistrza uników. A - jak wiadomo - taka taktyka, chętnie obierana przez uczniów i studentów, w przypadku rodziców potrafi się naprawdę boleśnie zemścić.




Jeśli sądzisz, że na bitewnym polu trudnych rozmów z małym filozofem jesteś sama, nic bardziej mylnego. Dziś prezentuję naprawdę oryginalną książeczkę. I - uwaga - to nie jest żaden poradnik. I nie, nie jest to kolejna pozycja z tych, które przez fabułę uczą. Ta jest inna. I to jeszcze bardziej, niż ci się wydaje. Nazywa się "Uczucia, co do takiego?" z serii Dzieci Filozofują, autorstwa Oscara Brenifiera z ilustracjami Serge'a Blocha wydawnictwa Zakamarki.



Książeczka, niczym mały skoroszyt, już zachęca do kartkowania. Bez zbędnego przerzucania kartek, łatwo można dostać się do odpowiedniego działu. A tam: do wyboru, do koloru. Dosłownie. Ale też nie ma tutaj zawiłych spraw. Klasyka: uczucia, z którymi styka się dziecko: miłość i jej dowody, zazdrość, przyjaźń, nieśmiałość, konflikt... To też niejako wewnętrzne problemy dzieciństwa, z którymi dziecko musi sobie poradzić, a przede wszystkim je zrozumieć: jak działają i czy to, co dziecko czuje i sądzi, że to to, jest aby na pewno tym?

Dziecko, jako ten mały filozof, będzie miało za zadanie odpowiadać na pytania, postawione w książeczce. Jest tam też trochę tekstu wyjaśniającego, ale niewiele. Ma on delikatnie kierować myślenie dziecka na odpowiedni tor. Rysunki też mogę być jakąś wskazówką, chociaż mogą też budzić wątpliwości, czy aby na pewno odpowiedź na pytanie jest słuszna. 



Ale na szczęście nie musi być wzorcowa: pytania często pośrednio pomagają rodzicom wychwycić coś, czego ze zwykłej rozmowy nie da się wyłapać. Niejednokrotnie dziecko inaczej zachowuje się wśród znajomych a inaczej przy rodzicach, którzy mają wyrobione zdanie na temat latorośli. A co, jeśli dziecko ma z czymś problem, nie umie sobie z czymś poradzić chociaż chce, albo nie wie, że to problem? Takie pytania pomagają dziecku wysłać sygnał do rodziców. Wszystko zależy od tego, jak odpowie na pytanie. Nawet ton odpowiedzi może tu mieć znaczenie. I w razie czego zawsze można zadać dodatkowe pytania.

Matowa okładka, chociaż giętka, jest bardzo przyjemna w dotyku. Strony szorstkawe, solidne i grubsze niż tradycyjne. Ilustracje są przemieszaniem ręcznych rysunków ze zdjęciami - zabawne i humorystyczne, dzięki temu oswajanie dziecka z trudnymi tematami (zwłaszcza, że są abstrakcyjne), jest prostsze, lżejsze i nie odbywa się w sztucznej często ciężkawej atmosferze.


Moja ocena: Polecam na granicy z bardzo polecam. Wszystko w niej mi się podoba, prócz papieru, który - jak mniemam z natury jest taki ecru, przez co kolory nie mogą wybrzmieć. Może tak miało być, może się czepiam, a może po prostu taki mam gust, że wolałabym te ilustracje widzieć na białym tle. Do samej książki jednak nie mam żadnych zastrzeżeń.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki:

_____________________________________________

Tytuł: Uczucia, co to takiego?
Autor: Oscar Brenifier (tekst), Serge Bloch (ilustracje)
Wydawnictwo: Zakamarki
Rok wydania: 2004
ISBN: 9788377760291
Oprawa: miękka, ale solidna
Liczba stron: 96



A jak tam Was mali filozofowie? Na pewno miewacie świetne, wręcz filozoficzne dialogi z dziećmi. Chętnie poczytam, piszcie!

niedziela, 22 stycznia 2017

"Cora would like to have a dog", z cyklu "Jaskółki" Agnieszki Jurek




To jest jedna z tych książeczek, które zdumiewają całym swoim jestestwem. Znacie takie? Od formatu, przez ilustracje po tekst i jego... język. Taka właśnie jest mała "Jaskółka", seria wydawana przez Wydawnictwo Mila. 




Dziś przedstawiam "Cora would like to have a dog". Kiedy przyszła do nas pocztą pokazałam ją Buńce i powiedziałam, że jest po angielsku.
- A o czym? - spytała.
- O dziewczynce, która się nazywa Cora - odpowiedziałam.
- Kola? - spytała bardzo ubawiona (i niestety wciąż mówi "l" zamiast "r". - W przedszkolu jest Kolusia.

Od razu porwała książeczkę i poszła do swoich misiów. Wchodzę do pokoju, a Bu w tym swoim angielskopodobnym języku "czyta" poustawianym w szeregu maskotkom. 

- Poczytać ci? - zapytałam po chwili.
Kiwnęła głową.



Kiedy skończyłam, zamyśliła się. 
- Nie lozumiem. Tylko "doga". To jest pies, mama, wiesz? 
- Tak, wiem. Bajka jest o tym, że Cora chce mieć psa, bo pewnego dnia może się nimi opiekować i bardzo się jej to podoba. 
- To są dwa pieski - wskazała palcem.
- Tak, Crazy i Lazy, czyli Szalony i Leniwy - uśmiechnęłam się.
- Pfff..! - wyszczerzyła się w uśmiechu, jakbym powiedziała jakiś dowcip. - Szalony i Leniwy?
- Jak myślisz, dlaczego tak się nazywają? - spytałam.
- Bo jeden świruje, a drugi tylko leży i leży - odpowiedziała. - Lubię te pieski. Mamusiu, kupisz mi pieska?


Nie do końca taki miałam cel, kiedy rozpoczynałyśmy czytanie tej książeczki, niemniej okazuje się, że świetnie nadaje się jako odpowiedź rodziców na błagania dzieciaków, że chcą mieć pieska. Pies to duża odpowiedzialność i trzeba dbać o to, by zapewnić mu wszystko, czego potrzebuje. A to nie jest proste. Ale książeczka pokazuje, że pies potrafi się odwdzięczyć wiernością i być prawdziwym przyjacielem. Takim na zawsze.



Tu nie ma specjalnej filozofii, bo takie małe dzieci jej nie potrzebują. Nawet krótkie, ale konkretne odpowiedzi na ich pytania "dlaczego?" na razie wciąż im wystarczają, więc nie trzeba tworzyć zawiłej fabuły z drugim dnem. Z drugiej strony trudno byłoby to zrobić po angielsku. A proste słówka, często powtarzające się, pomagają dziecku w nauce języka - nienachalnej i wdzięcznej. Pismo jest oryginalne, drukowane litery napisane niby ręką dziecka, zaciekawia młodego czytelnika. Nie wspominając już o obrazkach: prostych, troszkę dziecięcych... i całość nagle staje się malutką perełeczką (bo format książeczki jest niewielki), jakby była stworzona od A do Z przez dziecko. I przez to młodziutki czytelnik chętniej sięga po nią, równocześnie sięgając po język angielski.

Dodatkowym atutem jest możliwość odsłuchania książeczki na stronie internetowej (tutaj). Jest bardzo cenne, gdyż nie każdy rodzic potrafi dobrze czytać po angielsku. 



Moja ocena: Bardzo polecam.
W zasadzie nie znajduję wad. Wydaje mi się, że każde dziecko inaczej może odbierać język angielski w książeczkach i niekoniecznie od razu go porwie. Może się okazać, że to wciąż temat, do którego malutki czytelnik musi dojrzeć. Nie należy zapominać także, że język obcy ma być w życiu dziecka drugim językiem, a nie równoległym. Jest to możliwe tylko w przypadku rodzin mieszanych. W innym natomiast przemieszanie języków jest niebezpieczne. Dlatego tutaj to, w jakim wieku dziecku podać książeczkę, zależy od rodzica: musi zdecydować sam, znając własne dziecko.

Tytuł: Cora would like to have a dog
Autor: Agnieszka Jurek
Wydawnictwo: Mila
Rok wydania: 2007
ISBN: 9788392307624
Oprawa: miękka, ale solidniejsza
Liczba stron: 24


Kolejna książeczka-prezent od Wydawnictwa Mila.

_____________________________________________

Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric