Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 stycznia 2018

25 stycznia - czyli o tym, jak niełatwo znaleźć czas

25 stycznie 2018 r.
Czwartek







22:05


Codziennie szukam czasu. Co za absurd - tak bardzo mnie goni czas, a ja go jeszcze szukam. Większym absurdem jest fakt, że mimo iż mnie goni - ja go nie potrafię znaleźć. Język polski jest przekombinowany, jak widać. 

Tymczasem czas ucieka (i równocześnie mnie goni? chyba zaczynam tracić kontrolę nad logiką). A ja zapętlona w pracę, dom i dzieci, chcąc - jak to ja - wszystko robić na 100% w najwyższej jakości. No to wiadomo, że gdzieś mnie zabraknie. Najczęściej brakuje mnie tam, gdzie jest najmniejsza strata. Mając za priorytet prawdziwe życie, to wirtualne zostaje zapuszczone. Ostatecznie lepiej w tę stronę, niż gdybym miała przekładać Obywatelkę Matkę nad siebie samą. Wówczas należałoby się martwić. 

Tylko co zrobić, by czas tak nie gnał do przodu? Leci na złamanie karku, tylko patrzeć, jak wybije sobie zęby na pierwszym-lepszym zakręcie. Ale dzielnie się trzyma. Nie to, co ja: ledwo nadążam. A jeszcze bym chciała korzystać z życia, jak to się mówi. I nawet być zrobiła coś w tym kierunku, tylko, że czas biegnie za szybko. Dni zlewają się się w tygodnie i nawet nie wiem, kiedy minął styczeń, no przysięgam. Przecież dopiero co był sylwester! I odnoszę wrażenie, że wiele rzeczy załatwiam mimochodem, przelotnie, że chciałoby się powiedzieć na kolanie

Bo nie ma czasu nawet siąść ze spokojem z kubkiem kawy. Ok, dobra, ostatnio nawet mam czas na kawę. Ale absolutnie nie mogę robić niczego innego przy okazji, inaczej zaraz ucieknie mi z głowy świadomość, że mam tę chwilę jednak dla siebie. Taką malutką. W przeciwnym razie większość życia umknie mi przy okazji

Tylko dzieci zaznaczają, że są nieśpieszne w tym swoim świecie cudownej nieświadomości czasu. Jeśli już coś mają z nim wspólnego, to to, że im się nudzi, bo czas się wlecze, kiedy są chore. Od razu człek się cieszy, że ma dzieci. Jak ja bym chciała, by czas chociaż na chwilę się dla mnie wlókł. Eh...




22:24

Jeszcze tylko napiszę, co wyszło z tego całego badania, o którym pisałam tutaj

Pojechałam do tego Krakowa, oczywiście na czczo, bo dyscyplina poranna, kiedy wstanie się w ostatnim momencie, uniemożliwia mi śniadanie. Najpierw dzieci do przedszkola, potem odstawić samochód na parking i do busa. I to wszystko tak, by zdążyć na tego o 8:05. Zdążyłam, chociaż sama nie wiem, jak. 

W busie, rzecz jasna, swoisty zapach, od którego robi się niedobrze w głowie. Tak, w głowie. Mnie się nigdy w busie nie robi niedobrze od żołądka, ale od głowy. Duszność, zapachy różnego rodzaju przeszkadzają mojej głowie, a nie żołądkowi. 

Na szczęście dojechałam pół godziny przed czasem, w sam raz, by kupić sobie jakieś śniadanie, zjeść i zajść do Kliniki. Wyjątkowo był to ładny dzień. Pamiętam, bo cały tydzień był szary, a tego dnia słońce aż mnie raziło. 

Przebyta droga do kliniki minęła mi szybko i bezboleśnie. Trochę żołądek się ścisnął, kiedy już weszłam na teren Szpitala klinicznego. Szybko jednak dotarłam na miejsce, starając się nie myśleć o tych wszystkich ludziach i o sobie sprzed dwóch lat. Nie musiałam długo czekać na badanie, poszło tak sprawnie, że po 20 minutach byłam po samym badaniu, ankiecie i krótkiej rozmowy z lekarką. 

Wracając, celowo zadzwoniłam do koleżanki, by nie myśleć za wiele o tym, co było. Lekarka jasno dała mi do zrozumienia, że szanse mam 50/50. I jeśli taka moja uroda, to tak będę miała w ciąży. Z drugiej strony, pierwsza ciąża była bezproblemowa i ostatecznie wcale ta trzecia nie musi być narażona na powtórkę z rozrywki.  

Plusem było niewątpliwie samo badanie, z którego dowiedziałam się, że wszystko się w normie. Cudne uczucie, jeśli ma się inne doświadczenia.







środa, 29 listopada 2017

29 listopada 2017 - zima i przerwa, której nie było




29 listopada 2017 
Środa
08:32


No i przyszła zima. Zimna, posypująca śniegiem, z jakimś porannym szronem i nieprzyjemną wilgocią w powietrzu. 

Nie, zima nie jest moją ulubioną porą roku. Zwłaszcza, kiedy o godzinie 6:45 rano za oknem jest jeszcze szaro, a ja muszę wstać, ubrać Manię, dobudzić Buńkę i przekonać, żeby się ubrała, uczesać obie dziewuszki, przygotować śniadanie dla Buńki do przedszkola (eh, ta jej skaza białkowa), wyubierać w ciepłe kurtki, czapki, szaliki, wsadzić do samochodu i wyjechać przed 7:30. W innym wypadku będziemy do przedszkola jechać pół godziny zamiast 10 minut. I wtedy w aucie potrafi się zrobić nerwowo. 

Nie, zdecydowanie zima nie jest najłatwiejszą porą roku. Dobrze, że chociaż dzieci się cieszą na widok śniegu. No dobra, ja też się cieszę, żeby je zachęcić. Jak byłam mała śnieg oznaczał Mikołaja, Święta i sanki. No i bałwana, oczywiście. 

Czyli dzieci się cieszą, a ja staram się robić po prostu wszystko po kolei, co trzeba. Wiecie, z automatu. Wtedy nie przeżywam uciążliwości poranków. 



9:10

Myślę o tym, że powinnam chyba napisać coś o tym, że niczego dawno nie pisałam. Ale chyba nie napiszę. Czasem po prostu jest tak, że w naturalny sposób życie wirtualne przechodzi na drugi plan, bo życie w realu jest po prostu ważniejsze. I tak powinno być. Poza internetem Obywatelka Matka zaczęła pracę na pełen etat. Wciąż jest jednak matką i musi godzić wiele obowiązków (pomińmy tu dyskretnie sezon na przeziębienia i wirusy żołądkowe, o które po prostu musieliśmy zahaczyć, ba jakżeby to się mogło odbyć bez nas!) 

Tylko nie zaczynajmy dyskusji z gatunku: A gdzie jest ojciec w tym czasie?. Ojciec zna swoje miejsce. Trochę to trwało (i czasem widzę, że trwa nadal), ale wszyscy czasami musimy się przestawić i nie zawsze jest to łatwe. Z wygodnego na mniej wygodny, z leniwego na pracowite życie itp. 

I nie mówię tu tylko o eR. Czy ja jestem święta?


środa, 5 kwietnia 2017

4 kwietnia - Czy można zrobić sobie urlop od macierzyństwa i jakieś-tam plany

5 kwietnia 2017 r.
Środa



Mania: 11 miesięcy, 2 tygodnie i 7 dni
Bunia: 3 lata, 5 miesięcy, 2 tygodnie i 6 dni
Waga: 57, 2 kg
Pogoda: Wiosenna. Nie rozpieszcza, jak w weekend dwudziestoma stopniami. Jest rześkawo, ale słonecznie. Wszystko puszcza jasnozielone pączki. Można oddychać głęboko.

Aktualizacja g. 15:00 : Teraz, po południu przeszła klasyczna wiosenna burza. Pachnie ozonem i wilgocią.



10:08


Ogarnęłam jakieś zakupy a teraz z kawą i ciastkiem (świetne to moje drugie śniadanie, co?) siadam do pisania normalnego "wpisu z życia", póki Maniula śpi. Błogosławiony czas ciszy.


Jak wyciągnęłam się z kontekstu dzieci


Byłam w Szkocji. Oh, jak mi to dobrze zrobiło. Cztery fantastyczne dni. Zarwane noce niekończącymi się rozmowami, cydr truskawkowo-limonkowy i chipsy warzywne (ok, były też zwykłe, ale jakoś nie zeszły, ciekawe czemu...). Godziny spacerów, wiatr i dźwięk dud. Muzea i zdjęcia, które w 1/4 skasowałam przez przypadek, ale to trzeba być mną, żeby to sobie tak urządzić. 

Pozwolę sobie wstawić kilka zdjęć, ale nie będę Was zanudzać. Edynburg jest piękny i zupełnie inny niż polskie miasta. Ale - co kto lubi. Niektórzy się zachwycają, inne kręcą nosami, bo drogo i widoki kamiennych zamków, parków usianych żonkilami już im tego nie rekompensują.





Cztery dni bez męża i dzieci. Nie wiem, kiedy ostatnio miałam cztery dni dla siebie. Bez myślenia o obiedzie (gotowaniu), o zakupach, sprzątaniu, zrobieniu prania, prasowaniu... A do tego nieprzerwany nocny sen. Siedem godzin. Cztery dni pod rząd. Matki mnie zrozumieją. I będą zazdrościć, he he, taki ze mnie złośliwiec. 

Czy to znaczy, że od dzieci zrobiłam sobie wolne? Takie, że poczułam się na nowo nastolatką? Ok, z tą nastolatką to minimalnie przesadziłam. Powiedzmy 20+. Dla waszej informacji, ostatniego marca skończyłam 29. I życie stanęło mi przed oczami. Kolejne to będzie 30. A po trzydziestce już nic nie będzie takie samo. Wydaje mi się, że jest po doświadczenie porównywane z wyjściem na mąż. Dla dzieci będę już po prostu stara.

Ten wyjazd otworzył mi oczy. Szeroko. Zobaczyłam siebie wyjęta z kontekstu, w którym wciąż są dzieci, mąż, dom, i czasem przytłaczająca rutyna dnia codziennego. Ten kontekst sprawiał, że czułam się jak staw kolanowy. Beze mnie to średni wszystko działa, ale tak naprawdę to raczej zlewam się z tłem, niż stanowię coś odrębnego. Tymczasem stałam tam. Bez tego wszystkiego, co zostawiłam w Polsce i dotarło do mnie, że jestem osobną jednostką, która coś sobą reprezentuje, a jej jestestwo nie zależy o dzieci, męża i domu... Wiecie, to nie tak, że to dla mnie balast i jedno wielkie ograniczenie. Tylko ja tak wsiąkłam w to moje życie, że przestałam być zauważalna przez samą siebie. A teraz znów jestem: ja. A obok mnie dzieci, mąż i dom i całe nasze wspaniałe życie. Nie jestem już spójnikiem. 

Ciekawe jest to, że przed wyjazdem nie powiedziałabym, że nim jest. Ale dopiero tam, kiedy byłam poza całym tym "kontekstem rodziny" dotarło do mnie, że jednak chyba byłam. Walczyłam, by nie być, ale to było jak bagno. Wyjazd wyrwał mnie z niego. Stanęłam obok i zobaczyłam je z boku. Teraz mogę je ominąć, a nie szarpać się z tym sama. Cudowne uczucie. Jak odetchnąć świeżym powietrzem. 



Jak na sprężynie


Kiedy uda ci się wskoczyć z impetem na sprężynę - niesie cię wysoko. Często zaskakująco daleko, chociaż z taką dziwną lekkością i łatwością. I tak mam teraz. Po powrocie czułam, że w końcu mam siłę wskoczyć na tę sprężynę. Wcześniej próbowałam, ale nie potrafiłam dłużej wytrwać przy swoich postanowieniach. Teraz czuję, że mam moc. Moc, by wskoczyć na sprężynę. A ona już mi pomoże. Sprawi, że praktycznie będę miała odwagę zrobić ten czy tamten krok, którego bałam się postawić - z różnych względów. Oto, w czym pomoże mi sprężyna:

1. Chciałam nie pić kawy, bo ponoć co za dużo, to niezdrowo. Ale ja kawę kocham miłością do grobowej deski. Ale postanowiłam już nie pić jej po godzinie 17. I najwyżej 2 średnie lub 3 bardzo słabe. Chyba, że stanie się cud i wyproszę eR., byśmy sobie ekspres kupili, taki trochę lepszy...

2. Idzie wiosna i zaatakuję się warzywami i owocami. Po zimie to się mi już tęskni za tą świeżością, prawdziwym smakiem...

3. Nie wiem, czy uda mi się ćwiczyć. Chciałabym. Ale jak nie, to przynajmniej godzinny szybki marsz (bez dziecka) np. pod wieczór. Osobno jeszcze z dzieckiem, ale taki z dzieckiem to się nie liczy, bo trudno byłoby go podpiąć pod zakładkę "fat-burner" :)

4. Znów przedwiosennie zaczynam intensywnie dbać o ciało (jakieś peelingi, balsamy), o włosy, twarz, stopy, dłonie... Widzę, że zwykła pielęgnacja i higiena to mało. A idą wakacje i... no właśnie. 

Można się postarać, bo w tym roku lecimy z dzieciorkami na Kanary (Gran Canaria). Odlot, co? Też mi się to wydaje abstrakcyjne. I w dodatku takie nadmuchane. A tymczasem trafiliśmy na wyprzedaż biletów lotniczych, a sam pobyt na miejscu nie jest droższy niż Włochy czy Chorwacja. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że nawet trochę taniej (jeśli mówimy o całkiem niezłym standardzie mieszkania, a nie klitki w domkach, które Polacy mają czelność wynajmować komuś nad Bałtykiem). Także tym razem będziemy byczyć się na plaży, zwiedzać wulkan i cieszyć się sobą (będziemy tam większą ekipą, też z dziećmi, więc nie będzie nudno).

5. Książki. Recenzuję sporo, ale to głównie te dla dzieci. Chcę znów wrócić do książek, bo prawie fizycznie czuje tę tęsknotę na nimi.

6. W końcu wezmę się za pisanie książki. O, rany. Napisałam to. Czyli jednak, klamka zapadła. Dobra, wróć: to nie tak, że coś nade mną wisi, lub czekam na wenę czy inne "bóstwo", bez pomocy którego jestem w stanie usprawiedliwić się przed sobą. To raczej kwestia przyjemności pisania. Nie jestem rzemieślnikiem. Nie chcę nim być. Dlatego nie piszę, bo muszę; ale dlatego, że chcę, że sprawia mi to ogromną przyjemność. Tworzenie świata, zatapianie się w nim, przeżywanie go... 

7. I ostatnie, ale nie najgorsze. Powiedziałabym, że to raczej taki rodzaj deseru. Jak tylko Mania wyfrunie do Klubu Malucha po Świętach, biorę się na poważnie za


A Wy macie jakieś postanowienia na wiosnę? A może już coś działacie? Dajcie znać w komentarzach! :)

piątek, 3 marca 2017

2 marca - jak po burzy... czasami wychodzi słońca, a czasami tylko trochę oczyści się powietrze




2 marca 2017 r.
Czwartek


Mania: 10 miesięcy, 2 tygodnie i 1 dzień
Bunia: 3 lata, 4 miesiące i 2 tygodnie
Waga: 56 kg. Mamy wagę. Więcej: mamy taka, co to te tłuszcze sprawdza, wodę i mięśnie - wyszło, że mam niedowagę. Ha ha)
Pogoda: Z gatunku "zima odchodzi"; pachnie starą trawą, której zapach podrywa wiatr. Niebo jest niebieskie błękitem przedwiosennym. Na drzewach jeszcze nie widać żadnych oznak nadchodzącej wiosny. Czyli jest tak jak pisałam: zima odchodzi, tylko jeszcze wiosna się trochę jakby spóźnia...




4 z minutami

Słyszę Maniulę wyraźnie. To znaczy, że jest głodna. Włączam automat: wstaję, kieruję się w stronę kuchni, zaświecam tam małe światło i robię mleko. Wracam. Biorę upłakane dziecko (tak, Mańka to jedna z tych, która w ciągu kilkunastu sekund zdąży się doprowadzić do takiego stanu, że cała rozchyłkana nie może się uspokoić). Kładę do naszego łóżka, gdzie od paru godzin po (co)nocnym koszmarze śpi także Buńka. Wciskam butlę w dziubol i zapada cudowna cisza, zakłócana jedynie dźwiękiem łapczywie przełykanego mleka. Śpię na boku. eR. też, bo przecież wzięliśmy sobie szersze łóżko, ale któż by przewidział, że dzieci będą zajmować więcej miejsca niż my razem? Kiedy butla zostaje opróżniona, Mania dostaje smoczek i przytula się do mnie. Zasypia szybko. A z nią i ja.



06:40

Otwieram oczy. Słyszę Maniulę. Czuję jej stopy, które kopią mój brzuch. I rączki, które bawią się moimi włosami. W zasadzie to dobrze, że się budzę; Mania nie zdąży wyrwać mi wszystkich włosów. Mańka zaczyna gadać. Przechodzi od tata do titi, przez dzidzidzidzi aż dochodzi do czegoś, co według mnie przypomina mama. Ale równocześnie może być czymś jeszcze innym.

Kręci się przy tym tak, że nie jestem w stanie zapanować nad nią w łóżku. Tymczasem Bunia śpi, jakby nas tam w ogóle nie było. Zazdroszcząc jej - wychodzę. Boli mnie to, jak nie wiem, ale wstaję, zabierając małego rozrabiakę do kuchni. Tam jem śniadanie, przyglądając się, jak Mania bawi się zabawkami. Robię sobie kawę. Wtedy wiem, że zaczyna się dzień. Kolejny, chociaż pewnie bardzo podobny do dziesiątków innych, które minęły i tych, które dopiero mnie czekają. 


Tak wyglądał dzisiejszy poranek, ale nie różnił się od tych wszystkich, które były, kiedy mnie tu nie było. No dobra, byłam, ale w inny sposób. Był to mój sposób na radzenie sobie z trudnościami natury psychicznej, tak bym to określiła. Po prostu wolałam zrobić coś pożytecznego, niż wciąż narzekać i się użalać - pisać recenzje.

Czy pomogło? W zasadzie trochę tak. Ale gdybym odpowiedziała, że nie do końca, to też byłaby to prawda. Przynajmniej zrobiłam coś konstruktywnego, z czego realnie możecie korzystać, zaglądając w zakładkę "Recenzje Mamy" w głównym menu na blogu, gdzie czekać będą na Was recenzje. Teraz nie będą pojawiać się tak często, ale na pewno co jakiś czas. Przedwczoraj była premiera książki Księga Dziecka Searsów (zapowiedź tutaj), która wczoraj do mnie przyszła. 10 marca pojawi się recenzja i już mogę Wam zdradzić, że jest to książka warta kupienia, serio. Wsiąkłam.



11: 28

Mania śpi. Piję kolejną kawę. Ostatnio w żyłach płynie mi głównie kawa. I to - o zgrozo - rozpuszczalna. Źle się czuję, śle sypiam, znów jadam jakieś gówno (w znaczeniu: jakieś chrupki Mańki, jakiś chleb z masłem, jakieś niedojedzone kanapki Buńki, jakieś ciastko, żelka, cukierka... aż się rzygać chce), boli mnie brzuch i głowa, źle mi się oddycha (nie, to nie smog, bo u nas powietrze jest ok ostatnio), czuję się wciąż bardzo zmęczona, ale wieczorami to się snuję, a nie poruszam... Ale nie narzekam. Już kiedyś o tym pisałam: jakie to bezproduktywne działanie. eR. nie wie. Widzi tylko, że chodzę zmęczona. Ale robię wszystko - zaciskam zęby i już. Chodzę na spacery, robię zakupy, chociaż mam bek na końcu nosa, jak wiem, że muszę je zrobić, sprzątam, coś gotuję, chociaż bez szału, raczej nazwałabym to "przygotowywaniem jakiegoś jedzenia do zjedzenia" usypiam Mańkę (chociaż ostatnio strasznie mi to długo schodzi...), odprawiam Buńkę do spania (ma fazę, że tylko z mamą idzie się myć i spać). Może nie jestem zajebistą żoną ostatnio, ale nie chcę się skarżyć, bo mnie samej na myśl, że słuchałabym po raz enty narzekać i żali robi się słabo. 

Wiecie dlaczego? Bo mój problem nie jest unikalny. To nawet nie to, że "inni ludzie mają prawdziwe problemy", bo ich dom spłonął w pożarze, do dzieci w Afryce głodują, bo... To nawet nie to, że ja jako matka mam przerąbane, bo wszyscy są przeciwko mnie, bo jestem ze wszystkim sama... Myślę, że w mojej sytuacji jest wiele kobiet. Ba! wiele więcej, niż wiele. I to mnie jakoś przytłacza: fakt, że mój problem dla wielu nie jest problemem, bo jest także codziennością, jak moja. Bo ja to przeżywam, jako naprawdę trudną sytuację, chociaż obiektywnie pewnie nie jest ona aż taka. Czy ja ten problem wyolbrzymiam? Nie, mi on naprawdę tak doskwiera. 

Dlatego nie piszę, o czym mowa. Już wystarczy, że ja to tak przeżywam i nie mogę się pozbierać. Jeszcze jakbym się miała przejmować, że się pół Internetu (dobra, chciałam się lepiej poczuć, chociaż o moim istnieniu w sieci wie zaledwie garstka ludzi, jak na rozległość sieci) się ze mnie śmieje...

Zaraz ktoś na mnie wyjedzie, że powinnam powiedzieć eR., bo przecież zaufanie, oszukiwanie, kręcenie... i on się i tak dowie, będzie mu przykro, że mu - niby - nie ufałam. Umówmy się, że jak ktoś na mnie wyjedzie, to wyjedzie. Jeszcze tego brakowałoby, żeby i on się śmiał.



Zapomniałam napisać, skąd ten dzisiejszy tytuł. Wiecie, czasem człowiek przechodzi różne burze w życiu, zawirowania, rewolucje, trudne sytuacje... Ale kiedy jakoś je pokona, przezwycięży, to ma nadzieje na to "słońce", że los się odwróci, że teraz to wiatr go będzie niósł, a nie wiał w oczy. 
Tymczasem powietrze minimalnie się oczyściło, człowiek lepiej widzi, ale jest bardzo zmęczony burzą. Ani wiatru, który miałby pomóc, ani słońca, które sprawiłoby, że człowiek się uśmiechnie, zmobilizuje do działania pozytywną energią... Nic. Stoi. Chociaż optymista powiedziałby: "... a to już wiele".




Miało być dziś bardziej optymistycznie, ale nie wyszło. 
Następnym razem. 


Kilka zdjęć ze spaceru pt.: "kiedy zima próbuje odejść, nie czekając na wiosnę"





wtorek, 27 września 2016

Ustawa antyaborcyjna – 4 kłamstwa

 

Ustawa antyaborcyjna – 4 kłamstwa





Nie oczekujcie, że będę jak Wellman. Nie będzie wywlekania na wierzch spraw, które dotyczą mnie i mojej macicy. Jakby kto był ciekawy - obie mamy się dobrze.


Już czytałam, jak to pewnainternautka rozprawiła się nowelizacją ustawyantyaborcyjnej. Otóż najwidoczniej coś jej umknęło. To nie tak, że podpisuję się pod ustawą obiema rękami, nie. Mam swoje zarzuty. Ale nie znoszę ignorancji, hipokryzji i powtarzania wypowiedzi pseudointeligentów, chociaż na temat nie wie się nic. A od kilku dni mam wrażenie, że internety oszalały: wszyscy przekrzykują się, cytują tych mondrych i cieszą się, że pokazali faka.


Bardzo irytujący jest fakt, że z tych ludzi bardzo niewielu czytało ten projekt (wraz z uzasadnieniem). To od razu widać po ich wypowiedziach. Mało kto staje w obronie ustawy, bo od razu wszyscy rzucają się na niego, zanim dokończy zdanie a później zadowoleni, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku obywatelskiego lajkują udostępniane masowo selfiki w czerni „ważnych osobistości show biznesu”. Żal dupę ściska.


Ale to moje zdanie, wy możecie mieć swoje, oczywiście.





Propaganda działa jak dobrze naoliwiona maszyna, bo do ludzi idzie przekaz jednostronny, jednowymiarowy: kobieta będzie oskarżana, a może nawet karana za poronienia, nie będzie mogła zrobić dokładnych badań dziecku (i tym samym dowiedzieć się o jego niepełnosprawności), nie będzie mogła dokonać aborcji w przypadku gwałtu (do 12 tyg. ciąży) czy zagrożenia swojego życia (niezależnie o wieku płodu). Wszystko to sprawia wrażenie, że politycy (i grupa porąbanych świrów z Ordo Iuris) jedno, a cała Polska - drugie.

A to przecież nieprawda! Jest naprawdę wielu, którzy cieszą się, że ta ustawa weszła. Ale jest też paru takich, którzy częściowo są za, a częściowo nie. I do takich należę ja. Dziwne, co?

Już raz pisałam o tym. Jestem osobą wierzącą. Więcej: Kościół mi nie przeszkadza, tak jak przeszkadza wielu.
Grunt, że w myśl mojej wiary, a także religii (podkreślam tę kolejność!), życie zaczyna się w momencie poczęcia. Nie ma momentu znanego lekarzom, który można byłoby nazwać "początkiem życia". Rozwój płodu jest tak dynamiczny, że nie sposób w jego trakcie nagle powiedzieć "o, to chyba tutaj". Czyli o zarodku, o płodzie mówię "mały człowiek". A ja nie jestem mordercą. Dla mnie aborcja to zabójstwo. Aborcji mówię NIE. Piszę o tym po raz drugi, bo chcę, by to było jasne dla moich Czytelników.

Czyli powinna mnie radować myśl, że od uchwalenia ustawy dzieci w łonie matek będą spały spokojnie. Niekoniecznie. To znaczy: niekoniecznie te dzieci będą spały spokojnie...

Bardzo fajnie, że nasze państwo nie idzie z "duchem UE", nie traktując aborcji jako środka antykoncepcji. Ale moje stanowisko w kwestii trzech wyjątków nie jest zbieżne z tą nową ustawą. Państwo chroni obywateli przed głupotą, nie pozwalając na powszechną aborcję, ale nie powinno za nich decydować. O moralności ludzi powinni decydować... oni sami. Bo jeśli ja znalazłabym się w sytuacji podlegającej któremuś z trzech wyjątków, chciałabym sama móc zadecydować. I mogę zdecydować, że nie dokonam zabiegu. Ale ktoś inny może zadecydować inaczej. To są   n a p r a w d ę   trudne sytuacje. I póki się ktoś sam w którejś nie znalazł, nie ma nawet mglistego pojęcia, jak to jest.

Jednak bezrefleksyjne powtarzanie za kimś haseł tylko oddala wszystkich od prawdy, do której te osoby rzekomo dążą. Mówię tu czterech kłamstwach, z którymi się rozprawię.


Kłamstwo 1#

Badania prenatalne będą zakazane.



To, że usunięto zapis o nich, a w uzasadnieniu napisano, że przestaną mieć uzasadnienie, świadczy jedynie o logice. To ustawa antyaborcyjna i w odniesieniu do niej (a co za tym idzie, do aborcji), badania prenatalne nie będą już przydatne. Kiedyś uznawano za dowód w sprawie zakwalifikowania danego przypadku do tych trzech wyjątków. Teraz, kiedy ich już nie ma – badanie prenatalne jest niepotrzebne, prawda?

Pamiętajmy, że badanie to pomaga wychwycić wcześnie wady płodu, a co za tym idzie podjąć leczenie. Można popytać u ginekologów. Podczas pierwszej ciąży były przesłanki, że dziecko może mieć wadę serca. Badanie prenatalne II trymestru sprawdza działanie narządów dziecka. Jeśli coś byłoby nie w porządku, a dziecko zaraz po porodzie kwalifikowałoby się na operację – już w ciąży jestem na to gotowa. Umawiam się z kardiochirurgiem, zaklepuję termin (często odległy, więc wczesna informacja bywa zbawienna) i dziecko od razu może być wyleczone. A to tylko jeden przykład.

Samo w sobie badanie nie jest zabronione:
„Niezależnie od powyższego dostęp badań prenatalnych gwarantowany jest ustawodawstwem regulującym dostęp do świadczeń medycznych, a zamieszczenie tych norm w Ustawie stanowiło zbędne superfluum”.

Uwaga! Jakby ktoś nie wiedział (a zdarza się), najpowszechniejsze badania prenatalne są nieinwazyjne. To znaczy, że nie zagrażają dziecku, bo to tak naprawdę bardziej szczegółowe USG. Co do inwazyjnych – odpowiedź poniżej.


Kłamstwo 2#

Teraz w przypadku zagrożenia życia ciężarnej, nie będzie można jej leczyć.



To jest nielogiczne. Bo dziecko bez matki nie przeżyje. Także i ustawa nie przewiduje konieczności podejmowania ryzyka nieleczenia matki. Wszystkie możliwe sposoby ratowania życia matki są możliwe. Nawet, jeśli przez to poroni. Tak, tu mamy do czynienia z „konfliktem” równorzędnych praw: prawo do życia dziecka nienarodzonego i prawo do życia jego matki. To nie tak, ze nowelizacja stawia któreś prawo wyżej (to wbrew Konstytucji), ale zwraca uwagę, że tutaj ważna jest celowość zabiegów medycznych: mają ratować zdrowie i życie matki. Zabronione jest jednak stosowanie pewnych zabiegów w celach profilaktycznych. Czyli: jeśli istnieją poważne przesłanki, że należy przeprowadzić badanie inwazyjne (jak to było w moim wypadku z zaśniadem), należy je przeprowadzić, a nie czekać czy kobieta nie kopnie w kalendarz.
A to oznacza, że jeśli nastąpiło poronienie w wyniku działań ratujących kobietę – nie ma mowy o żadnym karaniu!


Kłamstwo 3#

Kobieta poroni, a już do domu zapuka prokurator i policjant. A kobieta zamiast przeżyć w spokoju żałobę po dziecku, będzie torturowana psychicznie bezpodstawnymi podejrzeniami.



Kolejna bzdura. A raczej powiedziałabym, że naprawdę przerysowane spojrzenie na to, co akurat tutaj jest naprawdę istotne. Art. 152 § 2 rzeczywiście mówi o tym, że za nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka przewiduje się karę do 3 lat więzienia. Ale dalej przeczytamy, że „nie podlega karze matka dziecka poczętego, która dopuszcza się czynu określonego w § 2”, czyli poroni, stanie się to nie z jej winy. Nawet jak będzie jeździła na rowerze, czy potknie się i upadnie. Podkreślę to: kobieta nie jest winna w przypadku poronienia (nie mówimy o aborcji, czyli celowych zabiegach mających na celu zabicie tego dziecka).


Kłamstwo 4#

Teraz to dzieci w okresie okołoporodowym będą umierać na potęgę, bo nie będzie można diagnozować poważnych schorzeń.



Cofamy się zatem do uzasadnienia, że badania prenatalne nie będą zakazane. I te nieinwazyjne i te inwazyjne, jeśli ich przeprowadzenie będzie miało na celu diagnozę naprawdę poważnego schorzenia zagrażającego życiu kobiety.
Sama jestem przykładem, że nawet wcześniej, kiedy obowiązywała antyaborcyjna ustawa „kompromisowa”, lekarze nie ryzykowali przeprowadzenia inwazyjnych badań prewencyjnie, ot tak. A podejrzenia o zaśniad to bardzo poważna sprawa. Nie tylko chodzi o dziecko, a głównie o kobietę. Bardzo często czekali się do samego końca i przeprowadzali je w ostateczności.




Piszę o tych kłamstwach, bo powtarzanie ich za ludźmi, którzy najczęściej nie sięgnęli do źródła lub przeczytali bardzo pobieżnie wprowadza zamęt.

Ale żeby było jasne, powtórzę to po raz enty: Jestem za tym, by w ustawie były jednak dopisane te trzy wyjątki, chociaż głęboko wierzę, że Bóg dałby mi siłę, by nie dokonać zabiegu. Każdy jednak ma prawo wybrać, kiedy ma do czynienia z niewyobrażalnie trudną sytuacją.


poniedziałek, 12 września 2016

12 września - Trzymam się




12 września 2016 r.
Poniedziałek


Mania: 4 miesiące i 3 tygodnie i 7 dni
Bu: 2 lata 10 miesięcy, 3 tygodnie i 6 dni
Waga: 59 kg
Pogoda:  Upalna ze zdecydowanie chłodnymi porankami. Wrzesień.



13:16


Trzymam się. Minął dopiero tydzień a ja nie mam dość. Czuję się świetnie. Mimo zmęczenia ćwiczeniami, czuję, że w środku mam więcej energii do wytrwania, działania. Mam w sobie dużo pozytywnej energii. I najlepsze jest to, że już po dwóch dniach czułam się lepiej. Nic, tylko polecać.

Szklanka soku pomarańczowego na czczo lub do śniadania. Potem śniadanie: muesli z orzechami i malinami. Z maślanką. Moje ulubione i wciąż nie do zdarcia.

Potem trzeba dzieciaki zapakować do wehikułu i doturlać się do Przedszkola. Całe pół godziny w drodze z jujczącą po drodze Manią. Cóż, siedzi bidula na tylnym siedzeniu sama i nie ma jej kto włożyć smoczka do buzi. Pierwsze życiowe przeciwności losu, życie ją nie rozpieszcza, co?

Potem rychły powrót do domu. Drzemka w wózku w ogrodzie, póki pogoda na to pozwala a wtedy ja zostawiam wszystko i ćwiczę, nerwowo spoglądając w stronę wózka, czy się wybudzi - jak zwykle - po pół godzinie i będę te ostatnie 10 minut dramatycznie łatać. Oczywiście, dziś też się obudziła. Nie ugrałam żadnej minuty dłużej. Udało mi się zabawiać ją krzywymi uśmiechami, dysząc jak lokomotywa i wymachując kończynami na wszystkie strony świata. Dociągnęłam zwłoki do końca programu treningowego. Zaczął się drugi tydzień ćwiczeń, a już waga spada.



Drugie śniadanie jem już jak wezmę prysznic. Da się? Da. Dzidek ląduje z bujaczku z "czasoumilaczami" przywieszonymi do specjalnej obręczy. I asystuje mi w łazience śmiejąc się do mnie przez szybę prysznica.

Potem odwiedzam babcię i tak sobie przebimbamy te dwie godzinki. Maniula idzie spać. W domu chłodek, okna pozamykane i pozasłaniane. Teraz czas na moją kawę. I książkę. Na nowo wciągają mnie naukowe pozycje, muszę odpocząć od tych nic-nie-wnoszących-szmatławców-tak-zwanych-bestsellerów.

Kiedy Maniula się obudzi, zje jakiś "owocek" i ogarnę dom. Przy niej prościej coś zdziałać, nawet jak marudzi, niż jak śpi, bo ostatnio ma bardzo delikatny sen. Chyba weszła w kolejny skok rozwojowy. Chociaż ja się zastanawiam kiedy wyszła z poprzedniego, jakoś wszystko mi się zlepiło.


13:28


Bu przeżywa fascynację farbami i kredkami. I ciastoliną. Trwa to już bardzo długo, ale widać, jak nieprawdopodobnie poszła do przodu manualnie. Kupiłam jej malowankę XXL.Znacie? Taką podłogową. Leży, maluje i dziecka nie ma. Maniula za to jest podwójnie, za nie obydwie.

eR. wspominał kiedyś o puzzlach: jak on by to nie układał tych tysiąc-coś-tam. Tak siąść i układać taki duuuuuży obraz. No to mu na rocznicę kupiłam. Dopiero teraz do nich siadł. Ale jak siadł, tak wsiąknęło go. Przyrósł do krzesła. W kuchni, bo oczywiście cały duży dom, a on na stole w kuchni musiał. I oczywiście paraliż, bo "nie dotykaj", "nie grzeb mi tu", "ej,bo się pogubią", "tylko, żebyś mi tego nie chowała przypadkiem". Oczywiście, że puzzle chowam przypadkiem. Ale puzzle są dobre nie tylko dla dzieci. Fantastycznie poprawiają koncentrację, zdolność uwagi, spostrzegawczość i logiczne myślenie. Dla kogoś, kto głownie pracuje fizycznie, to bardzo dobra rozrywka, która odciąża ciała i angażuje głowę. Najlepszy wypoczynek, który równoważy wysiłek tygodnia. Niech ma.


* * *

Stoimy przed kościołem z wózkiem.
Bu: Bolą mnie nogi.
eR.(szeptem): To usiądź mi na stopach.
Bu: Tatuś, nie mogę. Nie widzisz, że mam dużą pupę?

(stłumiłam śmiech)
eR. popatrzył na mnie z wyrzutem.
Ja: No co?
eR.: Ona to ma po tobie.



poniedziałek, 8 sierpnia 2016

8 sierpnia - jak wróciłam z zaświatów i o przywołaniu do porządku mamy





8 sierpnia 2016 r.
Poniedziałek


Mania
: 3 miesiące i 24 dni
Bu: 2 lata, 9 miesięcy i 23 dni
Waga: 59 kg
Pogoda: Chłodny poranek (ukochane 19*C), ale zapowiadają 31*C, więc już zaczęłam świrować z otwieraniem-zamykaniem okien, zasłanianiem ich i tego typu rzeczy, które mają mi pomóc w utrzymaniu cudownych 20* w domu. Co i tak ich nie zatrzyma, ale nie przeszkadza mi to z uporem maniaka szaleć z oknami i drzwiami...




08:51


Patrzę na tę datę w kalendarzu i wciąż nie wierzę, że to 8 sierpnia. Magiczna data, która jeszcze 23 lipca była tak odległa, jakby nigdy nie miała nadejść. A jednak!
Skończyły się dwa tygodnie przerwy wakacyjnej w przedszkolu. Odżyłam.
A teraz czekam, aż zaleje mnie fala krytyki: bo przecież jaką ja jestem matką, skoro nie wyczekiwałam tych dwóch tygodni, nie smuciłam się, że to już koniec?! Bo przecież dzieci to skondensowana radość rodziców. No, może to i po części prawda, ale nie w mojej sytuacji...
Otóż, trzylatka być może potrafi sama się ubrać, zjeść, pobawić się, wysikać i wyartykułować swoje potrzeby, ale jednak przy ubieraniu potrafią być problemy, a kiedy je, to i z nią je bluzka (mimo śliniaka), stół i podłoga. Potrafi się zabawić, ale bardzo często trzeba jej wskazać lub nawet zorganizować zabawę. No i chce to robić ze mną najczęściej. Wysikać się wysika, ale najpierw musi głośno oznajmić całemu światu swoją potrzebę, następnie biegnie w stronę łazienki, jakby miała kopyta a nie małe stópki po czym musi wrzeszczeć na całe gardło, że to jednak nie chodzi o siku, tylko ona będzie co innego tak robiła. 

Niestety trzylatki tak mają: 
- nie, bo nie chce,
- nie, ona chce co innego,
- nie, ona chce, żebym ja, eR., M....
- nie, ona jednak chce, ale najpierw...
- nie, bo ona chce sama.

A do tego M., która teraz-zaraz musi zjeść, być przebrana, uśpiona, zabawiona... 

Wszystko razem plus upały daje kombinację, której nie da się przejść bez wieczornego wina, ewentualnie mocnych środków uspokajających, pięciu kaw dziennie i wieczornego obściskiwania się z mężem. 

Przynajmniej dwa razy dziennie dostawałam smsa od eR., czy żyjemy, czy może to dzieci jeszcze jakoś ciągną, ale ja już beczę, leżąc na podłodze przygnieciona ciężarem dwójki. Nawet nie starałam się dobijać próbą sprzątania. W takich sytuacjach bałagan się rozgarnia, a w najlepszym wypadku przekłada rzeczy w inne miejsce, byleby nie przeszkadzały w funkcjonowaniu. 

I wiecie co? Po raz pierwszy pomyślałam sobie, że chyba jestem do dupy matką, skoro przeraża mnie zajmowanie się własnymi dziećmi! Ta prawda mnie tak przygniotła, że powiedziałam pewnego wieczoru, iż nie nadaję się na matkę i chociaż chciałabym mieć czwórkę dzieci, to chyba nie powinnam ich więcej mieć. 

Na to eR.:
- Moja mama - No, świetnie się zaczęło, pomyślałam - to wyjątek, który potwierdza regułę. 
- Że..?
- Że kobiety generalnie mają problemy z ogarnianiem wszystkiego.
- ...
- Nie musisz wszystkiego zrobić idealnie. To nie tylko niewykonalne, ale i nienaturalne. I wcale nie znaczy, że jesteś złą matką. 




12:53


Ostatnio przewinął się przed moimi oczami wpis pewnej mamy, która opisuje to, jak przewartościowała swoje życie po tym, jak urodziła dziecko, jak zmieniło ono perspektywę patrzenia na życie i jak z łatwością potrafiła zmienić swoje dawne nawyki, zrezygnować z wielu swoich pasji na rzecz dziecka. No, niewątpliwie chciała właśnie to pokazać światu. 

Może sądziła, że trafi z tym tekstem wprost do matczynych serc, które zmiękną, kiedy przeczytają o tym, jak zamykając oczy widzi się te dobre chwile, mimo że było ich znacznie mniej danego dnia niż tych - nazwijmy je - trudnych. To wszystko prawda. Doskonale pamiętam to przedziwne zjawisko pędzącego czasu (widoczne na zdjęciach, których mnóstwo robiłam małej Bu), kiedy pojedynczy dzień wlókł się niemiłosiernie, jakby na złość nie chciał się skończyć. I wówczas tylko te rzadkie uśmiechy dźwigały mnie z łóżka (i wierzcie mi, nie wyskakiwałam z niego pełna życia, raczej mrucząca pod nosem przekleństwa: "żeby się człowiek RAZ, k***, nie mógł wyspać!") dzień w dzień o 5 z minutami (bo tak wstawało to moje pierwsze dziecko). 

Pamiętam też swój czas reorganizacji priorytetów, do której po części zmusiło mnie dziecko, a po części czułam tę odpowiedzialność na swoich barkach i wiedziałam, że po prostu inaczej nie mogę. Czy było to łatwe? Oj, zdecydowanie nie. O ile początkowo hormony pomagały w przestawieniu się na życie dla dziecka (bo bez matki nie jest w stanie przetrwać), o tyle później została już tylko zimna kawa i przeciwbólowe na ból dupy. Bo tak naprawdę cierpiało moje egoistyczne ego. No, ewentualnie niskie ciśnienie.

Kiedy już obie miałyśmy się dość, bo Bu tylko "mama!", a mama "tylko nie Bu!", mała poszła do Klubu Malucha, a ja niczym feniks z popiołów odżyłam i wiedziałam, że tego właśnie potrzebowałam: czasu, by móc dalej robić to, co kocham, a kiedy mała Bu wracała z przedszkole spędzałyśmy szalone popołudnia, ciesząc się swoją obecnością. Mogłyśmy razem robić praktycznie wszystko, ale dopiero wówczas sprawiało mi to przyjemność. Dzięki temu mogłam zarazić ją tańcem, śpiewem, książkami, pichceniem w kuchni...


Kiedy po raz pierwszy pani z Klubu powiedziała, że Bu ma swoją ulubioną koleżankę i taką, z którą nie lubi się bawić ani nawet siedzieć obok niej, dotarło do mnie, że ona za jakiś czas (nie wchodźmy w szczegóły, kiedy to dokładnie będzie) będzie miała swoje życie, którego - uwaga! - ja nie będę dobrze znała, jeśli mi o nim nie powie. Czy mnie to zaczęło przerażać? Na pewno zrobiło mi się... dziwnie smutno, że nie będę mogła jej ustrzec przed różnymi błędami (i dopiero teraz widzę, jakie to uczucie jest paskudne), ale też dotarło do mnie, że kiedyś ona po prostu będzie chciała żyć własnym życiem. A ja tego życia nie będę wypełniała w takim stopniu jak teraz. Będę jednym z jego elementów. Jeśli teraz zrezygnuję z własnych pasji, nie przekażę dziecku niczego prócz poświęcenia, które oczywiście jest chwalebne, ale które albo doceni bardzo późno, albo w ogóle - co w dzisiejszych czasach jest niestety coraz bardziej popularne. Nie chcę, by żyła w przekonaniu, że poświęciłam wszystko dla własnych dzieci. A potem one dorosną i zostanę z... niczym. Ok, zostanę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Ale i z tym dobrze, to też nigdy nie wiadomo, bo czy nie wiemy, czy taki a nie inny sposób wychowania jest dobry i czy dzieci wyjdą ostatecznie na ludzi, czy nie? Nie wiemy. Zresztą nieistotne to teraz.
Na pewno zostanę z poczuciem, że dzieci wychowałam, ale moje życie mi uciekło. 
I tu pojawią się konserwatyści z chrześcijańskimi hasłami "dobra wyższego" nad życie doczesne. Zgoda. Jestem osobą wierzącą, żadną udawaczką, która deklaruje, ale robi jak uważa, lub gorzej: wstydzi się wiary. Nie, nie wstydzę się. I w tym duchu też twierdzę, że życie kobiety wcale nie musi polegać na umartwianiu się przy wychowywaniu dzieci, bo "jestem pyłkiem w tym wszystkim, ale pyłkiem koniecznym" do wychowywania dzieci. 
//Co innego, jeśli kobieta się w tym spełnia i kocha to ponad wszystko, ale takich coraz mniej na świecie.// 

Dzieci powinny być dla dorosłych źródłem najróżniejszych emocji. Tych pozytywnych, byśmy mogli, jako rodzice, przekazać im tę naszą najlepszą stronę: z pasjami, z ukochaniem życia! W końcu życie to dar, nie wolno go nam zmarnować! Ale dziecko potrafi wywołać w nas też negatywne emocje, testować naszą cierpliwość itd., w końcu dzieci - jak ludzie - są różni. I mają różne dni i humory. Raz lepsze, raz gorsze. 

Mama i tata powinni pokazać dziecku, że rodzice, to nie tylko rodzice (i do tego ograniczeni): to ludzie z pasjami, zaangażowani w życie, spontaniczni, chętni, by rozmawiać na wiele tematów.

PS. Oczywiście nie poruszam tematu dzieci niepełnosprawnych. To zupełnie inna para kaloszy i ABSOLUTNIE nie wolno tych sytuacji mierzyć jedną miarą. 




Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric