Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noworodek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noworodek. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 czerwca 2016

Prawo Murphy'ego wg noworodka



8 czerwca 2016 r.
Środa



Prawa Murphy'ego

wg noworodka



Wszyscy chyba wiedzą, czym są tzw. prawa Murphy'ego. Generalnie sprowadzają się do założenia, że jeśli jest możliwość, by coś może się spieprzyć, to się spieprzy. I to na całej linii. A nawet jeśli nic nie może pójść źle, to i tak jakimś cudem okaże się, że jednak mogło pójść źle. I poszło.


W macierzyństwie przykładów na perfekcyjne zastosowanie tego prawa można wyliczać bez końca. Zacznijmy od tych, które pojawiają się na etapie noworodka, jakim dopiero co była Mańka. I "fala Murphy'ego" uderzyła we mnie na nowo.

sobota, 21 maja 2016

nr 35, 21 maja



21 maja 2016 r.,
Sobota


Mania: 37 dni (1 miesiąc i 6 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 5 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Powiedziałabym, że kalka z dnia wczorajszego. Może nawet ładniej i może nawet cieplej. I co z tego, ja się pytam?





14:41

eR. jedzie na kawalerski do przyjaciela. Niby wszyscy wiedzą, że ma świeże dziecko, więc łaskawie wrócą jutro do południa. I podobno się tak strasznie nie upiją. Taaa, a jadą we trójkę do Zakopanego.

Dziś zostaję sama z Mańką i jej kolkowym problemem. Buńka pojechała do babci. Cała chata pusta. Tylko ja, Mania, kolka i łzy. No i jeszcze krzyk. A jutro po południu zabiorą mnie do Kobierzyna.


piątek, 20 maja 2016

nr 34, 20 maja



20 maja 2016 r.
Piątek



Mania: 36 dni (1 miesiąc i 5 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 4 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Ładna, wiosenna, słoneczna. Optymistyczna. kontrastuje z moim samopoczuciem.



15:34


A jednak. Mańka ma kolki. "Najpierw, powoli, jak żółw ociężale" sytuacja się rozwijała. Mała miała coraz większe problemy z odbiciem. Nie ulewała już tak koszmarnie, pozbywając się wszystkiego, co ze mnie wyciągnęła, ale powietrze, które kotłowało się w brzuszku dawało jej popalić. I sytuacja zaczęła się stopniowo zaostrzać. Coraz mniej snu, coraz więcej płaczu.

Od kilku dni wiem, że to jest to. Wiem, bo Buńka też miała kolki. Tylko od 4 doby. Tej zaczęły się teraz.
Wiem, że będę stosować sab simplex, bo wiem, że pomoże. I może przetrwamy.

Dziś już się popłakałam: mała spała 1,5 h w południe. I tyle. Pozostały czas, to rozdzierający (lub trochę mniej) płacz.



Kiedy dziecko ma kolki, prócz desperackiego poszukiwania pomocy wszędzie, gdzie się da i stosowania nawet najdziwniejszych praktyk, zastanawiasz się przede wszystkim, czy nie przeskrobałaś czegoś, że sobie na to zasłużyłaś. Może nie na początku, ale kiedy te kolki naprawdę zaczynają już męczyć rodziców. Kiedy pojawia się drugie dziecko i to drugie także ma kolki, jesteś już prawie pewna, że należy zrobić porządny rachunek sumienia, bo na pewno gdzieś tam będzie przyczyna, że znów cię to spotyka. Chyba, że to mąż coś przeskrobał...



16:02


Mańka zasnęła. Umordowana, upłakana. Po policzkach ciekły łzy. Nam obu.
Tak, jak Buńka darła się, jakby ją zarzynali i szło osiwieć i ogłuchnąć jednocześnie, bo potrafiła osiągać nieprawdopodobne decybele, tak Malutka nie ma aż tak donośnego głosu. Ma jednak okrutnie przejmujący. Okrutnie dla nas. Płacze, jakby się żaląc, że nikt nie chce jej pomóc. Nie wie, nie rozumie, że po prostu na ten moment nie mam jak jej pomóc.

Boli mnie głowa. Kiedy zasypia, cisza, którą prawie mogę usłyszeć, dzwoni w uszach.

Kręgosłup chce odpaść od rąk. I odwrotnie.

Czuję jak niewidzialna ręka ściska mi klatkę piersiową. Drżącą ręką sięgam po metalowy kubek, nalewam wodę i stawiam na płycie. Nie mam odwagi włączyć czajnika bezprzewodowego. Zalewam torebkę melisy. Nie zaszkodzi, a może pomoże.



***

Przypomniała mi się sytuacja sprzed ponad dwóch lat, kiedy to Bulinka miała kolki. Ktoś, z pewnością chcąc dobrze, powiedział:
- No, zobaczcie! Jak szybko zleciały te 3 miesiące! 



Padłam. Komu szybko zleciały, to zleciały...

Ręce i piersi opadają. Dosłownie.



poniedziałek, 16 maja 2016

nr 33, 16 maja




16 maja 2016 r.
Poniedziałek



Mania: 32 dni (1 miesiąc i 1 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy (dokładnie dziś!)
Waga: 61, 4 kg
Pogoda: "Przeważnie pogodnie", według mojej aplikacji, co generalnie dobrze odzwierciedla jaka rzeczywiście jest pogoda. Niby ładnie, ale jak się zachmurzy, to od razu szaro i chłodno.


07:56


Od tygodnia śpię po 3 h w nocy. To się w końcu musiało zemścić.
Wczoraj obudziłam się na karmienie o 5:30, a położyłam się przed 6. O 6 z minutami dziarsko przytupała do nas Buńka ze swojego łóżka. 

- Wstajemy! - zawołała. I obudziła Mańkę. 

I wystarczyło, żebym się rozbeczała. Bo przecież kiedy "wy sobie śpicie, to ja tutaj kilometry przemierzam w nocy!" i chyba "mogę liczyć, że przez godzinę będę mogła spać1". Ale gdzie tam! Mała szybko sobie przypomniała, że skoro nie śpi to znaczy, że powinna być głodna i ostro zaczyna nadawać, jak to ta matka ślamazarnie zabiera się do nakarmienia. Ostatecznie widok piersi wyraźnie ją rozbawił i uświadomił najwidoczniej, że jednak głodna nie jest. 

Mam dość. Już to może gdzieś napisałam? 
Buńka miała kolki i to było wykańczające psychicznie. Fizycznie też, ale jednak pierwsze dziecko, to większe nerwy, stres i zmęczenie gdzieś spadało na drugi plan, bo z przejęcia to człek inaczej znosił to niewyspanie. Ale "niewyspanie" "niewyspaniu" nierówne. Buńka miała kolki, ale kiedy o godzinie 1 w nocy zasnęła była tak umordowana, że budziłam się do niej raz, a ona grzecznie jadła i "odbijała" (chociaż w dzień graniczyło to z cudem - i jedno i drugie) i zapadała w sen. I spała do 8. W związku z tym, że się dziecko nie wyspało w nocy. Coś za coś. 

Mania chce jeść, ale je łapczywie i nie mogę jej karmić na leżąco. Czyli w nocy po prostu muszę się spionizować na 20 minut karmienia a potem jeszcze zmusić do uruchomienia nóg i pospacerować po domu, żeby się odbiło i by zasnęła. Nie, nie płacze (chyba, że powietrze, które połknęła jakoś wyjątkowo ją uwiera), po prostu sobie patrzy oczkami i dopiero jak pohuśtam ją delikatnie - zamyka oczy. No, niestety, nie zaśnie sama. Chyba, że w wózku na spacerze. Nie trzeba nią też jakoś strasznie rzucać (niektóre dzieci, wiem to z opowiadań, po prostu potrzebowały tego, by nimi rzucało na boki i dopiero wtedy spały), wystarczy lekko na biodrach, delikatnie... Sądzę, że to działa, bo ja sama miałam taką leżącą i mało aktywną ciążę. 

Kiedy mała zasnęła w ciągu dnia, położyłam się z nią. I tylko się wkurzyłam, bo obudziłam się jeszcze bardziej rozdrażniona z niewyspania. Tak to już jest: nie nadrobisz nocnego snu w dzień. Tak jak się na zapas nie wyśpisz i nie najesz. 

A potem zaskoczyli nas goście: 2 rodziny, każda z trójką większych i mniejszych dzieci. No, a to Zielone Świątki, sklepy pozamykane. Niby niedziela, więc dom ogarnięty, ale powierzchniowo - kiepsko, bo puzzle porozrzucane, gdzieś misie, kredki, pisaki, malowanki, jakiś talerz, kubki, chusteczki higieniczne... 

eR. wyciągnął z piwnicy jakieś soki, z szuflady - ciastka, które czekały właśnie na taką "czarną godzinę" czy chipsy, które generalnie u nas nie schodzą, więc siedzą, póki nie pojawi się ktoś, kto jada takie przekąski. 
Niestety jednak takie rzeczy jak herbata i kawa lubią się skończyć właśnie w takich sytuacjach.

Jeszcze po herbatę gonię eR do sklepu, bo pija, a ja jakąś słabą także. Kawy mielonej jednak teraz nie kupuję, bo eR. nie pija za często i wywietrzałaby, a ja teraz w ogóle zrezygnowałam. Może wrócę za jakiś czas, jak mała podrośnie, ale wystarczyło mi się napić tej udawanej kawy z cykorią i mała nie spała pół dnia i była rozdrażniona. Chociaż w kawie nie ma żadnego dziadostwa i ma tylko 30% kawy w sobie, więc myślałam, że spoko. Ale chyba Mańka jeszcze jest za mała. W ciąży piłam kawę nawet 2x dziennie, chociaż nie za mocną, więc sądziła, że nie powinno być problemu - a jednak. Szkoda, bo teraz, kiedy mam tak kiepskie noce, taka kawa z rana byłaby zbawienna. Zbożowa co prawda próbuje oszukać mój zmysł wzroku i może trochę jakby smaku (przez mleko), ale nie pobudza, więc... dlaczego nazywa się ją kawą, do cholery?!




9:56

No, a ja? Cóż, nadal mnie boli brzuch. A w zasadzie to podbrzusze. Wydaje się, że czas "oczyszczania" powoli się kończy. Ale niestety wciąż czuję ból, w szczególności kiedy jestem zmęczona. Nie chodzi o to, że kiedy leżę i odpoczywam, to mnie nie boli, a jak się ruszam - tak. Najbardziej boli mnie po nocy. Kiedy obudzę się rano zmęczona jak po orce. 

Jednak badania dodatkowe, które zlecił mi lekarz (morfologia, mocz, białko CRP i betaHCG) wyszły prawidłowo, więc nic się w moim organizmie nie dzieje. Badanie pozostałości po zabiegu łyżeczkowania (tzw. wyskrobiny - przeokropnie brzmiące słowo) również wyszło dobrze - niczego tam nie znaleziono, więc tylko się cieszyć. Przykro jednak, że nadal boli.


niedziela, 8 maja 2016

Połóg - jak może cię niemile zaskoczyć


6 maja 2016 r.
Piątek




Połóg. Cóż za okropnie brzmiące słowo. Niby pochodzenie wręcz narzucające się to po prostu "łoże" - chodzi o "położenie się", "oszczędzanie" po porodzie. Co z tego, kiedy "położnica" brzmi jakoś tak ... średniowiecznie. Nie wspominam już nawet o fonetycznym skojarzeniu z "nałożnicą"...

Co to jest połóg?

Nic innego, jak okres 6-8 tygodni od porodu, w którym to czasie kobieta wraca do formy sprzed ciąży. A przynajmniej takie jest założenie. Większość zmian, które zachodzą w ciele kobiety podczas ciąży - cofa się. O to chodzi. 

Trochę historii - od historyka

Jako żem historyk z wykształcenia, nie byłabym sobą, gdybym nie zaglądnęła w historię tego zjawiska. Przyznam, że ciekawa sprawa z tym połogiem kiedyś była. 

Dawniej połóg nie był związany jedynie z fizycznością, jak obecnie. Był okresem bardzo ważnym dla kobiet. Wierzono, że odseparowanie świeżo upieczonej matki wraz z noworodkiem od reszty świata pomaga uchronić oboje przed Złem, mówiąc najogólniej. Poza tym odosobnienie zapewniało ochronę przed zarazkami z zewnątrz. Nie zdawano sobie z tego sprawy, ale na tym właśnie polegała ta mądrość ludowych zwyczajów. Oczywiście kobieta była bardzo osłabiona, dużo leżała i miała ogromny problem z ogarnięciem rzeczywistości. Dlatego mogły ją odwiedzać znajome, bliskie kobiety i pomagać jej. Szybko to jednak przerodziło się w uczty (nie stroniono od alkoholu), które dziś najlepiej odzwierciedlałoby słowo "biba", czyli nieskromna impreza z grubiańsko żartującymi i pijącymi na umór biesiadującymi. Coś, jak odpowiednik "pępkówki", którą obecnie często organizuje świeżo upieczony ojciec. 

Po zakończeniu połogu kobieta uroczyście przestępowała próg domu (tzw. wywód) i szła do kościoła ochrzcić dziecko. Nie zapominajmy też, że kiedyś była astronomicznie wysoka śmiertelność kobiet w połogu oraz noworodków. Po czasie 6-8 tygodni szanse na przeżycie obu wzrastały i można się było w końcu "pochwalić" urodzeniem dziecka i samym dzieckiem. Trochę to asekuranckie, ale z drugiej strony zrozumiałe: pochwalić się, a później grzebać jedno z dwojga...? Cóż, średniowieczni ludzie mieli grubą skórę, nie da się ukryć. 

Urodziłaś, ale to nie koniec dolegliwości...


Jeśli sądzisz, że wraz z porodem wszystko, co dokuczało w pod koniec ciąży, zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, no cóż, jesteś w ogromnym błędzie. Wszystko, co zniknie, to twój ogromny brzuch. Nawet nie oznacza, że zniknie całkiem...

Zmęczenie kontra mobilizacja

Wiesz, że poród to generalnie ból i wysiłek, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałaś i raczej trudno będzie czemuś takiemu dorównać w przyszłości. To naturalne, że będziesz padać na twarz. Zaraz po tym, jak nacieszysz się dzieciątkiem i odświeżysz pod prysznicem. To będzie coś absolutnie nadzwyczajnego: będziesz spała bardzo głęboko, ale na dźwięk kwilącego maleństwa będziesz się zrywać, jakby to była słabiutka drzemka.

Może się jednak okazać, że z wrażenia będziesz miała problemy z wypoczęciem. Mogą ujawnić się obawy przed tym, że nie usłyszysz płaczu dziecka czy innych niepokojących rzeczy. Dziecko oddycha bardzo nieregularnie: najpierw tak, jakby biegło (nerwowo, szybko) a potem nagle przestaje, nawet na długi czas. To normalne, ale kiedy to zauważysz możesz się bać, że zapadnie w zbyt długi bezdech, podczas gdy ty będziesz smacznie spać.
 

Krwawienie

Jeśli chociaż raz zerknęłaś w stronę artykułów dotyczących porodu, na pewno już się tego spodziewasz. Będzie się z ciebie lało na potęgę. To będą tzw. odchody wraz z krwią. Najpierw schodzić będą bardzo intensywnie, potem mniej (kolor czerwono-brązowy) a na końcu będzie dość specyficzna wydzielina (odcień żółtawy). Każdy etap to gdzieś około 2 tygodni. Pocieszenie jest takie, że nie boli, jak przy okresie.


Ból

Dopiero co napisałam, że nie boli. No cóż. Nie boli jak przy okresie, ale... inaczej. To kurcząca się macica będzie ci dokuczać. Za pierwszym razem nie jakoś bardzo, ale z każdym porodem boli bardziej. Potwierdzam. Przez pierwsze dni miałam wrażenie, że rodzę po raz drugi. Zwłaszcza przy karmieniu. Ale im więcej się karmi, tym szybciej skończą się te boleści w dole brzucha...


Brzuch

A propos brzucha: to nie tak, że kiedy dziecko z ciebie wyskoczy to zaraz wróci talia osy i plaski brzuch. Przez pierwsze dni będziesz bardziej przypominać ciężarną końcem pierwszego trymestru niż położnicę (uh! znów to słowo!). A potem jak szybko brzuch się będzie kurczył to już często bardzo indywidualna sprawa. Czasem nawet pół roku trzeba czekać, a potem jeszcze wdrożyć regularne ćwiczenia, żeby brzuch mógł "wrócić na swoje miejsce".


Piersi - nawał i sutków boleści


Piersi to temat rzeka po porodzie. Często szybko zmienia się ich rozmiar (najczęściej na większy), ale najgorszy jest tzw. nawał mleczny. Przechodziłam za każdym razem. Ale o ile teraz dziecko ma apetyt (a do tego ulewa, więc szybko znów głodnieje) i pomagało mi przetrwać ten trudny czas (może potrwać aż 2 tygodnie!), o tyle za pierwszym razem było tragicznie: ból i łzy. I ogromne piersi do pasa.

Co to jest ten nawał? To nic innego jak namiar mleka wyprodukowany przez organizm. Niby natura myśli o wszystkim, to skąd ta "niedoskonałość"? No cóż: przez pierwsze dni dziecko ssąc stymuluje organizm do produkcji mleka. Od intensywności przesiadywania malucha przy piersi zależy później ilość pokarmu, którą kobieta wyprodukuje w odpowiedzi za to "zapotrzebowanie", czyli ssanie. Jeśli dziecko dużo je w pierwszych dniach, spodziewaj się nawału. Chociaż niektóre kobiety nie miewają go. I zazdroszczę im tego bardzo.

Jak przetrwać? Często karmić i odciągać minimalnie - do odczucia ulgi, tj. w momencie, kiedy poczujesz, jak napięcie piersi spada. Wiem, że kusi, by odciągnąć więcej. Ale to koło zamknięte. Im więcej odciągania (a mechanizm odciągania polega na tym samym co ssanie), tym więcej pokarmu, a nie o to chodzi przy nawale. Chodzi o to, by piersi nie pękły. I by nie zrobił się w nich jakiś stan zapalny. To, co podpowiedziała mi położna i co zmuszona byłam zastosować za pierwszym razem, to liście kapusty (schłodzone i rozbite tłuczkiem), które mają działanie ściągające. Przynoszą ulgę, serio. Czasem, jeśli nawał jest duży, można pić szałwię raz dziennie, ale obserwować piersi, bo szałwia hamuje laktację i można się pożegnać z karmieniem zamiast uregulować trudną sytuację. No i przed karmieniem trochę odciągnąć (by dziecku lepiej się jadło) i obłożyć ciepłą pieluszką (łatwiej wypływa pokarm), a także po karmieniu obłożyć okładem chłodzącym. Tyle w tej kwestii można. Ale najważniejsze to dużo karmić. A moja pierworodna nie chciała, więc i ja się mordowałam. Teraz mała ciupie równo, więc nawał udało mi się przetrwać w miarę bezboleśnie.

No i pozostała jeszcze kwestia bolących sutków, które nawet mogą krwawić. Czasami nie ma znaczenia, czy hartowałaś je wcześniej specjalnym kremem. Brodawki pękają, krwawią i bolą tak okrutnie, że trudno powstrzymać się od grymasów czy zgrzytania zębami (a tu trzeba być zrelaksowanym przy karmieniu, nie?). Mój sposób: smarowałam kremem od samego porodu. Nie czekałam, aż będą nieznośnie boleć, tylko od razu. No i zaciskałam zęby i karmiłam. Ponoć to właśnie karmienie przyspiesza gojenie i błędem byłoby odpuszczenie. Potem robią się nadwrażliwe, ale już nie bolą jak przy karmieniu.


Jadłowstręt i inne dziwactwa jedzeniowe


Jadłowstręt miałam za pierwszym razem. Co prawda jadłam w szpitalu, ale musiałam się zmuszać. Potem w domu miałam wiecznie uczucie pełności i przesytu, chociaż nie jadłam całymi godzinami. Czasem dopiero w południe jogurt i wieczorem... też jogurt. I tylko jeden rodzaj jogurtów jadłam, bo inne mi nie pasowały. Przełamywałam się, bo inaczej poszłyby mi włosy, zęby, paznokcie i cera. Ale było to bardzo ciężkie. Teraz mam inną sytuację: po karmieniu piję i jem słodkie, bo brakuje mi cukru, a potem zasycona kawałkiem ciasta nie jem pół dnia. Ostatnio musiałam się nawet sama opamiętać z takim głupim jedzeniem.

Dodatkowo teraz zmagam się z innym dziwactwem. Mam uczucie, że mam na coś ochotę. Taką potworną, że aż swędzi. Ale nie wiem, na co. Jakbym potrzebowała jakiegoś składnika, ale nie potrafię zgadnąć jakiego. Nawet nie wiem, czy chodzi o coś do picia czy jedzenia. Czasem strzelam - każę eR. kupić to czy tamto, w naszej lodówce jest wszystko, co lubię, ale to nie to. Tak dziwne, a jednocześnie okrutne uczucie. Nie polecam. Można zwariować.


Hormonalna huśtawka


A mówiąc o wariacjach, hormony znów dadzą ci w kość. Dopiero, co przyzwyczaiłaś się do nich (a raczej twój organizm), teraz znów nastąpią zmiany. Ich poziom będzie chciał wrócić do tego sprzed ciąży. Ale po drodze znów nabałaganią i wraz z w/w dolegliwościami dadzą mieszankę wybuchową. Możesz być chodzącą bombą, albo kupką nerwów, która nie przestaje płakać. Tak czy owak, możesz się zachowywać dziwnie. Oczywiście sama będziesz to tłumaczyła zmęczeniem, ale inni będą to widzieć inaczej.

Może się też zdarzyć (80% kobiet po porodzie tak ma, więc jest wysokie prawdopodobieństwo, że trafi na ciebie), że dotknie cię stan zwany baby blues. Kiedy smutki zaglądają ci w oczy bardzo często, każde niepowodzenie, płacz malucha, codzienne obowiązki, fakt, że teraz twoje życie stanęło na głowie (mimo, ze się nastawiałaś się na zmiany)... To wszystko potrafi sprawić, że byle słowo potrafi doprowadzić cię do histerycznego wręcz płaczu. Taki stan wywołują hormony, więc jest to sytuacja normalna. Wszystko zależy ile trwa taki stan (baby blues trwa kilka tygodni) i czy się nasila, czy słabnie. Jeśli się przedłuża i nasila - to znak, że być może to nie jest stan przejściowy, a depresja poporodowa i wówczas trzeba się będzie skonsultować z lekarzem.


Sikanie i tak dalej...


Wszędzie przeczytasz, że do 6 h po porodzie powinnaś się wysikać. Grubsze sprawy mają trochę więcej czasu - całą dobę. Czasem jednak ten czas się wydłuża, bo przed porodem organizm kobiety sam próbuje oczyścić sobie jelita organizując coś jak biegunkę na kilka dni przed. Stąd nawet przez 3 doby możesz nie odczuwać potrzeby opróżniania. A kobiety raczej nie zmuszają się do tego jakoś specjalnie, bo nieopodal znajduje się żywa rana. Nawet jeśli obyło się bez szycia (nie było pęknięcia ani nacinania), to jednak wystarczająco wiele się w tych okolicach wydarzyło, by traktować to miejsce jako szczególne wrażliwe.

Ta wrażliwość to nie tylko powierzchowna sprawa. Mięśnie tamtych rejonów (Koegla) są nadwyrężone (nawet jeśli ćwiczyłaś je w ciąży, poród na pewno dał im popalić) i trzeba im dać czas, by wróciły do siebie. Warto je wzmacniać ćwiczeniami. Ale zanim wszystko wróci do normy, może ci się zdarzyć, że popuścisz. To normalne, ale też krępujące, więc... można się niemile zaskoczyć, kiedy ci się kichnie.


Połóg nie jest seksowny


Po przyjściu ze szpitala masz wrażenie, że jesteś chodzący "a-seks". Nie tylko wydaje ci się, że wciąż wyglądasz, jakbyś dopiero co zeszła z porodówki, ale też tak się czujesz. Niestety mąż czy partner - by ci udowodnić, że dla niego wciąż jesteś seksbombą - musi poczekać na namiętności do końca połogu. A i czasem nawet dłużej, jeśli kobieta nadal nie czuje, że "doszła do siebie". Nie wspominam już o ochocie. Nie wszystkie kobiety chcą się kochać po zakończeniu połogu, zbyt zajęte myślami o dziecku. Z drugiej strony wiem, że są i takie, dla których ten okres wlókł się w nieskończoność i nie mogły się doczekać, kiedy "będzie już można".



A może o czymś zapomniałam? Może Wy macie jakieś swoje przeżycia związane z połogiem, które Was zaskoczyły? Może nawet pozytywnie?







czwartek, 5 maja 2016

nr 32, 4-5 maja



4 maja 2016 r.
Środa


Mania: 20 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 19 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Do południa była ładna, słoneczna i cieplutka - czerwcowa. Teraz naszły chmury i w momencie lunęło. I grzmi.




16:20



Długi weekend za nami. 
Z dwójką małych - co trzeba podkreślić - dzieci (w tym jeden noworodek) długi weekend był naprawdę... długi. A wczorajszy wieczór myślałam, że się nie skończy. 

Widoki były przynajmniej nieobiecujące: Buńka rzyga i beczy nad miską a Mańce udziela się nasze zdenerwowanie i z nerwów ulewa jeszcze bardziej niż normalnie. I nie drze się tylko wtedy, gdy ją noszę. 

Dochodzi dziewiętnasta, H. zaczyna się bać wymiotów, bo coś jej utknęło i nie może tego do końca z siebie wyrzucić, więc płacze, ale nie chce widzieć miski. Do tego wisi nad nami konieczność kąpania Małej, bo nie była kąpana dwa dni.

Pół godziny później było gorzej: Bunia buczy na łóżku przerażona, my coś do niej mówimy, a Małą kąpiemy. Nie wiem, jak Maniula w tym wariatkowie zachowała spokój, ale była mega grzeczna i tylko trochę płakała przy wycieraniu. Zjadła i zasnęła. Odfajkowałam.

Wtedy usłyszałam:
- Tatuś... - to Bunia. - Brzuszek boli...
- Będzie wymiotowanie? - to eR.
- Idzie...!

I poszło. Aż zaczęła się krztusić, ale w końcu wyszło to, co jej tam zaległo. Potem, kiedy eR. ją obmył, zasnęła w minutę. 

Była 20:30. Kto by pomyślał - ja miałam wrażenie, że wieczór trwał przynajmniej pięć ciągnących się godzin. 

- Idę się myć i spać - zakomunikowałam. - Mam dość.
- Ja też.

Po 21:30 umyci leżeliśmy w łóżku. Zasnęłam na ramieniu eR. Jak zabita.






5 maja 2016 r.
Czwartek



Mania: 21 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 20 dni
Waga: 61, 3 kg
Pogoda: Na spanie. Taka szara, wilgotna i niezdecydowana w która stronę powinna się rozwinąć. Nie ma się nad czym rozwodzić. No, może temperatura jest całkiem przyjemna.


09:50


Herbata na laktację zamiast aromatycznej kawy. Nie mam nic przeciwko anyżowym smakom, ale ten napój nie podniesie mi ciśnienia. Niestety. 

I tak wypiję tę kawę, mówcie/piszcie, co chcecie. Moje dziecko nie śpi mniej, jeśli jego mama wypije słabą kawę. I to jeszcze taką z cykorią (40% kawy). 



* * *

Zaczyna mi szwankować słuch. Prawe ucho zaczyna wprowadzać zamęt: jakieś inne tony, szumy, gwizdy i buczenie, które nasila się przy głośnych dźwiękach. I generalnie zakłóca normalne słyszenie. 

Najgorzej, że nie mogę śpiewać. Jakbym słyszała drugi, fałszujący głos, który próbuje sprawić, że sama będę fałszować. Nie, żebym potrzebowała tego do śpiewania kołysanek - mała zasypia bez nich; nie to, co niegdyś mała Bulinka. Ja po prostu uwielbiam śpiewać i kształcę się w tym kierunku. I co z tego, że mam teraz czas. O dupę rozbić moje wysiłki - drugi głos przeszkadza mi tak, że musiałam odpuścić.


10:24


A teraz maseczka regenerująca i książka. Mała śpi. Teraz mam czas dla siebie. Potem biorę się za nadrabianie zaległości. Blogi czekają :)

niedziela, 1 maja 2016

nr 31, 30 kwietnia



30 kwietnia 2016 r.
Sobota


Mania: 16 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 15 dni
Waga: 61 kg
Pogoda: Wiosenna, chociaż wciąż straszą, że "to ostatni taki ładny dzień, potem ma się popsuć". Zrobiło się ciepło, mimo rześkiego poranka (4*C).


12:21




Wczoraj miałam mieć kontrolę po zabiegu.

Witam się z lekarzem.
- I jak się czujemy? - pyta. Moja "ulubiona" forma pytania w liczbie mnogiej.
- Dobrze - odpowiadam zadowolona, że w końcu mam dobre wieści. - Nawet już nie krwawię.

Zatrzymał się w pół kroku podczas przygotowania kozetki przy USG.
- Ale w ogóle? - patrzy na mnie z... uch! Czy to jest niepokój?
- Eee... tak - odpowiadam. Uśmiech gaśnie mi z twarzy. - O, nie... To nie jest dobry znak, prawda?

Kładę się i odsłaniam brzuch. Lekarz wzdycha.
- No i znów się ta macica zawinęła do tyłu. A tutaj - pokazuje mi na monitorze - widać, że w środku pewnie coś jeszcze jest... Skrzepy, krew... ale to się będzie musiało już wchłonąć.

Teraz wzdycham ja.
- Chyba będę musiał przepisać Pani antybiotyk, żeby coś się tam w tym czasie nie rozwinęło.

Czeka mnie jeszcze jedna wizyta kontrolna. Przynajmniej.

- Czy nie ma opcji, żebym jakoś sama mogła...hm... naprostować tę moją macicę? - pytam. Słaba nadzieja wdziera się między wiersze. - Jakieś ćwiczenia, czy coś...?
Lekarz ze współczującym uśmiechem kręci głową.
- Nawet ja nic nie mogłem zrobić podczas zabiegu. Próbowałem ją wyciągnąć, ale uparła się najwidoczniej.
- Czy już jej tak zostanie? - W moim głosie pobrzmiewa nuta niepokoju.
- No, mam nadzieję, że nie! - Zabrzmiało to przynajmniej jak: "Jeszcze by tego nam brakowało!"




12:36


Sobotnie przedpołudnie zeszło mi pracowicie. H. pojechała do babci, bo eR. postanowił wymienić bramę wjazdową i nie mógłby mi nawet na moment pomóc z dwójką.

Mańka po krótkiej drzemce od 7 - 8 rano, kiedy to zdążyłam zrobić moim śniadanie i spakować Bulinkę, obudziła się, by pozbawić mnie możliwości godnego zjedzenia śniadania. Postawiła na płacz, zamiast na kwilenie, więc nie mogłam tego ignorować.

Pojadła z obu piersi, rzygnęła - jak zwykle - i po chwili znów zgłodniała. Tylko, że była jakoś tak poddenerwowana, że wypięła się na mnie i moje piersi. Nakarmiłam ją z butli (moim pokarmem) i zasnęła gdzieś przed 10.

Rzuciłam się więc w wir prac domowych, wykorzystując fakt, że nie ma H. Niestety Mała nie spała snem ciągłym, więc prace przerywałam bagatela... 10 razy. Ale udało się. Przynajmniej mam poczucie, że odgruzowałam dom. Może podłogi wymagałyby lepszego potraktowania, ale już nie mam sił. Kręgosłup na wysokości klatki piersiowej daje czadu. Potrzebuję chwili odpoczynku. Po obiedzie czeka nas jeszcze spacer z Mańką i Buńką. I tak, po raz enty, zaprzepaszczę możliwość drzemki, kiedy mała śpi.

Takie życie matki dwójki dzieci.
 - Powiedziała filozoficznie i mało odkrywczo.

Ta, tylko nie mów, że się nie spodziewałaś.
Spodziewałam, ale to co innego niż brutalne zderzenie z rzeczywistością.



20:23


Pierwsza kąpiel w płaczu za nami. Dodam, że w płaczu rozdzierającym "jak tygrysa pazur antylopy plecy", cytując klasyka.
Nie było mowy o relaksacyjnym wieczornym karmieniu, jak to miało miejsce dotychczas. Dałam jej butlę z odciągniętym mlekiem, które wręcz pochłonęła. Rozlewając na boki, bo przecież kto by się tam przejmował niuansami z gatunku "mokre śpiochy", "morka koszula mamy" czy "mokry rożek". O drobnostkach takich jak marnotrawstwo bezcennego "napoju bogów" nie wspominam nawet.

Grunt, że ostatecznie zasnęła i teraz "śpi jak niemowlę", he he (sarkastyczny śmiech). Bowiem każdy rodzic wie, że powiedzenie to nie tylko nie jest prawdziwe (skąd się więc wzięło?), ale i tragikomiczne. Dylemat, czy się śmiać czy płakać, że tak bardzo mija się z prawdą.

Tak czy inaczej, dziś pierwszy dzień, jak Mańka sporo dokazuje (czyt.: płacze). Czuję się prawdziwie wypompowana. To nawet już nie zmęczenie, a całkowite wyzucie z energii.

I ten kręgosłup - doprawdy przykry ten ból. Na nic rogale, poduchy-fasole, fotele... Mój krzyż się po prostu uwziął. Nie miał możliwości być ćwiczony w ciąży i teraz wszystko wychodzi. Niestety do zakończenia połogu nie powinnam forsować ciała żadnymi ćwiczeniami; basen odpada... pozostaje mordownia i łagodzenie bólu pod prysznicem czy masażem zafundowanym przez męża.



I takie to życie.
Kończę, bo znów filozofuję banałami.

czwartek, 28 kwietnia 2016

nr 30, 26 kwietnia



28 kwietnia 2016 r., 
Czwartek


Mania: 14 dzień
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 13 dni
Waga: 61,2 kg
Pogoda: Wiosna, wiosna w pełni - trochę słońca, trochę deszczu (i śniegu?) Czyli jak w przysłowiu - kwiecień, plecień - bo przeplata trochę zimy, trochę lata.



16:26



Urodziłam. Informacja dla wszystkich, którzy ciekawi, trzymali kciuki, myśleli i byli - chociaż tylko myślą - ze mną: Mania przyszła na świat 15 kwietnia o godzinie 5:30. Ważyła dokładnie 3, 560 kg i miała 56 cm długości. A do tego wybroczyny na główce i duże stężenie hemoglobiny we krwi.

A teraz flashback z tego, co się zdarzyło.

Tak jak pisałam, następnego dnia udałam się do szpitala. I czekałam. Trafiłam na sali na taką gadułę, że nie sposób było się wyłączyć i poczytać czy popracować. Przynajmniej się nie nudziłam. Potem dokoptowali nam jeszcze jedną dziewczynę. Tak mi jakoś znajomo wyglądała, ale ja nie z tych, co od razu zapytają: "Ej... a my się nie znamy z ...?" i tu pada jakaś "szkoła baletowa", "kolonia nad morzem" czy "warsztaty z rękodzieła".
- A który jesteś rocznik? -  pyta nagle ona.
- 8-8 - odpowiadam.
- Ja też - ona na to. - A nie chodziłyśmy razem do liceum?

Ja - duże oczy.
- O, rany... Tak? - Nie powiem, byłby wstyd, w końcu ten sam rocznik, to chyba powinnam poznać, a przynajmniej powinnam zacząć coś kojarzyć. A tu nic.
- Chodziłaś do "D"? - pyta.
- Tak! - odpowiadam zaskoczona. Jeszcze bardziej mi głupio, że ona kojarzy coś, a ja, jak taka dupa wołowa, siedzę rozkraczona ze swoją równie rozkraczona pamięcią i nadal "ni hu-hu".
- Ja chodziłam do "E" - kontynuuje ona.

Do "E"? Jeszcze gorzej, myślę, przecież znałam z tej klasy większość osób!
Szybko jednak powiedziała mi z kim się trzymała i nagle zaskoczyło! Ciekawe, że ten efekt zawsze ma taki zam dźwięk: "klik!" i łapiesz. Jak w jakimś mechanizmie. I od razu widać to też na twarzy. Niestety.

Okazało się też, że sama ma trudną sytuację w ciąży. Też miałam trudny początek, tylko u mnie wszystko się wyprowadziło. Cudem, bo cudem, ale wszystkie znaki na ziemie i niebie wskazywały, że dziecko jest zdrowe i takie też zamierza się urodzić. U niej - nie. Nie wchodzę w szczegóły, ale szczerze jej współczułam, chociaż wydawała się - jak na tę sytuację - bardzo pogodna. Może dlatego, że wyszła jej duża religijność, co przywróciło mi wiarę w ludzi, serio. Coraz mniej takich, którzy - w obliczu wydawałoby się tragicznej sytuacji - zawierzają wszystko Górze i wierzą, że i Ona pomoże im się wyzbierać z psychicznego dołka, kiedy już dziecko się urodzi. A miała zaplanowaną cesarkę tego samego dnia, co ja indukowanie porodu - w piątek, 15 kwietnia.

Czyli czekamy już we trzy. Skurcze niby są, ale takie, że to śmieszne nawet wspominać o nich komukolwiek. Mijają dwa dni i nic. Ale myślę: Wiecznie nie będę czekać, najwyżej do piątku.

No i ok. Codziennie zdrowaśka, by nie rodzić w nocy i budziłam się rano cała i ... podwójna. Aż do czwartku w nocy. Grześ po 1 obudził mnie długi, mocny skurcz. "Gaduła" nie spała. Mówię, że obudził mnie cholernie długi skurcz.
- Może nie będą musieli ci go wywoływać - mówi z optymizmem.
- Taaa... coś wspaniałego - mówię gorzko, ziewając. Czuję narastający niepokój i zmęczenie. W końcu to środek nocy.

Po trzech skurczach i skracających się minutach przerwy pomiędzy nimi poszłam do położnych. Zbadały mnie.
- No, to idziemy na blok - mówi jedna rezolutnie.
Cudownie..., myślę.
- Ile jest? Tak z ciekawości... - zagaiłam.
- 4 cm, jak nic.
- Szybko... - stwierdziłam i poszłam się spakować. Jedna z położnych pomogła mi się zabrać i poszłyśmy.

Skurcze szybko nabierały tempa. Zaraz po telefonie do położnej, z którą się umawiałam, kazali mi się położyć do KTG. I, jak poprzednio, dziecko postanowiło pójść w kimono i na wydruku widziałam równiuteńkie tętno - 120. A skurcze coraz silniej się pokazywały. Musiałam je znosić w najgorszej możliwej pozycji: na plecach.

Szybki sms do stworzonej wcześniej grupy, że "się zaczęło". Grupa wsparcia oczywiście nie zawiodła: siostra i mama od razu odpisały, że mi kibicują. Tylko eR. odezwał się z opóźnieniem. Ma mocny sen. Ale treść smsa postawiła go w stan gotowości. "Teraz chyba nie zasnę do rana", napisał. Potem się przyznał, że jednak po godzinie zasnął :)

Położna przyjechała błyskawicznie, jakby gnała na sygnale. Po 40 min mordowni na plecach ostatecznie uznali, że badanie KTG jest ok. Poszłyśmy do "pomarańczowej sali" do rodzenia rodzinnego i potem już się szybko potoczyło. Prysznic, przebrałam się i usiadłam ciężko na worku. Każdy skurcz był dobitny i trudny. Zwłaszcza, że położna naprowadzała dziecko przy badaniu podczas skurczów. Myślałam, że mi oczy z orbit wyjdą z bólu. Ale była noc. Spokojnie, zero szumu dziennej krzątaniny personelu. Teraz myślę, że może to nie był taki zły wariant: poród w nocy.

Dwa ostatnie skurcze przygotowujące były tak trudne, że naciągało mnie na wymioty i trzęsłam się cała.
- Chce mi się spać - mówię. - Najchętniej zasnęłabym, a nie rodziła. Nie mam już siły...
- To śpij - na to położna.

Zasnęłam. Dwa razy. A potem już się zaczął wysiłek. 3-4 skurcze i usłyszałam krzyk Mani. Byłam w szoku, że poszło to tak szybko.
- Świetnie! - na to położna. - Powinnaś szybko dojść do siebie, bo nie będzie żadnej rany.

Drugą położną okazała się być mama mojego kumpla. Ślub brał z moją dobrą koleżanką, na który nie mogliśmy przyjść, bo miałam już bóle wieczorami. Przy ogarnianiu mnie po porodzie opowiadała o tym, jak to wesele wyszło bajecznie, jak się ludzie bawili. Takie rozmowy rozładowują napięcie i kobieta czuje się komfortowo. Mówimy tu o względach psychicznych, oczywiście. Fizycznie, trudno mówić o jakimś komforcie, kiedy taka babka leża w mokrej piżamie z jeszcze nie do końca czystym bobasem.

Potem - jak nakazują wszelkie zasady - leżałam z dzidkiem dobre 3 h (mają być przynajmniej 2h) "skóra do skóry". I dostałam pojedynczą sale, z własną łazienką! Bardzo ładną, odmalowaną, z widokiem i, znów, cudownym poczuciem komfortu psychicznego, ale i fizycznego. Zwłaszcza, że nasz pobyt przymusowo musiałyśmy przedłużyć...

Tak, żółtaczka. Raz, że mała miała wybroczyny na główce, a dwa, że miała nieprawdopodobne stężenie hemoglobiny we krwi. Dlatego poziom bilirubiny nie chciał schodzić przez 3 dobry. W zasadzie mimo fototerapii poziom był dokładnie jednakowo wysoki.

Fototerapia. Co to takiego? To nic innego jak forma solarium dla noworodków. Leży taki malec na czymś w rodzaju niedużej deski surfingowej z grubym kablem. W szpitalu nieformalnie nazywają to "naleśnikiem" - taki "billy bed". Świeci toto fluorescencyjnym niebieskim światłem i ma zmniejszyć ilość bilirubiny. A chodzi o to, by naświetlało się największą możliwą powierzchnię ciała dzidziusia. Czyli: malec leży na twardej deseczce w samym pampersie. I z "okularkami" na oczach. Specjalna opaska ma chronić oczy, ale jest zrobiona z jakiegoś śmiesznego materiały, który rozciąga się trwale bardzo szybko, przez co przy kręceniu głową, "okularki" się przesuwają. A ponieważ to światło może naprawdę zaszkodzić takiemu maluszkowi, trzeba tego bardzo pilnować. Umówmy się: dzieci tego nie lubią. Ja też bym nie lubiła. Niestety to nie jest tak, że pielęgniarki się tym zajmują, ale mamy. I taka, psychicznie i fizycznie zmęczona, musi walczyć teraz z płaczącym noworodkiem, który nie chce leżeć na tym dziwnym czymś. Jeśli jednak taka mama jakimś cudem spacyfikowała bobasa, to opaska wszystko potrafi zepsuć: dziecko się budzi, denerwuje i znów wszystko od początku. W rezultacie dziecko nie leży tyle, ile powinno.

Po 2 dobie, kiedy opaska już naprawdę słabo trzymała, budziłam się co godzinę, by to kontrolować. Walczyłam z Manią całą noc. I kiedy rano zrobiono badania, które pokazały, że fototerapia nie przyniosła pożądanych efektów - rozbeczałam się przy lekarzu i pielęgniarce. Jak bóbr. Nie chodzi o to, że chciałam do domu, ale ani psychicznie, ani fizycznie nie byłabym w stanie znieść kolejnej nocy w taki sposób. Zlitowali się i wzięli Małą do siebie. Noworodki płakały, więc nie rozróżniałam, w którym momencie płacze moja córa. Wzięłam kąpiel i na zmianę spałam, odpoczywałam i odciągałam pokarm, by nie faszerowały Mańki sztucznym mlekiem. Leżała tam cały dzień i pół nocy. Mój mały dzielniaczek. Następnego dnia rano ponowiono badania i w południe okazało się, że... bilirubina spadła i wychodzimy do domu!

Pierwsze godziny w nowym miejscu były trochę nerwowe, bo też Buńka nie umiała inaczej, tylko głośno przy niej mówić. I cieszyła się, ale też stęskniła za mną, więc chciała być głównie ze mną i opowiadać o wszystkim i o niczym. Wciąż uczy się jak się przy niej zachowywać, by dziecię nie dostało zawału. Ale Buńkę wciąż interesuje "o! żółta kupa! Mamusiu, żółta kupa!", czy "a co robi dzidziuś?", "ja tylko głaskam... delikatnie głowę" .

Kolejne dni pokazały, że nasze modły zostały wysłuchane, a obawy się nie spełniły: mała je i śpi. I próbuje odbić powietrze, którym się zachłystuje podczas łapczywego jedzenia. Nie ma porównania z Bulińcią, która od 4 doby miała kolki, była nerwowa, nie chciała jeść ani spać jak Bóg przykazał - do 5 miesiąca. Ale potem i tak jej wysoka wrażliwość utrudniała normalne funkcjonowanie jako niemowlaka. A tutaj: godzina 21, dzieci śpią. Mania budzi się koło 1 w nocy, więc wieczór mamy z eR. dla siebie.

Niestety nie mogło być idealnie. Ponieważ poród był bezproblemowy (i bezzabiegowy) uznałam, że koniec krwawienia w 5 dobie to nic nadzwyczajnego. Po powrocie do domu, nie mogłam się opamiętać - tak nagle i z taka mocą wszystko wróciło. Pojawił się ból. Następnego dnia zaczęłam się dziwnie czuć - słabo i bez życia. Kolejny dzień znów przyniósł niespodziankę: wszystko znów ustąpiło. I tak w kratkę kilka dni.
- Zadzwoń do lekarza i zapytaj, czy to normalne, umów się na wizytę, bo wyglądasz gorzej niż po porodzie - Jak on umie wesprzeć żonę, nie?

I tak zrobiłam.
- Niech pani przyjedzie dziś do szpitala. Jestem do 14 - powiedział.

Na miejscu, zbadał mnie i zrobił USG.
- No, pani macica zrobiła fikoła - powiedział.
- A co to znaczy? - zapytałam zaniepokojona, że macica się oderwała i wypięła tyłem.
- To tzw. tyłozgięcie - powiedział. - Kanał się zawinął do tyłu i blokuje oczyszczanie się i obkurczanie macicy.

Pokazał mi coś na kształt worka świętego mikołaja i wygiętym "ogonem".
- A tutaj w środku widać, że coś tam jest - i tu wyliczył kilka opcji. - W taki sposób będzie się oczyszczać jeszcze z półtora miesiąca. Niestety duże prawdopodobieństwo, że w tym czasie coś się tam wedrze, jakieś zakażenie lub po prostu zacznie się psuć.

Przełknęłam ślinę. Pewnie trzeba będzie chodzić na kontrolę, żeby sprawdzać jak się oczyszcza.
Kiedy usiadłam przy biurku pokazał mi wydruki i podparł głowę ręką i westchnął.
- Wydaje się, że najrozsądniej będzie zaprosić panią do szpitala i oczyścić za jednym razem - powiedział ciężko. Moja mina chyba też wskazywała na duży niepokój.
- Rozumiem - bąknęłam. - Na długo..?
- Przyjechałaby pani rano, zabieg około południa i po południu by pani wyszła.
Wiedział, że perspektywa wyjścia mnie przekona. W końcu mam kilkunastodniowe dziecko.
- Pani karmi naturalnie?
- Tak.
- Trzeba będzie coś zastępczego, albo odciągnąć, bo potem po zabiegu nie będzie pani mogła karmić chyba z 8h, ale to zależy od rodzaju znieczulenia.

Zdecydowaliśmy się na zabieg następnego dnia. Mama miała przyjechać do małej. W lodówce było jeszcze sporo odciągniętego pokarmu, powinny dać radę. Dodatkowo kupiliśmy sztuczne. Bardzo awaryjnie.

I powiem tak: gdyby nie to, że lekarz, który mnie prowadził wszystkim się zajął, na 100% nie wyszłabym tego samego dnia. Zabieg miałam jako pierwsza, chociaż były kobiety, które już sporo czekały. Wszystko trwało 10-15 min. Moment usypiania, bardzo interesujący. Człowiek się budzi jak po kilku latach regenerującego, mocnego snu. Jedyny mankament, że po wybudzeniu, nie można spać. Ostatecznie wszystko się udało, chociaż w piątek muszę przyjechać do szpitala na kontrolę.

- A już myślałam, że po porodzie moje przygody szpitalne się skończą i nie zawitam tu za szybko - powiedziałam na odchodne.
- Pani to ma pecha. Ale w końcu szpitale mają pomagać i mam nadzieję, że tym razem już definitywnie - odparł.


wtorek, 12 kwietnia 2016

nr 29, 12 kwietnia - Hormony porodowe



12 kwietnia 2016 r., 
Wtorek



Ciąża: 40 tydzień..., 4 dni po terminie
Waga: 70, 3 kg (a tak nie mam apetytu...)
Pogoda: Szarawo, burawo, z małymi przejaśnieniami. Przynajmniej nie pada...





13:39


Ostatni wpis przed narodzinami Maniuli. Jutro, godzina 7 z jakimś hakiem, wyląduję na szpitalnym łóżku, uziemiona. Chyba, że w międzyczasie coś drgnie. Od piątku drży, ale potem rozchodzi się po kościach: niepewność, stres, a potem się wszystko wycisza. Już mnie to męczy. Może bóle porodowe to nie do końca coś, czego nie mogę się doczekać. Zwłaszcza, że już teraz wiem, jak to wszystko wygląda. Ale ciąża na tym etapie jest już tylko okropną uciążliwością. Brzuch jest bardzo duży, dziecko nie rusza się już tak rozkosznie, tylko boleśnie rozpycha, a przy dłuższym chodzeniu schodzi okropnie nisko - nie sposób nie pomyśleć, że chce się wymsknąć. Chodzę jak zmęczony sumo, albo jak tęga kaczka. bardziej na boki niż do przodu. Nawet nie wspominam o tym, że chyba zaczęłam już gromadzić wodę. Stąd przyrost wagi. Nie mam specjalnie apetytu, szybko się najadam, a waga pnie się w górę. Zresztą widzę na twarzy i rękach... jakby takie ciutkę przypuchnięte. 

Będzie bolało, wiem o tym. Ale już bym chciała małą Maniulkę trzymać na rękach, pozbyć się wielkiego brzuchola, ociężałości i zmęczenia po wyjściu po schodach czy problemów z trawieniem. Chciałabym móc się wreszcie wyspać na brzuchu (chociaż przy pełnych piersiach to podobno i tak średnio wchodzi w grę niedługo po porodzie) czy umyć porządnie poniżej pasa. Tak, żeby się nie zasapać na amen. Ubrać skarpetki czy buty. No i chcę się pozbyć pasażera na gapę - poduchy-dużej-fasoli. Już powoli mam jej dość. Co prawda ratuje życie, nie da się ukryć, ale oboje z eR. zaczynamy tracić cierpliwość: nie można się nawet porządnie przytulić. Z żadnej strony. A to jedyne, co nam zostało (mówimy tu o "wyjątkowości" tej mojej ciąży, a nie o zwykłej, bezproblemowej). Zresztą przytulenie się nawet na stojąco jest dość trudne.

Już dość narzekania. 








14:25

Siedzę u rodziców i staram się relaksować. Wypoczywać. Czeka mnie w końcu ponadludzki wysiłek. 
Teraz sobie myślę, jak to będzie. Hormony, jeden po drugim, będą atakować mój organizm, by zmusić ciało do urodzenia dziecka, by dodać mi energii i by mnie...hm... odurzyć. 

Hormony porodowe ne deskach sceny porodu


W czasie porodu mamy do czynienia z czterema hormonami. Najbardziej znana wszystkim kobietom jest oksytocyna. Bo oksytocyna robi to, sio i owo... 

No to teraz sobie przypomnę, o czym wiedziałam przed pierwszym porodem, a o czym już zdążyłam zapomnieć. W czasie porodu hormony pojawiają się w odpowiedniej kolejności i w odpowiednim natężeniu. Same się regulują, bo w innych okolicznościach działają na siebie wzmacniająco lub osłabiająco. 

I tak oto mamy: oksytocynę, adrenalinę, endorfiny i prolaktynę. W takiej właśnie kolejności.


Oksytocyna
Ten hormon rozpoczyna poród i przez cały czas towarzyszy kobiecie rodzącej. Jej poziom rośnie aż do urodzenia dziecka. Jeśli jest jej za mało, pierwszy etap porodu trwa w nieskończoność. Im jej więcej, tym sprawniej i szybciej przebiega. Cały czas się uwalnia także po porodzie, dzięki czemu można urodzić łożysko. W późniejszym czasie pojawia się przy karmieniu (albo odwrotnie: dziecko, ssąc pierś uruchamia ją, powodując wypływ mleka). No i oczywiście oksytocyna powoduje, że macica się obkurcza. Jeśli po porodzie zbyt szybko spada jej poziom, kobieta może mieć trudności z emocjami wobec dziecka. To podobno hormon miłości: mamy z nim do czynienia kiedy się kochamy, rodzimy i karmimy. Bardzo czuły hormon. I pomyśleć, że przynosi tyle bólu... No, ale ok, tyle mi wiedzieć wystarczy.

Adrenalina

Hormon stresu i energii. Pojawiają się emocje, pojawia się adrenalina. Poczucie zagrożenia i człowiek jakby dostawał dodatkowy zastrzyk energii, jest zdolny do wysiłku, o jaki się siebie nie podejrzewa. czyli w sumie to by się zgadzało. Pełna mobilizacja. Niestety hamuje oksytocynę, więc jeśli kobita się zestresuje na starcie, na pewno usprawni jej to rodzenia. Zbyt duży stres może podobno zahamować akcję porodową. A jak już się człowiek nastawia, że rodzi, to chce urodzić, wiadomo. Czyli miłe otoczenie, znajome twarze, przytulne miejsce, znajoma położna i tak dalej... 

W czasie porodu pojawia się w drugiej fazie: daje niewiarygodnego kopa. Oczywiście nie trwa wiecznie i jeśli pierwszy etap trwał długo, co może cholernie zmęczyć rodzącą, to drugi etap nie będzie tak efektywny po "uderzeniu" adrenaliny i wymagane będzie wsparcie w postaci dodatkowej porcji tlenu. Kiedy dziecko się urodzi, natychmiast opada. Wtedy także przychodzi moment na odczucie nieprawdopodobnego zmęczenia. Cały czas w kobiecie buzuje oksytocyna, by urodzić łożysko, a brak adrenaliny powoduje, że dla niektórych kobiet wydaje się być to wysiłkiem ponad siły, chociaż nie ma co do czego porównywać, rzecz jasna.

Endorfiny

Wszyscy je znamy - hormony szczęścia. Pojawiają się, kiedy czujemy się wyjątkowo szczęśliwi i odczuwamy przyjemność. Wystarczy zjeść czekoladkę i już człowiek czuje się pocieszony. Może to dość banalne uproszczenie, ale w ogromnej dawce endorfiny działają już nie tylko krzepiąco, ale także odurzająco. Są jak narkotyk. Pojawiają się w drugiej fazie porodu, kiedy wysiłek jest największy. A im większy, tym ich więcej. Dzięki temu kobieta jest w stanie znieść ten ból. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co to jest za ból bez tego rodzaju "znieczulenia", skoro nawet z pomocą endorfin ból jest tak dojmujący, że niejedna z kobiet ma długo traumę. 

Jeśli masz już za sobą poród, możesz mieć poczucie, że na sali jesteś tylko ty i ból. Gdzieś w tle majaczy położna lub położne a potem też lekarz. Większość czasu sama pamiętam jak przez mgłę. Czasem kobiety zachowują się nieobliczalnie, wywrzaskują hasła utyskiwania w stronę mężów, przeklinają i różne takie. No cóż... narkotyki też mają różne działania uboczne. 

W momencie urodzenia dziecka kobieta przestaje czuć jakikolwiek ból. Jest taki moment. To właśnie wtedy poziom endorfin jest bardzo wysoki, a skurcze parte gwałtownie znikają. Pamiętam, że bardzo mnie to zaskoczyło.

Prolaktyna

Hormon, który generalnie kojarzymy z karmieniem. I słusznie. Przygotowuje kobietę na macierzyństwo  w czasie całej ciąży i rośnie wraz z jej wiekiem. Ale kiedy przychodzi czas porodu, nagle jej poziom spada, ustępuje miejsca oksytocynie, a potem adrenalinie i endorfinom. Teraz kobieta nie myśli o tym, że będzie miała mieć dziecko. Myśli zadaniowo, po prostu ma zadanie do wykonania. I póki się dziecko nie urodzi, prolaktyna siedzi cicho. Wkracza do okazji dopiero po porodzie. Ale za to jak! Zalewa organizm kobiety, powodując, że zaraz po porodzie kobieta może karmić. Jednak nie zawsze, wiemy o tym. Czasami poziom tego hormony jest niewystarczający i na moment pierwszego karmienia trzeba poczekać. Wahania tych hormonów i to w jakiej ilości się wydzielają ma znaczenie dla sprawności przebiegu porodu. Stąd wniosek: każdy poród jest inny. 


Mężczyźni i hormony porodowe

Tak, właśnie tak. Ojcom również się udzielają. Adrenalina i endorfiny naturalnie pojawiają się (nie na takim poziomie jak u kobiet, oczywiście) u mężczyzn z oczywistego powodu: są emocjonalnie i uczuciowo związani z partnerką, oczekują potomka, to dla nich wynik ich zabiegów o przedłużenie gatunku, mówiąc bardzo technicznie. Ale o to tu chodzi, nie ma się co czarować. 

Tymczasem u nich także pojawia się oksytocyna. Nie tylko podczas orgazmu, bo to już podobno jest prawda znana od dawien dawna. Ale jej poziom jest podwyższony także po narodzinach dziecka. Hormon czułości i opiekuńczości pojawia się właśnie po to, by łatwiej było mężczyźnie nawiązać uczuciowy kontakt z dzieckiem, by zawiązać trwałą więź. Oczywiście sama postawa ojca, który chce, jest bardzo istotna - hormon nie załatwi tego za nich. Ale prawdą jest, że kobieta nosi pod sercem i czuje (bardzo fizycznie przecież!) swoje dziecko. Jej matczyna miłość już wówczas ma możliwość rozwijania się. Mężczyzna nie ma tej okazji. Jest zewnętrznym obserwatorem rozwoju maluszka w brzuchu. U niego naturalnie ta więź się nie wytworzy w czasie ciąży. Nawet jeśli sądzi, że jest inaczej. Urodzenie się dziecka zmienia życie wszystkich. Nawet jeśli się nastawiali na wywrócenie go "do góry kołami", to i tak zawsze jest to coś zaskakującego. I o ile matka ma już w sobie instynkt macierzyński i wiele rzeczy szybko wyczuwa u dziecka, tak ojciec może być w szoku. Zwłaszcza, że pewnie liczył na powrót pewnych kwestii do tego, co było przed ciążą. A teraz jego kobieta zapatrzona w dzideczka, raczej nie myśli o wielu rzeczach, o których myśli jej partner. Czyli czasami jest różnie. Ale hormon to jakby taka "fizyczna", "realna" pomoc organizmu w trudnym momencie dla młodych rodziców. Trzeba ją tylko wykorzystać.

środa, 6 kwietnia 2016

Mity dotyczące porodu



Ponieważ na 10 kwietnia przypada termin mojego porodu, oznacza to, że rodzić mogę już naprawdę w każdej chwili. Co prawda ostatnie badanie lekarskie wskazywałoby, że mam jeszcze chwilę czasu a dziecku na razie cały czas wygodnie w brzuchu (nie przeszkadza mu to jednak rozpychać się w nim na wszystkie strony, niejednokrotnie bardzo boleśnie)... Wiemy jednak, że pod koniec ciąży wszystko może się zdarzyć. 


11 mitów dotyczących porodu



Mit 1. Wody odejdą jednym wielkim pluskiem, tworząc kałużę. 

 

Niestety wody płodowe nie odchodzą tak spektakularnie, jak się tego spodziewamy (i jak to obserwujemy na filmach). Prędzej będzie to wyglądać, jakbyś się posikała: nie dasz rady tego ukryć, ale nie ma ich aż tyle, by zalać cię po kostki. 

Mnie się to przydarzyło w  nocy. Poczułam takie "pyknięcie" i już wiedziałam, że muszę lecieć do toalety. Wszystko na automacie, jakbym wiedziała jak postąpić, chociaż nie wiedziałam. 

Mit 2. Kiedy wody odejdą, leć do szpitala na złamanie karku.

 

Absolutnie nie musisz. Odejście wód nie świadczy o tym, że za moment przyjdą skurcze. Mogą, ale nie muszą. Póki nic się nie dzieje, położne twierdzą, że można kilka godzin przeczekać w wannie (pamiętaj jednak o zachowaniu ciągłej higieny - dziecko już nie jest chronione przed infekcjami). A to dlatego, że wody bardzo, bardzo rzadko wyleją się "do sucha". Najczęściej odchodzi ich część, ponieważ główka przytyka kanał rodny, zapobiegając całkowitemu wylaniu się wód. Ale wystarczy twój gwałtowny ruch czy dziecka i znów następuje ich wypłynięcie - jakby całkowicie niekontrolowane popuszczanie moczu w większej ilości. Coś okropnego. A w szpitalu nie mogą ci podać niczego przed upłynięciem 12 h, bo mają obowiązek czekać, aż organizm sam sobie przypomni, że pozbył się wód i chyba pora na rodzenie. Jeśli jednak akcja porodowa się nie zacznie, po tym czasie podają kroplówkę z oksytocyną (hormonem, który pobudza do skurczy).

Mit 3. Twój poród będzie taki, jaki miała twoja mama.


Raczej nie. Chociaż kształt miednicy możesz odziedziczyć po niej, co może mieć wpływ na przebieg porodu, ale nie za duży. Raczej wychodzi się z założenia, że poród zależy od samej kobiety. Tak jak i przebieg ciąży. Nawet jeśli nasłuchałaś się opowieści, jak to jest, trudno orzec czy i w jakim stopniu będzie twój poród będzie przypominał ten twojej mamy.

Mit 4. Rodzenie bez lekarza to ryzyko.


Hm. Czasem lepiej, by go nie było. Z tego, co się nie raz słyszy.
Ale raczej bałabym się rodzić bez doświadczonej położnej niż bez lekarza. Oczywiście, że lekarz podejmuje strategiczne decyzje podczas porodu, ale położna jest z tobą cały czas, widzi jak rozwijała się cała akcja porodowa. A wcześniej przeglądała twoje wyniki. Ona informuje lekarza jaka jest sytuacja i tak naprawdę to ona odbiera poród, daje wskazówki jak oddychać, co robić. Lekarz niejednokrotnie nie odezwie się ani słowem - jest po prostu obserwatorem.

Mit 5. Drugi poród będzie łatwiejszy i szybszy.


Byłoby fajnie. Niestety nie ma żadnych badań, które by to potwierdzały. W moim otoczeniu wiele kobiet rzeczywiście drugi poród miało - ogólnie rzecz biorąc - lepszy od pierwszego. Jedno jest pewne: są małe szanse, że będzie taki sam, jak pierwszy. Tak jak każda ciąża jest inna, tak i poród także. Wiele do powiedzenia w tym temacie ma kondycja ciężarnej (jej wiek) i samego dziecka (także jak długa była przerwa pomiędzy porodami), a także wiele innych czynników. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że będzie szybszy.

Mit 6. Od razu poczujesz bliską więź z dzieckiem.


Niekoniecznie. Może się okazać, że będziesz tak zmęczona, a hormony zaczną buzować na nowo i bardzo gwałtownie, że nie będziesz zachwycona dzieckiem ani z nim związana. Mimo, że przecież nosiłaś go 9 miesięcy pod sercem, mówiłaś czule do niego i byłaś przekonana, że od razu po porodzie się w nim zakochasz. Wiele czynności będziesz wykonywać z obowiązku i złapiesz baby blues. To minie. Ale trzeba się mieć na baczności i obserwować, czy stan się nie przedłuża. Depresja poporodowa może się okazać niebezpieczna.

Mit 7. Poród to pojedyncze wydarzenie.


A guzik. To proces. I to złożony, na którego składa się kilka etapów. To, że czasem jest bardzo szybki, nie znaczy, że jakiś etap został pominięty. Czasem jest tak, że etapy będą się wlekły niemiłosiernie przez kilkanaście godzin. Ale czasem kobieta nawet nie wie, że jakiś etap porodu się rozpoczął i w szpitalu ląduje w zasadzie na finiszu, w ostatnim wręcz momencie. Wynika to z tego, że nie zawsze wiadomo, iż poród się rozpoczął. To, jak się zacznie i jak przebiegnie poród zawsze zależy od wielu czynników. Raczej rzadko zdarza się to, co na filmach - kobieta wstaje i zdecydowanym tonem mówi do męża: "Już czas!".

Mit 8. Poród zawsze jest bardzo bolesny.


Nie. To znaczy może być naprawdę przykry i przej*** bolesny. Ale też wcale nie musi. Są kobiety, które twierdzą, że wolą rodzić niż chodzić do dentysty. I ja im wierzę. Oczywiście, że lepiej nastawić się na wysiłek, bo taka wersja jest bardziej prawdopodobna. I zmniejsza ryzyko traumy. Wiele kobiet mi znanych twierdziło, że poród to kolejne zadanie, tylko trudniejsze. I jakoś umykało im myślenie o bólu. Mówiły: "Wolę o tym nie myśleć". I wszystko fajnie, tylko ból je po prostu zaskoczył. I długo nie mogły myśleć o kolejnym dziecku, tłumacząc tym właśnie, że nie spodziewały się takiego bólu. Ale czasami właśnie brak bólu może nas zaskoczyć i zdążenie do szpitala może się okazać wyzwaniem.

Mit 9. Istnieje większe prawdopodobieństwo, że urodzisz po terminie niż przed nim.


Szanse są 50/50. Lekarz wyznacza termin na podstawie matematycznego wyliczenia zwanego regułą Neagelego, która zakłada, że ciąża trwa 280 dni (odliczając od pierwszego dnia ostatniej miesiączki), 40 tygodni, czyli 10 miesięcy księżycowych. I wszystko by się zgadzało, gdyby każda kobieta miała superregularne cykle trwające 28 dni z owulacją dokładnie w dniu 14. Skoro jednak takie sytuacje zdarzają się rzadko, tak samo rzadko mamy do czynienia z rodzeniem w terminie (5%). Wzór wygląda tak: termin = pierwszy dzień ostatniej miesiączki + 7dni – 3 miesiące + 1 rok. To oznacza, że urodzenie nawet 2 tygodnie przed wyznaczonym terminem (lub po) to rodzenie w terminie. Jednak istnieje przekonanie, że póki nie nadszedł Ten Dzień, możesz być w miarę spokojna, jeździć na zakupy, zajmować się domem... Wszyscy i tak stwierdzą: "A, no jeszcze masz te kilka dni do terminu". Jednak już każdy dzień po musi się wiązać z siedzeniem na tyłku w domu. I pomyśleć, że wszyscy doskonale wiedzą, że przecież termin to naprawdę "z grubsza" określenie czasu porodu.


Mit 10. Poród naturalny nie jest możliwy po cesarskim cięciu.


Według badań w ponad 50% przypadków poród naturalny jest możliwy, mimo iż za pierwszym razem miałaś cc. Mit obalony. Ale to nie tak, że zawsze i wszędzie. Jest wiele czynników, które mogą wykluczyć cię z takiej możliwości. A na pewno wskażą, czy jesteś w grupie ryzyka pojawienia się komplikacji podczas porodu lub gdzie po prostu taki poród nie jest wskazany.
Pod uwagę należy wziąć:
- Przyczyna, dla której było wykonane cesarskie cięcie. Przyczyny zdrowotne mogą uniemożliwić ci poród naturalny za drugim razem.
- Choroba matki czy przeciwwskazania, które pojawiły się przed tym porodem i nie miały nic wspólnego z poprzednim (problemy z kręgosłupem, wzrokiem itp.). 
- Nadwaga. Duża masa ciała zmniejsza szanse.
- Wielkość i położenie dziecka. Dziecko nie powinno być za duże i położone główkowo.
- Ciąża mnoga. Generalnie nie jest to przeciwwskazanie do cc. Co innego, jeśli spodziewasz się bliźniąt, mając już za sobą cesarkę.
- Twój wiek. Po 40-tce możesz mieć komplikacje, jeśli uprzesz się rodzić naturalnie po cc.
- Czas pomiędzy jednym a drugim porodem. Ten powinien mieścić się w granicach 18-25 miesięcy.

I oczywiście do takiego porodu trzeba się przygotować, wszystko omówić z lekarzem i położną.

Mit 11. Domowymi sposobami można wywołać poród.


Jakie "domowe sposoby" mam na myśli? Jedzenie ostrych potraw, gwałtowna jazda samochodem po wertepach, wzmożony wysiłek, np. mycie podłóg czy okien. Wszystko to może sprawić, że będzie cię boleć brzuch, kręgosłup, będziesz się po prostu źle czuć. Po jedzeniu ostrych dań będziesz się mordować ze zgagą, a jazda samochodem wywoła nudności, o których być może zdążyłaś już zapomnieć. Ale na pewno nie wywoła to porodu, ponieważ nie sprawi, by organizm zaczął wydzielać oksytocynę, bez której poród nie może się zacząć. Wydaje się więc, że tezy nie uda się udowodnić.

Wyjątek: Tak, istnieje odstępstwo. Namiętna noc może przyczynić się do zapoczątkowania akcji porodowej, a to dlatego, że może zapoczątkować wydzielanie oksytocyny. Masaż sutków (jeśli poród wolno się rozkręca, położne czy lekarze sugerują masaż) i skurcze macice, które pojawiają się w wyniku orgazmu mogą się na tym etapie przeobrazić w skurcze porodowe. Ale nie muszą, nawet jeśli będziecie się kochać co noc. Nie można sobie jednak pomóc w ten sposób, jeśli odeszły ci już wody / odszedł czop śluzowy, a skurcze się nie pojawiają. W takim wypadku dziecko już nie jest chronione przed bakteriami i infekcjami, więc mogłoby już dojść do zakażenia.



 

A czy Wy znacie jeszcze jakieś przesądy czy mity dotyczące porodu?



środa, 16 marca 2016

nr 24, 16 marca - mój 37 tydzień ciąży




16 marca 2016 r.
Środa

Ciąża: 36 tydzień, 6 dzień
Waga: 69 kg (ej, ale  j a k   t o?!)
Pogoda: Piękny słoneczny dzień, cudownie pachnie wiosną.

21:36

37 tydzień ciąży - ostatni tydzień, po którym można już rodzić


Waga.


Oburzam się, że jak to?! Przecież nie objadam się. Nie jem więcej. Może nawet jem mniej, a waga tylko rośnie. Ale czytam właśnie, że dziecko może ważyć już te 3 kg. Jak pomyślę, że z przodu wisi trzy kilo żywej wagi, to nagle przestaje mnie dziwić, że mam problemy z równowagą przy siadaniu i wstawaniu. To już nawet nie wielkość brzucha przytłacza, a jego ciężar. Nie myślę nawet o doliczaniu wagi wód płodowych i łożyska. 

Rozwój dziecka.


Wygląda na to, że jak dociągnę do końca tego tygodnia (1-2 dni), ciąża będzie donoszona. Dziecko można będzie uznać na tym etapie na w pełni rozwinięte i jeśli urodzę, to nie tylko nikt się nie zdziwi (dziecko urodzone będzie o czasie), ale i wszyscy ucieszą. Całe otoczenie tylko czeka, żeby ta moja ciąża dobiegła końca. Szczęśliwego końca, rzecz jasna. 

No, ale i tak może się zdarzyć, że dzidziuś będzie miał problemy z oddychaniem na tym etapie, dlatego od tego momentu każdy tydzień w brzuchu działa na jego korzyść. 

Jeśli do tego czasu niekoniecznie myślałam o tym jak to z tymi uczuciami u dziecka jest, to czas najwyższy się temu przyjrzeć. Otóż wyobraźcie sobie, że dziecko teraz świadomie zaczyna reagować i czuć. Świadomie, jak świadomie, oczywiście. O ile dobrze zrozumiałam (ale jeśli ktoś wie lepiej, to proszę, by mnie poprawił), dotychczas za zmysły odpowiadała macica i środowisko wewnątrzmaciczne, które to stymulowało zmysły dziecka. Dzięki temu reagowało na dotyk brzucha, głos mamy/taty, odbierało czytane książeczki, muzykę, rozpoznawało światło i ciemność, smak potraw itd. Na tym etapie jednak jeśli dziecko nie jest stymulowane, potrafi samo wysyłać sygnały i tworząc jakby ścieżki, które prowadzą od bodźca do mózgu. W ten sposób uczy się jak po porodzie odbierać wrażenia zmysłowe.

Dolegliwości 37 tygodnia.


Jeśli jesteś na tym etapie, dolegliwości nie trzeba ci opisywać. Ale dla tych, co nie wiedzą, co je czeka, bo to wciąż przed nimi... oto one:
- Zmęczenie. Niezależnie od kondycji w jakiej jesteś. Z moją - z wiadomych powodów - jest kiepsko, więc i zmęczenie pojawia się zanim zdążę pomyśleć, że czuję się dziś nieźle - tak krótko mija dopołudniowy czas lepszego samopoczucia. Bywają też dni, kiedy dzień zaczyna się już od stwierdzenia "czuję ogromne zmęczenie". I pomyśleć, że po porodzie będzie jeszcze gorzej...
- Kręgosłup. Nic nowego. Tylko będzie bardziej dawał w kość, a przewrócenie się z boku na bok będzie poważnym wyzwaniem. 
- Ulga w oddychaniu. Jeszcze nie zauważyłam szczególnej ulgi. Kiedy brzuch opada, macica automatycznie schodzi niżej i zwalnia ucisk na płuca. 
- Ucisk na kość łonową. Podczas tej ciąży daje mi popalić. Dziecko ma niżej główkę i naciska na kość łonową. Taka kolej rzeczy. Boli (najbardziej, jak złapie w pozycji stojącej), ale przynajmniej jest to znak, że poród się zbliża. Czyli wszystko gra. Tylko ten ból...
- Sikanie. Jeśli sądziłaś, że w toalecie spędzasz większość dnia z powodu częstych wizyt, to teraz będzie ich jeszcze więcej. Obniżający się brzuch to spowoduje - będzie jeszcze większy nacisk na pęcherz. 
- Wizyty w toalecie c.d... Nacisk nie dotyczy tylko pęcherza, ale także jelit. A to oznacza problemy z trawieniem i prawidłowym wypróżnianiem. Tutaj każdy "orze jak może", więc poznawszy już swój organizm najlepiej dostosować dietę, która pozwoli nam na regularne "oczyszczanie jelit". Ja piję dużo wody, bo w mojej diecie jest dużo błonnika (nie muszę dodatkowo żreć otrębów i innych "wspomagaczy"). No i ograniczyłam też "suche" jedzenie, wszelkie chrupacze, nawet zdrowe mogą zatykać w takiej sytuacji. To samo dotyczy ciężkostrawnych potraw. Kiedy czuję, że będzie zastój, przechodzę na "dietę" z dużą ilością płynów. Jem lekkie zupy, ograniczam chleb i skupiam się na warzywach. Jeden dzień wystarczy.
- Skurcze przepowiadające. To skurcze macicy. Tylko takie lekkie (w porównaniu z tymi porodowymi :)). Mają przygotować organizm i samą macicę do porodu. Przyjmuje się, że wręcz powinny się pojawić. 

Moje przygotowanie


W zasadzie już niewiele brakuje, bym moje przygotowania mogła uznać za dopięte na ostatni guzik. Postanowiłam tym razem nie brać się za gruntowne sprzątanie, a zapłacić zaufanej pani sprzątającej, która przygotuje mój dom na przyjście dziecka. Na ostatni moment czekam też ze zmianą pościeli i garderoby (częściowo już to zrobiłam, ale zostawiłam kilkanaście sztuk, by donosić w nich ciążę). 
Torba do szpitala spakowana. I dla mnie i dla dzidka. nawet spakowałam ubrania na wyjście we szpitala, bo przecież mój eR. zgłupieje, kiedy zacznę mu przez telefon tłumaczyć, co ma wziąć mnie, a co dziecku. 
Wyprawka skończona. Tylko nie mam pampersów (w szpitalu, w którym rodzę zapewnia się je dziecku). Nie wiem, jakie ostatecznie będzie miało, kiedy wrócę do domu. 
Mogłabym jeszcze z niektórymi rzeczami zwlekać, lecz po drodze mamy Święta i nie chcę się denerwować, że mogę urodzić w Święta, a to czy tamto jeszcze w sklepie - niekupione. 

Tylko tak sobie myślę teraz, że jeśli spadnie śnieg na Święta, jak rok czy dwa lata temu i wróci zima, to jestem w czarnej du***. Mimo wszytko: kto myśli kupować zimowe ubranka w kwietniu?! Ja udaję, że nie ma tematu i kwiecień to już przedwiośnie. Nie, żeby jakoś ciepło, ale bez mrozu, jakieś kilkanaście stopni (poniżej piętnastu). Wolę na gwałt kupować, niż wydawać kolejną fortunę na zimowe ciuchy, bo ostatecznie wydaje się, że musiałabym obrabować bank, żeby stać mnie było na garderobę newborn  w stylu "Cztery pory roku" -  na każdą porę roku.

Któraś z Was może też jest na podobnym etapie? Macie podobne odczucia, czy zupełnie inne?


piątek, 19 lutego 2016

Szpital Przyjazny Dziecku kontra uzasadniona konieczność cesarskiego cięcia

 

 Szpital Przyjazny Dziecku” - czy aby na pewno?


Ostatnio natknęłam się w sieci na ciekawy artykuł. Była to historia kobiety, którą nachalnie nakłaniano, by poddała się cesarskiemu cięciu. Przedstawiano najróżniejsze powody, dla których cesarka miałaby być najlepszym rozwiązaniem w jej sytuacji. Ale kobieta była kuta na cztery nogi. I do tego prawniczka - wiedziała jak w tej sytuacji powinna postąpić i o tym możecie przeczytać tutaj. Wśród znajomych i rodziny nie słyszałam jeszcze, by ktoś był tak usilnie nakłaniany do cc, które - jakby nie patrzeć - jest operacją. Częściej słyszałam historie o tym, jak to w sytuacji zagrożenia lekarz nadal nie widział potrzeby cięcia. Zainspirowana niejako artykułem Przepisowej Mamy, postanowiłam napisać swój. O tym, jak walka szpitali o bycie na szczycie listy ośrodków „przyjaznych mamie i dziecku” odbija się na samych zainteresowanych: matce i dziecku.

Wyobraźmy sobie, że idziesz do szpitala rodzić. A ponieważ wcześniej naczytałaś się o tym, że szpital jest „przyjazny matce i dziecku” i wiesz, jakie masz prawa w czasie porodu (wszędzie trąbi się o tym, jak to masz prawo „rodzić po ludzku”), jesteś przekonana, że nie czeka cię nic gorszego, niż okropne boleści porodowe.

Trochę historii...


Warto się w tym miejscu na moment zatrzymać. Co to znaczy, że szpital jest przyjazny dziecku? Na logikę wydaje się nam, że wiemy, co się pod tym hasłem kryje i każdy szpital powinien być przyjazny. Ale tutaj chodzi o inicjatywę Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i Fundusz Narodów Zjednoczonych na Rzecz Dzieci (UNICEF) stworzenia tytułu „Szpitala Przyjaznego Dziecku” dla wszystkich placówek, które spełniają odpowiednie kryteria. Wiecie kiedy? W 1991 r. (w Polsce od 1992 r.). Szok, że dopiero od niedawna możemy mówić, że w Polsce się ją realizuje. I to jeszcze nie wszędzie, żeby było jasne.

Już od 1985 r. obie organizacje podejmowały próby zwrócenia uwagi na kwestie okołoporodowe w szpitalach. Właśnie wtedy WHO i UNICEF przedstawiły zalecenia odnośnie przebiegu porodu, gdzie zostało podkreślone, iż poród nie jest chorobą. Logiczne, prawda? Ano niekoniecznie, gdyż pacjent szpitala, to człowiek chory, który - podpisując zgodę na umieszczenie go tam - jest pod opieką lekarza i godzi się na większość procedur związanych z pobytem.

Co więcej można znaleźć w owym dokumencie? Przede wszystkim przedstawione zostały prawa, jakie ma rodząca: na co może, ale nie musi się decydować.

1. Społeczeństwo powinno być poinformowane o różnych formach opieki okołoporodowej, aby umożliwić każdej kobiecie wybór.
2. Nie ma żadnych wskazań do usuwania owłosienia łonowego i do wykonywania lewatywy przed porodem - decyzja należy do rodzącej.
3. Nie powinno się wywoływać sztucznie porodu bez ważnych wskazań medycznych.
4. Nie ma naukowego uzasadnienia dla rutynowego, wczesnego przebijania pęcherza płodowego.
5. Elektroniczne monitorowanie porodu powinno się wykonywać w wyselekcjonowanych przypadkach związanych z wysokim prawdopodobieństwem śmiertelności oraz przy porodach indukowanych.
6. Podczas porodu powinno się unikać rutynowego podawania środków przeciwbólowych, znieczulających itp. jeśli nie są specjalnie zalecone dla zapobiegania komplikacjom porodowym.
7. Na życzenie rodzącej środki te są podawane.
8. Rutynowe nacinanie krocza jest nieuzasadnione. W przypadkach uzasadnionych lekarz informuje o takiej potrzebie rodzącą.
9. Karmienie piersią powinno być podjęte natychmiast po porodzie.
10. Zdrowy noworodek powinien zostać z matką, o ile pozwala na to stan obojga.*

To jest start. Szpital, aby uzyskać certyfikat, musi jeszcze wdrożyć program „10 Kroków do Udanego Karmienia Piersią”, efekt kampanii UNICEFu, którą rozpoczęto, by zachęcić szpitale do przestrzegania nowych zasad postępowania zawartych w raporcie wydanym przez WHO i UNICEF zatytułowanym „Ochrona, propagowanie i wspieranie karmienia piersią - specjalna rola służb położniczych” z 1989 r.:

1. Sporządzenie na piśmie zasad postępowania sprzyjających karmieniu piersią i zapoznanie z nimi całego personelu.
2. Przeszkolenie wszystkich pracowników tak, aby mogli realizować ustalone zasady.
3. Informowanie wszystkich ciężarnych kobiet o korzyściach płynących z karmienia piersią i o właściwym postępowaniu podczas karmienia.
4. Pomoc matkom w rozpoczęciu karmienia piersią w ciągu dwóch godzin od urodzenia dziecka.
5. Poinstruowanie matek, jak należy karmić piersią i jak utrzymać laktację, nawet jeśli będą oddzielone od noworodków.
6. Niekarmienie noworodków niczym poza mlekiem matki (z wyjątkiem szczególnych wskazań medycznych).
7. Stosowanie systemu ROOMING-IN, który umożliwia matce przebywanie razem z dzieckiem w jednym pokoju od urodzenia i przez całą dobę.
8. Zachęcanie matek do karmienia piersią „na żądanie" i ułatwianie im tego.
9. Niepodawanie smoczka niemowlętom karmionym piersią.
10. Angażowanie się w tworzenie i pracę grup kobiet, które wspierają się w karmieniu piersią, i kierowanie do nich karmiących matek wypisywanych ze szpitala lub będących pod opieką .**

Jeśli szpital wdroży oba programy, podpisuje także zobowiązanie do przestrzegania Międzynarodowego Kodeksu Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece. Podpisany w 118 państw Kodeks miał na celu ograniczenie marketingu firm produkujących mleko zastępcze dla dzieci do 6 miesiąca. To oznacza, że producenci mleka nie mogą:
  • bezpośrednio kontaktować swoich przedstawicieli handlowych do szpitali, personelu medycznego czy matek lub kobiet w ciąży;
  • rozdawać bezpłatnych próbek mleka ww szpitalach i tym podobnych placówkach;
  • reklamować produktów mlecznych dla dzieci poniżej 6 miesiąca życia, smoczków i butelek;
  • rozdawać firmowych prezentów rodzicom i pracownikom medycznym;
  • idealizować opakowań czy stosować wizerunki matki i dziecka na etykietach;
  • na opakowaniu nie powinno być takich określeń, jak np. „ludzkie” czy „matczyne”***

Poza tym na opakowaniu powinna być informacja, iż karmienie piersią jest najlepszym rozwiązaniem, jeśli chodzi o żywienie niemowląt, a mleko zastępcze powinno być stosowane w porozumieniu z lekarzem.

No. Niestety tyle, jeśli chodzi o konwencje, deklaracje i tym podobne dokumenty międzynarodowe. W teorii wydawałoby się, że nic, tylko rodzić. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy.

W praktyce szpital, który szczyci się certyfikatem i może pochwalić szlachetnym tytułem „Szpitala Przyjaznego Dziecku”, bardzo często inaczej interpretuje zapisane deklaracje...

Wróćmy do zaczętego wątku...


Idziesz do szpitala rodzić w przekonaniu, że certyfikat „przyjaznego szpitala” zapewni ci maksimum komfortu psychicznego w tej jakże niekomfortowej sytuacji.

Pracownicy może i przeszkoleni z zasadami postępowania podczas porodu i później w kwestii karmienia piersią, ale już nachalne nakłaniania do karmienia piersią („No raczej! A jak by Pani chciała karmić?”) to już daleka nadinterpretacja 3-go punktu („informowanie [...]kobiet o korzyściach płynących z karmienia piersią”).

„Pomoc w rozpoczęciu karmienia” jest rozumiane następująco: położna wpycha noworodkowi na siłę pierś. Wygląda to tak, jakby chciała mu ją wepchnąć przynajmniej do połowy.

Poinstruowanie matek, jak należy karmić piersią i jak utrzymać laktację[...]”. Ten punkt jest nagminnie łamany. Nie pamiętam, by ktokolwiek powiedział mi, jak mam to robić, by karmić długo i bezboleśnie. Być może któraś z położnych coś pod nosem mruknęła o instrukcji wraz z obrazkami, która znajdowała się na korytarzu. Wiem, że inne moje koleżanki też miały problem na tym etapie w szpitalu. Z innych, bardziej fachowych źródeł wiem, że w Polsce generalnie jest problem z tą nauką karmienia. W Stanach już wszystkie położne w prowincjonalnych nawet szpitalach wiedzą, co zrobić, by noworodek ładnie ssał pierś: trzeba przyłożyć ją do ust malucha i - uwaga - poczekać, aż otworzy buzię i wystawi język. Język, jak się okazuje jest tu kluczowy. Dopiero wtedy na język można kłaść pierś. Ta sama zasada dotyczy butelki. W ten sposób dziecko ładnie i szczelnie będzie ssać. Nie będzie problemu z połykaniem powietrza ani bólu...

Zasada niekarmienia noworodków niczym innym, tylko mlekiem matki (o ile nie ma zaleceń lekarza) jest zmorą dla matek po cesarskim cięciu. Niejedna koleżanka mówiła mi, jakie miała trudności z karmieniem (mimo usilnych prób). Nie miała pokarmu, dziecko się darło, a położna na nią krzyczała, że nie może jej dać mleka zastępczego. A mogła. To przecież jest jeden z tym przypadków, kiedy wręcz powinna nakarmić dziecko tym mlekiem modyfikowanym. Takiego horroru się nie zapomina. I ja im wierzę.

Kiedy coś, co ma być dla nas dobre, obraca się przeciwko nam.

Dlaczego tak się dzieje, że dobre zasady, sprzyjające naturze, mające na celu realne wsparcie kobiety podczas porodu i w trakcie połogu obracają się przeciwko kobietom? Odpowiedź jest prosta: ranking. Który szpital ma najlepsze statystyki, ten idzie w górę „listy przebojów” Przyjaznych Szpitali. O jakich statystykach tu mowa? Każda ciężarna, która zdecydowała się na poród w takim szpitalu jest jak pula punktów. Jeśli po porodzie wyjdzie ze szpitala i można będzie napisać, że:
  • rodziła siłami natury,
  • wie, jak karmić piersią (czytaj: widziano ją, że karmi, dziecko nie płakało z głodu, czyli daje radę),
  • dziecko nie było sztucznie dokarmiane,
  • leżała na sali z dzieckiem
  • karmiła „na żądanie” itd.,
...wtedy za każdy z punktów szpital będzie mógł przydzielić sobie punkty. A wiadomo: im więcej punktów, tym wyżej w rankingu. Im wyżej w rankingu, tym lepsza pozycja szpitala i większe szanse na dodatkowe fundusze... itd...

Dlatego walka o punkty jest zacięta. Nie patrzy się jednak na dobro matek i dzieci. Jest wiele sytuacji, które są dalekie nie tyle od ideału, co od zwykłej uczciwości wobec świeżo upieczonych matek. O ile matka jest w stanie wywalczyć swoje (a jeśli nie ona, to mąż) w kwestii karmienia, narażając się najwyżej na opryskliwość położnych i ich fochy (bo jak to możliwe, że się sprzeciwiłaś. Skandal...), o tyle w trakcie porodu jest to bardzo trudne.

Nie zawsze decydujemy się rodzic w obecności męża/partnera (a i on może w takim momencie nie mieć nerwów), więc jesteśmy same na sali porodowej. Umieramy z bólu, włączają się hormony, które mają nam pomóc przetrwać ten nieludzko bolesny czas, więc ogarnianie rzeczywistości może być trudne, więc zwyczajnie nie mamy głowy, by zawalczyć o swoje prawa.

Nie daj się zbyć hasłem: „musi Pani”. Jeśli szpital jest przyjazny to ty nie musisz. Czego? Na przykład nie musisz godzić się na lewatywę, podpisujesz co prawda oświadczenie, że w razie konieczności cię natną, ale nie powinni tego robić, jeśli nie ma konieczności. Nie musisz rodzić w jednej pozycji. I przeciwbólowe środki mogą ci zostać podane, jeśli chcesz (tylko musisz mieć aktualne badania i konsultację z anestezjologiem). Gorzej, kiedy ty uparcie twierdzisz, że nie musisz i nie chcesz tego czy tamtego, a oni chcą cię do tego zmusić. Nawet nie muszą specjalnie się starać: ulegniesz, bo kiedy skurcze już się rozkręcają, jesteś łatwym celem i walka z tobą jest tak łatwa jak nierówna.

Póki jeszcze rozbija się to wszystko o twój komfort, to można nawet przymknąć oko i machnąć ręką: co tam, niech robią lewatywę i nie muszą mi już tego gazu rozweselającego podawać (rodzaj środka przeciwbólowego), przecierpisz i tyle. Ale jeśli w grę wchodzi życie dziecka, wtedy już nie wolno ci się ugiąć. 

Kiedy lekarz nie chce zrobić koniecznej cesarki... 


Niestety w Polsce mamy bardzo wiele przypadków lekarzy (w szpitalach, które szczycą się sukcesami na wielu oddziałach, są uznawane za najlepsze pod względem wykształcenia i fachowości personelu czy zaopatrzenia w sprzęt medyczny), którzy za wszelką cenę walczą o ten punkty za naturalny poród. Zdarza się, że zwlekają do ostatniej chwili, aż jest za późno. Niektóre historie opierały się na trudnym porodzie z komplikacjami, a lekarz i tak nie podjął właściwej decyzji i skończyło się to upośledzeniem dziecka. Znam nawet przypadek całej grupy lekarzy i położnych, którzy sfałszowali wyniki KTG, by odwlec cc, co o mały włos nie skończyło się tragedią (dla niewtajemniczonych: badanie KTG to badanie akcji serca płodu oraz zapis skurczów macicy, czyli z powodzeniem można stwierdzić, czy dane skurcze, to skurcze małe, przepowiadające, czy już te właściwe - porodowe).

Co powinna zrobić kobieta w takiej sytuacji, kiedy to szpital - miejsce, gdzie teoretycznie jest bezpieczna - może stać się przyczyną jej nieszczęścia?

  1. Przede wszystkim nie należy się straszyć przez całą ciążę tym porodem i historiami o tragicznych błędach lekarzy. Zostaw je sobie na koniec - wtedy i tak po prostu już się o tym myśli nawet kompletując wyprawkę dla siebie do szpitala.
  2. Jeśli jest jeszcze czas, powinna skonsultować się z kilkoma lekarzami. Jeśli wiedziała z góry, że np. z powodów zdrowotnych jest na tę cesarkę skazana i rodzenie siłami natury nie wchodzi w grę, może wziąć takie zaświadczenie o konsultacji i jej wynikach z innymi lekarzami do szpitala, w którym zamierza rodzić. A przy pierwszych oznakach niechęci lub zwłoki, kazać mężowi wieźć się do innej placówki. Tu chodzi o i życie dziecka i twoje - nie możesz ryzykować!
  3. Robić wszystko, by lekarz, który opiniował o cesarce był przy porodzie. Wówczas mamy pewność, że się odbędzie.
  4. Poczytać opinie o lekarzach w danej placówce, czy nie mają już w swojej historii zawodowej przypadków podjęcia złej decyzji w trakcie porodu.
  5. Miej przy sobie zaufaną położną, która towarzyszyć ci będzie przez cały poród. To ona jest głównie obserwatorem sytuacji i niejednokrotnie to właśnie ona zwraca uwagę lekarzowi, że coś się dzieje. Ponieważ jednak bardzo często lekarz przychodzi dopiero w kulminacyjnym momencie porodu, musi być totalnym bufonem, by nie brać pod uwagę zdania położnej, która jest z kobietą od początku.
  6. Mąż to świetny adwokat, jeśli nie zmrozi go cała sytuacja, to on powinien zawalczyć w twoim imieniu. To może być dla niego prawdziwy sprawdzian męskości, ale jeśli się wykaże, nie będzie mógł przestać chełpić się swoją odwagą i zachowaniem zimnej krwi w tak trudnej sytuacji.

Najważniejsze jednak, byś informowała położną czy też męża o wszystkim, co cię niepokoi. Nawet jeśli to nie jest twój pierwszy raz na bloku porodowym i wiesz - mniej więcej, z naciskiem na „mniej” - co cię czeka, to i tak nigdy nie można powiedzieć, że kolejne porody (a wcześniej ciąże) podlegają jakimś zasadom podobieństw bądź różnic względem tego pierwszego (czy pierwszej ciąży). Położna może cię uspokoić, albo od razu zareagować, jeśli okaże się, że to coś, co rzeczywiście powinno wręcz niepokoić.

A czy któraś z was miała w tym temacie jakieś doświadczenie, czy słyszałyście o przypadkach? A może w ogóle nie brałyście pod uwagę takiego... trudnego scenariusza?
Jakie macie doświadczenie z tym, jak szpitale respektują prawa, do których się zobowiązały?
___________________________________
* Zalecenia WHO
** 10Kroków do Udanego Karmienia Piersią
*** MiędzynarodowegoKodeksu Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece



 
Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric