Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 kwietnia 2016

nr 30, 26 kwietnia



28 kwietnia 2016 r., 
Czwartek


Mania: 14 dzień
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 13 dni
Waga: 61,2 kg
Pogoda: Wiosna, wiosna w pełni - trochę słońca, trochę deszczu (i śniegu?) Czyli jak w przysłowiu - kwiecień, plecień - bo przeplata trochę zimy, trochę lata.



16:26



Urodziłam. Informacja dla wszystkich, którzy ciekawi, trzymali kciuki, myśleli i byli - chociaż tylko myślą - ze mną: Mania przyszła na świat 15 kwietnia o godzinie 5:30. Ważyła dokładnie 3, 560 kg i miała 56 cm długości. A do tego wybroczyny na główce i duże stężenie hemoglobiny we krwi.

A teraz flashback z tego, co się zdarzyło.

Tak jak pisałam, następnego dnia udałam się do szpitala. I czekałam. Trafiłam na sali na taką gadułę, że nie sposób było się wyłączyć i poczytać czy popracować. Przynajmniej się nie nudziłam. Potem dokoptowali nam jeszcze jedną dziewczynę. Tak mi jakoś znajomo wyglądała, ale ja nie z tych, co od razu zapytają: "Ej... a my się nie znamy z ...?" i tu pada jakaś "szkoła baletowa", "kolonia nad morzem" czy "warsztaty z rękodzieła".
- A który jesteś rocznik? -  pyta nagle ona.
- 8-8 - odpowiadam.
- Ja też - ona na to. - A nie chodziłyśmy razem do liceum?

Ja - duże oczy.
- O, rany... Tak? - Nie powiem, byłby wstyd, w końcu ten sam rocznik, to chyba powinnam poznać, a przynajmniej powinnam zacząć coś kojarzyć. A tu nic.
- Chodziłaś do "D"? - pyta.
- Tak! - odpowiadam zaskoczona. Jeszcze bardziej mi głupio, że ona kojarzy coś, a ja, jak taka dupa wołowa, siedzę rozkraczona ze swoją równie rozkraczona pamięcią i nadal "ni hu-hu".
- Ja chodziłam do "E" - kontynuuje ona.

Do "E"? Jeszcze gorzej, myślę, przecież znałam z tej klasy większość osób!
Szybko jednak powiedziała mi z kim się trzymała i nagle zaskoczyło! Ciekawe, że ten efekt zawsze ma taki zam dźwięk: "klik!" i łapiesz. Jak w jakimś mechanizmie. I od razu widać to też na twarzy. Niestety.

Okazało się też, że sama ma trudną sytuację w ciąży. Też miałam trudny początek, tylko u mnie wszystko się wyprowadziło. Cudem, bo cudem, ale wszystkie znaki na ziemie i niebie wskazywały, że dziecko jest zdrowe i takie też zamierza się urodzić. U niej - nie. Nie wchodzę w szczegóły, ale szczerze jej współczułam, chociaż wydawała się - jak na tę sytuację - bardzo pogodna. Może dlatego, że wyszła jej duża religijność, co przywróciło mi wiarę w ludzi, serio. Coraz mniej takich, którzy - w obliczu wydawałoby się tragicznej sytuacji - zawierzają wszystko Górze i wierzą, że i Ona pomoże im się wyzbierać z psychicznego dołka, kiedy już dziecko się urodzi. A miała zaplanowaną cesarkę tego samego dnia, co ja indukowanie porodu - w piątek, 15 kwietnia.

Czyli czekamy już we trzy. Skurcze niby są, ale takie, że to śmieszne nawet wspominać o nich komukolwiek. Mijają dwa dni i nic. Ale myślę: Wiecznie nie będę czekać, najwyżej do piątku.

No i ok. Codziennie zdrowaśka, by nie rodzić w nocy i budziłam się rano cała i ... podwójna. Aż do czwartku w nocy. Grześ po 1 obudził mnie długi, mocny skurcz. "Gaduła" nie spała. Mówię, że obudził mnie cholernie długi skurcz.
- Może nie będą musieli ci go wywoływać - mówi z optymizmem.
- Taaa... coś wspaniałego - mówię gorzko, ziewając. Czuję narastający niepokój i zmęczenie. W końcu to środek nocy.

Po trzech skurczach i skracających się minutach przerwy pomiędzy nimi poszłam do położnych. Zbadały mnie.
- No, to idziemy na blok - mówi jedna rezolutnie.
Cudownie..., myślę.
- Ile jest? Tak z ciekawości... - zagaiłam.
- 4 cm, jak nic.
- Szybko... - stwierdziłam i poszłam się spakować. Jedna z położnych pomogła mi się zabrać i poszłyśmy.

Skurcze szybko nabierały tempa. Zaraz po telefonie do położnej, z którą się umawiałam, kazali mi się położyć do KTG. I, jak poprzednio, dziecko postanowiło pójść w kimono i na wydruku widziałam równiuteńkie tętno - 120. A skurcze coraz silniej się pokazywały. Musiałam je znosić w najgorszej możliwej pozycji: na plecach.

Szybki sms do stworzonej wcześniej grupy, że "się zaczęło". Grupa wsparcia oczywiście nie zawiodła: siostra i mama od razu odpisały, że mi kibicują. Tylko eR. odezwał się z opóźnieniem. Ma mocny sen. Ale treść smsa postawiła go w stan gotowości. "Teraz chyba nie zasnę do rana", napisał. Potem się przyznał, że jednak po godzinie zasnął :)

Położna przyjechała błyskawicznie, jakby gnała na sygnale. Po 40 min mordowni na plecach ostatecznie uznali, że badanie KTG jest ok. Poszłyśmy do "pomarańczowej sali" do rodzenia rodzinnego i potem już się szybko potoczyło. Prysznic, przebrałam się i usiadłam ciężko na worku. Każdy skurcz był dobitny i trudny. Zwłaszcza, że położna naprowadzała dziecko przy badaniu podczas skurczów. Myślałam, że mi oczy z orbit wyjdą z bólu. Ale była noc. Spokojnie, zero szumu dziennej krzątaniny personelu. Teraz myślę, że może to nie był taki zły wariant: poród w nocy.

Dwa ostatnie skurcze przygotowujące były tak trudne, że naciągało mnie na wymioty i trzęsłam się cała.
- Chce mi się spać - mówię. - Najchętniej zasnęłabym, a nie rodziła. Nie mam już siły...
- To śpij - na to położna.

Zasnęłam. Dwa razy. A potem już się zaczął wysiłek. 3-4 skurcze i usłyszałam krzyk Mani. Byłam w szoku, że poszło to tak szybko.
- Świetnie! - na to położna. - Powinnaś szybko dojść do siebie, bo nie będzie żadnej rany.

Drugą położną okazała się być mama mojego kumpla. Ślub brał z moją dobrą koleżanką, na który nie mogliśmy przyjść, bo miałam już bóle wieczorami. Przy ogarnianiu mnie po porodzie opowiadała o tym, jak to wesele wyszło bajecznie, jak się ludzie bawili. Takie rozmowy rozładowują napięcie i kobieta czuje się komfortowo. Mówimy tu o względach psychicznych, oczywiście. Fizycznie, trudno mówić o jakimś komforcie, kiedy taka babka leża w mokrej piżamie z jeszcze nie do końca czystym bobasem.

Potem - jak nakazują wszelkie zasady - leżałam z dzidkiem dobre 3 h (mają być przynajmniej 2h) "skóra do skóry". I dostałam pojedynczą sale, z własną łazienką! Bardzo ładną, odmalowaną, z widokiem i, znów, cudownym poczuciem komfortu psychicznego, ale i fizycznego. Zwłaszcza, że nasz pobyt przymusowo musiałyśmy przedłużyć...

Tak, żółtaczka. Raz, że mała miała wybroczyny na główce, a dwa, że miała nieprawdopodobne stężenie hemoglobiny we krwi. Dlatego poziom bilirubiny nie chciał schodzić przez 3 dobry. W zasadzie mimo fototerapii poziom był dokładnie jednakowo wysoki.

Fototerapia. Co to takiego? To nic innego jak forma solarium dla noworodków. Leży taki malec na czymś w rodzaju niedużej deski surfingowej z grubym kablem. W szpitalu nieformalnie nazywają to "naleśnikiem" - taki "billy bed". Świeci toto fluorescencyjnym niebieskim światłem i ma zmniejszyć ilość bilirubiny. A chodzi o to, by naświetlało się największą możliwą powierzchnię ciała dzidziusia. Czyli: malec leży na twardej deseczce w samym pampersie. I z "okularkami" na oczach. Specjalna opaska ma chronić oczy, ale jest zrobiona z jakiegoś śmiesznego materiały, który rozciąga się trwale bardzo szybko, przez co przy kręceniu głową, "okularki" się przesuwają. A ponieważ to światło może naprawdę zaszkodzić takiemu maluszkowi, trzeba tego bardzo pilnować. Umówmy się: dzieci tego nie lubią. Ja też bym nie lubiła. Niestety to nie jest tak, że pielęgniarki się tym zajmują, ale mamy. I taka, psychicznie i fizycznie zmęczona, musi walczyć teraz z płaczącym noworodkiem, który nie chce leżeć na tym dziwnym czymś. Jeśli jednak taka mama jakimś cudem spacyfikowała bobasa, to opaska wszystko potrafi zepsuć: dziecko się budzi, denerwuje i znów wszystko od początku. W rezultacie dziecko nie leży tyle, ile powinno.

Po 2 dobie, kiedy opaska już naprawdę słabo trzymała, budziłam się co godzinę, by to kontrolować. Walczyłam z Manią całą noc. I kiedy rano zrobiono badania, które pokazały, że fototerapia nie przyniosła pożądanych efektów - rozbeczałam się przy lekarzu i pielęgniarce. Jak bóbr. Nie chodzi o to, że chciałam do domu, ale ani psychicznie, ani fizycznie nie byłabym w stanie znieść kolejnej nocy w taki sposób. Zlitowali się i wzięli Małą do siebie. Noworodki płakały, więc nie rozróżniałam, w którym momencie płacze moja córa. Wzięłam kąpiel i na zmianę spałam, odpoczywałam i odciągałam pokarm, by nie faszerowały Mańki sztucznym mlekiem. Leżała tam cały dzień i pół nocy. Mój mały dzielniaczek. Następnego dnia rano ponowiono badania i w południe okazało się, że... bilirubina spadła i wychodzimy do domu!

Pierwsze godziny w nowym miejscu były trochę nerwowe, bo też Buńka nie umiała inaczej, tylko głośno przy niej mówić. I cieszyła się, ale też stęskniła za mną, więc chciała być głównie ze mną i opowiadać o wszystkim i o niczym. Wciąż uczy się jak się przy niej zachowywać, by dziecię nie dostało zawału. Ale Buńkę wciąż interesuje "o! żółta kupa! Mamusiu, żółta kupa!", czy "a co robi dzidziuś?", "ja tylko głaskam... delikatnie głowę" .

Kolejne dni pokazały, że nasze modły zostały wysłuchane, a obawy się nie spełniły: mała je i śpi. I próbuje odbić powietrze, którym się zachłystuje podczas łapczywego jedzenia. Nie ma porównania z Bulińcią, która od 4 doby miała kolki, była nerwowa, nie chciała jeść ani spać jak Bóg przykazał - do 5 miesiąca. Ale potem i tak jej wysoka wrażliwość utrudniała normalne funkcjonowanie jako niemowlaka. A tutaj: godzina 21, dzieci śpią. Mania budzi się koło 1 w nocy, więc wieczór mamy z eR. dla siebie.

Niestety nie mogło być idealnie. Ponieważ poród był bezproblemowy (i bezzabiegowy) uznałam, że koniec krwawienia w 5 dobie to nic nadzwyczajnego. Po powrocie do domu, nie mogłam się opamiętać - tak nagle i z taka mocą wszystko wróciło. Pojawił się ból. Następnego dnia zaczęłam się dziwnie czuć - słabo i bez życia. Kolejny dzień znów przyniósł niespodziankę: wszystko znów ustąpiło. I tak w kratkę kilka dni.
- Zadzwoń do lekarza i zapytaj, czy to normalne, umów się na wizytę, bo wyglądasz gorzej niż po porodzie - Jak on umie wesprzeć żonę, nie?

I tak zrobiłam.
- Niech pani przyjedzie dziś do szpitala. Jestem do 14 - powiedział.

Na miejscu, zbadał mnie i zrobił USG.
- No, pani macica zrobiła fikoła - powiedział.
- A co to znaczy? - zapytałam zaniepokojona, że macica się oderwała i wypięła tyłem.
- To tzw. tyłozgięcie - powiedział. - Kanał się zawinął do tyłu i blokuje oczyszczanie się i obkurczanie macicy.

Pokazał mi coś na kształt worka świętego mikołaja i wygiętym "ogonem".
- A tutaj w środku widać, że coś tam jest - i tu wyliczył kilka opcji. - W taki sposób będzie się oczyszczać jeszcze z półtora miesiąca. Niestety duże prawdopodobieństwo, że w tym czasie coś się tam wedrze, jakieś zakażenie lub po prostu zacznie się psuć.

Przełknęłam ślinę. Pewnie trzeba będzie chodzić na kontrolę, żeby sprawdzać jak się oczyszcza.
Kiedy usiadłam przy biurku pokazał mi wydruki i podparł głowę ręką i westchnął.
- Wydaje się, że najrozsądniej będzie zaprosić panią do szpitala i oczyścić za jednym razem - powiedział ciężko. Moja mina chyba też wskazywała na duży niepokój.
- Rozumiem - bąknęłam. - Na długo..?
- Przyjechałaby pani rano, zabieg około południa i po południu by pani wyszła.
Wiedział, że perspektywa wyjścia mnie przekona. W końcu mam kilkunastodniowe dziecko.
- Pani karmi naturalnie?
- Tak.
- Trzeba będzie coś zastępczego, albo odciągnąć, bo potem po zabiegu nie będzie pani mogła karmić chyba z 8h, ale to zależy od rodzaju znieczulenia.

Zdecydowaliśmy się na zabieg następnego dnia. Mama miała przyjechać do małej. W lodówce było jeszcze sporo odciągniętego pokarmu, powinny dać radę. Dodatkowo kupiliśmy sztuczne. Bardzo awaryjnie.

I powiem tak: gdyby nie to, że lekarz, który mnie prowadził wszystkim się zajął, na 100% nie wyszłabym tego samego dnia. Zabieg miałam jako pierwsza, chociaż były kobiety, które już sporo czekały. Wszystko trwało 10-15 min. Moment usypiania, bardzo interesujący. Człowiek się budzi jak po kilku latach regenerującego, mocnego snu. Jedyny mankament, że po wybudzeniu, nie można spać. Ostatecznie wszystko się udało, chociaż w piątek muszę przyjechać do szpitala na kontrolę.

- A już myślałam, że po porodzie moje przygody szpitalne się skończą i nie zawitam tu za szybko - powiedziałam na odchodne.
- Pani to ma pecha. Ale w końcu szpitale mają pomagać i mam nadzieję, że tym razem już definitywnie - odparł.


wtorek, 12 kwietnia 2016

nr 29, 12 kwietnia - Hormony porodowe



12 kwietnia 2016 r., 
Wtorek



Ciąża: 40 tydzień..., 4 dni po terminie
Waga: 70, 3 kg (a tak nie mam apetytu...)
Pogoda: Szarawo, burawo, z małymi przejaśnieniami. Przynajmniej nie pada...





13:39


Ostatni wpis przed narodzinami Maniuli. Jutro, godzina 7 z jakimś hakiem, wyląduję na szpitalnym łóżku, uziemiona. Chyba, że w międzyczasie coś drgnie. Od piątku drży, ale potem rozchodzi się po kościach: niepewność, stres, a potem się wszystko wycisza. Już mnie to męczy. Może bóle porodowe to nie do końca coś, czego nie mogę się doczekać. Zwłaszcza, że już teraz wiem, jak to wszystko wygląda. Ale ciąża na tym etapie jest już tylko okropną uciążliwością. Brzuch jest bardzo duży, dziecko nie rusza się już tak rozkosznie, tylko boleśnie rozpycha, a przy dłuższym chodzeniu schodzi okropnie nisko - nie sposób nie pomyśleć, że chce się wymsknąć. Chodzę jak zmęczony sumo, albo jak tęga kaczka. bardziej na boki niż do przodu. Nawet nie wspominam o tym, że chyba zaczęłam już gromadzić wodę. Stąd przyrost wagi. Nie mam specjalnie apetytu, szybko się najadam, a waga pnie się w górę. Zresztą widzę na twarzy i rękach... jakby takie ciutkę przypuchnięte. 

Będzie bolało, wiem o tym. Ale już bym chciała małą Maniulkę trzymać na rękach, pozbyć się wielkiego brzuchola, ociężałości i zmęczenia po wyjściu po schodach czy problemów z trawieniem. Chciałabym móc się wreszcie wyspać na brzuchu (chociaż przy pełnych piersiach to podobno i tak średnio wchodzi w grę niedługo po porodzie) czy umyć porządnie poniżej pasa. Tak, żeby się nie zasapać na amen. Ubrać skarpetki czy buty. No i chcę się pozbyć pasażera na gapę - poduchy-dużej-fasoli. Już powoli mam jej dość. Co prawda ratuje życie, nie da się ukryć, ale oboje z eR. zaczynamy tracić cierpliwość: nie można się nawet porządnie przytulić. Z żadnej strony. A to jedyne, co nam zostało (mówimy tu o "wyjątkowości" tej mojej ciąży, a nie o zwykłej, bezproblemowej). Zresztą przytulenie się nawet na stojąco jest dość trudne.

Już dość narzekania. 








14:25

Siedzę u rodziców i staram się relaksować. Wypoczywać. Czeka mnie w końcu ponadludzki wysiłek. 
Teraz sobie myślę, jak to będzie. Hormony, jeden po drugim, będą atakować mój organizm, by zmusić ciało do urodzenia dziecka, by dodać mi energii i by mnie...hm... odurzyć. 

Hormony porodowe ne deskach sceny porodu


W czasie porodu mamy do czynienia z czterema hormonami. Najbardziej znana wszystkim kobietom jest oksytocyna. Bo oksytocyna robi to, sio i owo... 

No to teraz sobie przypomnę, o czym wiedziałam przed pierwszym porodem, a o czym już zdążyłam zapomnieć. W czasie porodu hormony pojawiają się w odpowiedniej kolejności i w odpowiednim natężeniu. Same się regulują, bo w innych okolicznościach działają na siebie wzmacniająco lub osłabiająco. 

I tak oto mamy: oksytocynę, adrenalinę, endorfiny i prolaktynę. W takiej właśnie kolejności.


Oksytocyna
Ten hormon rozpoczyna poród i przez cały czas towarzyszy kobiecie rodzącej. Jej poziom rośnie aż do urodzenia dziecka. Jeśli jest jej za mało, pierwszy etap porodu trwa w nieskończoność. Im jej więcej, tym sprawniej i szybciej przebiega. Cały czas się uwalnia także po porodzie, dzięki czemu można urodzić łożysko. W późniejszym czasie pojawia się przy karmieniu (albo odwrotnie: dziecko, ssąc pierś uruchamia ją, powodując wypływ mleka). No i oczywiście oksytocyna powoduje, że macica się obkurcza. Jeśli po porodzie zbyt szybko spada jej poziom, kobieta może mieć trudności z emocjami wobec dziecka. To podobno hormon miłości: mamy z nim do czynienia kiedy się kochamy, rodzimy i karmimy. Bardzo czuły hormon. I pomyśleć, że przynosi tyle bólu... No, ale ok, tyle mi wiedzieć wystarczy.

Adrenalina

Hormon stresu i energii. Pojawiają się emocje, pojawia się adrenalina. Poczucie zagrożenia i człowiek jakby dostawał dodatkowy zastrzyk energii, jest zdolny do wysiłku, o jaki się siebie nie podejrzewa. czyli w sumie to by się zgadzało. Pełna mobilizacja. Niestety hamuje oksytocynę, więc jeśli kobita się zestresuje na starcie, na pewno usprawni jej to rodzenia. Zbyt duży stres może podobno zahamować akcję porodową. A jak już się człowiek nastawia, że rodzi, to chce urodzić, wiadomo. Czyli miłe otoczenie, znajome twarze, przytulne miejsce, znajoma położna i tak dalej... 

W czasie porodu pojawia się w drugiej fazie: daje niewiarygodnego kopa. Oczywiście nie trwa wiecznie i jeśli pierwszy etap trwał długo, co może cholernie zmęczyć rodzącą, to drugi etap nie będzie tak efektywny po "uderzeniu" adrenaliny i wymagane będzie wsparcie w postaci dodatkowej porcji tlenu. Kiedy dziecko się urodzi, natychmiast opada. Wtedy także przychodzi moment na odczucie nieprawdopodobnego zmęczenia. Cały czas w kobiecie buzuje oksytocyna, by urodzić łożysko, a brak adrenaliny powoduje, że dla niektórych kobiet wydaje się być to wysiłkiem ponad siły, chociaż nie ma co do czego porównywać, rzecz jasna.

Endorfiny

Wszyscy je znamy - hormony szczęścia. Pojawiają się, kiedy czujemy się wyjątkowo szczęśliwi i odczuwamy przyjemność. Wystarczy zjeść czekoladkę i już człowiek czuje się pocieszony. Może to dość banalne uproszczenie, ale w ogromnej dawce endorfiny działają już nie tylko krzepiąco, ale także odurzająco. Są jak narkotyk. Pojawiają się w drugiej fazie porodu, kiedy wysiłek jest największy. A im większy, tym ich więcej. Dzięki temu kobieta jest w stanie znieść ten ból. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co to jest za ból bez tego rodzaju "znieczulenia", skoro nawet z pomocą endorfin ból jest tak dojmujący, że niejedna z kobiet ma długo traumę. 

Jeśli masz już za sobą poród, możesz mieć poczucie, że na sali jesteś tylko ty i ból. Gdzieś w tle majaczy położna lub położne a potem też lekarz. Większość czasu sama pamiętam jak przez mgłę. Czasem kobiety zachowują się nieobliczalnie, wywrzaskują hasła utyskiwania w stronę mężów, przeklinają i różne takie. No cóż... narkotyki też mają różne działania uboczne. 

W momencie urodzenia dziecka kobieta przestaje czuć jakikolwiek ból. Jest taki moment. To właśnie wtedy poziom endorfin jest bardzo wysoki, a skurcze parte gwałtownie znikają. Pamiętam, że bardzo mnie to zaskoczyło.

Prolaktyna

Hormon, który generalnie kojarzymy z karmieniem. I słusznie. Przygotowuje kobietę na macierzyństwo  w czasie całej ciąży i rośnie wraz z jej wiekiem. Ale kiedy przychodzi czas porodu, nagle jej poziom spada, ustępuje miejsca oksytocynie, a potem adrenalinie i endorfinom. Teraz kobieta nie myśli o tym, że będzie miała mieć dziecko. Myśli zadaniowo, po prostu ma zadanie do wykonania. I póki się dziecko nie urodzi, prolaktyna siedzi cicho. Wkracza do okazji dopiero po porodzie. Ale za to jak! Zalewa organizm kobiety, powodując, że zaraz po porodzie kobieta może karmić. Jednak nie zawsze, wiemy o tym. Czasami poziom tego hormony jest niewystarczający i na moment pierwszego karmienia trzeba poczekać. Wahania tych hormonów i to w jakiej ilości się wydzielają ma znaczenie dla sprawności przebiegu porodu. Stąd wniosek: każdy poród jest inny. 


Mężczyźni i hormony porodowe

Tak, właśnie tak. Ojcom również się udzielają. Adrenalina i endorfiny naturalnie pojawiają się (nie na takim poziomie jak u kobiet, oczywiście) u mężczyzn z oczywistego powodu: są emocjonalnie i uczuciowo związani z partnerką, oczekują potomka, to dla nich wynik ich zabiegów o przedłużenie gatunku, mówiąc bardzo technicznie. Ale o to tu chodzi, nie ma się co czarować. 

Tymczasem u nich także pojawia się oksytocyna. Nie tylko podczas orgazmu, bo to już podobno jest prawda znana od dawien dawna. Ale jej poziom jest podwyższony także po narodzinach dziecka. Hormon czułości i opiekuńczości pojawia się właśnie po to, by łatwiej było mężczyźnie nawiązać uczuciowy kontakt z dzieckiem, by zawiązać trwałą więź. Oczywiście sama postawa ojca, który chce, jest bardzo istotna - hormon nie załatwi tego za nich. Ale prawdą jest, że kobieta nosi pod sercem i czuje (bardzo fizycznie przecież!) swoje dziecko. Jej matczyna miłość już wówczas ma możliwość rozwijania się. Mężczyzna nie ma tej okazji. Jest zewnętrznym obserwatorem rozwoju maluszka w brzuchu. U niego naturalnie ta więź się nie wytworzy w czasie ciąży. Nawet jeśli sądzi, że jest inaczej. Urodzenie się dziecka zmienia życie wszystkich. Nawet jeśli się nastawiali na wywrócenie go "do góry kołami", to i tak zawsze jest to coś zaskakującego. I o ile matka ma już w sobie instynkt macierzyński i wiele rzeczy szybko wyczuwa u dziecka, tak ojciec może być w szoku. Zwłaszcza, że pewnie liczył na powrót pewnych kwestii do tego, co było przed ciążą. A teraz jego kobieta zapatrzona w dzideczka, raczej nie myśli o wielu rzeczach, o których myśli jej partner. Czyli czasami jest różnie. Ale hormon to jakby taka "fizyczna", "realna" pomoc organizmu w trudnym momencie dla młodych rodziców. Trzeba ją tylko wykorzystać.

wtorek, 26 stycznia 2016

nr 10, 4 października



4 października 2015 r.
Niedziela

Ciąża: 13 tydzień, 4 dzień
Waga: nie wiem, ale chyba nie tyję...
Pogoda: U nas nadal ładnie i ciepło. Żal serce ściska, że nie mogę skorzystać z pogody. Z drugiej strony fajnie, że ta jesień taka ładna i optymistyczna. Mimo żalu mam inne nastawienie niż jakby lało, było brzydko i zimno.

9:46

Stanęło na tym, że ostatecznie nie zrobili mi tego nakłucia, bo dziecko jest jednak małe, wiec ryzyko poronienia jest większe. Chociaż bardziej chodziło im o to, że ja już jestem długo pod wpływem silnego stresu, a to jest samo w sobie - mówiąc delikatnie - niewskazane. Jeśli do tego dojdzie nakłucie, może być groźnie... Komfort komfortem, ale jeśli mogę stracić dziecko, to wolę cierpieć. I to nie tak, że odznacza mnie jakiś szczególny heroizm. Wręcz przeciwnie. Ale matki tak po prostu mają.

Przenieśli mnie na inny oddział, na ten, na którym powinnam być.. Ten paskudny, odpychający... Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, kiedy "zakwaterowano" mnie do dwójki. Tylko ja i jakaś młoda dziewczyna w podobnym wieku co ja. Sala co prawda nie jest taka fajna jak tam, ale na tym oddziale nie ma ładnych sal, wiec ciesze się dwójką;)

Tu mam być na obserwację. W weekend szpital zamiera. Niestety tu jest inaczej niż w naszym szpitalu, gdzie przynajmniej jest dużo odwiedzających, a tutaj naprawdę niewiele. Chyba dlatego, że wiele osób jest spoza Krakowa. Ale cisza jaka panuje na korytarzu jest praktycznie martwa... coś okropnego. A noc? Budzę się do sikania, a tutaj okropnie cicho, jakbym sama była... upiornie.

Ból niestety wciąż mi dokucza i twarz mam cholernie zmęczoną... Po sesji na studiach wyglądałam lepiej.
A dopiero w poniedziałek będę coś wiedziała. Może się okazać, że lekarze na tym oddziale zadecydują inaczej i będą mnie kłuć, albo w ogóle wypuszczą (tak jak ostatnio). Kto ich tam wie...

Wczoraj miałam straszny kryzys. Chciało mi się beczeć i po prostu zabrać się do domu. H. ze mną rozmawiała przez telefon (o ile można to nazwać, w końcu ona jeszcze nie bardzo potrafi rozmawiać). Pod koniec miałam taką gulę w gardle, że bałam się dalej mówić... Strasznie za nimi tęsknie. Tylko, że eR. mnie odwiedzi, a mała Jagódka - nie...


środa, 20 stycznia 2016

nr 9, 1 października



1 października 2015 r.
Czwartek

Ciąża: 13 tydzień, 1 dzień
Waga: może trochę ponad 56? może prawie 57? nie wiem. nie dbam o to. póki co. to znaczy: póki noszę głównie piżamy.
Pogoda: śliczna. świeci słońce, niebo bezchmurne, 13 stopni, jak widzę na telefonie...

13:19

Dzisiejszy poranek nieoczekiwanie przybrał inny obrót spraw. Od wczorajszego popołudnia "dolegliwości bólowe" (niedługo będę się tylko takimi medycznymi sformułowaniami posługiwać) pogłębiły się. A dziś rano jeszcze nie wstałam na poranną toaletę, a już mi ból doskwierał (zazwyczaj po nocy, tj. po długim leżeniu we względnym bezruchu, było lepiej). Zbadali mnie jeszcze raz, ale po badaniu nie wiedziałam wiele więcej.

Przyszło śniadanie, ale nie zdążyłam nawet czknąć: wzięli mnie na USG i lekarz, który to badanie przeprowadzał (na tabliczce przed drzwiami zobaczyłam nazwisko: to był ten lekarz, który potrafił przeprowadzić biopsję kosmówki!) stwierdził, że on te cysty (torbiele) może nakłuć.

Swoją drogą badanie było bardzo sprawne i dokładnie zrobione. Od razu można to było wyczuć: pełna profeska. Dzidzius elegancko się prezentował na obrazie. Badał mi jeszcze przepływ krwi w łożysku i jajnikach, czego wcześniej nie robiono.

No, czyli zaproponował mi przekłucie cyst. A ponieważ ten jeden, najbardziej mi dokuczający jajnik jest z przodu i jest wyczuwalny "pod ręką", on normalnie zrobiliby to przez brzuch ze znieczuleniem miejscowym. Drugi jajnik jest z tylu i trzeba byłoby to przekłucie robić "od wewnątrz", co jest bardziej skomplikowane, bo to byłby już bardziej zabieg. On proponuje, by najpierw przekłuć jeden i zobaczyć czy będzie poprawa i w ogóle, jak organizm zareaguje...

Czy to konieczne? Powiedział, że to na razie nie jest kwestia życia i śmierci i mogę czekać, aż te zmiany się cofną. Tak może się stać, kiedy łożysko się całkowicie wykształci i przejmie "opiekę" nad dzieckiem. Teraz, póki łożysko jest w fazie rozwoju, jajniki są obciążone "dbaniem" o dziecko. Ale to znaczy, że jeszcze długo będę leżeć i walczyć z bólem. A idzie już trzeci tydzień, jak mnie boli. Zaczynają mnie od tego boleć nogi... mam już szczerze dość tego bólu, bo leki prawie nie pomagają... Jednak ból to jedna strona medalu.

Inna kwestia to taka, że jeśli zmiany się nie cofną, może być za późno, bo dziecko będzie za duże i będzie uniemożliwiało dostanie się do tych jajników.

Niestety istnieje także zagrożenie, że te cysty popękają, poskręcają się i jak się tam w środku to rozleje, to będę miała duży problem. A skręt jajnika oznacza jego usunięcie.

Konsultowałam się ze swoim lekarzem, który już wszystko wiedział, kiedy do niego oddzwaniałam. Mówił, że rzeczywiście istnieje to ryzyko. Zresztą on mi o tym mówił od początku, a dziecko rośnie i zaczyna się robić ciasno. A stres organizmu powodowany przewlekłym bólem może bardziej zaszkodzić dziecku niż nakłucie. To nakłucie też może spowodować poronienie, ale z tego co mówił lekarz, prawdopodobieństwo jest minimalne. Co nie wyklucza i najgorszych scenariuszy. Biorę progesteron w tabletkach na podtrzymanie ciąży i potem też będę brać... W ramach takiego jakby "wsparcia" organizmu. Potem i tak będę pod ich kontrola w szpitalu...
- Jeśli będzie to robił W. (nazwisko lekarza, który przeprowadzał to badanie i miałby przebijać te cysty), to ja bym się zgodził - powiedział na koniec.

Wyraziłam zgodę. Pisemną. To nakłucie będzie jutro.

13:50

Ledwo to napisałam, a przyszedł lekarz. Pytał, czy miałam kiedyś - uwaga - nerwicę. Dość mnie to zaintrygowało. Skąd oni to wiedzą?!
- A jakie miała Pani objawy?
- Ataki bulimiczne... - powiedziałam niechętnie. - Ale nie sądzę, by to miało jakiś wpływ. To było jeszcze przed pierwszą ciążą, która przebiegła prawidłowo...
- Czy jutro mogłaby Pani spotkać się z psychiatrą? Przyszedłby tu do Pani - zaproponował.
- W porządku - powiedziałam. - Ale czy na jutro nie jest ustalone nakłucie cyst?
- Cały czas zastanawiamy się, czy nie ma lepszego rozwiązania... 


W końcu nakłucie zawsze niesie ryzyko poronienia. Normalnie nie aż takie, ale w moim wypadku mamy do czynienia z długotrwałym stresem. Nakłucie przy takim stresie może wywołać reakcję, której nie można przewidzieć. Czyli ryzyko rośnie.
 Psychiatra ma ocenić czy jakieś zaszłości nerwicowe, które w lekkiej formie ale jednak, czasem wracają, nie mogły się przyczynić do powiększenia jajników. Wizyta psychiatry jednak nie wyklucza nakłucia. 




nr 8, 30 września



30 września 2015 r.
Środa

Ciąża: 13 tydzień, 0 dzień
Waga: 56 kg? (no bo kiedy mam się ważyć? ale nie sądzę, bym specjalnie przytyła w tym stresie)
Pogoda: Nie wiem. Nie odgrywa w ogóle roli. Chyba nie pada. Tyle wiem.

12:11
 
Dowiedziałam się, że to badanie robi się jeszcze prywatnie w kilku miejscach, m.in. w Krakowie. Robi to jeden lekarz, który nota bene pracuje w tej klinice i na tym oddziale! Tylko oczywiście nikt tego tutaj nie zaproponuje, bo kwalifikacje na przeprowadzenie tego badania są bardzo trudne do uzyskania i ma je zaledwie kilku lekarzy w Polsce. A jak ktoś się wybija poza środowisko, to nie jest to tamże mile widziane.

Poza tym kasa. Umówmy się: jeśli badanie - trudne i niebezpieczne - wykonuje tylko kilku ludzi w Polsce, to prywatnie będzie nieprzyzwoicie drogie. Ale nie znam nawet szacunku, ile może kosztować. Może nawet z kilka tysięcy...

Wczoraj nie mogłam spać, a dziś już jest nadzieja... Tylko pytanie, czy będziemy mieli tyle. Nie ma czasu na zaoszczędzenie, bo mam kilka dni, żeby to badanie zrobić... 

W mojej sytuacji powinno się zrobić inne badanie: biopsję kosmówki, czyli pobranie fragmentu łożyska. Potem się te komórki hoduje i wtedy dopiero można coś stwierdzić. To wymaga czasu. Teraz przypominam sobie, jak tłumaczył mi to badanie lekarz... 
Chyba zejdę ze świata: chcą mnie kłóć, co niesie duże ryzyko poronienia, a będą badać nie to, co trzeba! Czuję się jak w filmie absurdu. Czekam, że może P. (wujek) przyniesie jakieś wieści.

14:30

Koło południa przyjechał P. i od razu wkroczyl do akcji. Okazało się, że prowadzić mnie będzie jego dobry kolega. On jest ginekologiem-onkologiem. To zmienia wszystko. Jest podobno naprawdę doświadczony i konkretny. Był teraz w przychodni i ma do mnie przyjść po południu. Z tego, co mu powiedział P. - widział te moje badania (kolega), które robili mi dziś, powiedział, że zaśniad to podejrzenie ogromnego kalibru. I z tego,co widział badania,on myśli że to nie to. A jest onkologiem. Zaśniad to nowotwór, facet musi wiedzieć co mówi a jeszcze zna P.,wiec raczej przez wzgląd na to, na pewno nie tylko "rzucił okiem".

Co więcej: P. powiedział też, że zostawią mnie na razie na tym oddziale (o, rany! co za ulga!) i przynajmniej będę pod dobrą opieka, bo reszcie lekarzy nie bardzo ufam. Jak i P. ... Z drugiej strony on tam poszedł, a jest lekarzem - to w wielu sytuacjach zmienia postać rzeczy. Lekarze bardziej współpracują i coś więcej mówią...
P. też ma codziennie dzwonić i dopytywać. Takiego czegoś nie można zbyć. Jeszcze jedna lekarka, docent, starsza kobita, ma zejść tu do mnie. Jest endokrynologiem, a jak byłam tu ostatnio, to niestety jej nie spotkałam. Nie miałam wielu konsultacji, po które mnie z S. tu przywozili.

Lekarka N. jakkolwiek widać, że kompetentna, nie widziała moich badań. N. ją tak ogólnie o to wypytała. P. wziął do niej namiary i powiedział, że będzie wieczorem do niego dzwonił, jak będzie już po rozmowie ze mną (lekarz-kolega). Powie mu jeszcze o tej biopsji jeszcze. Cały czas mnie to stresuje, bo czasu nie mam... Podobno to działa tak, że szpital wysyłający przygotowuje pacjentkę: robi badania, na które czeka się tydzień. A jeszcze termin... Niestety nie ma tak, że 'wskoczy się', bo jest taka sytuacja. Tam kobiety czekają w takiej samej sytuacji jak ja. Nie maja lepiej. Poza jednym: są umówione.

Na razie P. mnie skutecznie, chociaż tylko częściowo, uspokoił. Przynajmniej wśród nieodpowiedzialnej zgrai lekarzy (aż się na usta ciśnie: lekarczyków) jest ktoś sensowny, myślący i nie jestem skazana na całą resztę. Pewnie po jego wizycie i jakimś namyśle (musi podjąć działania) będę wiedziała więcej... Czy słusznie mogę lodetchnąć..

Mięli mnie przenosić na ten okropny oddział, ale na szczęście zostaje tutaj. Tamci lekarze byli gorsi: tylko straszyli nowotworem, a po dwóch dniach wysłali do domu. Tu nawet są ludzkie warunki. Dziś kobieta, która leżała ze mną na sali - wyszła. Jestem sama w małej dwuosobowej sali. Łazienka ma zamykane nowe prysznice a nie te śmieszne firanki. Mimo wszystko takie rzeczy w ogóle nie maja znaczenia, kiedy człowiek goni czas, zdrowie czy nawet życie. Ale przynajmniej tym jednym się człowiek nie musi stresować: że leży z obcą chorą baba albo kilkoma na sali, która odpycha (sala, nie baba, rzecz jasna!) i człowiek marnieje od samego w niej przebywania; że ktoś pod prysznic wejdzie a tam licha na wpół przeźroczysta firanka...itd. Trochę tak, jakbym się miała martwić, że H. (moja córunia) pójdzie do przedszkola w brudnych ubrankach a eR. nie ogarnie domu. Jakbym się jeszcze o to miała martwic, to bym padła. Niby nie ma znaczenia, a jednak zapewnia komfort psychiczny.

14:55

Jeszcze teraz właśnie rozmawiałam ze swoim lekarzem. Dzwonił do mnie. Wypytał o wszystko i okazuje się, że on też zna tego kolegę P.. Zadzwonił do niego, jak się dowiedział, że on mnie będzie prowadził.

Zna też kilku tutaj i mówi, że na tym oddziale może coś jeszcze "popchnąć"dalej. Powiedział, że będzie do niego dzwonił i "gnębił telefonami" jak to ujął, żeby mnie nie zbyto.

To jest fantastyczne, że trafił mi się taki spoko ginekolog.

15:15

Lekarz znów dzwonił: rozmawiał z tym kolegą po tym, ja rozmawiał ze mną. Wychodzi na to, że na razie nie ma zagrożenia, bylebym się nie ruszała z łóżka, jak nie muszę.
Tak dla odmiany.

Poczucie, że tyle osób mam za sobą i mogę rzeczywiście odczuć ich wsparcie jest czymś naprawdę niesamowitym. Po prostu nie jestem z tym problemem sama i wydaje się, że już w dobrych rękach.

17:15

Dzięki naciskom P. i mojego lekarza, kilku ludzi siedziało nad moimi wynikami, badał mnie nawet ordynator (no, czuję się zaszczycona... ekhm).
Wykluczyli zaśniad. Na tym etapie, w organizmie byłyby już komórki nowotworowe, które nie wyszły w badaniach. Co prawda nie wiedzą, co mi jest, ale przynajmniej czas nieco zwolnił i wiem, że dziecku nic nie ma.

Strategia? Na razie mają mnie monitorować. Przynajmniej do piętnastego tygodnia, czyli około dwóch tygodni, bo sytuacja mimo że stabilna, jest wciąż niepokojąca. Zwłaszcza te jajniki.
Muszą je uspokoić, ustabilizować i upewnić, że mnie nie bolą. A bolą. I póki bolą nie ma mowy, że mnie wypuszcza.

Z drugiej strony oni się tu nie patyczkują i bez potrzeby trzymać nie będą. Na dzień dzisiejszy prognozy są takie, że psychicznie muszę się nastawić na leżenie do końca i cesarkę, bo w takiej sytuacji rodzenie siłami natury nie wchodzi w grę. Ale na myślenie o tym jeszcze przyjdzie czas, wiec nie wybiegam.

nr 7, 29 września




29 września 2015 r.
Wtorek

Ciąża: 12 tydzień, 7 dzień
Waga: Zapewne koło 56 kg.
Pogoda: Bez zmian - ładnie, jesiennie, jak z pocztówki.



9:16

Nieoczekiwanie pojawiły się nowe okoliczności... 
N., moja przyjaciółka od LO, mieszkająca teraz w Krakowie urodziła teraz drugie dziecko. Miała naprawdę dużo szczęścia: tyle różnych podejrzeń,a urodziła zdrowe dzieci! Drugi raz na Ujastku, gdzie miała rewelacyjną lekarkę, która naprawdę zna się na tym, co robi. Otóż N. była wczoraj u niej  na kontroli i za moją wiedzą i zgodą podpytała ją o ten przypadek zaśniadu, ale w kontekście mojej sytuacji... Lekarka była zszokowana i wręcz oburzona zachowaniem tutejszych lekarzy. Tutaj, znaczy w klinice - to jest szpital uniwersytecki UJ. 
Wyjaśniła jej to (lekarka, nie klinika, rzecz jasna), czego mnie też do końca nie wyjaśniono. Ten cały zaśniad to jest nowotwór. To nie tak, że te komórki zmienią się w komórki rakowe ale nimi są! Pytanie tylko, czy jest złośliwy. A b. często jest. 
Problem w tym, że tutaj wciąż mi mówią o amniopunkcji. Tymczasem lekarka N. powiedziała, że amniopunkcja bada kariotyp dziecka, jego zestaw genów. A zaśniad to kwestia łożyska. To zupełnie coś innego! Przy zaśniadzie kariotyp dziecka może być dobry, a łożysko może być jedną bombą zegarowa. I ten rodzaj nowotworu bardzo szybko się rozwija. Może się okazać, że amniopunkcja nie wykaże nieprawidłowości, a jednak to będzie zaśniad. Dlatego potrzebne jest inne badanie. Też inwazyjne. Robią je w Warszawie do trzynastym tygodniu ciąży, a ja teraz jestem w trzynastym tygodniu! Mam kilka dni! 

Ta lekarka obiecała się wywiedzieć, gdzie jeszcze można zrobić to badanie i w ogóle szczegóły...

04: 10

Nie śpię. Nie mogę. Umieram z nerwów.
Wieczorem z płaczem dzwoniłam do eR. i mamy. Są przestraszeni, bo doskonale wiedzą, że na tym oddziale można się zawieść. A raczej na tych lekarzach.

Mama zaraz wydzwoniła P. (wujka), który też potem do mnie dzwonił.
Kiedy wyjaśniłam powód, dla którego skoczyło mi ciśnienie, mówiąc delikatnie, powiedział, że będzie dzwonił do lekarki tam pracującej (a będącej jednocześnie jego pacjentką) i do kolegi, który tam jest - na tym konkretnym oddziale, na Ginekologii. Fart. Przyjedzie też, by osobiście dowiedzieć się czegoś.
- Niestety podejście marketingowe kliniki jest na tragicznym poziomie - mówił. - Nie informują pacjentów, mają pretensje, kiedy pacjent coś chce lub kiedy przybierają pasywną postawę w dziwnym oczekiwaniu, nie robiąc niczego... Te oddziały nie mają dobrej opinii... Chociaż jest tam kilku ludzi, którym można zaufać i jak tylko się od nich czegoś dowiem, dam ci znać.
- Dziękuję...

Serce mi łupie w piersi. Oczy mam czerwone i obolałe od ocierania łez. Ani film, ani książka dziś mi nie pomogą. Nie mogę oderwać myśli od tego, co może się stać... że wszystko można tak łatwo zaprzepaścić, mijając się z terminem! To kwestia czasu, którego nie mam! Pierwszy raz poczułam oddech przeznaczenia na szyi. Zimny, oślizły i śmierdzący. Trzęsę się wciąż ze strachu. Z bezbronności. Mam poczucie zakleszczenia, jak w pułapce. Nie mogę nic zrobić!


wtorek, 19 stycznia 2016

nr 6, 28 września




28 września 2015 r.
Poniedziałek

Ciąża: 12 tydzień, 6 dzień
Waga: Już sama nie wiem, nawet nie wchodzę na wagę. Pewnie wciąż tyle samo (koło 56 lub 57 kg), bo nie jem za wiele, ale też tylko leżę.
Pogoda: Jest przyjemnie, świeci słońce: prawdziwa złota jesień. 


19:50

Miałam jutro jechać z badaniami (rano robiłam), ale sprawy potoczyły się inaczej. 

Weekend okazał się koszmarny, ale nie tak jak poniedziałek. Mała Jagódka w Klubiku, nie musi patrzeć przez większość dnia jak buczę z bólu. Nie miałam nawet sił dzwonić do lekarza - bałam się, że się rozbeczę.

eR przyjechał na drugie śniadanie koło jedenastej i zobaczył, że jestem w kiepskiej formie. 
- Co mam zrobić? - gorączkował się. - Mam jechać do szpitala?
- Ale co oni mi poradzą w szpitalu? - ryczałam. - Sam M. (tu nazwisko lekarza) twierdzi, że to bez sensu, bo przecież oni tam nic mi nie będą mogli pomóc.. Dzwoń do niego i zapytaj.
- Ja? - spłoszył się.

Wiedziałam, że tak będzie: bronić się rękami i nogami. On nie cierpi takich rzeczy załatwiać. Mówi, że czuje się taki głupi, jak nie rozumie, o czym oni mówią. 
Cóż, ja też nie lubię takich rzeczy. I też nie zawsze ogarniam tą terminologię. Ale ja uważam, że to nie ja kończyłam studia medyczne i nie muszę wiedzieć wszystkiego w tym temacie. Ja, będąc po historii nikomu nie każę znać szczegółów przebiegu II Wojny Światowej na froncie zachodnim ze wszystkimi szczegółami. Dlatego zawsze pytam lekarzy, co to znaczy i proszę, żeby mi to jeszcze raz, tylko po polsku. 

eR., jak sie okazało, nie nie mial oporów dzwonić do lekarza ,ale ten powiedział, że nie ma lepszego szpitala jeśli chodzi o możliwości techniczne i poradzil, by "spakował żonę i jechał na SOR, w budynku, gdzie leżałam". Decyzja wydawała się być podjęta. 

Telefon do mamy: odbiorą małą H., mam się nie martwić, a ona szybko zadzwoni do szpitala, czy moze te wyniki z dzisiejszych badań już będą.

Były. Odebrała je. I były ok. Jeden wskaźnik był podwyższony, ale on jest podwyższony zawsze, gdy kobieta jest w ciąży. No i dupa.

Szybko się spakowałam, a raczej dyrygowałam eR., który mnie pakował i pojechaliśmy. Oczywiście w drodze przez Zakopianką zwróciłam tę biedną kanapkę z szynką, którą mama wcisnęła mi na drodze, bo "nic nie jadłaś cały dzień, a tam już o tej porze będzie po obiedzie". 

Przyjechaliśmy, a tu żywej duszy nie ma. Nie tylko pusto, ale i jakoś dziwnie cicho. Nawet nie było kogo zapytać, gdzie się udać lub co robić. W końcu zapytaliśmy pani sprzątającej, która ca całe szczęście pojawiła się na horyzoncie. Wyjaśniła, w które drzwi trzeba dzwonić. Tak zrobiliśmy, ale pielęgniarka powiedziała, że i tam musimy czekać, bo jest tylko jeden lekarza i akurat ma zabieg. 
- To może potrwać od pół godziny do dwóch - powiedziała. - Kiedy przyjdzie, poproszę panię. Proszę poczekać.

Oczywiście mieliśmy tego pecha, że czekaliśmy te dwie bite godziny. W tym czasie dzwonił do mnie też wujek, który jest lekarzem w Krakowie i ma tam jakieś znajomości, może dopytać, co i jak. Zapewnił, że na dniach się pojawi i bym dała mu znać - jeśli mnie przyjmą - gdzie leżę. 

Czekanie było jedną wielką męczarnią. Książka nie pomagała. Wtrąbiłam precla ale tylko napaskudziłam okruszkami. Samopoczucie się nie poprawiło. A pogoda była piękna, jesienna, ale kolorowa i ciepła.

Gdzieś koło siedemnastej pojawił się lekarz. I tutaj nastąpił jakiś przełom. Wreszcie ktoś zajął się tym, czym trzeba i jajniki potraktowal jako poważny objaw, ale i obiekt do leczenia. Wcześniej skupiano się tylko na tym, że to wynik nieprawidłowości płodu. Może tak być, ale jeśli coś się przeoczy, przegapi, zlekceważy i któraś z nich cyst po protu pęknie?! 

Dobrze, że facet był ok. To znaczy, lekarz. Wujek mówił, że oddział, na którym już leżałam nie ma specjalnie dobrej opinii. Nie są chętni to informowania pacjentów o ich stanie, wiecznie mają pretensje, że człowiek chce się czegoś o sobie dowiedzieć, lub gorzej: chce, żeby go w końcu zaczęto leczyć. Nie tylko on tak twierdził: wiele kobiet, które były pacjentkami na tym oddziale nie wraca do domu zadowolonych z opieki i w ogóle działań lekarzy tu pracujących. Wielu z nich to karierowicze: jeśli tylko jest szansa wpisania w CV doświadczenia z pacjentem, który był szczególnie rzadkim przypadkiem, to trzymają się tego kurczowo, zamiast wyjść poza schemat.

Teraz myślę już o tym inaczej i zaczyna mnie niepokoić taka postawa. Mogą coś zwyczajnie zaniedbać. I kto na tym ucierpi? No, chyba ja. I dziecko na dokładkę. 
Nie wiem, czy chcę tu być zostawiona na ich pastwę. To, że jestem wśród lekarzy w ogóle mnie nie uspokaja. Jak sobie przypomnę, co mówił M.(lekarz), że profesor (z którym w ogóle nawet nie rozmawiałam, chociaż na jego prośbę byłam tu sprowadzona) sądzi, że być może to może być przypadek zaśniadu częściowego. Jest on bardzo rzadki i daje właśnie takie objawy i trzeba to wykluczyć. I tylko profesor (ah, no tak! profesor, czyli musi mieć rację) zasugerował diagnozę, od razu jej przyklaśnięto. Raz, że to najprostsze, a dwa - to byłby ciekawy przypadek. Uch.

Tak czy owak, kiedy pojechałam na ten dyżur, lekarz okazał się sensowny. Nie myślał schematycznie, jak ci wcześniej. Ale nie mieli miejsca na Endokrynologii. 
- Gdyby Pani jutro przyjechała, to już się zwolni coś... - myślał na głos.
- Proszę, nie mam sił wracać. Ta droga zbyt wiele mnie zdrowia kosztuje -wyznałam żałośnie. - Jak tylko okaże się, że będę mogła być przyjęta, to spróbuję tu załatwić sobie nocleg, mam rodzinę...

Wiedziałam, że muszę się wydomagać wszystkiego, a dodatkowo mój lekarz powiedział, bym zrobiła wszystko, by mnie przyjęto.
- Nie, no w ogóle nie powinienem Pani stąd wypuścić. Jajniki są naprawdę duże. Spróbujemy na innym oddziale, a potem Panią przeniesiemy... 

Ufff... nie będę musiała nikogo zmuszać do przyjęcia mnie tutaj. Ulga.
Sięgnął po telefon i zadzwonił. Udało się. Na Ginekologii. 

Po wszelkich formalnościach, pielęgniarka zawiozła mnie na górę. Cichutko, jakby nikogo nie było. Panie bardzo miłe, szybciutko dały mi salę na końcu korytarza, blisko łazienki (zaraz poruszania, tylko do łazienki znów zaczął obowiązywać). Dwójka, nowo zrobiona, schludna i byłam sama. Wybrałam łóżko pod oknem. 
Jutro maja mnie przenieść na właściwy oddział, a tam już leżałam. Fuj. Duże i stare sale, przygnębiające kolory jak ze starych szpitali... Ciemne korytarze wyłożone ciemnymi, lśniącymi, niedużymi kafelkami połączonymi z jasną, kiedyś białą fugą. Krótko mówiąc: obskurny jak z psychiatryka... bo to stare budownictwo, alla kamienica. Nie spieszy mi się tam, ale dopiero tam podejmą jakieś kroki. 

Już teraz szkoda mi opuszczać tę miłą salę. A jeszcze bardziej mi szkoda, że eR. już pojechał i zostałam literalnie sama. Z pierwszą nocą w szpitalu. Zawsze po przerwie, pierwsza noc jest najgorsza... 

Słońce już zaszło, ale niebo wciąż było pogodne i jasne. eR kupił mi książkę i coś na kolację, bo jej czas minął jakieś trzy kwadranse temu. 

Tymczasem właśnie podeszła dietetyczka i zapytała, czy przynieść mi kolację. Zgodziłam się. Może akurat trafi się jakaś cząstka pomidora.


nr 5, 25 września



25 września 2015 r.
Piątek

Ciąża: 12 tydzień, 3 dzień
Waga: 56, 6 kg
Pogoda: Szara.

13:20

Okazało się, że każda moja wyprawa do krakowskiej kliniki jest drogą przez mękę. Każda dziura, wybrzuszenie, nie-daj-Bóg przejazd kolejowy albo nagłe hamowanie (eR: "No, tylko patrz, jak ten palant jedzie!") była pięciokrotnie bardziej wyczuwalna przez mnie i przyjmowana z sykiem bólu. Nie wspominam już o chorobie lokomocyjnej, która pojawiła mi się w ciąży: jazda tradycyjną drogą przez masę zakrętów na beznadziejnej jakości drodze równa się "zatrzymaj się, muszę pooddychać, albo zwymiotować!".

Jakoś to oddychanie mało kiedy pomagało i przeważnie to mordowała mnie ta druga opcja. 

Do Krakowa przyjechałam w fatalnym stanie, niczym kupka zbolałego nieszczęścia. Badanie miało być po ósmej rano. Do małej przyszła babcia (dobrze, że tak mamy blisko...), a my wyjechaliśmy już po szóstej. 
Byłam na czczo, bo przecież krew mi mają do tego badania pobrać, wolałam nie ryzykować, że ktoś mi oznajmi: "No, niestety, ale nie jest Pani na czczo, więc spotkamy się w innym terminie". Bez kitu. Tyle mnie kosztowała ta jazda, że na taki mały błąd nie mogłam sobie pozwolić. 
Na szczęście mogłam coś zjeść (precel, chociaż o tej porze bardzo świeżutki i chrupiący) i okazało się, że jestem pierwsza do tego badania, tylko lekarz jeszcze nie przyszedł. Bycie na przodzie kolejki jest super. Zwłaszcza podczas prenatalnego USG, które trwa około czterdziestu minut. Już będąc druga, muszę się nastawić na naprawdę spore czekanie. 

Weszłam do gabinetu. Pytania standardowe: kiedy ostatnia miesiączka, skąd skierowanie na badanie itd. A ponieważ za mną wlecze się długa historia, to się naopowiadałam, kończąc na podejrzeniu o zaśniad. 
Lekarz - mina zdziwiona:
- ... ale to nie powinna Pani zrobić amniopunkcji?
- Powiedziano mi, że ciąża jest za mała i do tego czasu mam wrócić do domu. A w międzyczasie mam zrobić to badanie, którego wynik zadecyduje o tym, co dalej - odpowiedziałam.

Po długim badaniu, lekarz stwierdził, że na oko, na obrazie nie widać żadnych zmian. Na pewno wg niego nie ma podejrzeń o genetyczne nieprawidłowości płodu. Łożysko też wygląda ok. Tylko te jajniki cholernie duże są, rzeczywiści.

Po tym jak on mnie badał, przyszła jeszcze inna lekarka i raz jeszcze mnie zbadała pod kątem jajników. Stwierdziła, że już na tym etapie rzeczywiście coś może być widać. Coś nieznacznego, np. troszkę grubsze łożysko.  
- A jajniki? - spytałam, mając na uwadze czekający mnie telefon do lekarza. Muszę coś wiedzieć konkretnego.
- Powiększone - padła zwięzła odpowiedź.
- Ale ile mają?
- Teraz prawie jedenaście centymetrów - powiedziała niechętnie udzielając mi tej informacji, ale nie skomentowała tego. 

Sięgnęła po wypisy ze szpitala i przestudiowała.
- A teraz boli Panią?
- Tak, mocno. Zwłaszcza po tej jeździe do Krakowa. Jestem z S.

W tym miejscu oboje się zastanowili, co dalej robić. On proponował, żebym została, skoro mam tak daleko, a teraz już nie zrobią mi żadnych badań, ona jednak miała głoś decydujący i stwierdziła, że jednak nie: mam zrobić badania u siebie (tu padła wyliczanka, którą potem mi zapisała na kartce) i w poniedziałek przyjechać. 

Co miałam zrobić? Kłócić się, zaprotestować? A może rozpłakać, że nigdzie się nie ruszam, bo nie zniosę tej okrutnej drogi. Przecież ja muszę teraz jakoś wrócić do domu! Znów będę nieżywa! 

Ale ja po prostu powiedziałam "W porządku", wypytałam o to, kiedy będą wyniki i wyszłam. 
Było coś po dziewiątej, co było dla nas zaskoczeniem. Zakładaliśmy, że wyjedziemy koło jedenastej. Dobra nasza. Teraz do domu.

W drodze próbowałam dodzwonić się do lekarza - bezskutecznie. Oddzwonił dopiero jak byłam w domu. Ledwo żywa, ale kontaktująca.
- Badanie wyszło, z obrazu, dobrze. Jeszcze z krwi dojdą wyniki, ale z tego, co mi powiedziano, to wydaje się, że jest w porządku - relacjonowałam.
- A jajniki? - dopytywał się.
- No, jajniki są większe... - powiedziałam niepewnie. - Coś koło jedenastu centymetrów, ale nie wiem dokładnie, bo niechętnie mi to powiedziano... musiałam się wypytywać. 
- I puścili Panią do domu w takim stanie?! - W głosie dało się wyczuć coś na kształt oburzenia, chociaż ten lekarz nie jest typem wybuchowym i zawsze bardzo spokojnie, nie za głośno mówi. W jego wydaniu powinnam chyba to odczytać, jako zbulwersowanie i wzburzenie. 
- Kazano mi przyjechać z powtórzonymi badaniami... - powiedziałam.
- Jakimi?
Wymieniłam.
- A potem zobaczą... No i jakby co, mam do swojej jednostki się udać...
- To bez sensu! Przecież my i tak zaraz musielibyśmy Panią tam przesłać, bo nie mamy odpowiedniego sprzętu i nie pomoglibyśmy tu Pani! 
- Rozumiem...
- Pani nie powinni byli puszczać do domu - powiedział z mocą. - Sama droga może pogorszyć Pani stan. Proszę naprawdę się nie ruszać, nie wstawać, nic nie robić. A jak Pani odbierze te wyniki i pojedzie tam, proszę robić wszystko, by tam Panią zostawiono.
- Dobrze... - wtrąciłam słabym głosem. 
- Jeśli z jakiś powodów będą Panią chcieli odesłać, to niech Pani do mnie dzwoni, to będę interweniował.
- Dobrze - powiedziałam jeszcze raz. 
- No, to niech się tam Pani trzyma. Ja też trzymam kciuki - powiedział krzepiąco.

Teraz jestem w szoku. A szok jakoś zmobilizował moje ciało. Może to adrenalina, że mam siłę to wszystko pisać. Coraz bardziej nie podoba mi się ta klinika. W co oni tam grają?! 
Z drugiej strony jak pomyślę, że znów mam zostać w szpitalu, na tym okropnym oddziale, w kilkuosobowej sali i leżeć na wyleżanym, twardym łóżku... zbiera mi się na płacz. Autentycznie. To chyba to napięcie, ból i stres się do tego przyczyniły...

nr 2, 17 września


17 września 2015 r. 
Czwartek

Ciąża: 11 tydzień, 6 dzień
Waga: 56 kg (nie jem jak opętana, więc pewnie nie przytyłam)
Pogoda: Ładna. Słońce świeci, jest cieplutko, aż miło. A mnie smutno.


8:00

Wczoraj zasnęłam, o dziwo, i spałam do samego rana. To znaczy, byłoby dużym nieporozumieniem zostawienie tego zdania bez uściślenia. Spałam do rana, ale co chwilę budziły mnie ptaki. W szpitalu był bardzo ciepło, więc miałyśmy w sali cały czas otwarte okno (ja spałam przy oknie). A na drzewach siedziały ptaki w liczbie przekraczającej moje wyobrażenie. Skrzeczały, krakały, darły się, jakby je co opętało. A i moje superniewygodne łóżko też mnie budziło. W ten sposób rano miałam wrażenie, że jestem księżniczką, którą położono na ziarnku grochu i z tego powodu się nie wyspała.

Nad ranem oczywiście pielęgniarka mierzyła ciśnienie (jak zwykle, niskie: 90/60) i temperaturę (coś koło 36 z hakiem, w normie). Śniadanie przyszło dość późno. Słabe, jak zwykle. Nie mam siły o tym pisać. Czekam na wizytę, że może powiedzą mi co i jak i w końcu czegoś się dowiem. 

11:00 

Była wizyta. Znamienne, że przy moim łóżku wszyscy lekarze (a szło ich kilka, chociaż głównie lekarki) ściszali głos). 
- A Pani?
- Ja wczoraj przyjechałam z S...
- Ach, tak, to już wszystko wiem. Dziś Panią zbadamy, zrobimy inne badania i zobaczymy. Może już coś zdecydujemy i powiemy na popołudniowej wizycie. - Tak, tam mają nawet trzy dziennie wizyty.

12:00

Szybko po wizycie posłali po mnie lekarkę i zaraz miałam badanie i USG. Po raz kolejny zostałam wypytana o stymulowanie ciąży. Zaprzeczyłam. Wtedy pochyliły się nade mną i wyjaśniły, dlaczego tam jestem. 

Rzeczywiście, lekarz miał rację: nie grzeszyły delikatnością. Powiedziały mnie więcej to, co już wiem. Ale dopiero wtedy dowiedziałam się, dlaczego tak ważna jest szybka diagnoza: ta nieprawidłowość genetyczna ma charakter nowotworowy. Zaśniad jest rzadki, tak jak bardzo jest rzadki, tak bardzo często ten rodzaj nowotworu jest złośliwy i momentalnie są przerzuty. Dlatego trzeba wówczas ciążę usunąć i poddać się chemioterapii. 
- I to nie chodzi o to, że dziecko będzie chore, ale to są komórki zagrażające Pani życiu - dokończyła lekarka dramatycznie. 
- Rozumiem. - Ale czy rozumiałam? Nie wiem, byłam zszokowana. Czyli to nie tak, że będę mieć jakiś wybór. To znaczy: między życiem, które nie przeżyje (bo technicznie nie będzie na to warunków w źle zbudowanym łożysku), a moim widzimisię. Sprawa zaczęła nabierać tempa. 

***

Zadzwoniłam do eR. i wszystko mu opowiedziałam. Zmartwił się, ale czego się miałam spodziewać? Zasmuciła się i moja mama. Wszyscy zawiązaliśmy cichą umowę, by nie mówić o ciąży. Kto wiedział, to starałam się mówić prosto, ale bez niepotrzebnego dramatyzowania, opowiadając o nowotworach. A kto nie wiedział ten miał się nie dowiedzieć, póki nie będzie wszystko jasne.

15:00

Była druga wizyta. Ustalono, że podejrzenie jest, chociaż poziom beta hCG zaczął spadać, więc nie ma się co śpieszyć. To kluczowe badanie, amniopunkcję (a czy mój lekarz nie mówił o biopsji?), robi się dopiero od czternastego tygodnia ciąży, więc oni nie będą mnie trzymali aż tak długo, tylko odeślą do domu, na badanie przyjadę osobno. 

Wcześniej jednak zrobią mi prenatalne badanie USG, tutaj w Krakowie i też nie będę na nie czekać, tylko umówią mi termin i wrócę potem na samo badanie. To ono zadecyduje, co dalej. Tymczasem jutro najprawdopodobniej będę wypisana.
Na pytanie, kiedy będę wiedzieć, bo muszę dać znać, by ktoś przyjechał, powiedziano mi, że jutro na wizycie, ale wypisy są od trzynastej. 

Mam dość tego miejsca po jednej dobie. Bardzo się ucieszyłam, że wracam, chociaż z drugiej strony w szpitalu zawsze bezpieczniej niż w domu. 

A jutro, jak tylko potwierdzą mi wypis, zadzwonię do lekarza i poinformuję go co i jak. 

Jeszcze telefon do eR. 

--- Ucieszył się. Przyjedzie po mnie, tylko mam dać znać.





poniedziałek, 18 stycznia 2016

nr 3, 18 września




18 września 2015 r.
Piątek

Ciąża: 11 tydzień, 7 dzień
Waga: 54, 2 kg
Pogoda: Dość wietrznie, jakby lekkie załamanie pogody.


15:30

Jestem taka wypluta, że trudno mi pozbierać myśli. Zaraz po powrocie położyłam się obolała i wyczerpana. Chcę zasnąć i obudzić się dopiero jak mi się poprawi. Na pewno obudzę się w kiepskiej formie, jak zwykle.

18:30

I miałam rację. Jest okropnie. Leżę bez ducha. Hania gdzieś goni po mieszkaniu. A ja chcę tylko, żeby nikt do mnie nic nie mówił.

Szybko napiszę tylko o wypisie ze szpitala.

Na wypis czekałam koło południa, ale był koło trzynastej. Miałam termin umówiony na badanie USG prenatalne pierwszego trymestru. Za tydzień.

Nie doczekałam obiadu, więc zatrzymaliśmy się w galerii Zakopianka na jakieś jedzenie (na wagę, smaczne, chociaż nie jest najtańsze). Już wcześniej próbowałam dodzwonić się do lekarza, ale nie odbierał. Sądziłam, że oddzwoni - zawsze tak robił. I właśnie wtedy zadzwonił.

Powiedziałam, że mnie wypisali, że nie zrobią mi tego badania (stąd wypis), że mam umówione za tydzień badanie prenatalne, od którego zależy, co będzie dalej. I tyle. Bo tyle wiedziałam. Aha, dodałam też, że nie zabroniono mi chodzić (powiedziano mi - ze zdziwieniem - że, oczywiście, że mogę). A o ile wiem, jajniki są nadal b. duże, chociaż nie powiedziano mi jak bardzo.

Lekarz wydawał się poirytowany. Nie rozumiał, dlaczego mnie wypisano w tym stanie i jak wrócę do domu, to absolutnie nie wolno mi chodzić, a w razie czego, żebym dzwoniła.


Jak teraz o tym myślę, to w sumie rzeczywiście jest to dość dziwne. Ale cóż. Badanie prenatalne może coś powie. Teraz muszę tylko do tego czasu jakoś przetrwać.

nr 1, 16 września


16 września 2015 r.
Środa

Ciąża: 11 tydzień, 5 dzień
Waga: 56 kg (około, w szpitalu nie ważyłam się)
Pogoda:  Jakaś taka... że nie zauważyłam, że w ogóle jest.

8:00

Za dziesięć minut ma być transport po mnie. Jestem już spakowana. Na czczo, bo nigdy nie wiadomo, czy nie będę musiała być.
Lekarz mnie zbadał. Bez zmian. I mój ból, i badanie.
- Bardzo bym chciał, by te podejrzenia się nie potwierdziły, niestety szanse na to są bardzo małe - powiedział współczująco.
- Rozumiem. - Ostatnio wiele rozumiałam. A przynajmniej tak mi się wydawało. Najprawdopodobniej było to najlepsze, co mogę powiedzieć. - Czy powinnam być na czczo?
Popatrzył na zegarek.
- Jest szansa, że jak już tam będziecie, to będą chcieli porobić od razu jakieś badania, więc lepiej tak.

12:00

I dobrze się stało, że byłam na czczo. W karetce tak trzęsło i rzucało, że co pół godziny miałam odruch wymiotny. Ale nie miałam czym ewentualnie zwymiotować, więc tylko kilka razy wzięłam małe łyczki wody i słuchałam piosenek z telefonu na słuchawkach. I modliłam się, żeby dowieźli mnie w całości.

Na miejscu, chociaż byłam gdzieś za kwadrans dziesiąta, czekałam jeszcze z godzinę na izbie przyjęć. Nie mieli łóżka, więc ze wszystkimi betami, czekałam na wózku. Brzuch bolał i naprawdę zaczynałam mieć dość. A to był dopiero początek.

Kiedy ostatecznie mnie wpisali, że mnie przyjmują na polecenie profesora (potem okazało się, że go nie ma, bo ma urlop, ładne kwiatki!) na oddział patologii ciąży, pielęgniarka zawiozła mnie tam i kazała czekać. Ładny oddział, ale twarde krzesła i brzuch dawał mi się coraz bardziej we znaki.

Po kolejnych dwóch kwadransach, poinformowano mnie, że jednak nie mają i nie będą mieli miejsca na tym oddziale. Przenieśli mnie na endokrynologię ginekologiczną. Babka mnie zawiozła na wózku i wysadziła na okropnym oddziale.
Wyglądał jak stary psychiatryk. Śliskie ciemne płytki na ścianach korytarza razem ze starym budownictwem dawały upiorny efekt. i bardzo dużo ludzi kręciło się wszędzie. Ewidentnie większość z nich to pacjenci, którzy przychodzili na wizytę, badania do szpitala z ulicy.

Znów kazano mi czekać: miała przyjść oddziałowa i mnie wpisać. Kolejne trzydzieści minut na twardym krześle. Było mi słabo. Nie chciałam tu być. Jeszcze dadzą mnie na sześcioosobową salę i umrę: obce baby dookoła, które rozmawiają o swoich dolegliwościach, zadomowione, jak u siebie. Dreszcze przeleciał mi po plecach.

Kiedy ostatecznie przyszła pielęgniarka i załatwiłyśmy wszelkie formalności, położyły mnie w czteroosobowej sali. A tam same kumosie: plotkują, jakby się znały jak łyse konie i proponują wzajemnie zrobienie herbaty w szpitalnym czajniczku, jakby przynajmniej leżały tam razem przez miesiąc.

Usiadłam na łóżku. Na środku jedna wielka dziura. Materac był koszmarnie wyleżany i wiedziałam, że moje męki dopiero się zaczęły. Kiedy ostatecznie pozwolono mi coś zjeść, zaraz przyjechał obiad. Bez rewelacji: szpitalny, więc nie spodziewałam się rarytasów. Podziubałam i położyłam się z książką, często zmieniając pozycję.

14:20

Siostra zapowiedziała się, że wpadnie. Przyniesie mi jakąś dłuższą koszulę i legginsy. I jakąś bułkę z jogurtem. Apetytu nie miałam, ale obiad szpitalny na śniadanie mi nie wystarczył.

19:00

Przyjechał eR. Aga akurat musiała się zbierać do pracy. Posiedzieliśmy trochę, ponarzekałam, jaki miałam koszmarny dzień i jak nie chcę tu być. Chciałam z nim wracać. Do niego i do mojej małej Bulinki.

Puściłam go ostatecznie po osiemnastej. Kiedy szła kolacja. Wcześniej posiedział przed łazienką, żeby nikt mi nie wszedł, kiedy będę brała szybki, nerwowy prysznic.

21:49

Położyłam się z książką koło dziewiętnastej i zasnęłam. Obudziłam się jakaś nieswoja, z bolącym brzuchem i biodrem, które wpadło do tej dziury w materacu.

Poprosiłam o tabletkę na ból. Chyba nie zasnę. Spróbujemy, zobaczymy, co to da.

Początek, czyli dlaczego zaczęłam prowadzić bloga



Jak chyba większość (przyszłych) mam byłam poddenerwowana wykonując test ciążowy. Wiele kobiet odczuwa ekscytację, część jednak - licząc, że nie pojawi się druga kreska - bardzo się stresuje. 

Kiedy ostatecznie na pasku zobaczy się te dwie kreski, wtedy z człowiekiem dzieje się coś dziwnego. Za pierwszym razem, mimo że też decyzja o dziecku była naszą świadomie podjętą, poczułam się nieswojo. Jakbym namacalnie poczuła się "bardziej" w ciąży niż przed testem - wykonywałam go już z pewnym podejrzeniem. Za drugim razem napięcie, które mi towarzyszyło było inne. Nie miałam powodu do obaw, ale zależało nam na czasie, mówią brzydko. Kolejny miesiąc zwłoki, to dziecko młodsze o miesiąc. To miało znaczenie, bo pracę jako nauczyciel mam rozpocząć we wrześniu, a chcieliśmy, by dziecko nie było zbyt małe. Bo jak powszechnie wiadomo, okazja do zatrudnienia się w szkole trafia się bardzo rzadko. Poza tym trudno zaczynać pracę i bardzo szybko zakomunikować, że jestem w ciąży. To byłoby zwyczajnie nie fair wobec pracodawcy. Już nie wspominam o kwasie, jaki się zrobi. W końcu kobieta w ciąży nie może zostać zwolniona, ale - jak nie wszyscy być może wiedzą - środowisko nauczycielskie potrafi być okropnie złośliwe, leniwe a co raz tym idzie zawistne. Szkoda życia. I na samym końcu - może nie tak istotna kwestia, ale jednak kiedyś może odegrać swoją rolę - różnica wieku, jaka będzie między Jagódką i Maleństwem. Będzie korzystna, nie za duża, nie za mała.

Czyli zaplanowaliśmy. Tylko, jak wiadomo, bardzo często jest tak, że my mamy plan, ale bogowie mają lepszy*, więc można chcieć i planować, ale nie wszystko od nas zależy. A ciążę należy zaliczyć do pierwszej trójki na liście rzeczy trudnych do zaplanowania. Stąd moje nerwy. 

(5 sierpnia 2015 r.)
Ale udało się. I co? Ulga. Lekkie podekscytowanie, ale ulga: udało się! Teraz tylko donosić. 

Bardzo szybko okazało się, że to nie jest takie hop-siup. Człowiek jakoś tak czasem gdzieś usłyszy, że u kogoś były problemy, ale - dziwna rzecz - jesteśmy święcie przekonani, że nas takie problemy nie dotkną - że gdzieś krążą w świecie, ale my zakładamy, że będzie wszystko w porządku. 

A zaczęło się od tego, że znajomi mieli problemy. Potem kolejna bliska koleżanka, potem dobra znajoma mojej siostry, którą w sumie też nieźle znam. Ale mnie było tylko niedobrze. 

Poza tym z uporem powtarzałam, że pójdę na pielgrzymkę (6 sierpnia 2015 r.)
I poszłam. Wiedział tylko eR. W drodze do Krakowa, skąd wyruszała pielgrzymka na Jasną Górę dowiedział się mój tata, ponieważ on jeden z rodziny ze mną szedł i wolałam, by wiedział. Jakby co. Zwłaszcza, że zapowiadali koszmarne upały i brałam pod uwagę, że po prostu się wrócę. Ale chciałam sobie zaoszczędzić nerwów i tłumaczeń, kiedy już będę się naprawdę źle czuć.
Trochę podjeżdżałam w najgorętszych momentach dnia, ale te 4 dni przeszłam. Potem się poddałam. Głupota nie zna granic; tak jak i mój upór. Poszłabym dalej i wróciła ledwo żywa. Ale rozsądek mojego męża i jego upór pokonał mój. Chociaż nie: to nie był upór, ale siła argumentów, jakich użył. Nikt ze znajomych nie rozumiał, dlaczego tak łatwo się poddałam. Teraz już wiedzą. 

20 sierpnia 2015 r.

Pierwsza wizyta u ginekologa. Zdecydowałam w ostatniej chwili, że to będzie inny lekarz niż poprzednio. Miał świetne oceny, ale zaważył fakt, że pracował w szpitalu. A mnie brakowało swojej lekarki w czasie porodu - nie pracowała w placówce, w której rodziłam. Poród przebiegał prawidłowo. Generalnie. Miałam świetną położną, którą znałam (koleżanka mojego taty jeszcze z czasów licealnych) i to uratowało moje poczucie bezpieczeństwa. Ale lekarz jednak podejmuje kluczowe decyzje. Patrząc na poprzedni poród, jak pisałam, generalnie było w porządku, ale był taki moment, w którym lekarz musiał zadziałać. Miałam szczęście, że się wszystko skończyło dobrze. Ale poród, życie dziecka i moje to nie są sprawy, które może pozostawić "szczęściu". 

Czyli pierwsza wizyta u lekarza ginekologa. Byłam kłębkiem nerwów. Chyba każda kobieta mnie rozumie. 
I rzeczywiście: potwierdził, będzie dzidziuś. Jeden, żeby nie było wątpliwości. To był siódmy tydzień.

9 września 2015 r.

Dziesiąty tydzień, kolejna wizyta, ale jajniki były powiększone, jakieś ze dwie cysty. Nie miałam żadnych dolegliwości, z dzieckiem było wszystko w porządku. Lekarz mnie uspokoił. To się zdarza, bo nie ma jeszcze łożyska, więc "opiekę" dla dzieckiem sprawują jajniki i czasem, mówią kolokwialnie, trochę je ta misja przerasta. Ale koniecznie dzwonić, jak coś się będzie działo. 
I cztery dni później nie mogłam już usiedzieć na krześle z bólu. Leżałam, spałam w dzień (co mi się nie zdarza, a wręcz mam trudności z zaśnięciem, nawet kiedy tego potrzebuję) i z trudem mogłam odbierać Jagódkę z Klubu Malucha. 

Ten Klubik to naprawdę świetna rzecz, a mała uwielbia tam chodzić: i panie, zwane "ciociami", i dzieci. Dużo się tam dzieje, praktycznie codziennie są na spacerze, jedzenie dobre. A teraz, kiedy się źle czułam, miałam czas, żeby się wyleżeć. 

Ból brzucha, a raczej - sądząc po umiejscowieniu bólu - jajników, pogłębiał się. Brałam maksymalne dawki no-spy i apapu, jakie wyznaczył lekarz. Ulga nie była zbyt duża. Zaraz był weekend, więc dałam sobie czas: może to chwilowa kwestia, czasem w ciąży tak jest, coś boli, a za chwilę przestaje. 

12-13 września 2015 r.

Leżałam cały weekend. Mdłości, zgaga towarzyszyły mi non stop. Nie wstawałam, bo zaraz chwytał mnie ból jeszcze większy. Wciąż na lekach.  

14 września 2015 r.
 
Po weekendzie nie byłam w stanie zawieźć Bulinki do Klubu. Po jedenastej zadzwoniłam do lekarza. Był w szpitalu i kazał mi przyjechać się zbadać do szpitala. 

Dojechałam sprawnie. Na badaniu wyszło, że mające wcześniej coś koło pięciu centymetrów jajniki, teraz mają dziewięć. 
- Teraz jest czas, żeby się Pani ewentualnie przyznała, czy brała pani jakieś leki, zastrzyki, hormony, czy ciąża nie była stymulowana - powiedział bardzo serio. Potem jeszcze pytano mnie o to setki razy.
- Ja w ogóle jak nie muszę nie biorę leków. Nigdy nie brałam hormonów czy zastrzyków, a w ciążę zaszłam naturalnie, bez żadnego wspomagania - powiedziałam lekko zaniepokojona.
- Dziecko z obrazu USG wygląda w porządku - uspokoił mnie. - Tylko jajniki mnie niepokoją. Muszę przyznać, że nigdy nie miałem podobnego przypadku i zadzwonię do jednego profesora i zasięgnę opinii. 
- Dobrze.
Wychodząc z gabinetu dodał:
- Proszę nie martwić za bardzo na zapas, dobrze? - uśmiechnął się. Moja twarz zawsze zdradza jak się czuję. - Niech Pani poczeka tutaj - wskazał miejsce do odwiedzin. - Może nie najwygodniej, ale niebawem wszystkiego się dowiem.
- Dobrze - przełknęłam ślinę i usiadłam. 
Zaraz zadzwoniłam do eR. i mamy:
-  ... Z dzieckiem wszystko w porządku - dodałam na koniec. - To tylko jajniki, więc mnie to tak nie przeraża. Będę dzwonić, jak już wszystkiego się dowiem.

11:45

Czekam wciąż na niewygodnym krześle. Wyciągnęłam książkę Pielgrzym, skądinąd solidne z niej tomisko ale wciągające, więc szybko z pola widzenia zniknęły szpitalne ściany i prymitywny automat z ciepłymi napojami. Karteczka informowała o dostępności kawy Inki. Od razu wiadomo, że to oddział ginekologiczno-położniczy.

Po chwili zjawił się lekarz.
- O, widzę, że ma Pani książkę - uśmiechnął się. - To dobrze, bo niestety profesor jest gdzieś na jakimś spotkaniu i dostępny pod telefonem może być gdzieś za pół godziny. Wytrzyma Pani jeszcze trochę?
- Tak, dam radę jakoś... - uśmiechnęłam się blado.
- Może się Pani gdzieś przejść do kawiarni...
- Nie, myślę, że wytrzymam jakoś. - Podniosłam nieznacznie otwartą książkę na znak, że nie będę się nudzić.

Zadzwoniłam do mamy i eR., że na konkrety trzeba jeszcze poczekać, żeby się nie martwili moim milczeniem.
Przy Pielgrzymie czas płynie wartko. Dużo się dzieje, chociaż trzeba być mocno skupionym na fabule, bo od początku czytelnik bombardowany jest mnogością różnych, pozornie niezwiązanych ze sobą wątków, które ostatecznie gdzieś się mają spleść. A o tym, czy się połączą decydują detale, w których można się pogubić i wówczas człowiek straci satysfakcję i radość z czytania tej pozycji.
Lekarz zjawił się po około trzech kwadransach i powiedział, że profesor miał w swej karierze jeden taki przypadek i będzie chciał mnie leczyć w klinice. Tymczasem na razie mam zostać tutaj i - najdalej za dwa dni - przewiozą mnie karetką do Krakowa.

- Musimy tu Panią zatrzymać - powiedział. - Panie tu sama przyjechała?
- Tak - odpowiedziałam.
- To niech Pani jedzie do domu, spakuje się i przyjedzie tu - spojrzał na zegarek. - Kiedy Pani jadła?
- Eee... - zawahałam się. - Koło dziesiątej...
- To niech Pani już nic nie je i najpóźniej koło czternastej żeby tu Pani był, to zdążymy zrobić jeszcze dziś najważniejsze badania - zakomunikował. - Aha. I niech Panią tutaj ktoś przywiezie, jeśli to możliwe...
- Zorganizuję to - powiedziałam, myśląc o mamie.
- Tylko bez gwałtownych ruchów - pouczył mnie na koniec. - W tym przypadku ruch Pani nie będzie wskazany.
- W porządku - podniosłam się.

Chwyciłam za telefon.
- Mamuś, muszą mnie tu zostawić. Potem planują mnie przewieźć do kliniki. Trochę mnie to niepokoi, ale grunt, że z dzieckiem wszystko jest w porządku... - powiedziałam jednym tchem, po czym dodałam: - Muszę się spakować i tu wrócić. Jest szansa, byś mnie zawiozła?
- Oczywiście - usłyszałam w po drugiej stronie. - Ale wiadomo coś?
- Tylko tyle, że nie mogę za dużo i gwałtownie się ruszać - i dodałam informację na temat profesora.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała moja mama i dodała: - A o dziecko się nie martw, zajmiemy się i eR i nią.
Miała na myśli mojego małego dwulatka, Bulinkę.
- Ok.
- Zadzwoń mi, jak będziesz gotowa.
- Muszę być na drugą.
- Damy radę.

Spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy i pojechałam do szpitala.
W tak zwanym międzyczasie jeszcze okazało się, że jakiś błąd wychodzi w systemie, który twierdzi, że jestem nieubezpieczona. Absurd. Przecież jestem.

Okazało się, że dokument o ubezpieczeniu należy dowieźć do trzech dni i wszystko skończyło się dobrze.

Tymczasem zrobiono mi badania i zalecono nie wybierać się z łóżka, a już tym bardziej gdzieś chodzić do sklepu (tego szpitalnego, który był na dole). Lekarz od razu zalecił mi spokój i wypoczywanie i poprosił o położenie mnie w oddzielnej dwuosobowej sali, która była bardzo przytulna i wciąż przez nikogo nieokupowana. Byłam więc sama, co w szpitalu - według mnie - ma swoje mocne strony. Obecność obcej osoby bardzo krępuje, niezależnie od tego, czy jest się na etapie wyprawy pod prysznic, czy tylko się czyta książkę.

Wybrałam łóżko pod oknem, więc miałam dodatkową półkę w postaci sporego parapetu. I widok na kościół, zamek, Jasień... czyli okolice domu.

Serce ściskało się na myśl o tym, że mała Bulinka dziś wieczorem nie będzie się mogła do mnie przytulić, a eR. zostanie poddany sporej próbie. Poprosiłam go, by ją przywiózł chociaż na chwilę do mnie i dodatkowo kupił wodę i jakiś jogurt, bo ominął mnie obiad, a nie jadłam ze względu na badania od dziesiątej. Koło siedemnastej mój żołądek, chociaż wybredny w pierwszym trymestrze domagał się czegokolwiek. Sucha buła pojawiała mi się przed oczami, jak tylko na moment je przymknęłam.

Ale książka skutecznie odwracała uwagę od burczącego brzucha. Wciągnęłam się niesamowicie. Akcja rozwijała się w dość szybkim tempie i człowiek nie mógł się po prostu oderwać. W moim położeniu było to nader wskazane.

Lekarz przyszedł jeszcze zanim wyszedł i powiedział, że jeśli tylko będę czuła silny ból, mam prosić o tabletkę. Mam zapisane, by podawać mi ją doraźnie.
Odparłam, że muszę oszczędzać fakt, iż jeszcze mój organizm się do nich nie przyzwyczaił i mi pomagają, więc spróbuję wytrzymać. W końcu nie od dziś mnie boli. Uśmiechnął się i życzył dobrego wieczoru, przypominając jednocześnie, bym nie wstawała. Tylko za potrzebą. I tak też robiłam.

17:30

eR przyjechał z małą Jagódką. Słyszałam ich już jak tylko pojawili się na oddziale: mała płakała.
- Nie chciała wejść do windy, bo się bała - wyjaśnił eR. w ramach przywitania.
- Chodź tu, Misiaku - powiedziałam do Jagódki, przytuliłam i od razu jej przeszło. Wtrąbiłam bułę i jogurt. Mała też: serek homogenizowany.
Posiedzieli chwilę, a potem pojechali na obiad do mojej mamy.

15 września 2015 r.

Kolejny dzień przyniósł bardzo trudną wiadomość.
Lekarz zapytawszy o samopoczucie i dolegliwości bólowe (a dowiedziawszy się, że bez zmian), powiedział, że robi wszystko, żeby mnie przewieźli do Krakowa. Może dziś, ale najprawdopodobniej jutro z rana.
- W porządku - zgodziłam się potulnie.
- Ale musi Pani wiedzieć, że jedzie tam Pani na badanie, którego tu nie zrobimy, a na wyniki też się długo czeka. tam będzie szybko, na miejscu i wyniki też będą szybciej.
I wtedy powiedział, jakie to badanie i po co. Miało wykluczyć podejrzenie... Profesor zasugerował, że to może być taki rzadki przypadek - on miał jeden taki wśród pacjentek jakie leczył - zaśniadu częściowego.

Nie zrobiło to na mnie wrażenia. Byłam skołowana i mój wyraz twarzy z pewnością to zdradzał. Nie miałam bladego pojęcia, o czym on mówi.

- To tylko podejrzenie, nic pewnego, więc to nie tak, że to jest wyrok, ale musi być Pani na to przygotowana, bo w klinice, podejrzewam, nie będą się specjalnie silić na delikatność w tej materii... - zaznaczył i ciągnął dalej: - Chodzi o to, że łożysko genetycznie zbudowane jest  komórek ojca i matki. Chromosom jest podwójny u obu, więc żeby uzyskać prawidłowy chromosom u dziecka i od matki i od ojca idzie idzie po jednym. Ale zdarza się, chociaż bardzo rzadko, że od któregoś z rodziców chromosom przejdzie cały, nie oddzieli się i utworzy jakby potrójny chromosom, nieprawidłowy genetycznie...

W tym momencie twarz mi stężała a rysy wyciągnęły się. Przełknęłam ślinę i zamrugałam, próbując ogarnąć to, co słyszę. Serce przyśpieszyło.

- ... i w takim wypadku, tej wady nie dostrzeżemy na USG. Jajniki rosną jak oszalała, a poziom beta hCG jest bardzo wysoki. Dziecko wygląda idealnie. Właśnie tak jak u Pani. To jest bardzo rzadki przypadek i miałaby Pani wyjątkowego pecha, gdyby to właśnie Pani się przytrafiło. Bo to nie jest wina żadnego z rodziców. Po prostu czasem zachodzi taka nieprawidłowość.

Czuję, że mój oddech przyspiesza, ale próbuję tego nie pokazać. Mrugam jakby trochę częściej i robię wszystko, by zachować twarz i nie rozpłakać się.

- Chodzi o potwierdzenie już wykluczenie tego i tylko to badanie może to wykazać. To biopsja kosmówki, inwazyjne badanie, ale w tym wypadku konieczne.
- Rozumiem - pokiwałam głową. W gardle miałam sucho, jakby nie piła nic od miesiąca. Oczy otwarte szeroko. Czułam, że jak wyjdzie to po prostu się rozbeczę. I to na głos. O Boże, czyżby to ja... czy to będzie dziecko chore? Co mu dokładnie będzie?!

Ledwie lekarz zamknął drzwi, a ja odwróciłam się w stronę okna i wybuchłam płaczem. Właśnie w momencie, kiedy się cofnął i otworzył drzwi, by mi powiedzieć, że jeśli potrzebuję porozmawiać z psychologiem, to można to załatwić.
Podziękowałam, przerywając gwałtownie szloch. Oczywiście, że nie chciałam, by był świadkiem tego wybuchu. Mam już swoje dwadzieścia siedem lat i nie lubię być przyłapywana na chwilach słabości. Z drugiej strony lekarz, który mówi jaka przypuszczalnie może być diagnoza, powinien być do tego przyzwyczajony.

Potem już trzymałam się dzielnie, oswojona z tematem a jednak uczepiona nadziei jak rzep.

11:00

Zadzwoniłam do eR. cała spłakana, chociaż robiłam wszystko, by trzymać fason. A takich chwilach nie trzyma się fasonu, tylko pokazuje, że jest się człowiekiem. Nieludzkie byłoby przyjęcie takiej wiadomości, która zaraz po człowieku spłynie jak po kaczce.

eR. powiedział, że przyjedzie do mnie gdzieś za godzinę. Trzymał się, jak to facet, ale wiedziałam, że przyjedzie do mnie z czerwonymi oczami.
Miałam rację. Znam go.

W tym czasie na łóżko obok położono nowa pacjentkę. Człowiek nawet nie ma się jak spokojnie wypłakać. A nie może się ruszać. Coś okropnego. Śniadanie nie tknęłam. Tego nie zniósłby nawet żelazny żołądek.

Kobita obok poszła na zabieg. Przyjechał eR. i razem siedząc na szpitalnym łóżku wpatrywaliśmy się w coś, czego nie było za oknem. Trzymaliśmy się za ręce.
- Wiesz, trzeba to będzie wziąć na klatę - powiedziałam. - Czy takie dziecko kocha się mniej?
- Nie... - powiedział słabo eR., a w tym jego "nie" wybrzmiała nuta pewności. On po prostu starał się pogodzić, że już nigdy nie będzie tak samo.

Trochę się wewnętrznie ogarnęliśmy. Babka wróciła z zabiegu i teraz leżała - jak jej kazali - plackiem. Ale jeszcze tego samego dnia miała zostać wypisana, jak sobie poleży.

eR. pojechał do pracy, zająć czymś głowę. Przyjechał koło południa raz jeszcze, żeby mi coś dowieźć. Ponoć nie mógł się skupić na niczym. I ja mu wierzę. Gdyby nie książka, pochłonęłaby mnie czarna dziura rozpaczy i być może szaleństwa, ale na szczęście dzięki dobrej lekturze mogłam zachować trzeźwość umysłu. I pomyśleć, ze coraz mniej ludzi czyta. Szkoda, że też coraz więcej słabych pisarzy publikuje coś i mąci na rynku czytelniczym jakimiś głupimi czytadłami. Na szczęście dobra książka wciąż potrafi się obronić.

Kiedy eR przyjechał po raz drugi, oboje byliśmy już twardo nastawieni na czekające nas trudne chwile.W tym czasem pojawił się lekarz, który chciał zobaczyć, czy dalej wyglądam jak kupka nieszczęścia i czy przypadkiem nie potrzebuję psychologa od zaraz. Odniosłam wrażenie, że ucieszył go mój widok: pozbierałam się do kupy, a najgorsze mam już za sobą.
Chociaż głównym powodem było przekazanie mi informacji o przewiezieniu do kliniki.
- Wyjazd będzie jutro o ósmej rano. Żona mówiła, że do Krakowa jedzie na badanie wykluczające zaśniad? - z pytaniem zwrócił się do eR.
- To znaczy, tę wadę genetyczną? - eR. najwidoczniej nie był pewny czy dobrze zrozumiał.
- Hm... To nie jest wada w takim znaczeniu jak Państwo myślicie... - powiedział. - To genetycznie źle zbudowane łożysko uniemożliwi rozwój dziecka w ogóle. Do pewnego momentu rozwija się prawidłowo, ale później zaczynają być problemy. Taka ciąża nie ma szans na przetrwanie. Ale to, co temu towarzyszy jest niebezpieczne i dlatego trzeba to szybko wykluczyć lub ewentualnie potwierdzić.

Popatrzyliśmy na siebie z eR. Bidula nie przeżyje, ale przynajmniej nie będzie cierpieć. Ma to swoje dobre strony. Tak, wtedy tak pomyślałam. I poczułam ulgę. Nie dlatego, że nie miałabym "problematycznego" dziecka, ale dlatego, że wady genetyczne to grupa wad, których liczba nie ma końca i może to powodować cierpienie tego dziecka. A nigdy nie wiadomo jak duża jest wada.
- Niestety więcej tutaj przemawia na Państwa niekorzyść i to będzie chyba jakiś cud, jeśli okaże się, że to nie zaśniad. Będę trzymał kciuki. No i oczywiście proszę dać znać choćby smsem, jak sytuacja, żebym tez wiedział - powiedział lekarz kierując się do wyjścia. - Jeszcze przed wyjazdem Panią zbadam.
- Dobrze. Dziękuję - powiedziałam i uśmiechnęłam się, chociaż dość to było blade w moim wykonaniu.



***

Wtedy postanowiłam pisać. Nie: prowadzić bloga. Pisać o tym, co się ze mną dzieje, co się dzieje z dzieckiem i po to, by zobaczyć jak funkcjonuje system i czy rzeczywiście jest nastawiony raczej przeciwko pacjentowi niż działa na jego korzyść.

Teraz mogę to spokojnie przepisać i dalej opisywać moje perypetie nie tylko jako ciężarna mama dwuletniej córeczki, ale później także jako mama już - jak Bóg da - dwójki dzieci.

To jest i będzie dziennik. Nie żartobliwe felietony czy mądrze napisane artykuły. Chociaż pewnie i taki się znajdzie, jeśli uznam, że stosowne będzie się wypowiedzieć na jakiś temat.

Czy będę pisać codziennie? Codziennie się będę starać, ale już teraz wiem, że nie zawsze mam siłę i mój stan nie zawsze mi na to pozwala.

Czy będzie to blog prowadzony pod czytelników? Czy mi na tym zależy? Jeśli ktoś na tym skorzysta, lub oparłszy się na moim doświadczeniu, uniknie błędów, niepotrzebnych zabiegów itp., będę się bardzo cieszyć. Nie ukrywam jednak, że blog jest głównie moją odskocznią. I nie zamierzam podporządkowywać się trendom internetowym.

Tyle ode mnie.

Obywatelka Matka




________________________
* cytat z filmu animowanego Droga do Eldorado
Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric