Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 marca 2017

2 marca - jak po burzy... czasami wychodzi słońca, a czasami tylko trochę oczyści się powietrze




2 marca 2017 r.
Czwartek


Mania: 10 miesięcy, 2 tygodnie i 1 dzień
Bunia: 3 lata, 4 miesiące i 2 tygodnie
Waga: 56 kg. Mamy wagę. Więcej: mamy taka, co to te tłuszcze sprawdza, wodę i mięśnie - wyszło, że mam niedowagę. Ha ha)
Pogoda: Z gatunku "zima odchodzi"; pachnie starą trawą, której zapach podrywa wiatr. Niebo jest niebieskie błękitem przedwiosennym. Na drzewach jeszcze nie widać żadnych oznak nadchodzącej wiosny. Czyli jest tak jak pisałam: zima odchodzi, tylko jeszcze wiosna się trochę jakby spóźnia...




4 z minutami

Słyszę Maniulę wyraźnie. To znaczy, że jest głodna. Włączam automat: wstaję, kieruję się w stronę kuchni, zaświecam tam małe światło i robię mleko. Wracam. Biorę upłakane dziecko (tak, Mańka to jedna z tych, która w ciągu kilkunastu sekund zdąży się doprowadzić do takiego stanu, że cała rozchyłkana nie może się uspokoić). Kładę do naszego łóżka, gdzie od paru godzin po (co)nocnym koszmarze śpi także Buńka. Wciskam butlę w dziubol i zapada cudowna cisza, zakłócana jedynie dźwiękiem łapczywie przełykanego mleka. Śpię na boku. eR. też, bo przecież wzięliśmy sobie szersze łóżko, ale któż by przewidział, że dzieci będą zajmować więcej miejsca niż my razem? Kiedy butla zostaje opróżniona, Mania dostaje smoczek i przytula się do mnie. Zasypia szybko. A z nią i ja.



06:40

Otwieram oczy. Słyszę Maniulę. Czuję jej stopy, które kopią mój brzuch. I rączki, które bawią się moimi włosami. W zasadzie to dobrze, że się budzę; Mania nie zdąży wyrwać mi wszystkich włosów. Mańka zaczyna gadać. Przechodzi od tata do titi, przez dzidzidzidzi aż dochodzi do czegoś, co według mnie przypomina mama. Ale równocześnie może być czymś jeszcze innym.

Kręci się przy tym tak, że nie jestem w stanie zapanować nad nią w łóżku. Tymczasem Bunia śpi, jakby nas tam w ogóle nie było. Zazdroszcząc jej - wychodzę. Boli mnie to, jak nie wiem, ale wstaję, zabierając małego rozrabiakę do kuchni. Tam jem śniadanie, przyglądając się, jak Mania bawi się zabawkami. Robię sobie kawę. Wtedy wiem, że zaczyna się dzień. Kolejny, chociaż pewnie bardzo podobny do dziesiątków innych, które minęły i tych, które dopiero mnie czekają. 


Tak wyglądał dzisiejszy poranek, ale nie różnił się od tych wszystkich, które były, kiedy mnie tu nie było. No dobra, byłam, ale w inny sposób. Był to mój sposób na radzenie sobie z trudnościami natury psychicznej, tak bym to określiła. Po prostu wolałam zrobić coś pożytecznego, niż wciąż narzekać i się użalać - pisać recenzje.

Czy pomogło? W zasadzie trochę tak. Ale gdybym odpowiedziała, że nie do końca, to też byłaby to prawda. Przynajmniej zrobiłam coś konstruktywnego, z czego realnie możecie korzystać, zaglądając w zakładkę "Recenzje Mamy" w głównym menu na blogu, gdzie czekać będą na Was recenzje. Teraz nie będą pojawiać się tak często, ale na pewno co jakiś czas. Przedwczoraj była premiera książki Księga Dziecka Searsów (zapowiedź tutaj), która wczoraj do mnie przyszła. 10 marca pojawi się recenzja i już mogę Wam zdradzić, że jest to książka warta kupienia, serio. Wsiąkłam.



11: 28

Mania śpi. Piję kolejną kawę. Ostatnio w żyłach płynie mi głównie kawa. I to - o zgrozo - rozpuszczalna. Źle się czuję, śle sypiam, znów jadam jakieś gówno (w znaczeniu: jakieś chrupki Mańki, jakiś chleb z masłem, jakieś niedojedzone kanapki Buńki, jakieś ciastko, żelka, cukierka... aż się rzygać chce), boli mnie brzuch i głowa, źle mi się oddycha (nie, to nie smog, bo u nas powietrze jest ok ostatnio), czuję się wciąż bardzo zmęczona, ale wieczorami to się snuję, a nie poruszam... Ale nie narzekam. Już kiedyś o tym pisałam: jakie to bezproduktywne działanie. eR. nie wie. Widzi tylko, że chodzę zmęczona. Ale robię wszystko - zaciskam zęby i już. Chodzę na spacery, robię zakupy, chociaż mam bek na końcu nosa, jak wiem, że muszę je zrobić, sprzątam, coś gotuję, chociaż bez szału, raczej nazwałabym to "przygotowywaniem jakiegoś jedzenia do zjedzenia" usypiam Mańkę (chociaż ostatnio strasznie mi to długo schodzi...), odprawiam Buńkę do spania (ma fazę, że tylko z mamą idzie się myć i spać). Może nie jestem zajebistą żoną ostatnio, ale nie chcę się skarżyć, bo mnie samej na myśl, że słuchałabym po raz enty narzekać i żali robi się słabo. 

Wiecie dlaczego? Bo mój problem nie jest unikalny. To nawet nie to, że "inni ludzie mają prawdziwe problemy", bo ich dom spłonął w pożarze, do dzieci w Afryce głodują, bo... To nawet nie to, że ja jako matka mam przerąbane, bo wszyscy są przeciwko mnie, bo jestem ze wszystkim sama... Myślę, że w mojej sytuacji jest wiele kobiet. Ba! wiele więcej, niż wiele. I to mnie jakoś przytłacza: fakt, że mój problem dla wielu nie jest problemem, bo jest także codziennością, jak moja. Bo ja to przeżywam, jako naprawdę trudną sytuację, chociaż obiektywnie pewnie nie jest ona aż taka. Czy ja ten problem wyolbrzymiam? Nie, mi on naprawdę tak doskwiera. 

Dlatego nie piszę, o czym mowa. Już wystarczy, że ja to tak przeżywam i nie mogę się pozbierać. Jeszcze jakbym się miała przejmować, że się pół Internetu (dobra, chciałam się lepiej poczuć, chociaż o moim istnieniu w sieci wie zaledwie garstka ludzi, jak na rozległość sieci) się ze mnie śmieje...

Zaraz ktoś na mnie wyjedzie, że powinnam powiedzieć eR., bo przecież zaufanie, oszukiwanie, kręcenie... i on się i tak dowie, będzie mu przykro, że mu - niby - nie ufałam. Umówmy się, że jak ktoś na mnie wyjedzie, to wyjedzie. Jeszcze tego brakowałoby, żeby i on się śmiał.



Zapomniałam napisać, skąd ten dzisiejszy tytuł. Wiecie, czasem człowiek przechodzi różne burze w życiu, zawirowania, rewolucje, trudne sytuacje... Ale kiedy jakoś je pokona, przezwycięży, to ma nadzieje na to "słońce", że los się odwróci, że teraz to wiatr go będzie niósł, a nie wiał w oczy. 
Tymczasem powietrze minimalnie się oczyściło, człowiek lepiej widzi, ale jest bardzo zmęczony burzą. Ani wiatru, który miałby pomóc, ani słońca, które sprawiłoby, że człowiek się uśmiechnie, zmobilizuje do działania pozytywną energią... Nic. Stoi. Chociaż optymista powiedziałby: "... a to już wiele".




Miało być dziś bardziej optymistycznie, ale nie wyszło. 
Następnym razem. 


Kilka zdjęć ze spaceru pt.: "kiedy zima próbuje odejść, nie czekając na wiosnę"





poniedziałek, 27 lutego 2017

Z cyklu "oczekuję": [ZAPOWIEDŹ] nowej "Księgi Dziecka". Sears.

Sears. Mówi Ci to coś?

Nie wiem, czy musi coś mówić. Jeśli cokolwiek Ci to mówi, to wiedz, że już znalazłaś drogowskaz do właściwej drogi (teraz tylko pytanie, co z tym zrobisz).

Jeśli jednak nic Ci to nie powiedziało - to nic. Ważne, że teraz już tu jesteś i dowiesz się wszystkiego. Otóż jest to naprawdę fachowa, rozumiejąca potrzeby współczesnych rodziców rodzina. Rodzina Sears: pediatra i pielęgniarka (+doradczyni laktacyjna). No i ośmioro dzieci (a dwoje z nich do pediatrzy). Nie wiem, czy trzeba mówić coś więcej, by człowiek nabrał pewności, że jeśli piszą o dzieciach, to nie jest to wyssane z palca. 



Napisali oni niejedną książkę w temacie rodzicielstwa, w tym także "Księgę Dziecka. Od narodzin do drugiego roku życia". Jak sobie można wyobrazić jest to książka, która mierzy się z wieloma zagadnieniami, które męczą rodziców. Przede wszystkich tych niedoświadczonych. Ale jeśli jesteś rodzicem po raz drugi, jak ja - i tak bądź przygotowana na to, że wszystko może Cię zaskoczyć. Literalnie: wszy-stko. A wtedy oczywiście rzucasz się na laptopa i szukasz w Internetach, skąd się wzięła ta czerwona kropka i dlaczego dziecko nie chce jeść, skoro pierwsze ciupało ostro, co się mu pod nos wcisnęło. No, a w Necie, rzecz jasna, brud i smród. I jak tu znaleźć wiarygodną odpowiedź, zwłaszcza dotyczącą zdrowia i pielęgnacji małego dziecka?

Na dniach dosłownie, bo 1 marca - premiera zaktualizowanej wersji tej książki, o dokładnie identycznie brzmiącym tytule: "Księgę Dziecka. Od narodzin do drugiego roku życia". Jeśli jej nie masz, wcale nie musisz jej mieć. To nie tak, że sobie nie poradzisz. Z pewnością dasz sobie radę. Ale ja wolę sprawdzoną treść na papierze od niepewnych tekstów z często wykluczającymi się danymi z Internetu. A Ty? 



PS. Jeśli jesteś fanką Rodzicielstwa Bliskości... No cóż, to chyba jednak musisz ją mieć u siebie na półce :)

Od wydawnictwa Mamania!

http://mamania.pl/
 

wtorek, 7 lutego 2017

"Dlaczego moje dziecko" Beata Znamirowska-Soczawa. Cykl z Matalią

Z cyklu "Z Matalią rozprawki na 4 ręce i 2 kawy"

Siedzę przy stole. Zimna herbata, kilka zużytych chusteczek higienicznych pląta się pod nogami. Myśli kotłują się w głowie. Książka, która leży przede mną na stole wciąż we mnie żyje. I pracuje. Dlaczego moje dziecko? Okrutne błędy natury, autorstwa Beaty Znamirowskiej-Soczawy.

Matalia siada po cichu naprzeciwko. Wzdycha.
- Zrobię kawy - rzucam i zrywam się z krzesła. Jak my o tym będziemy rozmawiać?!
- Książka, szok, prawda? - zaczyna bez pardonu. Zastygam w bezruchu na ułamek sekundy i coś w środku mnie po prostu puszcza.
- Prawda - odpowiadam, zbierając myśli.

Sięgam po dwa duże kubki. Woda szumi w czajniku. Mam chwilę czasu.
- Jak na historie, które wywołują morze łez i burze emocji - bardzo dobrze się czyta. Tak, jakby słuchało się opowieści przy dobrej herbacie... - mówi Matalia.
- Jak dobry felieton. Czuć dziennikarskie pióro - odpowiadam, zalewając kawę gorącą wodą. - Z drugiej strony wiesz, że się źle skończy i mnie osobiście wykańczało to napięcie.

Podgrzewam mleko i zalewam nim kawę. W ciszy stawiam kubki na stole. Obie wiemy, że propozycja ciasteczek będzie nie na miejscu. Przez chwilę grzejemy ręce o ścianki naszych kubków.
- Co powiesz o tej pierwszej części? - Przerywam milczenie. - Ja połknęłabym ją w kwadrans, gdyby nie to, że wracałam do różnych momentów, które przeżywałam, zatrzymywałam się, by się wybeczeć... Pewne odczucia, z którymi autorka się dzieliła pamiętam u siebie i te wspomnienia mnie atakowały...

Szybko biorę łyk mocno ciepłej, wręcz gorącej kawy, by łzy spod powiek nie uciekły.
- U mnie pierwsza część wywołała falę poczucia winy... - Pociera palcami skroń. - Jak zaszłam w ciążę z Młodym, to miałam milion myśli : "Czemu akurat teraz?! Zły moment! Wszystko mi się rozwali!". Te pytania wróciły, tylko takie puste, gorzkie.

Nie patrzy na mnie, kiedy o tym mówi. Tylko gdzieś w przestrzeń. Znam to: kiedy przyznajemy się do czegoś, z czego nie do końca jesteśmy dumni. Bierze łyk kawy. Chyba jeszcze chce coś powiedzieć, więc milczę.
- Poczułam się, jak w wehikule czasu. Jakbym znowu sama sobie te pytania zadawała. Choć u mnie koniec był piękny - i nadal jest! - to świadomość, że początek był podobny... oj dała mi popalić - ostatecznie uśmiecha się, jakby chciała żartobliwie pokazać, że w tym momencie może sobie na to pozwolić, bo wszystko dobrze się skończyło.
- Wiem, tak jakby ci głupio, że głowie miałaś takie myśli. Z goryczą myślisz, że mogłaś przecież rozpaczać...
Czuję ścisk w żołądku, jak przed egzaminem. Ta książka, ta rozmowa będzie mnie sporo kosztować.
- I jeszcze jedno mnie wzburzyło - dodaje po chwili z większa mocą. - Sprawiło, że miałam ochotę wyjść na ulicę i to wykrzyczeć, że to może spotkać każdą z nas. Że to loteria a zbyt wiele moich koleżanek i znajomych, na moje słowa "Idę zrobić badania usg/ test PAPPA" reagowało: "A po co? Ja nie robiłam, w żadnej grupie ryzyka nie jestem. Według mnie te badania to strata kasy i czasu. Tylko naciągają."
- Niech to powiedzą tej kobiecie, która też nie była w grupie ryzyka...


Matalia bierze kolejny łyk kawy, przytakując mi żarliwie.
- Wiesz, jak sobie przypomnę tę sytuację w której autorka dowiaduje się, że dziecko ma trisomię... Myślisz sobie: „Gdzie był ten lekarz, do k** nędzy, że nie powiedział jej o badaniach!!!” A potem patrzysz na datę. Teraz to standard, a wcześniej - co zresztą sama autorka powtarza - to nie było regułą.
Czuję, że dostaję rumieńców z emocji.
- Ale w momencie, kiedy czytałam o tym jak robiła te usg w jakiś lochach, pieron wie gdzie, to aż chciałam do niej krzyczeć, żeby spieprzała do innego lekarza! - uniosłam się.
- Dokładnie - przytakuje Matalia. - "Boże, kobieto! Ratuj się!" Ale wiesz, że nie ma ekipy ratunkowej. Nie ma statku z odsieczą. Jest szara rzeczywistość.
- Wiesz, przyznam ci się, że ja sama nie robiłam tych dodatkowych badań usg w pierwszej ciąży. Inna rzecz, że lekarka dość luźno mi to zaproponowała - powiedziałam, nabierając jeszcze większych rumieńców. Tym razem było mi jakoś... głupio.
- Ja akurat wszystkie badania robiłam i każde z duszą na ramieniu. W moim przypadku, po dwóch ciążach wiem, że może cię prowadzić lekarz z tytułami przed nazwiskiem i nic to nie da. Czasem nie tytuł jest ważny, a chęci. Zaangażowanie lekarza - mówi, gestykulując. Obie ciąże wiele ją kosztowały, więc jak tu odstawić emocje.
- Mnie dopiero M. [lekarz prowadzący drugą ciążę] uczulił na nie. Jak się okazało, wszystkie musiałam mieć robione - mówiąc to czuję jakąś gorycz na wspomnienie początku mojej ciąży. - I, serio, mimo to nie potrafię sobie wyobrazić, co ona czuła. Wiesz, na zasadzie: "Czemu nic jej nie tchnęło? Czemu uwierzyła temu lekarzowi, zamiast pójść się przebadać gdzie indziej?". Zmiana terminu porodu za każdym razem? Bo tak wynika z parametrów płodu? Aż się chce wyć, bo przecież nie chodzi o to, by pod to sobie termin układać za każdym razem! Właśnie to powinno go zaalarmować. Jeśli już nie widział, że serce jest źle zbudowane...


Matalia kręci głową. Jest zbulwersowana. Wpatruje się w swój kubek.
- A z drugiej strony ufasz. No za coś te tytuły ma. Skończył medycynę. Praktykuje długo i nawet w dobie Internetu wydaje ci się, że lekarz ma ostatnie słowo. Nieważne, co piszą na portalach - mówi w końcu z namysłem.
- No i tak powinno być - kwituję. - Tylko, że teoria a praktyka...
- Rozumiem doskonale ból i gorycz autorki. I to, że pewnie ma wrażenie, że każdy kontakt z niekompetentnym lekarzem jest jak błoto. Oblepia, boli. Przecież ile my się musieliśmy nachodzić z Młodym po lekarzach, to nasze.

Wzdycham ze zrozumieniem. Znam tę historię: Młody Matalii od urodzenia miał problemy ze zdrowiem na wielu płaszczyznach. I kompetentny lekarz a lekarz z tytułami, w dużym mieście wcale nie muszą iść w parze.
- Ale powiedz mi - zaczynam inny wątek - czujesz się po tej książce zdołowana? Przytłoczona?
- Poza bolesną historią autorki i wymienionych osób, książka tchnie niesamowitą nadzieją - odpowiada natychmiast. - Wielu polskich lekarzy walczy o godną opiekę dla matek i ich nienarodzonych dzieci. I nagle okazuje się, że świat jest pełen czarnych kwiatów. Tak właśnie sobie wyobrażam matkę w rozpaczy po zmarłym dziecku. Jako piękny, czarny kwiat. Tak długo w cieniu własnej żałoby, że stracił kolor...
Milkniemy. Po chwili przerywam ciszę.
- Eh... I nagle okazuje się, że jednak są tacy lekarze, którzy wiedzą i tacy, którzy wciąż nie wiedzą, co jest na monitorze. Mnie lekarz wprost powiedział: "Jeśli jakiś doktor nie widzi płci dziecka, to brać nogi za pas".
- Moja powiedziała mi to samo! Jak taki lekarz ma zobaczyć wady serca! Ale najbardziej uderzyły mnie te fragmenty, w których okazuje się, że można było pomóc.

Obie zaciskamy ręce w pięści. Ciekawe...
- Są takie sytuacje, w których otwierają ci się szerzej oczy. Tak miałam w ciąży z M. - mówię. - Nagle okazało się, że ta czy tamta miała problemy, poroniła albo jakaś rzadka choroba się trafiła... Bo dobrze, jak jest dobrze. Jeśli się wszystko dobrze rozwija, to dookoła widzisz tylko to panie ze ślicznymi okrągłymi brzuszkami, które robią zakupy w Smyku. Ale jak coś się dzieje, to nagle perspektywa widzenia się zmienia. To mną wstrząsnęło właśnie w ciąży.
- To prawda. Nagle widzisz więcej smutku i odcieni szarości. - Mam wrażenie, że wraz z tymi słowami ktoś położył jej na barki niewidzialny ciężar. - Bo wiesz... Ja absolutnie nie wiem, jak się zachować w takiej skrajnej sytuacji. Nie wiem, czy chciałabym być pocieszana, więc nie wiem, czy pocieszać. Tego też mi trochę brakowało w tej książce, takich wskazówek, jak się zachować. Na zasadzie "Nie cierpiałam, gdy ktoś okazywał mi współczucie".
- Wiesz, to chyba czasem widać, czy dziewczyna jest zmotywowana i zdeterminowana, by się podnieść, czy pokłada się od nadmiaru bólu - mówię, mając bardzo konkretny przykład na myśli.
- Może...

Znów milkniemy. Za dużo w nas myśli. Tym razem Matalia odzywa się pierwsza.
- A ostatnia część? O in vitro? Dla mnie dość trudna. Dużo nad nią myślałam.
- Wiem. Dla mnie też. - Upijam łyk letniej już kawy. - Dała mi do myślenia, bo, przyznam ci się bez bicia, miałam na ten temat ugruntowane zdanie.
- Mam taką refleksję, że kimże jestem, by zabraniać kobiecie rodzić dziecko? By zabraniać czuć ruchy? By zabraniać tego pięknego momentu, gdy umęczona słyszysz pierwszy krzyk?

Popatrzyłam na nią: miała przecież cesarkę.
- Tak, wyobraź sobie, przy cesarce też się jest umęczonym - uśmiecha się półgębkiem. - Przynajmniej ja byłam. Ja wiem, że są możliwe adopcje. Że wiele dzieci czeka... Choć realnie, wiele z tych dzieci nie może być adoptowanych, bo nie mają uregulowanej sytuacji prawnej... Ale pamiętam radość, gdy usłyszałam serduszko podczas badania.

Obie się uśmiechamy na myśl o tym, jak każda z nas patrząc w monitor obserwowała migoczącą plamkę i słyszała szybkie bicie małego serducha.

W tym momencie poczułam, jakby na dno żołądka wpadł mi spory kamień, rozchlapując przy tym kawę, bo aż mnie zemdliło. Widocznie zrzedła mi mina, bo Matalia spojrzała na mnie inaczej:
- Ej, co jest? - spytała.
- Przypomniało mi się, kiedy w Krakowie robili mi badania. X lekarzy nad monitorem, pokazują mi wszystkie części ciała dziecka, puszczają bicie serca, a potem po obejrzeniu cyst mówią o terminacji ciąży. Że to może być zaśniad częściowy. I tu nie chodzi o mój wybór, tylko o zagrożenie mojego życia. Myślałam, że wstanę i wyjdę. A wcześniej wygarnę, że co to za polityka, by tak postępować z pacjentem! Za grosz empatii...
- U mnie mniej traumatycznie. U Małej wysoka przeziernosć karkowa. Moja lekarka jest niesamowicie empatyczną osobą, więc oczywiście ze spokojem mówiła, że trzeba czekać na dalsze wyniki badań. Że jeśli podejrzenia się potwierdzą, to jest kilka opcji... A mnie rosła gula w gardle wielkości wszechświata...

Teraz obie wpatrujemy się w tafle zimnawej kawy. U mnie nawet wytrąciło się już mleko. Dałyśmy sobie chwilę. Kolejną.
- No, a co do in vitro: zmieniło się twoje dotychczasowe zdanie? - spytałam.
- Tak. Do tej pory myślałam, że przecież taki los, każdy ma swój Krzyż, są dzieci do adopcji... A teraz, mimo bycia katoliczką uważam, że nie ja decyduję o prawie do życia. Nie ja, nie lekarz, nie technik dajemy duszę. I ja nie mam prawa zabraniać tej radości bycia matką. Poza tym, nie czarujmy się, o dzieci zrodzone z in vitro się walczy często latami wiecznym bólem jednej kreski na teście.
- Wiesz, chyba trafiłaś w punkt. Bo Kościół generalnie burzy się, że to jest wychodzenie poza granicę tego, co naturalne, nie?
- Dla mnie wyjściem poza granice jest surogatka. - Wzdrygnęła się, czy tylko mi się zdawało?
- No to dla mnie jest naruszenie w zasadzie wszelkich możliwych granic. - Tak, muszę to przyznać: brzydzę się taką formą rozszerzania rodziny.
- Przecież, gdyby Bóg nie chciał powołać do życia dziecka, to by tego nie zrobił... ale w in vitro mamy dwójkę kochających się ludzi, którzy potrzebują pomocy. My jesteśmy powołani do miłości! Czy taka walka o rodzinę nie jest właśnie miłością?
- Powinnaś przemawiać lub pisać manifesty - uśmiechnęłam się. - Ale tak, masz rację, miałam podobne odczucie... że Kościół trochę przesadza. Boi się, co - moim zdaniem - wynika z niewiedzy.
- Książka uświadomiła mi, że każda kobieta ma prawo zostać matką, nosić skarb pod sercem a medycyna powinna jej w tym pomagać. Bo niewykrycie wady serca, kręgosłupa czy nerek jest według mnie straszną zbrodnią przez zaniedbanie i to nie tyle zaniedbanie pacjenta, co siebie i własnych kompetencji.
- Ja bym chętnie poczytała, czy ci lekarze ponieśli karę. - Podbródkiem wskazuję książkę. - Nie, żeby mnie jakoś rajcowała zemsta, ale tacy lekarze wciąż wykonują swój zawód, nikt im nie udowodnił, że popełnili błąd i "udają", że mają czystą kartę. Poszłabyś do tego, co na swoim koncie ma zaniedbanie? Ha! Może by się nauczył, ile warte jest życie. A nie, że to jakiś "mały procent" rodzących się dzieci.


Chwytam książkę i wertuję.
- A co sądzisz o końcówce? - pytam.
- Dość pobieżnie potraktowana została końcówka tej historii. Trochę brak mi też współczesnych odnośników. Wywiady są z 2003 roku. - Matalia mówi już bez emocji: sam konkret. - Zresztą napisana bardzo dobrym językiem. Naprawdę brawa dla autorki i zapewne korekty, bo zdania można, jako przykłady poprawnych form, stosować.
- Od razu wyczuwa się dziennikarski styl reporterski - dopowiadam.
- A, no i brawa za spis klinik. - Unosi wskazujący palec.
- O, to to! - przytakuję entuzjastycznie. - To był świetny pomysł. I to wyjaśnienie przez lekarzy różnych typów schorzeń i czy są letalne czy wyleczalne... Tak po ludzku, nie encyklopedycznie.
- A nie uważasz, że książka powinna być obowiązkową lektura w liceum na wychowaniu do życia w rodzinie? - rozkręca się dziewczyna.
- A wiesz, że byłby to całkiem niezły pomysł, chociaż trzeba byłoby pomyśleć, czy oni są gotowi na przeczytanie tej historii.. - myślę na głos. - Z drugiej strony, oni często na seks już są "gotowi", to niech się mierzą z taka lekturą, a co! - zakończyłam butnie.

Zaśmiałyśmy się.
- Gdybym mogła zasugerować jakieś zmiany, to na pewno uaktualniłabym parę rzeczy... No i na końcu przydałby się słownik pojęć. Taki, że mając ją na półce w domu, łatwo sięgasz i sprawdzasz, na przykład co to trisomia 13.
- Zgodzę się z tobą. Wtedy byłoby to takie kompendium wiedzy na ten temat. - Westchnęłam głęboko. - Może jednak wyłożę jakieś ciacho, co?
- Dawaj! - uśmiechnęła się.

Wstałam i podeszłam do półki, gdzie zawsze trzymam słodycze i wyciągnęłam kruche ciasteczka.
- Wiesz, co jest ciekawe - zagaiłam, stawiając talerzyk z ciastkami. - Mam wrażenie, że z jednej strony książka mnie uspokoiła, ale z drugiej - uświadomiła mi tę cholerną loterię... Zawsze chciałam mieć więcej niż dwójkę dzieci. Ale teraz się boję.
- Racja. - Sięgnęła po ciasteczko. - To taka książka, która "pracuje" w człowieku jeszcze długo po odstawieniu na półkę.
- Nie wiem, jak ty, ale ja bałam się tej ksiązki - powiedziałam i sama ugryzłam kawałek ciastka. - Zaczynałam ją czytać ze stresem jak przed kolokwium, a jednak praktycznie ją połknęłam.
- Oj, miałam to samo: niecałe 2h, skończyłam i myśl "O mój Boże"... A ile łez wylałam...
- Ja czytałam w nocy. Obok już eR. spał, słyszałam równie oddechy dzieci, a ja ryczałam i miałam ochotę na kolana paść. A dawno tak nie miałam. Ledwie powstrzymałam się, żeby nie obudzić dzieci i ich nie uściskać. Opamiętałam się jednak, ale stałam nad nimi potem długo...
- Takie trochę oczyszczenie, no nie? Łzy, ból, wspomnienia, a potem... radość i spokój istnienia.
- Właśnie. Książka, która tak trzepnie w twarz i obudzi z odrętwienia, z jakiejś stagnacji i poczucia, że to takie naturalne: urodzić zdrowe dzieci. Nawet jak kobieta nie przeszła w ciąży jakiegoś lęku o zdrowie czy życie dziecka myślę, że też sobie uświadomi jakie w gruncie rzeczy miała szczęście. 
- Pierwszy raz wypiłam kawę bez cukru. Chyba na tle tych gorzkich wspomnień, wydawała mi się słodka. - powiedziała Matalia i spojrzała gdzieś za mnie, pewnie w całkiem niedaleką przeszłość.

Zabrałam kubki, umyłam. Odłożyłam. Nic nadzwyczajnego, a przecież stanęły na półce obok kubków moich córek. Moich najdroższych córek

.
Tytuł: Dlaczego moje dziecko? Okrutne błędy natury
Autor: Beata Znamirowska-Soczawa
Wydawnictwo: Poradnia K
Rok wydania: 2016
ISBN:
9788363960551
Oprawa: miękka
Liczba stron: 208

Recenzja powstała dzięki rozmowie z Matalią oraz dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poradnia K:
_____________________________________________


wtorek, 3 stycznia 2017

Pora na potwora - Daniel Mizieliński, Aleksandra Mizielińska



To zdecydowanie jedna z tych książeczek dla dzieci, które nie powinny mieć zdjęć ukazujących jej wnętrze, jeśli chcemy zachować element zaskoczenia. Trudno jednak kupować kota w worku. Zwłaszcza, kiedy książka ma tak zagadkowy opis od Wydawcy...





Nie zapomnę, kiedy Bu dostała tę książkę. Była trochę na nią za mała. Po prostu przewracała te kateluszki jak się jej pomyślało. Zafascynowana była przewracaniem. Na różna sposoby. A to, czy były tam obrazki, czy litery, czy głowy, czy ogony... Nie miała ewidentnie do tego głowy.

Potem przyszedł czas na różne możliwości. Tu głowa, jak od ptaka. Ale za to ogon... może pożyczony od kota? Kiedy załapała, że nad obrazkami są też litery, które mogą utworzyć nazwę tego stwora, kazała je sobie odczytywać. Nagle okazało się, że jedna książeczka potrafi rozkręcić imprezę śmiechu. I zająć czas na przynajmniej trzy kwadranse.



Musze przyznać, że jest to osobliwa książka. Zapewne klasyfikuje się ją po prostu jako aktywizująca książeczka. Ja jednak śmiem powiedzieć, że to raczej aktywizacja książkowa: niby kształt, kartki, litery są... bardziej jednak przedmiot ów stworzony jest do aktywizowania dzieci niż do czytania. Czy to dobrze, czy źle? Ja uważam, że dobrze. Istnieją badania, które potwierdzają zmiany ewolucyjne u dzieci, które fizycznie nie są w stanie zapamiętać tyle, ile ... nasi dziadkowie. Zasób słów, jaki dziecko (a potem nastolatek) może osiągnąć wydaje się depresyjnie mały w porównaniu z tym, co w słowie mogli dziadkowie. To są fakty, tego nie zmienimy. Dziecko, aby przyswoić wiedzę, musi pobudzić wiele zmysłów. "Książka bez obrazków" w zasadzie tylko utrudnia przyjęcie wiedzy. Liczy się obraz, możliwość uczestniczenie - aktywizacja. Książki, aby być konkurencyjne dla mediów, muszą oferować coś ekstra. Czy książka "Pora na potwora" coś takiego oferuje? Zdecydowanie. Co prawda same przedstawienia zwierząt nie budzą bynajmniej w nas emocji, jakie zazwyczaj nam towarzyszą przy bliższym spotkaniu z książeczkami dla dzieci. Te wydają się ponure, bez kolorów. Jedynie blade odcienie towarzyszą nam w tle, identyfikując zwierzę: chcesz "poskładać" osę - szukaj obrazków z żółtym tłem. Z drugiej strony nie tworzymy przyjaznych, futrzanych i milusich dziwolągów, a potwory, czyż nie? 




Starsze dziecko jednak skorzysta na książeczce bardziej. Będzie wymyślało ciekawie nazwy i pod nie układało obrazki i odwrotnie. Dzięki temu odważnie będzie tworzyć, eksperymentować i tworząc śmieszne dziwadła, nabierać będzie dystansu do ich nazw, łamiąc sobie niejednokrotnie język.

Moje ocena na dziś: Bardzo polecam.
Pomimo grafiki (która według mnie jest zamierzona, ale jednak wpływa na odbiór), książka - a może aktywizacja książkowa - jest naprawdę godna polecenia. Sama widzę po dziecku, które tę książeczkę traktuje jako dobrego kompana do zabawy.

Tytuł: Pora na potwora
Autor: Daniel i Aleksandra Mizielińscy
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Rok wydania: 2013

ISBN: 9788363696016
Oprawa: twarda (tekturowa)
Liczba stron: 18

piątek, 23 grudnia 2016

Idą Święta! Miej się na baczności, mamo!


Każda mama wie, że czas przedświąteczny to przede wszystkim góra pracy. Najpierw sprzątanie - zwłaszcza przy małych dzieciach jest niezłym wyzwaniem. Sztuką jest zrobienie jakichkolwiek porządków bez tworzenia w tym czasie chaosu w innym miejscu domu. Później przygotowywanie wieczerzy wigilijnej. Jednak w całym tym rozgardiaszu przedświątecznym może umknąć kilka ważnych kwestii, na które mama (tu chodzi głównie o dzieci do lat 3) bezwzględnie powinna uważać.



#1 Choinka


Przystrojona na miarę możliwości dzieci, oczywiście. To znaczy: głównie ozdoby robione w przedszkolu lub w domu, pierniczki, cukierki i wszystko, co dalekie jest od inspiracji na Pintereście pokazujących skandynawskie wnętrza podczas Świąt.

Jeśli masz małe dziecko, ważne, by na choince nie pojawiły się szklane bombki. Szkoda by było je stłuc, po pierwsze. Po drugie – i chyba ważniejsze – istnieje ogromne ryzyko, że nie zauważysz brzdąca, który wkłada taką do buzi. Bombki szklane są cieniusieńkie. Nawet maluch mający trzy zęby potrafi się do takiej dobrać.

Choinka to też często bardzo małe ozdoby. Mimo, że dwuletnie dziecko już nie wkłada wszystkiego do buzi, to jednak wciąż lubi się bawić małymi elementami. Często koło ust. I robi to bezwiednie. O młodszym nie wspominam.

No i światełka. Jeśli choinka jest na podłodze, rozważ zawieszenie światełek trochę wyżej. Już raczkujące dziecko dopadnie kabelek i zaintrygowane kolorowymi światełkami będzie chciało się temu bliżej przyjrzeć. Dalszy scenariusz jest przewidywalny. Bezpieczniej będzie choinkę umieścić na wyższym podeście, czy niskim stoliku, by ograniczyć dostęp malucha do choinki w ogóle.

Choinka, jak się okazuje, może przynieść więcej kłopotów niż radości. Dzieci ciut starsze muszą uważać, by jej nie przewrócić, a młodsze, by podczas pełzania czy raczkowania nie skosztować igieł upadających ze żywej choinki.


#2. Menu świąteczne pod lupą.



Często nawet nie rodzice, ale na przykład dziadkowie sądzą, że skoro dziecko już w zasadzie może wszystko jeść, to oznacza to dosłownie wszystko. Nie. A wieczerza wigilijna pełna jest zakazanych produktów.

- karp – jest rybą tłustą o drobnych ościach, więc odpada. Świąteczną rybą jest także śledź. Niestety również jest zbyt ciężkostrawny. Co nie znaczy, że dziecko nie będzie mogło zjeść ryby w ogóle. O ile skończyło pół roku, może zjeść gotowaną, chudą rybę (np. po grecku, z warzywami). Pieczoną jednak dopiero 11-miesięczny bobas może zajadać.

- pierogi lub uszka z kapustą i grzybami – o ile ciasto byłoby nieszkodliwe, o tyle kapusta i grzyby mogą przynieść wam w nocy ostrą jazdę bez trzymanki z powodu bólów brzuszka.

- kapusta z grochem – ciężkostrawna, wywołująca wzdęcia potrawa.
- sałatka jarzynowa z majonezem. - tylko bez majonezu, bez groszku konserwowego, kiszonych ogórków i kukurydzy konserwowej, którą czasem niektórzy dodają.
- ciasta z masą, ciasta z margaryną, makowiec, sernik, piernik, ciasta zawierające bakalie czy miód – w zasadzie żadne nie będzie dobre dla niemowlęcia, ale jeśli chcesz się uprzeć, przygotuj sobie dietetyczny biszkopt. Starsze dziecko, do lat 3 może zjeść sernik a nawet trochę makowca. Starszak może już jeść piernik, ale w niedużych ilościach. Miód i przyprawy korzenne nie zaszkodzą mu, o ile dziecko już wcześniej próbowało i składniki te zostały sprawdzone jako niewywołujące reakcji alergicznej (od 2 lat można próbować sprawdzać).

Za to dziecko spokojnie może pić kompot z suszu już od 8 miesiąca czy wypić trochę barszczu (niemowlę nie może pić kiszonego).


#3 Gwiazda betlejemska
 


Większość z nas kupuje ją w okresie Świąt. Ale uwaga – białe mleczko, które wypływa przy przełamaniu liścia jest bardzo trujące. Poczęstowanie się opadłym listkiem może skończyć się bardzo źle.


#4 Słodycze



Święta bez słodyczy? Większości z nas wydaje się to istną katorgą. Kwestią nie do przejścia. Na choince, w prezentach, ciasta na stołach... A kiedy ty, matka, gonisz wokół stołu, by wszystkim dogodzić, dziecko podbiera cukierki z choinki czy chrupie w kącie czekoladowego Mikołaja, który nota bene tylko z nazwy jest czekoladowy.

Oczywiście, że na twojej choince nie musisz w ogóle wieszać pierniczków czy innych słodyczy. O słodkościach w paczce nie wspominając. Ale wystarczy, że zagadasz się z bratową u teściów, a dziecko – za przykładem innych dzieci – spałaszuje połowę słodkich ozdób z babcinej choinki. Pytanie, co robisz. Czy reagujesz z pierwszym cukierkiem („To ostatni z choinki, bo będzie cała goła!”), czy odpuszczasz i machasz ręką, myśląc: „no dobra, raz w roku możemy zrobić wyjątek od tych słodyczy”? Oczywiście możecie zrobić wyjątek, pozwalając dziecku na trochę więcej, ale jeśli zamkniesz oczy na całą garść papierków po cukierkach, to – wierz mi – czekają cię trudne Święta. Możesz zapomnieć o zjedzonym obiedzie, przyzwoitym podwieczorku czy kolacji. Mowy nie ma. Ale to dopiero początek. Dziecko będzie tak rozdrażnione, że nie będziesz się z nim w stanie porozumieć i czegokolwiek od niego wyegzekwować. Czy muszę wspominać o tym, jak będzie wyglądało przekonywanie go, że czas do łóżka? Jeśli jednak jakimś cudem uda ci się go tam zagonić bez dantejskich scen, będzie problem z zaśnięciem. Tak działa cukier. W zasadzie na większość z nas. Tylko dla nas, dorosłych, dawka doprowadzająca do tego stanu musi być znacznie większa z racji większej wagi.


#5 Zaniedbanie



Lepienie uszek, pierogów, robienie masy makowej, pieczenie placków, strojenie choinki, porządki... to wszystko zajmuje nasz czas. Tak już jest, jeśli nie chcesz w pobliskim markecie kupować gotowców. A jeśli dodatkowo masz malucha, który połowy dań nawet nie będzie mógł skosztować, chcesz mu to zrekompensować przygotowując zwykły barszczyk z kluseczkami (bez nadzienia lub z nadzieniem mięsnym – własnej roboty)... zaczyna nie tylko brakować czasu, ale i rąk. Starszak więc zamiast się ucieszyć magiczną atmosferą, najprawdopodobniej udzieli mu się twoja nerwowość i rozdrażnienie. I albo schowa się gdzieś w kąciku ze swoimi smuteczkami, albo za wszelką cenę będzie chciał zwrócić na siebie twoją uwagę. Jak raz podasz kupne uszka, świat się nie zawali. A malcowi najprawdopodobniej będzie totalnie wszystko jedno, czy uszka będą kupione, czy zrobione przez ciebie. Poza tym następnym razem spróbuj je przygotować nieco wcześniej i zamrozić.


#6 Przebodźcowanie



Czas Świąt jest niezwykły. Tyle się dzieje, że czasem my, dorośli, jesteśmy tym zmęczeni. Tu wigilia, potem świąteczny obiad, goście jedni, drudzy. Albo wy jedziecie w gości. I wciąż stół, jedzenie, kolędy, harmider, dzieciaki szaleją, dorośli się śmieją, w tle czasem jeszcze ktoś lubi włączyć telewizor, jakby cała ferajna za mało hałasowała.

Z dzieckiem – nieistotne czy to niemowlę, czy trzylatek – będzie problem. Ono nie jest w stanie ogarnąć tyle wrażeń. Hałas, kolory, światełka... to wszystko bardzo szybko męczy takie maluchy. Im mniejsze, tym szybciej. Ważne, by w porę zauważyć, że dziecko ma już dość i trzeba się ewakuować. Tu nie zadziała system: „im bardziej zmęczone, tym szybciej zaśnie i dłużej będzie spać”. Tu to zmęczenie wynika z przebodźcowania. Dziecko będzie miało trudności z zaśnięciem (powinno mieć czas na wyciszenie się), a sen będzie niespokojny, nerwowy. Niewykluczone, że maluch będzie się budzić w nocy z płaczem, jakby dręczyły go koszmary. Co nie jest takie nieprawdopodobne.




Ważne, by Świąt nie rozpatrywać pod kątem zaangażowania się w nie w stu procentach. Przy małych dzieciach bardzo trudno o przygotowanie wszystkiego tak, by nie odbiło się to na dzieciach. One wymagają uwagi i opieki. Lepiej poświęcić im czas. Odpuścić makowiec na rzecz wspólnie wypiekanych pierniczków, a piękne ozdoby choinkowe zachować na czasy, kiedy dzieci będą rozumiały, że się ich nie je. Święta to czas dla rodziny. Dzieci urosną i pozwolą przygotować ci wspaniałą wieczerzę i odstrzelić dom na błysk. Cieszmy się Świętami, a nie marnujmy energii na stres i nerwy podczas przygotowań.

Jesteście jednymi z "obudzonych", czy może już to wiecie? A może macie jeszcze jakiś podpunkt do dodania?

poniedziałek, 7 listopada 2016

7 listopada - Obywatelka Matka w 100club.pl

7 listopada 2016 r.
Poniedziałek



Mania: 6 miesięcy, 3 tygodnie i 2 dni
Bu: 3 lata, 3 tygodnie i 1 dzień
Waga: Nie wiem i olewam. Na razie. Bo waga zepsuta.
Pogoda: Taka, że nawet nie wiem, jak ją wiernie opisać. Jest tak koszmarnie mokro, szaro, mgliście i zimno, że nawet nie chcę patrzeć w stronę okna.





09:04


Mam newsa.

Nie, nadal jestem chora. Już trzeci dzień nie widać poprawy. A nawet momentami mam wrażenie, że jest gorzej. Słabo mi, łepetyna pęka, gardło przy odkrztuszaniu boli niczym otwarta rana, z której próbujesz zdjąć plaster. Znacie ten ból, kiedy kaszel nie chce się oderwać? Ty próbujesz, chociaż ból wyciska łzy, a tam w gardle nie chce się to pieroństwo oderwać i "wisi", a ty nie możesz mówić, bo flegma zalega gardło? No, to teraz tak mam. Plus katar i gorączkę wieczorami.

eR. polecił mi koniecznie umówić się do lekarza. Tylko gorzko się zaśmiałam. Nie zrozumiał.
Kto próbował do przychodni dzwonić rano w poniedziałek, ten wie, o czym mowa. Ale próbuję.
Zresztą, co mi lekarz powie. "Wyleżeć się, wygrzać, spocić, nie wychodzić z łóżka, wietrzyć dom i brać coś na dolegliwości objawowe: na gardło, na ból, na gorączkę..." Tylko, że ja nie mam możliwości się wyleżeć. A to oznacza, że przy najlepszych chęciach będę się leczyć jeszcze ładnych kilka dni. Jak nie tydzień, bo siekło mnie na ostro.



Ale wracając: mam newsa. Dzisiaj ja, Obywatelka Matka, debiutuję na portalu www.100club.pl  To takie bardzo przyjemne miejsce w sieci, gdzie znajdziecie dużo przydatnych artykułów dotyczących samego życia, relacji międzyludzkich, zdrowego trybu życia i pasji... Zresztą, sami możecie przeczytać o tym tutaj.

Co konkretnie wyprodukowałam? A taki artykuł, który miał trafić tutaj, ale poleciał tam. Jak wychować dziecko - 10 zasad, które uczynią cię lepszym rodzicem. Zaglądajcie, może polubicie, skomentujecie?


czwartek, 3 listopada 2016

Macierzyństwo w dwóch słowach

Dziś lekko. Jakbym stanęła obok siebie i trzeźwo spojrzała na niełatwą rolę mamy. Dla tych, którzy chcą
mieć dzieci, ale ... się wahają.

Uwaga, nie będę słodzić mamom.





"Matka" - to słowo jak dźwięk dzwonu. Brzmi mocno i donośnie. I porusza.
A bycie matką w dzisiejszych czasach to już nawet nie jest wyzwanie. To tor z przeszkodami. Na każdym kroku człowiek może zginąć.

A tymczasem w cieplutkich pieleszach naszych stereotypów "matka" jest "mamusią", która mimo poświęcenia, braku czasu dla siebie, permanentnego niewyspania... zakłada różowe okulary i macierzyństwo staje się pięknym obrazkiem uśmiechniętej, szczęśliwej rodziny. Uwaga, może boleć: tak nie jest. Reklamy serków topionych ukazujące taką rodzinę, kłamią.

Bo tak naprawdę matka wszystko zawsze musiała wywalczyć: jedzenie (znacie tę walkę w Biedrze), ubrania (ty też gonisz po ciucholandach w dniu nowych dostaw?), czas na ogarnianie obowiązków domowych (dziecko się drze, ale ktoś ten kibel musi umyć), czas dla siebie (po 23, kiedy dzieci pójdą już spać), dla męża (ten moment, kiedy gasisz nocną lampkę... albo i nie), dla dzieci (średnio 3/4 dnia), zdrowe nawyki (tylko mama zna triki maskowania warzyw w łakociach), wychowanie i dobre maniery ("a dzień dobry, to gdzie?") dobry start dla swoich pociech...

Wiecznie w natarciu o dobre, lepsze jutro.
No i na tę okoliczność idealne dwa okruszki:


"takie dni", K. Pac-Raszewska / źródło

"macierzyństwo, macierzyństwo a my nieświadome w środku", K. Pac-Raszewska / źródło



wtorek, 18 października 2016

18 października - Codziennik, cz.1

18 października 2016 r.
Wtorek



Mania: pół roku i 3 dni
Bu: 3 lata i 2 dni
Waga: 58, 5 kg. Tak, to raczej efekt zaniedbania ćwiczeń i "niedojedzenia".
Pogoda: Jesienna. Może nie nieprzyjemna, ale szału nie ma. Za to jest spacer i sesja zdjęciowa z ogrodu.




14:12


Dziś obudziłam się zmęczona. Tak dla odmiany, chciałoby się dodać z przekąsem. Ale pomyślałam: "jakoś to rozchodzę" i od razu zrobiło mi się lepiej, bo reklamę raczej wszyscy kojarzą. I to właśnie taki dzień, na rozchodzenie. Udało się.

Pogoda za oknem tak naburmuszona, jakby chciała mi wejść do domu na złość. I zapaskudzić podłogę  brudnymi buciorami. Tymczasem, tradycyjnie już, po pierwszej drzemce udałam się do babci. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ma co dramatyzować. Temperatura okazała się łaskawa, bez przenikliwego wiatru.

Ostatecznie poszłyśmy na półgodzinny spacer. Mania to jednak uwielbia spacery i swoją "wózkownię". zabawowym tamburynem z wizerunkiem świnki Peppy obwieszczała całej wsi, że idziemy - w końcu - na spacer. 

W rezultacie mamy bardzo jesienne zdjęcia, chociaż nie przywołują na myśl złotej, cieplutkiej, łaskoczącej delikatnie jesieni. To raczej ta jesień, kiedy wiele krzewów krzyczy kolorami, ale człowiekowi bliżej do tych kolorów z głębi kominka.

Postanowiłam pokusić się o nowy cykl. Codziennik. Moje wpisy generalnie traktują o moim życiu codziennym, jednak dotąd nie pojawiały się moje zdjęcia. Chcę zachować anonimowość. Nie zrezygnowała z tego, w żadnym razie. Będę jednak wstawiać zdjęcia różne. Ale moje, a nie zdjęcia CC0*.


 chciałam zrobić zdjęcie kwiatom - a tam paź. królowej!

jedna z ostatnich. jak u Małego Księcia

jesień w ogrodzie. albo raczej: koniec lata

jesienny optymizm.

jesienny optymizm, tylko zasuszony na pamiątkę

na werandzie

pytanie: czyje to odbicie?



*CC0 - Creative Common Zero. Rodzaj licencji, jaką zdjęcie może posiadać. Najprościej: darmowe zdjęcia, bez konieczności wyjaśniania umieszczania źródła ich pochodzenia (czy autora). Więcej: tutaj.


A Wasza jesień jaka jest? Pociągająca nosem? Opatulona ciepłym kocem? A może trzyma w ręku Pumpkin Spice Latte (btw, dziś wieczorem będzie przepis)? Czy przypadkiem nie zbiera kasztanów i kolorowych liści? Nie skacze po kałużach w różowych kaloszach? Piszcie, czy lubicie jesień.



wtorek, 11 października 2016

11 października - smutna jesień z pozytywnym akcentem

11 października 2016 r.
Wtorek


Mania: 5 miesięcy, 3 tygodnie i 5 dni
Bu: 2 lata, 11 miesięcy, 3 tygodnie i 4 dni
Pogoda: A pogoda listopadowa, niech ja szlag! - za przeproszeniem. Jeszcze śniegu z deszczem brakuje do tak zwanego szczęścia






14:55
 

Jeden z tych dni, kiedy dziecko, które zazwyczaj mało śpi w dzień (chociaż powinno), pewnego dnia zasypia kamiennym snem na dwie godziny...

... a ty nie wiesz, czy powinnaś się niepokoić, czy z radością rzucić w wir pracy odkładanej tygodniami.

Oczywiście nigdy nie wiesz, kiedy taki dzień nadejdzie. Nastawiasz się, że - jak zwykle - dziecko obudzi się po trzech kwadransach (wersja optymistyczna), więc nawet nie myślisz, że mogłabyś coś zrobić.
 
Ja w takich sytuacjach zabieram laptopa i odpoczywam z małą. Zawsze mogę ją "dolulać", by zasnęła jeszcze na nadprogramowe 5-10 minut.

Kiedy się budzi, robię wszystko inne. Wróć: usiłuję. 
Bo bywają też dni okrutnie męczące. W czasie "skoku" albo przy ząbkowaniu, kiedy to dziecię buczy w zasadzie cały dzień. A ty musisz powiesić pranie bez niego na rękach. No przecież też bym się zbuntowała. Uch!

A późnym popołudniem, kiedy mąż wraca z pracy lubi palnąć, biedak nieświadomy: "nie noś jej, bo się potem od ciebie nie odklei". Włączam wówczas bajkę Starszej i rozpoczynam krucjatę przeciwko słownemu znęcaniu się nad matką, która słucha jęków dziecka od samego rana, więc ma już dość i niech sobie Tatuś tak jeden cały dzień znosi takie jęki a potem wieczorem "pozwala się dziecku wypłakać".
Kończy się to zazwyczaj pokojowo, zawarciem porozumienia o zajściu nieporozumienia.
 

Nie dalej jak wczoraj postanowiłam umyć lodówkę, bo kiedy ją otwierałam to było "coś tak czuć", jak mawiała moja śp. prababcia. 

Mania nie była zachwycona, że zostawiłam ją na "placu zabaw" z zabawkami, a sama sobie poszłam. Mój głos, jak się okazało, to nie było coś, co takiego półroczniaka mogłoby satysfakcjonować. Ale, jak wiemy, są takie prace w domu, które zaczęte po prostu muszą być dokończone. I do takich należy np. mycie lodówki. Musiałam jednak na tym poprzestać, bo dziecko buntowało się tak głośno i rozpaczliwie, że ostatnią półkę myłam drącymi rękami. Rozmrażanie musiałam sobie darować, bo - jak nic! - osiwiałabym w tym czasie.


15:06

Dziś po raz pierwszy od urodzenia (a nawet ciut wcześniej) będę miała korki! Jestem tak podekscytowana, jakby za drzwiami pokoju nie stało biurko, a lustro z jakimś cyber-przejściem do innego świata, w którym na godzinę jestem poddawana przyjemnym zabiegom relaksacyjnym, niczym w spa. Taki powrót do tego, co było przed, do mini-niezależności (to w końcu moja kasa, a nie jakieś tam 500+ czy macierzyński, który idzie głównie na pieluchy, mleko i inne takie). I kupię sobie za to buty. 

Ktoś pomyśli: śmiech na sali, żeby mi mąż nie dał na buty. Ależ on mi chce dać. Tylko to nie o to chodzi. Trudno wyjaśnić to komuś, kto zarabia. Ja zarabia(ła)m korepetycjami, z którymi musiałam skończyć na czas opieki nad dzieckiem. Nie potrafię opisać, jak mi źle z tym, że "mąż mi wydziela". To tak brzmi, chociaż nigdy tak nie wygląda. Nigdy nie było sytuacji, w której bym nie dostała tyle, ile potrzebuję. Bez cienia wątpliwości, że chcę za dużo. Zawsze dostanę. Na cokolwiek, co uważam, że jest potrzebne i służy. Nie trwonię kasy (nawet własnej) na coś, co stoi w kącie i zbiera kurz. Ale mimo wszystko zależność finansowa mi ciąży. 



Też tak macie? Niby nic, niby to moje zarabianie na ten moment jest symboliczne - Mania jest wciąż za mała, żebym mogła wrócić do dawania lekcji na pełen etat - a jednak zmienia wszystko. Samopoczucie przede wszystkim. Niektóre kobiety chcą wychodzić za mąż za milionera, by nie pracować, tylko dostawać. Nie umiałabym tak. Nie tak mnie nauczono. 

PS. U mnie dziś taka zupa. Spróbujcie kiedyś, bo u mnie wszyscy ją chwalą, że najlepsza cukiniowa :)

wtorek, 27 września 2016

Ustawa antyaborcyjna – 4 kłamstwa

 

Ustawa antyaborcyjna – 4 kłamstwa





Nie oczekujcie, że będę jak Wellman. Nie będzie wywlekania na wierzch spraw, które dotyczą mnie i mojej macicy. Jakby kto był ciekawy - obie mamy się dobrze.


Już czytałam, jak to pewnainternautka rozprawiła się nowelizacją ustawyantyaborcyjnej. Otóż najwidoczniej coś jej umknęło. To nie tak, że podpisuję się pod ustawą obiema rękami, nie. Mam swoje zarzuty. Ale nie znoszę ignorancji, hipokryzji i powtarzania wypowiedzi pseudointeligentów, chociaż na temat nie wie się nic. A od kilku dni mam wrażenie, że internety oszalały: wszyscy przekrzykują się, cytują tych mondrych i cieszą się, że pokazali faka.


Bardzo irytujący jest fakt, że z tych ludzi bardzo niewielu czytało ten projekt (wraz z uzasadnieniem). To od razu widać po ich wypowiedziach. Mało kto staje w obronie ustawy, bo od razu wszyscy rzucają się na niego, zanim dokończy zdanie a później zadowoleni, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku obywatelskiego lajkują udostępniane masowo selfiki w czerni „ważnych osobistości show biznesu”. Żal dupę ściska.


Ale to moje zdanie, wy możecie mieć swoje, oczywiście.





Propaganda działa jak dobrze naoliwiona maszyna, bo do ludzi idzie przekaz jednostronny, jednowymiarowy: kobieta będzie oskarżana, a może nawet karana za poronienia, nie będzie mogła zrobić dokładnych badań dziecku (i tym samym dowiedzieć się o jego niepełnosprawności), nie będzie mogła dokonać aborcji w przypadku gwałtu (do 12 tyg. ciąży) czy zagrożenia swojego życia (niezależnie o wieku płodu). Wszystko to sprawia wrażenie, że politycy (i grupa porąbanych świrów z Ordo Iuris) jedno, a cała Polska - drugie.

A to przecież nieprawda! Jest naprawdę wielu, którzy cieszą się, że ta ustawa weszła. Ale jest też paru takich, którzy częściowo są za, a częściowo nie. I do takich należę ja. Dziwne, co?

Już raz pisałam o tym. Jestem osobą wierzącą. Więcej: Kościół mi nie przeszkadza, tak jak przeszkadza wielu.
Grunt, że w myśl mojej wiary, a także religii (podkreślam tę kolejność!), życie zaczyna się w momencie poczęcia. Nie ma momentu znanego lekarzom, który można byłoby nazwać "początkiem życia". Rozwój płodu jest tak dynamiczny, że nie sposób w jego trakcie nagle powiedzieć "o, to chyba tutaj". Czyli o zarodku, o płodzie mówię "mały człowiek". A ja nie jestem mordercą. Dla mnie aborcja to zabójstwo. Aborcji mówię NIE. Piszę o tym po raz drugi, bo chcę, by to było jasne dla moich Czytelników.

Czyli powinna mnie radować myśl, że od uchwalenia ustawy dzieci w łonie matek będą spały spokojnie. Niekoniecznie. To znaczy: niekoniecznie te dzieci będą spały spokojnie...

Bardzo fajnie, że nasze państwo nie idzie z "duchem UE", nie traktując aborcji jako środka antykoncepcji. Ale moje stanowisko w kwestii trzech wyjątków nie jest zbieżne z tą nową ustawą. Państwo chroni obywateli przed głupotą, nie pozwalając na powszechną aborcję, ale nie powinno za nich decydować. O moralności ludzi powinni decydować... oni sami. Bo jeśli ja znalazłabym się w sytuacji podlegającej któremuś z trzech wyjątków, chciałabym sama móc zadecydować. I mogę zdecydować, że nie dokonam zabiegu. Ale ktoś inny może zadecydować inaczej. To są   n a p r a w d ę   trudne sytuacje. I póki się ktoś sam w którejś nie znalazł, nie ma nawet mglistego pojęcia, jak to jest.

Jednak bezrefleksyjne powtarzanie za kimś haseł tylko oddala wszystkich od prawdy, do której te osoby rzekomo dążą. Mówię tu czterech kłamstwach, z którymi się rozprawię.


Kłamstwo 1#

Badania prenatalne będą zakazane.



To, że usunięto zapis o nich, a w uzasadnieniu napisano, że przestaną mieć uzasadnienie, świadczy jedynie o logice. To ustawa antyaborcyjna i w odniesieniu do niej (a co za tym idzie, do aborcji), badania prenatalne nie będą już przydatne. Kiedyś uznawano za dowód w sprawie zakwalifikowania danego przypadku do tych trzech wyjątków. Teraz, kiedy ich już nie ma – badanie prenatalne jest niepotrzebne, prawda?

Pamiętajmy, że badanie to pomaga wychwycić wcześnie wady płodu, a co za tym idzie podjąć leczenie. Można popytać u ginekologów. Podczas pierwszej ciąży były przesłanki, że dziecko może mieć wadę serca. Badanie prenatalne II trymestru sprawdza działanie narządów dziecka. Jeśli coś byłoby nie w porządku, a dziecko zaraz po porodzie kwalifikowałoby się na operację – już w ciąży jestem na to gotowa. Umawiam się z kardiochirurgiem, zaklepuję termin (często odległy, więc wczesna informacja bywa zbawienna) i dziecko od razu może być wyleczone. A to tylko jeden przykład.

Samo w sobie badanie nie jest zabronione:
„Niezależnie od powyższego dostęp badań prenatalnych gwarantowany jest ustawodawstwem regulującym dostęp do świadczeń medycznych, a zamieszczenie tych norm w Ustawie stanowiło zbędne superfluum”.

Uwaga! Jakby ktoś nie wiedział (a zdarza się), najpowszechniejsze badania prenatalne są nieinwazyjne. To znaczy, że nie zagrażają dziecku, bo to tak naprawdę bardziej szczegółowe USG. Co do inwazyjnych – odpowiedź poniżej.


Kłamstwo 2#

Teraz w przypadku zagrożenia życia ciężarnej, nie będzie można jej leczyć.



To jest nielogiczne. Bo dziecko bez matki nie przeżyje. Także i ustawa nie przewiduje konieczności podejmowania ryzyka nieleczenia matki. Wszystkie możliwe sposoby ratowania życia matki są możliwe. Nawet, jeśli przez to poroni. Tak, tu mamy do czynienia z „konfliktem” równorzędnych praw: prawo do życia dziecka nienarodzonego i prawo do życia jego matki. To nie tak, ze nowelizacja stawia któreś prawo wyżej (to wbrew Konstytucji), ale zwraca uwagę, że tutaj ważna jest celowość zabiegów medycznych: mają ratować zdrowie i życie matki. Zabronione jest jednak stosowanie pewnych zabiegów w celach profilaktycznych. Czyli: jeśli istnieją poważne przesłanki, że należy przeprowadzić badanie inwazyjne (jak to było w moim wypadku z zaśniadem), należy je przeprowadzić, a nie czekać czy kobieta nie kopnie w kalendarz.
A to oznacza, że jeśli nastąpiło poronienie w wyniku działań ratujących kobietę – nie ma mowy o żadnym karaniu!


Kłamstwo 3#

Kobieta poroni, a już do domu zapuka prokurator i policjant. A kobieta zamiast przeżyć w spokoju żałobę po dziecku, będzie torturowana psychicznie bezpodstawnymi podejrzeniami.



Kolejna bzdura. A raczej powiedziałabym, że naprawdę przerysowane spojrzenie na to, co akurat tutaj jest naprawdę istotne. Art. 152 § 2 rzeczywiście mówi o tym, że za nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka przewiduje się karę do 3 lat więzienia. Ale dalej przeczytamy, że „nie podlega karze matka dziecka poczętego, która dopuszcza się czynu określonego w § 2”, czyli poroni, stanie się to nie z jej winy. Nawet jak będzie jeździła na rowerze, czy potknie się i upadnie. Podkreślę to: kobieta nie jest winna w przypadku poronienia (nie mówimy o aborcji, czyli celowych zabiegach mających na celu zabicie tego dziecka).


Kłamstwo 4#

Teraz to dzieci w okresie okołoporodowym będą umierać na potęgę, bo nie będzie można diagnozować poważnych schorzeń.



Cofamy się zatem do uzasadnienia, że badania prenatalne nie będą zakazane. I te nieinwazyjne i te inwazyjne, jeśli ich przeprowadzenie będzie miało na celu diagnozę naprawdę poważnego schorzenia zagrażającego życiu kobiety.
Sama jestem przykładem, że nawet wcześniej, kiedy obowiązywała antyaborcyjna ustawa „kompromisowa”, lekarze nie ryzykowali przeprowadzenia inwazyjnych badań prewencyjnie, ot tak. A podejrzenia o zaśniad to bardzo poważna sprawa. Nie tylko chodzi o dziecko, a głównie o kobietę. Bardzo często czekali się do samego końca i przeprowadzali je w ostateczności.




Piszę o tych kłamstwach, bo powtarzanie ich za ludźmi, którzy najczęściej nie sięgnęli do źródła lub przeczytali bardzo pobieżnie wprowadza zamęt.

Ale żeby było jasne, powtórzę to po raz enty: Jestem za tym, by w ustawie były jednak dopisane te trzy wyjątki, chociaż głęboko wierzę, że Bóg dałby mi siłę, by nie dokonać zabiegu. Każdy jednak ma prawo wybrać, kiedy ma do czynienia z niewyobrażalnie trudną sytuacją.


środa, 7 września 2016

5 września - jak odbiłam się od dna

5 września 2016 r.
Poniedziałek





Mania: 4 miesiące i 3 tygodnie
Bu: 2 lata 10 miesięcy, 2 tygodnie i 6 dni
Waga: 59, 5 kg
Pogoda: Bardzo barowa, zero optymizmu, trzeba się bardzo mobilizować do życia.




11:57




Kilka dni temu po prostu obudziłam się z poczuciem odkrycia Ameryki. Nie wiem, czy gdzieś coś wcześniej przeczytałam, może samo mnie naszło. A może byłam już tak bardzo na dole, że nadszedł najwyższy czas, by się odbić od tego psychicznego dna. 

Nieważne. Poczułam, że od dłuższego czasu patrzę na tę moją szklankę do połowy pustą ze złej perspektywy. Z perspektywy tego, który pije. Jeśli pijesz, to ubywa, prawda? I w związku z tym zawsze w naszej podświadomości będzie przekonanie, że szklanka była pełna. Mimo, że to absolutnie utopijne. I demotywujące, oczywiście. 

Tymczasem właśnie należało spojrzeć na tę samą szklankę z zupełnie innej perspektywy: tego, który nalewa. Skoro można nalewać, to znaczy, że szklanka, która teraz jest pełna do połowy, z czasem może być... pełniejsza :-). Zaletą takiego patrzenia jest również fakt, że to my tę szklankę napełniamy. Nie to, co pesymistycznie "upijanie szczęścia" z naszej szklanki, która przez to picie jest w połowie pusta. My, nalewający, widzimy ja już w połowie pełną. A przecież widoki są na całą szklankę!

I tak właśnie czuję się od tych kilku dni. Po raz pierwszy chyba (a może tak długo tego nie czułam, że już zapomniałam, że to uczucie kiedyś znałam) zdaję sobie sprawę, że to ode mnie zależy, jak się będę czuła i co zrobię, by czuć się lepiej. No i oczywiście, że to ode mnie zależy, czy będę walczyła o marzenia. Bo kto za mnie będzie o nie walczył? Każdy ma swoje, nie? 

To znaczy oboje z eR. mamy wspólne cele i cieszymy się z naszych wzajemnych sukcesów, wspieramy się w osiąganiu celów itd. Ale to ja powinnam inicjować to! Przecież to moje marzenia, moje cele, które chcę osiągnąć w moim życiu. Każdy ma swoje, prawda? Nawet, jeśli się zbiegają ze sobą, to nikt nie może przeżyć życia za mnie. Bo to moje życie i tyle. 

A jak wiemy "moje zmienia wszystko", jak przekonuje mnie Marek Konrad w pewnej reklamie. I chyba mu wierzę, chociaż nie przybliżyło mnie to nawet na jotę do podjęcia decyzji o założeniu konta w tym banku.





15:24



W związku z tym moim odkryciem, od razu postanowiłam wprowadzić kilka zmian w swoim życiu. Oczywiście dzień wcześniej wypiłam pół butelki wina, zagryzłam połową gorzkiej czekolady i kilkoma kawałkami  najlepszego na świecie drożdżowego ciasta z kruszonką mojej Babci.

I to był pierwszy raz, kiedy cieszyłam się na to "od jutra..."

1. Szklanka soku pomarańczowego z rana


Dziś rozpoczęłam dzień od szklanki soku pomarańczowego. Zamiast kawy. W zasadzie wszystko inne na czczo jest lepsze niż kawa. Ale sok pomarańczowy nieźle pobudza. I ten kolor! Zwłaszcza, kiedy zobaczyłam jak diametralnie zmieniła się pogoda: zimno, brzydko, szaro i jeszcze ten deszcz...


2. Ćwiczenia

 


W końcu nadszedł ten czas, że odpaliłam Chodakowską i byłam zdeterminowana za nią nadążyć. Ale nie spodziewajcie się na miesiąc "before-after" selfie. Ja nie z tych.

No to zaczęłam. Najpierw udawałam, że zadyszka mnie nie dotyczy. Potem zaczęłam mówić do siebie, że babę chyba pogwizdało, bo to niewykonalne w takim tempie i w takim (na)tłoku ćwiczeń, a nawet robiłam sobie krótkie przerwy. Ostatecznie Maniula obudziła się na kwadrans przed końcem i pozwoliła mi jeszcze na 5 minut katorżniczych ćwiczeń. Zresztą ja też miałam już dość. Z wywieszonym jęzorem, zadyszką i poczuciem, że z lekka się lepię musiałam przyznać, że ten program mnie dziś pokonał. Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że w ogóle mnie to nie zraziło! Odwrotnie: mam poczucie, że muszę dać radę. Muszę dojść do takiego momentu, gdzie z trudem, ale jednak te ćwiczenia zrobię!


3. Odstawiłam słodycze

 


Czy kosztowało mnie to wiele? Normalnie powiedziałabym, że nie muszę ich odstawiać, bo ich nie jem. Tymczasem po urodzeniu Maniusi, zaczęłam po nie sięgać, bo brakowało mi energii. Niby były to tzw. zdrowe słodycze: dobra mąka, nasiona, orzechy itp. Niestety z tymi "zdrowymi słodkościami" to jest tak, że człek chce się wciąż usprawiedliwiać przy ich jedzeniu, bo przecież są zdrowe, nie? A ja po prostu chcę, by waga w końcu drgnęła i zeszła do moich 57 kg. Niby niewiele mi brakuje, ale każda kobieta wie, że już kilogram robi różnicę, by czuć się lepiej lub gorzej we własnym ciele.

A jak brakuje mi cukru, to sięgam po słodką śliwkę, nektarynkę czy nawet winogrona, nasze swojskie z ogrodu.


4. Problematyczna kawa 



O kawie już pisano wiele: wieszano na niej psy jak i wychwalano pod niebiosa. Bo przecież ma taki zły i równocześnie zbawienny wpływ na nasze zdrowie. Czegokolwiek by nie pisali, najważniejsze, to zachować umiar. Kawę można pić w ciąży i karmiąc piersią, o ile nie pijemy jej hektolitrami. Każda dieta wyklucza kawę i herbatę. Ale ja nie mogę, bo mnie podnosi wiecznie niskie ciśnienie, ładnie pachnie i po prostu mi smakuje. Ale dwie małe kawy dziennie to jeszcze nie przestępstwo. O ile nie pijam jej na czczo i na noc. A nie pijam.


6. Warzywa lub owoce w każdym posiłku



Kolejna bardzo ważna zasada. Nawet jeśli ma to być nawet coś drobnego, nawet jogurt, to wezmę potem jeszcze dwie śliwki. Owoce i warzywa mają być podstawą. Jeśli chcę, by moje dzieci jadły warzywa i owoce (szkoda, że do tych pierwszych ciężej trzeba je namawiać), to muszą widzieć, że rodzice jedzą. Przykład idzie z góry. No i nie bądźmy hipokrytami, tak?


7. Woda.



1, 5 litra. Dlaczego nie 2? Bo to więcej niż jednak duża butelka. A jednak duża butelka to i tak dużo. Najpierw wyznaczamy sobie mniejsze, osiągalne cele. To tak, jakby chcieć wejść na Everest, kiedy najwyższa góra przez nas zdobyta to Babia Góra. Albo lepiej: Gubałówka, na którą się wyjechało.

Dawniej nie miałam z tym problemu, ale przy małym dziecku i popołudniami przy dwójce, człowiek po prostu zapomina. Czasem zdaję sobie sprawę, że wypiłam tylko dwie kawy i dwie herbaty przez cały dzień. Skandal.


8. Przynajmniej pół godziny na powietrzu.



To naprawdę minimum. Przede wszystkim dla dziecka, które po prostu powinna być codziennie na powietrzu. No chyba, że pierze żabami. Świeże powietrze poprawia jasność umysłu, człowiek myśli przejrzyście, lepiej mu się oddycha i lepiej się czuje. Nawet jeśli akurat pogoda barowa.


9. Skóra też wymaga opieki



Jestem raczej konsekwentna. Nie, żebym od urodzenia taka była, ale liceum mnie tego nauczyło i to procentuje. Niestety jeśli chodzi o smarowanie się tymi mazidłami po ciele, twarzy i te wszystkie zabiegi zawsze wydawały mi się przesadą. Ale kiedy człek dobiega trzydziestki, dociera do niego, że nie będzie wiecznie piękny i młody. No, piękny może być trochę dłużej, ale jak się o to postara. A kiedy dobrze będzie wyglądał, będzie się ze sobą lepiej czuł. I teraz zamiast 20 minut, w łazience siedzę 35-40 min. Zobaczymy, czy wytrwam...


10. Organizacja dnia



I teraz zasadnicze pytanie: czy uda mi się to pogodzić? A co z resztą rzeczy do zrobienia w domu? W końcu "nigdy nie miałam czasu". Tymczasem wystarczy sobie przemyśleć kilka spraw i od razu się okazuje, że jednak się dało zrobić to, czy tamto. Przy małym dziecku najlepiej sprawdza się system obowiązków wedle którego dzielimy je (obowiązki, nie dziecko) na te, które ogarniamy kiedy dzidek nam śpi, i te - kiedy nie śpi. Nagle okaże się, że przy bawiącym się grzecznie brzdącu możemy wiele zdziałać, a nie tylko przy zabawie czekać na kolejną drzemkę. Kiedy maluch idzie spać, my zabieramy się za to, co z powodzeniem jesteśmy w stanie zrobić, nie budząc go przy tym. I wczesnym popołudniem ze zdziwieniem stwierdzę, że w zasadzie, to jestem "odrobiona" i na kolejnej drzemce będę mogła odpocząć, poczytać, popisać, pooglądać głupoty w telewizji - co chcę!





No, to kiedy odkryłam tę moją Amerykę, od razu świat przestał być brzydki i szary. Chociaż nie: wciąż jest szary, ale kiedy patrzę na mój ogród nie widzę tylko szarozielonej plamy z krzewów, ale przede wszystkim widzę przepięknie czerwone maliny, a dopiero potem te buro-zielone krzaczory. 

A dzieci? Znów są cudowne, najkochańsze i najbardziej urocze ze wszystkich znanych mi istot na Ziemi. Matki już tak mają. A Wy?
Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric