Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrowersje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrowersje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 stycznia 2017

Czy babcia to wciąż ta sama instytucja, co kiedyś?

... a może teraz to już tylko na nie narzekamy...?



Nie wiem, czy tym pytaniem nie wbiłam kija w mrowisko. Przecież wszyscy kochają swoje babcie. Powinnam raczej napisać, że problem mają córki i synowe. Bo, jak się okazuje, chyba na każdym już blogu o tematyce rodzicielskiej poruszono kwestię babci, która się wtrąca, która źle doradza, bo „przecież ona wie”; babci, która sprzeciwia się decyzjom rodziców i rozpieszcza wnuki...




O co chodzi z tą nagonką na starsze (chociaż i to podlega dyskusji) panie, które przecież chcą dobrze. Temu nikt nie przeczy. Ale niestety intencje, jak dobrze wiemy, nie rekompensują krzywdy. Oto 10 zarzutów, które padają też pod adresem cioć i pań z przystanków spotkanych przypadkowo - często są to czyjeś babcie. Dziadków czy wujków raczej się nie oskarża – mężczyźni rzadko kiedy mają poczucie, że muszą się wtrącić w czyjeś życie, bo inaczej będą mieli je na sumieniu.


Zarzut nr 1: Babcia wie najlepiej, bo to „się zawsze sprawdzało”.



Babcia jeszcze przed narodzeniem wnuka czy wnuczki wie, co dla niej bądź dla niego będzie najlepsze. Bo jak czapeczka po kąpieli sprawdzała się 30 lat temu, to jak ma się teraz nie sprawdzić.
A jak płacze, to trudno, trzeba przetrzymać, to się dziecku odechce. A jak karmisz naturalnie, to nawet nie patrz w stronę jajek czy pomidorów.

Otóż świat idzie do przodu i pod wieloma względami należy się z tego cieszyć. Dzięki temu wiemy, że pewne zabiegi to tylko niepotrzebny zachód i zawracanie głowy. Jednak niektóre z nich mogą naprawdę zaszkodzić. Mało która babcia wie, że konsekwencje pewnych praktyk można zobaczyć dopiero po latach. Któraż z tych babć później uwierzy, że to właśnie pokłosie tego, co robiła?


Zarzut nr 2: Babcia zawsze wie, czy dziecku jest zimno czy ciepło.



To już klasyka. Wszędzie – a przede wszystkim na blogach rodzicielskich – przeczytamy, że babcie (ale też ciocie i obce starsze panie) wiedzą zawsze, czy dziecko jest wystarczająco ciepło ubrane, czy przypadkiem nie potrzebuje dodatkowego sweterka, czy czapki. Niech cię ręka boska broni pokazywać się u babci z dzieckiem, które ma „goło pod szyją”.

Czasami wystarczy raz powiedzieć babci, że zimne rączki nie są wyznacznikiem tego, czy dziecku w tym momencie jest zimno. Chyba, że po spacerze w chłodny dzień, będą bardzo zmarznięte. A to, czy dziecko ciepło czy zimno sprawdzamy na karku. Czasami wystarczy raz. Chociaż rzadko się to zdarza.


Zarzut nr 3: Babcia rozpieszcza wnuki. 



Oczywiście nie tak, jak nas nasze babcie rozpieszczały. Współczesna babcia zawsze robi to gorzej niż nasza, z naszego dzieciństwa. Bo poczęstuje cukierkiem czy ciastem dopiero co wyjętym z piekarnika. Bo pozwoli dłużej spać albo oglądać telewizję. Nie ściga do roboty czy nauki. No i czasem włoży do kieszeni drobne „na cukierki”. Czyli zupełnie nie przypomina naszych babć, prawda?

A teraz na poważnie: nie przesadzajmy. Babcie są od rozpieszczania i kropka. Pozwólmy im na to. One ugotują to, na co wnuk ma ochotę i będą całe tylko dla niego: rzucą wszystko – cokolwiek mogłyby rzucić – i zajmą się dzieckiem. Jeśli jednak są sfery, w których twoje dziecko nie może być rozpieszczane (np. jest na coś uczulone, albo nie może wieczorem oglądać bajek, bo ma intensywne sny, które nie pozwalają się mu wyspać), powiedz o tym wprost. I to bardzo kategorycznie. Dla porównania powiedz, że może mu dać więcej tego ciasta i nie musi iść tak wcześnie spać. Dzięki temu babcia zrozumie, że pewne zasady, których nie wolno łamać ustalone są dla dobra dziecka, ale także i otoczenia.


Zarzut nr 4: Babcia nie rozumie alergii.


Nie. Według babć alergia to wymysł wielkich koncernów farmaceutycznych, które tworząc potrzebę, od razu mają na nią gotowy lek. Bo kiedyś nie było alergii. Tak, jak i dysleksji. Wszyscy jesteśmy hipochondrykami. Według babci.

Tymczasem powietrze było inne, jedzenie było inne. Wszystko w zasadzie było inne, to i pewnych chorób czy dolegliwości nie było. Były inne, na które kiedyś nie było leków, a teraz są. Ale o tym, to babcia zdążyła zapomnieć. I to nas bardzo denerwuje, bo często babcia ignoruje zalecenia eliminacji składników, na które dziecko jest uczulone, bo „przecież to była tylko kapka mleka w tych naleśnikach”. 


Zarzut nr 5: Babcia zawsze ma swoje (szarlatańskie) metody (wprost ze średniowiecza).


Oczywiście wiadomo, że na przeziębienie mleko z czosnkiem i miodem działa. Syrop z cebuli też. Ale jednak babcie często wiedzą swoje i w kwestiach takich jak mocny kaszel z lekko poniesioną temperaturą dla niektórych z nich antybiotyk jets absolutną koniecznością. Temperaturę 37, 5  należy niezwłocznie zbić. I niech dziecku będzie cieplutko, niech nie wychodzi na zewnątrz, kiedy jest leciutko podziębione.

A my tylko przewracamy oczami: Jak to antybiotyk? Jak to zbijać 37, 5? Jak to ciepełko i zero powietrza? Bo my, mamy, wiemy już, że na szczęście antybiotyku nie trzeba zawsze, że 37, 5 to konieczna temperatura, by organizm pozbył się infekcji, a nawet przy przeziębieniu należy wyjść na chwilę z dzieckiem i wietrzyć w domu. O utrzymaniu maksymalnie 20*C nie wspominając.


Zarzut nr 6: Babcia zawsze zrobi coś „nie w porę”.


Typowa sytuacja: babcia przychodzi w odwiedziny w porze kolacji i wręcza dziecku czekoladę. Albo lepiej: jajko niespodziankę. I pozamiatane. Dziecko nie zje kolacji ani teraz, ani później jeśli wtrąbi to jajo. A babcia puści oko i powie: „Ten jeden raz mu nie zaszkodzi”. Już my potem wiemy jak wygląda ten jeden raz...


Zarzut nr 7: Babcia i jej „ … ale zrobisz jak uważasz”.


Babcie lubią coś doradzić czy zasugerować, ale jeśli widzą opór i zdecydowany sprzeciw, wycofują się i – oczywiście – nie są obrażone. Po prostu my, wyrodne matki, nie doceniamy woli korzystania z bogactwa babcinego doświadczenia. Skąd my to znamy: „Ja bym zrobiła to i to. Ale oczywiście zrobisz jak uważasz”. A jak zrobisz jak uważasz, to – nie oszukujmy się – zostanie nam to wypomniane.



Zarzut nr 8: Babcia robi wszystko w dobrej wierze.


No, bo przecież kto by chciał krzywdy dziecka, prawda? Ona w dobrej wierze wkłada dziecku  rękawiczki, kiedy na dworze jest 16*C i lekką (no przecież!) czapeczkę, chociaż sama wybiera się  w krótkim rękawku, a dziecko nie ma chorych uszu. Bo naprawdę miała dobre intencje. I to jest najgorsze. Prościej byłoby krzyknąć ze złością, że pozwoliła jeszcze dziecku oglądać bajki przez kolejne pół godziny. Ale jak to zrobić, kiedy słyszymy: „ona mnie tak ślicznie prosiła i była grzeczna, więc w nagrodę jej pozwoliłam”. 


Zarzut nr 9: Babcia na wszelkie decyzje rodziców reaguje: „Ale przesadzacie!”


  
Rodzice życzą sobie, by dziecko pół godziny przed spaniem wyciszyło się przy książeczce, puzzlach czy spokojnym rysowaniu, bo wtedy lepiej zasypia. Oczywiście, że według babci, „to są jakieś cyrki”. A co, jeśli po 18 dziecko nie je słodyczy? Wtedy babcia dołoży do tego przewracanie oczami. Niechby usłyszała, że dziecko nie pija herbaty czarnej, tylko te owocowe, bo teina mu nie jest potrzebna – z pewnością powie, że „no, doprawdy przesadzacie!”


Zarzut nr 10: Babcia potrafi się wtrącić w życie nieswoich wnuków.



Babcie często, chociaż rodzice nie są tego świadomi, stają się czasem tymi starszymi paniami z przystanków, które chętnie udzielają darmowych porad młodym mamom. Albo głośno komentują – niby w rozmowie z koleżanką – zachowanie, ubiór czy fryzurę mamy, czy jej dziecko, które to albo jest za cienko ubrane, albo nie ma czapki, albo zakatarzone wyciągane jest na zewnątrz przez egoistkę matkę, której nie stać na poświęcenie jednego dnia i przesiedzenie go w domu z dzieckiem. I tak dalej.




Tak, współczesne mamy sporo zarzucają swoim mamom, babciom ich dzieci. Po części mają rację, a po części … czasem przesadzają. Babcie to inne pokolenie, które żyło w innych czasach, kiedy obowiązywały inne standardy. Czasem nie zdają sobie z tego sprawy, bo nie chcą przyznać, że mają już tyle lat, iż świat mógł się zmienić. A świat zmienia się coraz szybciej. Sami rodzice niejednokrotnie przyznają, że przy pierwszym dziecku, dwa lata wstecz, były inne standardy dotyczące żywienie, a teraz są znów inne. Z tym trzeba się pogodzić. A jeśli szczera rozmowa z babcią na ten temat nie pomoże, trzeba będzie się z tym jakoś pogodzić, minimalizując szkody.
Bo... czy to pierwszy raz z życiu rodzica?


środa, 4 stycznia 2017

3 stycznia - no to Święta odfajkowane

3 stycznia 2017 r.
Wtorek



Mania: 8 miesięcy, 2 tygodnie i 5 dni
Bunia: 3 lata, 2 miesiące, 2 tygodnie i 4 dni
Pogoda: Śniegowo. I trochę wichrowato. W cieplutkim domu lepiej.
Waga: Ostatnia aktualizacja - 56 kg. Kilka dni temu.








20:17

Ktoś powiedziałby, że mam tupet, w dzisiejszych czasach głośno mówić, że odhaczam Święta jak kupony. Nie przeżywam ich, tylko mam już dość. No to zaraz..


Święta minęły w sposób co najmniej ... hałaśliwy. A może to ja byłam nimi zmęczona jeszcze zanim przyszły. A szkoda, bo to moje ulubione Święta. Swego czasu bywało magicznie. Ale od jakiegoś czasu magia zmieniła się w jakiś chaos, pt. "byle zdążyć". Znacie to: byle zdążyć umyć podłogi, ubrać choinkę, umyć auta (albo chociaż "wizytowe"), upiec pierniczki, przygotować białe koszule i inne tego typu ważne rzeczy. Nie wiem, kiedy się zaplątałam w to durne myślenie, że zdążę wszystko co mniej ważne i jeszcze zostanie mi sporo czasu na te naprawdę ważne rzeczy. I na odpoczynek. Jakaś utopia, na którą rokrocznie daję się nabrać. Kończę z wywalonym językiem, upocona i umordowana.

Jedyny moment wyciszenia, jaki pamiętam to ten, kiedy zmęczeni po dwóch wigiliach, kilku opłatkach i kolędach, położyliśmy dzieci do łóżek, wygasiliśmy światło w całym domu i zapaliliśmy choinkę. I tak przytuleni czekaliśmy na pasterkę. To znaczy ja czekałam, bo ktoś musiał być z dziećmi a w zeszłym roku byłam w ciąży i to eR. wówczas pojechał. To jest też ten czas, kiedy zapał do pasterki spada wprost proporcjonalnie do upływającego czasu w ciepełku, z gorącą herbatą z sokiem.

Na pasterce nieomal nie zasnęłam. Chociaż było pięknie, bo grał wyjątkowy zespół. Dopiero kiedy zasnęłam praktycznie na stojąco i ocknęłam się w powietrzu przerażona, że wyrżnę zębami w posadzkę, serce tak mi zabiło, ze podniosło mi ciśnienie i do końca mszy miałam oczy szeroko otwarte, jakbym dopiero co walnęła siekierę zamiast kawy.


Kolejny dzień Świąt a za nim następny. Oba głośne radością dzieci, naszych rozmów; pełne hektolitrów wypijanej herbaty i kawy i haseł "nie podawaj, już naprawdę nie zmieszczę".

I wszystko fajnie. Tylko mam już dość tego hałasu. Tego gnieżdżenia czterech liter na kanapie przed TV, parzenia kolejnych herbat, kaw, podawania ciast, na które już nikt nie może po świętach patrzeć, tego wiecznego "dzieciaki, nie ma biegania po domu" i "uważać tu na M.!".

Basta. Obgadałam kwestię z eR. Zaklepane, zaplute, tfu, tfu! Nadchodzą duże zmiany. Nie wiem, czy moja rodzina to zniesie. To znaczy: będzie musiała. Pytanie tylko: jak.

A wymyśliłam, że kiedy przychodzi kwiecień, wymyślamy sobie miejscówę i bookujemy nocleg z 25/26 grudnia plus cały dzień. I nie ma nas. Bo co z tego, że Święta były, skoro mam wrażenie, że tak naprawdę niczego nie było. To znaczy: choinka, goście do kwadratu, my w gości - bo się obrażą, kawa i ciasto, opłatek nawet był i kolędy. Ale, żebym odczuła, że Święta, to muszę przyznać - nie bardzo. A chcę je poczuć też spędzając czas tylko z tą najbliższą rodziną. Czas na ustanowienie nowej tradycji.

A jak minęły Wasze Święta? Mam nadzieję, że lepiej... Czekam na opowieści:)



wtorek, 27 września 2016

Ustawa antyaborcyjna – 4 kłamstwa

 

Ustawa antyaborcyjna – 4 kłamstwa





Nie oczekujcie, że będę jak Wellman. Nie będzie wywlekania na wierzch spraw, które dotyczą mnie i mojej macicy. Jakby kto był ciekawy - obie mamy się dobrze.


Już czytałam, jak to pewnainternautka rozprawiła się nowelizacją ustawyantyaborcyjnej. Otóż najwidoczniej coś jej umknęło. To nie tak, że podpisuję się pod ustawą obiema rękami, nie. Mam swoje zarzuty. Ale nie znoszę ignorancji, hipokryzji i powtarzania wypowiedzi pseudointeligentów, chociaż na temat nie wie się nic. A od kilku dni mam wrażenie, że internety oszalały: wszyscy przekrzykują się, cytują tych mondrych i cieszą się, że pokazali faka.


Bardzo irytujący jest fakt, że z tych ludzi bardzo niewielu czytało ten projekt (wraz z uzasadnieniem). To od razu widać po ich wypowiedziach. Mało kto staje w obronie ustawy, bo od razu wszyscy rzucają się na niego, zanim dokończy zdanie a później zadowoleni, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku obywatelskiego lajkują udostępniane masowo selfiki w czerni „ważnych osobistości show biznesu”. Żal dupę ściska.


Ale to moje zdanie, wy możecie mieć swoje, oczywiście.





Propaganda działa jak dobrze naoliwiona maszyna, bo do ludzi idzie przekaz jednostronny, jednowymiarowy: kobieta będzie oskarżana, a może nawet karana za poronienia, nie będzie mogła zrobić dokładnych badań dziecku (i tym samym dowiedzieć się o jego niepełnosprawności), nie będzie mogła dokonać aborcji w przypadku gwałtu (do 12 tyg. ciąży) czy zagrożenia swojego życia (niezależnie o wieku płodu). Wszystko to sprawia wrażenie, że politycy (i grupa porąbanych świrów z Ordo Iuris) jedno, a cała Polska - drugie.

A to przecież nieprawda! Jest naprawdę wielu, którzy cieszą się, że ta ustawa weszła. Ale jest też paru takich, którzy częściowo są za, a częściowo nie. I do takich należę ja. Dziwne, co?

Już raz pisałam o tym. Jestem osobą wierzącą. Więcej: Kościół mi nie przeszkadza, tak jak przeszkadza wielu.
Grunt, że w myśl mojej wiary, a także religii (podkreślam tę kolejność!), życie zaczyna się w momencie poczęcia. Nie ma momentu znanego lekarzom, który można byłoby nazwać "początkiem życia". Rozwój płodu jest tak dynamiczny, że nie sposób w jego trakcie nagle powiedzieć "o, to chyba tutaj". Czyli o zarodku, o płodzie mówię "mały człowiek". A ja nie jestem mordercą. Dla mnie aborcja to zabójstwo. Aborcji mówię NIE. Piszę o tym po raz drugi, bo chcę, by to było jasne dla moich Czytelników.

Czyli powinna mnie radować myśl, że od uchwalenia ustawy dzieci w łonie matek będą spały spokojnie. Niekoniecznie. To znaczy: niekoniecznie te dzieci będą spały spokojnie...

Bardzo fajnie, że nasze państwo nie idzie z "duchem UE", nie traktując aborcji jako środka antykoncepcji. Ale moje stanowisko w kwestii trzech wyjątków nie jest zbieżne z tą nową ustawą. Państwo chroni obywateli przed głupotą, nie pozwalając na powszechną aborcję, ale nie powinno za nich decydować. O moralności ludzi powinni decydować... oni sami. Bo jeśli ja znalazłabym się w sytuacji podlegającej któremuś z trzech wyjątków, chciałabym sama móc zadecydować. I mogę zdecydować, że nie dokonam zabiegu. Ale ktoś inny może zadecydować inaczej. To są   n a p r a w d ę   trudne sytuacje. I póki się ktoś sam w którejś nie znalazł, nie ma nawet mglistego pojęcia, jak to jest.

Jednak bezrefleksyjne powtarzanie za kimś haseł tylko oddala wszystkich od prawdy, do której te osoby rzekomo dążą. Mówię tu czterech kłamstwach, z którymi się rozprawię.


Kłamstwo 1#

Badania prenatalne będą zakazane.



To, że usunięto zapis o nich, a w uzasadnieniu napisano, że przestaną mieć uzasadnienie, świadczy jedynie o logice. To ustawa antyaborcyjna i w odniesieniu do niej (a co za tym idzie, do aborcji), badania prenatalne nie będą już przydatne. Kiedyś uznawano za dowód w sprawie zakwalifikowania danego przypadku do tych trzech wyjątków. Teraz, kiedy ich już nie ma – badanie prenatalne jest niepotrzebne, prawda?

Pamiętajmy, że badanie to pomaga wychwycić wcześnie wady płodu, a co za tym idzie podjąć leczenie. Można popytać u ginekologów. Podczas pierwszej ciąży były przesłanki, że dziecko może mieć wadę serca. Badanie prenatalne II trymestru sprawdza działanie narządów dziecka. Jeśli coś byłoby nie w porządku, a dziecko zaraz po porodzie kwalifikowałoby się na operację – już w ciąży jestem na to gotowa. Umawiam się z kardiochirurgiem, zaklepuję termin (często odległy, więc wczesna informacja bywa zbawienna) i dziecko od razu może być wyleczone. A to tylko jeden przykład.

Samo w sobie badanie nie jest zabronione:
„Niezależnie od powyższego dostęp badań prenatalnych gwarantowany jest ustawodawstwem regulującym dostęp do świadczeń medycznych, a zamieszczenie tych norm w Ustawie stanowiło zbędne superfluum”.

Uwaga! Jakby ktoś nie wiedział (a zdarza się), najpowszechniejsze badania prenatalne są nieinwazyjne. To znaczy, że nie zagrażają dziecku, bo to tak naprawdę bardziej szczegółowe USG. Co do inwazyjnych – odpowiedź poniżej.


Kłamstwo 2#

Teraz w przypadku zagrożenia życia ciężarnej, nie będzie można jej leczyć.



To jest nielogiczne. Bo dziecko bez matki nie przeżyje. Także i ustawa nie przewiduje konieczności podejmowania ryzyka nieleczenia matki. Wszystkie możliwe sposoby ratowania życia matki są możliwe. Nawet, jeśli przez to poroni. Tak, tu mamy do czynienia z „konfliktem” równorzędnych praw: prawo do życia dziecka nienarodzonego i prawo do życia jego matki. To nie tak, ze nowelizacja stawia któreś prawo wyżej (to wbrew Konstytucji), ale zwraca uwagę, że tutaj ważna jest celowość zabiegów medycznych: mają ratować zdrowie i życie matki. Zabronione jest jednak stosowanie pewnych zabiegów w celach profilaktycznych. Czyli: jeśli istnieją poważne przesłanki, że należy przeprowadzić badanie inwazyjne (jak to było w moim wypadku z zaśniadem), należy je przeprowadzić, a nie czekać czy kobieta nie kopnie w kalendarz.
A to oznacza, że jeśli nastąpiło poronienie w wyniku działań ratujących kobietę – nie ma mowy o żadnym karaniu!


Kłamstwo 3#

Kobieta poroni, a już do domu zapuka prokurator i policjant. A kobieta zamiast przeżyć w spokoju żałobę po dziecku, będzie torturowana psychicznie bezpodstawnymi podejrzeniami.



Kolejna bzdura. A raczej powiedziałabym, że naprawdę przerysowane spojrzenie na to, co akurat tutaj jest naprawdę istotne. Art. 152 § 2 rzeczywiście mówi o tym, że za nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka przewiduje się karę do 3 lat więzienia. Ale dalej przeczytamy, że „nie podlega karze matka dziecka poczętego, która dopuszcza się czynu określonego w § 2”, czyli poroni, stanie się to nie z jej winy. Nawet jak będzie jeździła na rowerze, czy potknie się i upadnie. Podkreślę to: kobieta nie jest winna w przypadku poronienia (nie mówimy o aborcji, czyli celowych zabiegach mających na celu zabicie tego dziecka).


Kłamstwo 4#

Teraz to dzieci w okresie okołoporodowym będą umierać na potęgę, bo nie będzie można diagnozować poważnych schorzeń.



Cofamy się zatem do uzasadnienia, że badania prenatalne nie będą zakazane. I te nieinwazyjne i te inwazyjne, jeśli ich przeprowadzenie będzie miało na celu diagnozę naprawdę poważnego schorzenia zagrażającego życiu kobiety.
Sama jestem przykładem, że nawet wcześniej, kiedy obowiązywała antyaborcyjna ustawa „kompromisowa”, lekarze nie ryzykowali przeprowadzenia inwazyjnych badań prewencyjnie, ot tak. A podejrzenia o zaśniad to bardzo poważna sprawa. Nie tylko chodzi o dziecko, a głównie o kobietę. Bardzo często czekali się do samego końca i przeprowadzali je w ostateczności.




Piszę o tych kłamstwach, bo powtarzanie ich za ludźmi, którzy najczęściej nie sięgnęli do źródła lub przeczytali bardzo pobieżnie wprowadza zamęt.

Ale żeby było jasne, powtórzę to po raz enty: Jestem za tym, by w ustawie były jednak dopisane te trzy wyjątki, chociaż głęboko wierzę, że Bóg dałby mi siłę, by nie dokonać zabiegu. Każdy jednak ma prawo wybrać, kiedy ma do czynienia z niewyobrażalnie trudną sytuacją.


czwartek, 14 lipca 2016

14 lipca - Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



14 lipca 2016 r.
Czwartek


Mania: 73 dni (2 miesiące i 20 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 29 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Ponuro, deszcz wisi w ciężkim powietrzu, które nie chce wymienić się z dusznym powietrzem w domu. Mimo otwartych na oścież drzwi i okien.


13:34

Mam doła.
Doła..? Serio? Nie wiem, kiedy ostatnio używałam tego określenia. Chyba w liceum.

A teraz przydługa opowieść o tym, skąd to samopoczucie, jak gdyby ktoś usiadł mi na klatce piersiowej. I tylko to przekonanie, że wykłócanie się, zwracanie uwagi tylko pogorszy sytuację i popsuje to, co jest...


Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



Odkąd pojawiło się drugie dziecko jesteśmy tylko my i nasze dzieci. Niewątpliwie najszczęśliwsi szczęściarze. Bo czy może być coś więcej warte niż kochający małżonek, szczęśliwe i zdrowe dzieci? A kiedy dodamy do tego własny kąt (ba, dom i ogród!) i fakt, że niczego nam nie brakuje, można powiedzieć, że opływamy w hollywoodzkie luksusy. I to wszystko mając lat 28. Doprawdy skandal.


Odkąd wyszłam za mąż staram się być dobrą żoną. Odkąd urodziłam Bulinkę także matką, pamiętając przy tym, że wciąż jestem żoną. A ponad tym wszystkim – kobietą, by i siebie nie zaniedbać. Czy jest to takie nadzwyczajne? Na pewno wymaga od kobiety uporu, zaradności, dobrej organizacji czasu i właściwej hierarchii priorytetów, które zmieniają się (lub mogą zmienić) wraz z nową rolą życiową. Tyle. I aż tyle, jak się okazuje.



Moje dzieciństwo, a stosunek do życia



Bez zwątpienia dzieciństwo wpływa na całe życie. W mniejszym lub większym stopniu determinuje nasze późniejsze decyzje czy kierunek jaki nadajemy naszemu życiu. Kropka. Takie są fakty i z tym się nie dyskutuje. Trochę szkoda, bo czasami chciałabym podjąć polemikę i niestety mam poczucie bezsilności wobec tego, co czuję czy co sądzę...

A co to takiego? Zawsze byłam typem wrażliwca, romantyczką, troszkę wyjętą z kontekstu pragmatycznego aspektu życia. Nie byłam oderwana od rzeczywistości, po prostu życie, które wymaga zabiegów typu „zapłacić za obiad w szkole” było poza moim zasięgiem. Robiła to moja siostra. Młodsza. Typowa realistka stąpająca twardo po ziemi.

Mama zawsze miała poczucie, że moja wrażliwość i nieporadność mnie zgubi. I wciąż to powtarzała, dodając: „musisz sobie radzić, przecież nie zawsze będę obok ciebie”. Prawda, ale to nie sprawiło, że stałam się trwalsza, bardziej zorganizowana i praktyczniejsza, bo wiecznie miałam poczucie, że muszę udowodnić, że taka jestem. I to udowodnić mamie. To, że przestała narzekać na moją zbytnią wrażliwość i przejmowanie się wyznaczało poziom dumy, jaki widziałam w oczach mamy. Banał, ale cóż... Zaakceptowałam już fakt, że nie jestem tak wyjątkowa jak mi się zdaje.

Jak to wpłynęło na moje życie? Po ślubie byłam żoną idealną. Dom dosłownie lśnił. Lodówka pełna, pranie zrobione i wyprasowanie, obiad dwudaniowy na stole (nigdy dwa razy to samo), co drugi dzień ciasto. I miałam nerwicę. Ale chyba o tym nie chcę pisać.

Potem zostałam mamą. Szczęśliwą mamą, która walczyła cztery miesiące z koszmarnymi kolkami u dziecka. Dodajmy, że dziecko to potrafiło włączyć takie decybele, że piszczało uszach. A ja musiałam skończyć pisać pracę magisterską i obronić się czym prędzej. Teściowa przyjeżdżała dwa razy w tygodniu, bym mogła pisać. I to te dwa dni, kiedy Buńka była zwyczajnie grzeczna i spała pół dnia. A ja tłumiłam poczucie bycia złą matką, bo ważniejsze było to, by się obronić. Bo mama naciskała: „Obroń się i miej to z głowy”. Niestety sama nie przyjechała ani raz, by zająć się małą, mimo iż mieszkaliśmy wówczas... całe dwieście metrów od moich rodziców. Dziecko nie miało spania, więc rodzice też nie mogli go mieć – wyglądałam jak zombie. Teraz już wiem, dlaczego mama mi nie zaoferowała pomocy. Sądziła, że to kolejny problem, które go nie umiem rozwiązać: dziecko. Jej słowa pocieszenie to: „Przesadzasz, dzieci takie już są”. Wspominałam już jak zareagowała moja rodzicielka na wieść, że jestem w ciąży? "No, tylko żebyś się teraz obroniła...". Zero "super!" czy "gratulacje!". Nawet mój tata się lekko zdziwił. Nieważne już. Powinnam była już wtedy wiedzieć, w która stronę to wszystko zmierza i nastawić się, że teraz dziadkowie (tj. moja mama, bo ona organizuje życie im obojgu) będą pomagać od wielkiego dzwonu, w sytuacjach, które sami zauważą, że bez ich pomocy się nie obejdzie.


Zanim zostaliśmy nuklearną rodziną...



… Buńka była sama. My i ona. Przecież ogarniemy jedno małe dziecko. Bez przesady, prawda? W domu nadal lśniło, pranie na czas, chociaż prasowanie lubiło się skumulować. Obiad był prawie zawsze, chociaż często jednodaniowy. Deser w formie ciasta co tydzień. I nie narzekałam. To była podstawa. Nawet jeśli zdecydowałam się nie kłamać, jak to wszystko z zamkniętymi oczami robię i do tego jedną ręką, prawie zawsze dodawałam, że „wiesz jak jest: różnie, ale staram się ogarniać”. No i nadal miałam nerwicę. Słabo sypiałam.

Bywało, że w kryzysie płakałam, kiedy Bunia szła na drzemkę. Czasem nie tylko wtedy. Dlatego wówczas eR. z własnej inicjatywy prosił swoją mamę, by wzięła Buńkę na kilka godzin do siebie. To trochę pomagało. W miarę upływu czasu, Bulinka rosła i była „prostsza w obsłudze”. Dzięki temu Bunia czasami, jeśli była taka konieczność, zostawała u niej na noc. U moich rodziców niestety rzadko. Natomiast z racji tak małej odległości, często odwiedzałam rodziców. Tak na chwilę, na tak zwaną kawę.

W końcu Bulińcia poszła do żłobka, prywatnego Klubu Malucha, bo nie byłam już w stanie z nią wytrzymać. Miałyśmy się dość: dzień i noc razem przez 1,5 roku. Nie, nie jestem osobą, która spełnia się w roli mamy na pełen etat. Czyli skończył się czas, w którym potrzebowałabym takiego wsparcia jak wzięcie małej do babci. Nawet w wakacje, bo przecież... no właśnie, moi pracujący rodzice zawsze coś mieli. Tuz przez zajściem w ciążę z drugim dzieckiem Buńka (1,7 lata) została na dwie noce z dziadkami, byśmy mogli pojechać na niecałe trzy dni...

Mama do dziś często powtarza, że powinna mi częściej pomagać, ale... no właśnie. Tych „ale” jest tyle, że wolę nie słuchać jak się z tego tłumaczy. Mam przeświadczenie, że to problem młodych dziadków. Nie chodzi o to, że nie akceptują tej roli, ale oni wciąż coś mają ważniejszego niż pomóc swoim dzieciom. Może ja miałam inne wyobrażenie o roli dziadków, bo moi byli dziadkami jak z bajki...

Trudna ciąża ale z happyendem



Moja druga ciąża nie była łatwa, o czym możecie przeczytać tutaj. Zaczęło się wszystko normalnie, ale już w drugim miesiącu wylądowałam w szpitalu. Potem było już tylko gorzej, więc eR. Przejął wszystkie obowiązki, włącznie z tymi dotyczącymi Bulinki. Moi rodzice ją często odbierali z przedszkola, ale po dwóch godzinach eR. brał ją do domu. Umówmy się: nie, żeby się upierał. Już częściej mała lądowała u teściów. Czasem na noc. Ale nie było z nią problemów, bo chodziła do Klubu Malucha. Moja mama – ilekroć Bu u niej spała – powtarzała, jakie to świetne dziecko. Grzeczne, zabawi się cichutko [sic!], nie goni jak wariat, ładni je i śpi. Zero problemów.

- Może teraz twoja mama będzie ją częściej brała, skoro zobaczyła, że H. nie jest problematyczna... - powiedział z nadzieją eR. 
 
Taaa... Kiedy mówiłam mamie, będąc już w domu, że źle się czuję, nie wstaję z łóżka, a eR musi gdzieś jechać i nie mogę zająć się małą, ona na to, że ma po całym tygodniu tyle sprzątania... no i „przecież ona [Hania] jest taka fajna, zabawi się... Nic w zasadzie nie będziesz musiała robić”. Aż kusiło powiedzie: „Jak nic nie trzeba koło niej robić, to dlaczego jej nie weźmiesz? Ty chodzisz, ja mam zakaz chodzenia”. Ale przełykałam łzy i szybko kończyłam rozmowę. A eR. kombinował, czy jego mama nie znajdzie chwili. W końcu ma czternaścioro wnuków. A moja aż trójkę.

Wiem, że moja mama pracuje, a teściowa nie. To z pewnością duża różnica. Już wówczas i kuzynka, i sam eR. przebąkiwał, że mama nawet do Krakowa jeździła siostrze przy dziecku pomagać, a mnie to nigdy... Potem siostra urodziła drugie, więc zrozumiałe było, że trzeba jej pomóc. Nawet jeśli starsze miało skończone 3 lata i chodziło do przedszkola. Ba! Nawet brała wolne, by w tygodniu jej pomóc.

Kiedy moja druga ciąża była na finiszu, mama sama z siebie zadeklarowała kilka dni wolnych i pomoc, bo wiadomo, że z drugim jest inaczej... Ucieszyłam się. Nie brałam pod uwagę tego, że może się wycofać, bo widzi, że przecież ogarniam. A co, mam nie zmieniać dziecku pieluch i nie karmić, żeby miała poczucie, że sobie nie radzę? Mania miała żółtaczkę, nie chciała przybierać na wadze, ja walczyłam z nawałem i jeszcze z obowiązkami domowymi, ale przecież jestem ośmiornicą z kilkunastoma rękami, prawda? Szybko okazało się, że muszę wrócić do szpitala [tutaj więcej, tylko trzeba "przewinąć" relację z porodu]], by mnie „doczyszczono”, bo organizm nie poczuwał się najwidoczniej do tego. Uprosiłam mamę. Wyszłam jeszcze tego samego dnia po zabiegu. Mańka była idealna w tym czasie. Nie wiedziałam jeszcze, że to nie wróży nic dobrego. 


Drugie dziecko otworzyło mi oczy 


Po miesiącu Maniula dostała kolki. I tak do końca drugiego miesiąca się darła od 17:00 do 20:00. Dobrze, że nie od 22:00 do 1:00, jak Bunia. Moja mama zaakceptowała ten fakt, co mnie ucieszyło. Pojawiła się nadzieja, że może raz na jakiś czas przyjedzie do mnie i po prostu mnie odciąży. Teściowa, odwrotnie niż moja mama, nie ma prawa jazdy, więc jest mocno ograniczona pod względem mobilności. Ale niestety. Mama w sobotę ma sprzątanie a w niedzielę zawsze jakiś wyjazd z tatą i moim młodszym bratem. Za to przyjechała siostra z odsieczą. Z dwójka dzieci. Wzięła Bunię i przynajmniej miałam tylko jedno dziecko na głowie. Bo przecież kiedy dziecko ma kolki, ma problemy zarówno z jedzeniem jak i spaniem wciągu dnia.

Ale jakoś to wytrzymałam. To był czas połogu i szalejących hormonów, więc mówiłam sobie, że dopiero po zakończeniu połogu będę mogła trzeźwo spojrzeć na tę sytuację. Teraz czuję się tak otrzeźwiona, że aż boli mnie klatka piersiowa. Znów mam nawrót nerwicy...

Zaczęło się od tego, że chcieliśmy w wakacje chociaż na weekend (tj. piątek wieczór, sobota i niedziela do popołudnia) wyskoczyć. Kiedy adrenalina i połóg się zakończył czułam się coraz gorzej psychicznie i potrzebowałam chwili oddechu. Tylko ja i eR. Ciąża była ciężka nie tylko dla mnie, oboje tego potrzebowaliśmy.

Zaczęliśmy szukać terminu. Okazało się, że wolnych weekendów nie ma za wiele, wyjąwszy te, kiedy nie ma teściowej i mojej mamy... zostały dwa terminy, w tym jeden, który rozpoczynał się wówczas za trzy dni. Ponieważ był to czas, kiedy teściów nie było, najpierw odezwałam się do mojej mamy. Co się nie nakombinowała! Ostatecznie okazało się, że możliwy byłby tylko jeden termin, jeśli chodzi o wzięcie dwójki. Padła propozycja jeszcze, by wziąć jedno w innym terminie, bo będzie już miała dzieci siostry. Teściowie walczą wówczas z miodem (pasieka kilkudziesięciu uli, robią od rana do wieczora - Mania odpada...) Po godzinie, kiedy przemyśleliśmy kwestię, oddzwoniłam. Niestety, termin już nieaktualny za bardzo, bo i w ten weekend przyjeżdżała siostra z dziećmi i będą chcieli gdzieś wyjść. Nie mam pretensji do siostry, bo to mama powinna była powiedzieć jej: wstrzymajcie się z decyzją, bo czekam, czy nie będę mieć wówczas H. i M... Ale nie. Koniec końców pojechaliśmy na jeden dzień, w niedzielę. Poszliśmy w góry. Było super, dopóki nie dowiedziałam się, że Mania się darła (bo moja mama wyśmiała pomysł z zostawieniem mojej bluzki), a Bunia marudziła pół dnia, bo nie chciała nic zjeść..
 
Pisałam, że wcześniej padł pomysł, by w tygodniu zostawić dzieci, bo mama bierze wolne, ale w grę wchodziło tylko jedno dziecko. Jednak po tej nieszczęsnej niedzieli próbowała się wycofać, chociaż chyba  było jej głupio tak otwarcie, więc sami się wycofaliśmy. A mama na to: „jak uważasz...”.

Nie miałabym pretensji, gdyby moja mama po prostu już taka była: nie lubiła zajmować się dziećmi, wolała szaleć i jeździć z tatą gdzieś co weekend a w tygodniu pracować na pełen etat i nie myśleć o wsparciu córki. Ale moja mama jest święcie przekonana, że moja siostra bardziej potrzebuje jej wsparcia. Dlaczego? Moja siostra i jej mąż prowadzą cały czas studenckie życie. I, dyplomatycznie rzecz ujmując, jej wybranek nie jest typem pracoholika. Zupełnie nieżyciowy artysta bez większego poczucia obowiązków wobec domu czy dzieci. Moja mama twierdzi, że siostra ma nie dwójkę, a trójkę dzieci. I dlatego to ona potrzebuje wsparcia, bo ja z moim „świętym eR” ogarniamy wszechświat jedną ręką, więc zwrócenie się o pomoc przy dzieciach to z naszej strony czysta bezczelność. Prawda jest jednak taka, że mąż siostry chodzi do pracy, chociaż jego praca nie ma regularnego rytmu, jak praca siostry. U nas to ja nie mam regularnego rytmu pracy, a mój eR. - tak.

Myślałam, że nie może mi być bardziej przykro, dopóki nie dowiedziałam się, że mama bierze starszego syna siostry na dwa tygodnie na wakacje gdzieś w Polskę, bo mały w tym czasie nie ma przedszkola. Moja Bunia też ma dwa tygodnie zamknięty Klub Malucha i będę z dwójką dzieci sama. Zaznaczam, że te od siostry są starsze od moich, więc wymagają mniej zachodu i chodzenia koło nich. Kiedy po felernej niedzieli mama zauważyła, że jedna osoba przy dwójce moich maluchów to spore wyzwanie, bez żadnej sugestii między wierszami powiedziałam: „Teraz sobie wyobraź, że będę miała taką dwójkę przez dwa tygodnie końcem lipca, bo H. ma wolne w przedszkolu”. Co moja mama na to? „Jesteś młodsza, dasz radę. Ja też miałam was dwie i jakoś musiałam sobie radzić”. I tylko babcia (mama mojej mamy) prychnęła: „Widzę, że już zapomniała, jak jeździłam do was, a całe wakacje byłyście u nas na wsi...”



***

Proszę wszystkich Czytelników o wybaczenie za takie uzewnętrznienie się. Dawno nie czułam takiej goryczy. Czuję się zdemotywowana. Mama tylko dzwoni i pyta, czy przygotowuję się do egzaminu, bo powinnam. A ja staram się nie zgrzytać zębami, bo chyba usłyszałaby to przez telefon. I jest mi tak przykro, że czasem brakuje mi odwagi, by się odezwać, bo usłyszy mój łamiący się głos – tylko wysłuchuję i przełykam ślinę, by opanować drżenie.



środa, 24 lutego 2016

Bunt dwulatka, czyli "nie" i "sama", które może nas przerosnąć (nr 21)




20 luty 2016 r.
Sobota

Ciąża: 33 tydzień i 1 dzień
Waga: 66 kg
Pogoda: Najpierw jak pod psem, a potem taka, jaka powinna była być w Wigilię (a nie była).

Bunt dwulatka, czyli jak "nie!" i "sama!" może nas przerosnąć


Obudziłam się z nieprzyjemnym uczuciem w żołądku. Coś, jak zawód. Już przeczuwałam, że czeka mnie walka z małą H. Tylko pytanie na jakim etapie dziś: picia porannej herbatki z sokiem malinowym? ubierania się? czesania? mycia zębów? 

Wiedziałam, że przechodzi bunt dwulatka. Nie krzyczy (albo rzadko), nie rzuca się po podłodze, nie gryzie, nie bije. Robi coś innego. Kiedy tylko powiem, że z pewnym zachowaniem przesadza i kwalifikuje się to na bycie niegrzeczną, stwierdza bezpardonowo: "H. niegrzeczna. H kąta" (wciąż zapomina o przyimkach i zdarza się zapomnieć o czasowniku) i idzie do kąta, obraca się do ściany i koniec. Nie ma takiej siły, która ją od tego kąta odciągnie. Nieważne, że wybiegła golutka z łazienki - będzie tak stała. Albo po prostu mówi: "H. nie lubi." I też z nią nie podyskutujesz. Jej "H. sama!" już łatwiej jest mi okiełznać, ale niejednokrotnie pozostawienie jej z jakimś zadaniem nagle ją przerasta i wybucha płaczem i woła: "Niedasie!"

Tym razem wszystko szło dobrze. Do czasu. Zatrzymałyśmy się przy czesaniu. Już ją miałam czesać - jak zawsze - kiedy nagle wybiegła z pokoju z hasłem "H. kąta!". Nie wiem, skąd jej to przyszło do głowy. Chciałam wytrwać przy swoim, nie zdenerwować się... ale niestety to już ósmy miesiąc, a czas uciekał i działał na niekorzyść. Chciałam zdążyć na śniadanie do Klubu Malucha. Robiło się nieprzyjemnie, bo mała uparcie i coraz agresywniej sprzeciwiała się czesaniu. Sprawa się przedłużała: mała płakała, bo ostatecznie zaczęłam się ubierać i powiedziałam, że skoro H. nie chce się czesać, a co gorsza nie chce odejść od ściany, pojadę sama, bo jest już bardzo późno. Wtedy wpadła w histerię i było mi jej naprawdę żal. A jednocześnie chciałam, żeby mnie przeprosiła za wcześniejsze zachowanie. 
- Moja mamusia... - mówiła przez łzy, ale kiedy prosiłam, by mnie przeprosiła, bo sprawiła mi przykrość, uparcie mówiła, że tego nie zrobi.

W końcu zrobiło się tak późno, że chcąc nie chcąc po prostu musiałam się śpieszyć. Podskoczyła mi adrenalina, ale - jak to w ciąży - hormony odgrywają naprawdę znaczną rolę i tym razem nie krzyknęłam, tylko po prostu poleciały mi łzy. Niestety Bulince też. I to podwójnie. Zagryzłam wargi tak mocno, że aż poczułam w ustach smak krwi. Okropność. Wyszłyśmy w pośpiechu. Mała już prawie zapomniała o sprawie, ja milczałam. Powiedziałam jej, że jest mi przykro i dlatego nie będę do niej teraz mówić aż mnie nie przeprosi. 

Dopiero po kilku minutach znów powiedziałam, że jest mi przykro i czekam, że mnie przeprosi. Akurat stałyśmy na światłach. Popatrzyła na mnie i przeprosiła. Chyba długo będę pamiętać jej "pepasiam, mamusiu..."

Przyszło mi wówczas na myśl, że wszystko rozbiło się o to jedno słowo. Dlaczego tak uparcie nie chciała przeprosić? Doskonale wiedziała, że tylko tego chcę i gdyby nie to, uniknęłybyśmy całego tego porannego...bigosu.

Postanowiłam, że dość bycia "mamą na wyczucie". Zastanawiając się nad tą problematyką dłużej, musiałam przed sobą przyznać, że problem narasta i nasze (moje i eR.) metody po prostu nie działają. Czy muszę jeszcze raz pisać, że to mój ósmy miesiąc po bardzo trudnych początkach i moje złe samopoczucie oraz boleści to mój chleb powszedni: dzień bez nich to jak święto, którego naprawdę dawno nie było? Biedny eR. Biedna ja (a co!). Ale nasza Jagódka też biedna: nie rozumie wielu rzeczy, chociaż wydaje jej się, że jest już duża i może zawojować świat a my jej nie pozwalamy... Trzeba coś przedsięwziąć. Bezsprzecznie. Inaczej nie przetrwamy tego czasu. A przecież zaraz ma się pojawić w domu nowy człowiek!

Jak przetrwać bunt dwulatka, nie oszaleć do końca i nie zepsuć dziecka?


Aktualizacja:

24 luty 2016 r.
Środa

Ciąża: 33 tydzień, 6 dzień
Waga: 66, 5 kg
Pogoda: Szalona - spokojny puszysty śnieg (kilka centymetrów), za chwilę piękne błękitne niebo, słońce (śnieg momentalnie znika). Potem zawieja i beznadzieja - okropny wiatr, śnieg, aż biało...




Najpierw trzeba poznać dobrze objawy tego buntu. Nie wszystkie zachowania w tym czasie można uznać jako buntownicze. Czasami rzeczywiście "nie" oznacza "nie", a zmiana zdania w jakiejś kwestii nie musi oznaczać niezdecydowania. 

Oto kilka typowych dla dwuletniego buntownika zachowań (nie muszą występować wszystkie):
- "nie". Wydaje się, że dziecko w każdej kwestii jest na "nie". Do tego stopnia, że kiedy ty mówisz: "Poczytajmy książeczkę" dziecko automatycznie mówi "nie", po czym przybiega z książką. U nas nagminnie używanym hasłem stało się: "H. nie lubi". A czego nie lubi? Ano wszystkiego, w tym także mamy, taty, cieloladki (tłum.: czekoladki) czy Peppy, którą uwielbia. Kiedy słyszę po raz en-ty "H. nie lubi", odpowiadam: "Wiem, H." i robię swoje. Czasem widzę, że się droczy - bada granice. Myśli zapewne: "Zdenerwuje się na mnie, czy nie?" Czasem jednak mówi to z automatu. Trzeba rozgraniczyć, kiedy warto zacząć tłumaczenia, a kiedy odpuścić.

- "chcę to!" Roszczeniowe dziecko, które rzuca się na sklepową podłogę to jeden z koszmarów każdego rodzica. W domu - podobnie: dziecko dostaje od odwiedzającej babci czekoladkę. Żadne tłumaczenia, że teraz zupa, a czekoladka później, nie pomagają. Niestety mało który gość ma tę świadomość, że słodkości mogą być podarowane dziecku w złym czasie. Matce, która przechodziła już bunt swojego dwulatka nie muszę mówić, co oznacza w takiej sytuacji zdanie: "Odłóż czekoladkę, zjemy po obiedzie". To jak casus belli - wypowiedzenie wojny.

- "lubię i nie lubię równocześnie". Można? Jak się okazuje - tak. Niezdecydowanie jest kolejnym objawem, którym może objawiać się bunt. Najpierw dziecko domaga się jajka na śniadanie, twierdząc uparcie, że "tościka nie! H. nie lubi!", po czym gdy tylko jajo trafia na talerz, patrzy na mnie jakbym ją właśnie fatalnie rozczarowała. Ostatecznie zjada tosta. I to bez namawiania. Zmiana zdania jest typowym zjawiskiem. Trudno mieć cierpliwość w pewnych kwestiach (ktoś to jajo będzie musiał zjeść), ale z tym się trzeba po prostu pogodzić.

- "wrrr!", czyli jak dziecko potrafi się złościć. A potrafi na wiele sposobów. Wrzaski, gryzienie, bicie i wszystko, co może się tu kojarzyć z agresywnym zachowaniem. Nie wszyscy rodzice doświadczają tego w stopniu skrajnym, ale w jakimś stopniu na pewno większość. Wystarczy, że coś pójdzie nie po myśli malucha... Chciało się samo ubrać, ale nie umie tego tak szybko i sprawnie jak mama. Albo mama nie pozwoliła zjeść czwartego herbatnika. Albo zwyczajnie nie chce robić tego, o co prosi mama. Awantura gotowa. Klasyka gatunku, chciałoby się rzec.


Buńka jest buntowniczką, ale taką umiarkowaną. Kiedy dotarło do mnie, że jej zachowanie to przecież "bunt dwulatka", szybko wdrożyłam kilka zasad, które poskutkowały z miejsca łagodząc buntownicze zakusy mojej panny. Niektóre objawy całkowicie udało się wyeliminować. Ale warto dodać, że jakiś "100%-towy sposób" nie istnieje. Każde dziecko jest inne i sposób trzeba znaleźć samemu. Warto jednak wesprzeć się kilkoma uniwersalnymi zasadami, które niewątpliwie pomogą uniknąć eskalacji problemu. Bo tutaj niestety możemy popełnić kilka błędów, które mogą się kiedyś na nas zemścić (a przecież nikt celowo nie chce zepsuć dziecka, nie?)

Gdzie możesz spodziewać się trudności? 

(Tu podaję też sposoby, jak ja sobie radziłam. Albo jak sobie nie radziłam i jakoś muszę z tym żyć. Buńka też.)

- Jedzenie. Każdy posiłek może być kolejną nerwówą. Dziecko zmienia zdanie, co chce jeść czy pić. I jak. I gdzie. I kiedy. I samo. Oczywiiiiiście! Dodatkowo jeśli będziesz się upierać, może dojść do tak zwanych scen.

Przestałam pytać, co Buńka chciałaby zjeść. Dziecko chce decydować, poczuć się dorosłe, ale kiedy ma za duży wybór, denerwuje się. I gotowa jeszcze powiedzieć: "H. nie lubi śniadanka", a wtedy nie umiałam jej nakłonić do zjedzenia czegokolwiek, bo nie chciała podejść do stołu.

Zamiast tego pytałam: "Chcesz tościka czy jajo?" Oczywiście zawsze wybiera jajo, a potem chce jeść tylko tosta. Nie kłócę się, że "przecież chciałaś jajko!". Tak, chciała, ale wtedy, kiedy ją pytałam. Teraz już nie chce. Kiedy się z tym pogodziłam przestałam robić porcję dla siebie, zakładając, że to jajko ja będę musiał zjeść. 

Kiedy H. miała kryzys i w ogóle nie chciała jeść śniadania, z entuzjazmem [sic!] angażowałam ją do fantastycznej zabawy: przygotowania śniadania. A porywy samodzielności, które koncentrowały się wokół patelni czy noża przekierowywałam na inne czynności (np. nakrywanie do stołu), tłumacząc stanowczo, że nóż i patelnia może być dotykana tylko przez mamę i tatę. 

- Ubieranie. Tutaj też może nie być między wami zgody. Nie te skarpetki, majtki, koszulka, spodnie... a! Teraz to w ogóle spodnie nie, tylko sukienka i rajtuzki. I znów: przecież on/ona chce sama!

Rutyna pomaga. Małe dziecko kocha rutynę. Czuje się w niej bezpiecznie a to oznacza mniej awantur. My od dawna mamy swoje rytuały. W tygodniu, bo weekendy są różne, więc mała H. wówczas też ma różnie... Kiedy dzień zaczyna się od narzekania, pozwalam jej zgadywać, co teraz będziemy robić. Cieszy ją fakt, że zna prawidłową odpowiedź i od razu lepiej współpracuje. 

Tutaj też pole do popisu mamina wyobraźnia. Jeśli na jakiś etapie utknęłam z ubieraniem się, musiałam przechodzić samą siebie, stawiać na rzęsach... a i tak nie pomagało. Po długim czasie (kiedy już zapomniała, że nie chciała się ubierać), ubierałyśmy się. Czasem cały dzień chodziła nieuczesana, bo nie miałam sił na kolejną wojnę. 

Ja uczyniłam coś rutynowego czymś bardzo atrakcyjnego. Połączenie tych dwóch elementów daje nieprawdopodobny efekt. Warunek jest jednak taki, że w ramach rutynowych czynności wymyślisz coś naprawdę atrakcyjnego dla swojego dziecka. A co to będzie, tylko Ty wiesz. U mnie działa przebieranie "za coś/kogoś" (księżniczka, żabka, wróżka itp.). 

- Czesanie włosów (dziewczynki). Piski i krzyki, że nie chce się czesać nie powinny dziwić. A wystarczy pociągnąć je niechcący przy czesaniu (jeśli ostatecznie się zgodzi), ucieczka gwarantowana.

Tutaj znów mówimy o uatrakcyjnieniu rutynowej czynności. U nas fryzura musi pasować do "przebrania": na żabkę, na księżniczkę itp... 

- Przerwanie ulubionej zabawy. Albo bajki. Tutaj najczęściej bunt będzie aktem mocno agresywnym. Bicie, rzucanie się po podłodze, płacz histeryczny, tupanie itd.

Przestałam zaskakiwać. Jeśli to oglądanie telewizji, albo zjedzenie smakołyku, zaczęłam się z nią umawiać: tylko dwa odcinki Świnki Peppy; tylko dwie kostki czekolady. Koniecznie za wczas mówię, że "jeśli mama powie, że koniec, to kończymy". Umowa, to umowa. Powtarzam to kilka razy, koniecznie patrząc jej w oczy (ona też musi słuchać uważnie). Jeśli widzę, że niebawem dobiegnie koniec zabawy, uprzedzam ją ją wcześniej. To nie znaczy, że się nie buntuje. Ale nie ma już takich dramatów i niekończących się histerii. Łatwiej później dziecko zagadać i odwrócić uwagę od żalu. W gruncie rzeczy wie, że zgodziła się na taki układ, ale nie teraz nie jest z tego zadowolona. No cóż... Aha, sukces odniesiemy, jeśli będziemy konsekwentni. Gdybyśmy z jakiegoś powodu zmieniły zdanie ("Ok, no to dobrze, to nie będzie jeszcze jedna bajka..."), dziecko od razu zorientuje się, w jaki sposób wyciągnąć od ciebie kolejną i kolejną... W ten sposób pokażesz dziecku, że granice można dowolnie przesuwać. Czasem można, ale kiedy przechodzicie trudny okres buntu, warto pokazać dziecku, że te granice i zasady po coś są. I to nie po to, by je łamać. Małe dziecko nie rozumie idei "wyjątku". 

- Pożegnania/wyjazd do domu. Jesteście w gości, a dziecko świetnie się bawi. Ono nie wie, że "ma się zachowywać", to jeszcze nie ten etap. Sceny macie jak w banku. Trudno tu zastosować niektóre rady proponowane przez niektórych pedagogów. To jedne z tych sytuacji, które mogą popchnąć cię w stronę błędu wychowawczego... warto mieć się na baczności i nie zważać na to, co pomyślą o tobie znajomi.

Jest różnie. Ale generalnie staram się uprzedzać ją wcześniej. Najlepiej jeszcze zanim zapukamy do drzwi, wypowiadam charakterystyczne zdanie: "kiedy mama i tata powiedzą, że jedziemy do domu, to jedziemy i trzeba się grzecznie ubrać". Na 10-15 min. przed planowanym wyjazdem uprzedzam dziecko, że niedługo jedziemy. Robię to co kilka minut. Na 5 minut przed, zaczynam nas pakować. Znów powtarzam, że zaraz się zbieramy i sprzątamy zabawki. 

Bardzo często w takich sytuacjach słyszę od gospodynie "coś ty! nie jedźcie jeszcze!" lub gorsza kwestia: "baw się się jeszcze spokojnie, rodzice jeszcze nie jadą!". (to jest temat, który muszę tu jeszcze osobno potraktować). Wówczas stanowczo mówię, że jedziemy i dziękuję za gościnność. Jeśli jednak próby zatrzymania nas zbyt nachalne, proszę eR. o wsparcie (czasem wystarczy w odpowiedni sposób zawołać go po imieniu, tę kwestię wcześniej ustaliliśmy). W końcu to my będziemy potem walczyć z dzieckiem...

- Czynności higieniczne, mycie. Tutaj najpierw możecie walczyć z dzieckiem, by w ogóle zechciało się umyć, czy umyć zęby, albo ręce. O włosach nawet nie wspominam. Potem, prawie zawsze, będzie chciało to zrobić samo. A ciebie już skręca na myśl, jak ono te zęby umyje! Przecież głównie zjada pastę...

W tych sytuacjach możemy znów sięgnąć po połączenie rutyny z atrakcyjnością. Pozwalam wybrać dziecku zabawkę, która towarzyszyć ma przy myciu (tylko musi się do tego nadawać...). Przypominam też małej, że może coś zrobić sama: może się rozebrać do mycia, może sama się myć itd. Kiedy robimy kąpiel, bawimy się w zabawę "powtórz za mną" i ja pokazuję poza wanną, jak myję nogi, ręce itd., a ona ma to powtórzyć. Sama piana jest atrakcyjna, więc do kąpieli nie muszę jej namawiać. Wciąż pracujemy nad uatrakcyjnieniem mycia "pod prysznicem" (nie w sposób tradycyjny, ale zasada jest ta sama). Może ktoś się podzieli swoim sposobem?

- Usypianie. Kiedy po wieczornej walce z myciem, masz dość, czeka cię jeszcze jedno wyzwanie: usypiania. Odwlekanie spanie jak długo się da - klasyka gatunku. A to chce pić, a to głodna, a to siku (lub coś innego), a to przeszkadza poduszka, a to inna przytulanka, a to bajka, albo jednak kołysanka... nie tak, tylko inna... Tracisz nerwy i po chwili nie masz już w sobie w ogóle cierpliwości i postanowienie zachowania spokoju wisi na włosku...

Konsekwencja, spokój, cierpliwość... to podstawowe zasady, którymi kierować powinien się rodzic w tym trudnym czasie. Jeśli tylko możesz dziel się obowiązkami z mężem/ partnerem. Nie tylko na zasadach: ja kąpię - ty usypiasz. Czasami jedna czynność potrafi zszarpać nerwy. Dlatego my w tym czasie zadecydowaliśmy, że dzielimy każdą z trudnych czynności na pół. Przykładowo: eR. zabiera Bulinkę do mycia, ale kiedy wychodzą spod prysznica wkraczam do akcji i ubieram ją oraz myjemy zęby. Świeże podejście z większą dozą cierpliwości zawsze pomaga. 

Wiem, że ona nie robi mi tego na złość. Jest teraz na takim etapie rozwoju i trzeba go przejść nie szkodząc dziecku. A co może zaszkodzić? Utrata cierpliwości. Zaczynamy krzyczeć, przezywać dziecko ("ale z ciebie ślamazara!" albo "chyba będę cię nazywać beksą, bo ciągle tylko płaczesz!") a w najgorszym razie damy tzw. klapsa. Co robimy? Dokładnie to, czego nie chcemy, by robiło dziecko. Sami jednak pokazujemy, że można tak robić. Łamiemy własne zasady, więc cóż one są warte? Nikt - a tym bardziej dziecko - nie będzie ich traktował poważnie. 

Zadanie jest trudne: musimy w momencie z ludzi zamienić się w anioły: cierpliwe, spokojne, okazujące mnóstwo miłości itd. Jeśli w danym momencie nie możesz liczyć na efekt deus ex machina (np. w postaci swojego męża, który opanuje sytuację), mam kilka rad, które mnie udało się wdrożyć w życie. A pozwolę sobie po raz n-ty napisać, że jestem w ósmym miesiącu ciąży, która w połowie jest przeleżana i bolesna. Tym bardziej pewne czynności są dla mnie trudne do wykonania. 

Oto moje rady jak opanować złość (głównie w tzw. trudnych chwilach buntu dwulatka):


- Weź głęboki oddech. Albo dwa. Albo tyle, ile potrzebujesz, by się uspokoić.
- Wyjdź z pokoju. Rób jednak wszystko, by nie wyładowywać złości poza pokojem (dziecko z pewnością usłyszy zza drzwi, że kopiesz w ścianę, tupiesz, czy krzyczysz ze zdenerwowania).
- Wstań i podejdź do okna. Zapatrz się na to, co jest na zewnątrz - odwróć swoja uwagę od emocji związanych z dzieckiem.
- Powiedz dziecku, że teraz wychodzisz, a ono tam zostaje dopóki się nie uspokoi.
- Kiedy awantura zaczyna nabierać mocy, a nie słabnąć, po prostu podejdź do dziecka i mocno go przytrzymaj w uścisku. Tul go, dopóki nie zacznie się uspokajać. Nie zawsze jest to proste, zwłaszcza, kiedy dziecko się wyrywa, kopie czy rzuca się po podłodze. To są oznaki histerii, której już ty nie wyciszysz i musisz zdać się na czas, który w miarę upływu sam ją wyciszy. Podejdź do dziecka i przytul mocno jak tylko zobaczysz, że jest to możliwe. Co istotne: czuwaj, by w czasie tego ataku dziecko nie zrobiło sobie krzywdy. Kiedy dziecko się uspokoi, zacznij działać. Nie zostawiaj sprawy nierozwiązanej, tutaj okazanie miłości dziecku jest ważniejsze od tłumaczeń. Kiedy utulisz go, dopiero wówczas możesz mu coś wyjaśnić. 

Ogólne rady:



1. Nie wchodź w długie przemowy i tłumaczenia, dlaczego coś trzeba zrobić czy dlaczego czegoś robić nie można. Dziecko się wyłączy. Tłumacz w prostu sposób: bez wstępów, dodatkowych, niepotrzebnych słów. To musi być jasny przekaz.
Ja dodatkowo na początku zapewniam H., że rozumiem ją i wiem, że coś bardzo chce, albo wiem, dlaczego nie chce czegoś robić (ale nie wchodzę w temat), ale niestety... itd.

2. Stawianie granic, to jedno. Ale konsekwencja to druga strona medalu. Jeśli dziecko musi ubrać czapkę, pokaż mu, że ty też masz swoją i ją ubierz. Dziecko uczy się od ciebie. Przez naśladowanie. Dlaczego ono ma nosić czapkę, skoro ty nie nosisz?

3. Dawaj wybór. Dziecko chce mieć poczucie, że samo decyduje. I może to zrobić, jeśli stworzysz bezpieczną strefę tego wyboru. A zamiast od dziecka wymagać, daj mu poczucie, że może wybrać. Czyli lepiej zamiast powiedzieć: "Musimy się ubrać", zapytaj "Co dziś ubieramy: legginsy czy sukienkę?"

4. Pogłaskaj. Pochwal, doceń, że jest grzeczne. Pamiętaj jednak, by mówić że ładnie się bawi, układa puzzle, je, myje zęby itd. Dziecko nie rozumie ogółów, takich jak "grzeczny". Taka pochwała nie ma takiej wartości w oczach dziecka. Chwal też za to, że coś zrobiło samo, nawet jeśli o mało nie wyszłaś z siebie, bo tyle to czasu zajęło. Sukces dziecka trzeba docenić, to wzmocni jego poczucie własnej wartości.

5. Uatrakcyjnij rzeczy nieatrakcyjne. Łatwo się mówi, gorzej wykonać. Sama znasz swoje dziecko, wiesz co lubi i co dla niego będzie ekscytujące. Teraz tylko trzeba to wpleść w nudne rutynowe czynności.

6. Zrezygnuj z pytań "tak-nie". One są z góry skazane na porażkę. Ja pytam: "Chcesz to, czy tamto?" W ten sposób automatycznie wymuszam jakąś decyzję. I nie muszę się martwic nieustannym "nie!".

7. Nie pokazuj się dziecku jako Mama Zakazów i Nakazów. Pokaż dziecku, że jesteś przede wszystkim mama, która kocha. Nawet jesli zakazuje czy nakazuje, to kieruje nią dobro dziecko i miłość do niego. Staraj się często przytulać i całować dziecko. Uśmiechaj się, kiedy tylko możesz.

8. Nie pytaj, nie proś, a rób - działaj. Zamiast pytać: "Idziemy myć zęby?", powiedz: "Chodź, umyjemy zęby twoją nową niebieska pastą." Staraj się, by zabrzmiało to zachęcająco. 


A może Wy macie jakieś dodatkowe rady? Jak u Was sprawdziły się te ogólnie proponowane? Chyba, że nie miałyście problemów ze swoim dzieckiem? Jestem ciekawa Waszych historii! :)


piątek, 19 lutego 2016

Szpital Przyjazny Dziecku kontra uzasadniona konieczność cesarskiego cięcia

 

 Szpital Przyjazny Dziecku” - czy aby na pewno?


Ostatnio natknęłam się w sieci na ciekawy artykuł. Była to historia kobiety, którą nachalnie nakłaniano, by poddała się cesarskiemu cięciu. Przedstawiano najróżniejsze powody, dla których cesarka miałaby być najlepszym rozwiązaniem w jej sytuacji. Ale kobieta była kuta na cztery nogi. I do tego prawniczka - wiedziała jak w tej sytuacji powinna postąpić i o tym możecie przeczytać tutaj. Wśród znajomych i rodziny nie słyszałam jeszcze, by ktoś był tak usilnie nakłaniany do cc, które - jakby nie patrzeć - jest operacją. Częściej słyszałam historie o tym, jak to w sytuacji zagrożenia lekarz nadal nie widział potrzeby cięcia. Zainspirowana niejako artykułem Przepisowej Mamy, postanowiłam napisać swój. O tym, jak walka szpitali o bycie na szczycie listy ośrodków „przyjaznych mamie i dziecku” odbija się na samych zainteresowanych: matce i dziecku.

Wyobraźmy sobie, że idziesz do szpitala rodzić. A ponieważ wcześniej naczytałaś się o tym, że szpital jest „przyjazny matce i dziecku” i wiesz, jakie masz prawa w czasie porodu (wszędzie trąbi się o tym, jak to masz prawo „rodzić po ludzku”), jesteś przekonana, że nie czeka cię nic gorszego, niż okropne boleści porodowe.

Trochę historii...


Warto się w tym miejscu na moment zatrzymać. Co to znaczy, że szpital jest przyjazny dziecku? Na logikę wydaje się nam, że wiemy, co się pod tym hasłem kryje i każdy szpital powinien być przyjazny. Ale tutaj chodzi o inicjatywę Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i Fundusz Narodów Zjednoczonych na Rzecz Dzieci (UNICEF) stworzenia tytułu „Szpitala Przyjaznego Dziecku” dla wszystkich placówek, które spełniają odpowiednie kryteria. Wiecie kiedy? W 1991 r. (w Polsce od 1992 r.). Szok, że dopiero od niedawna możemy mówić, że w Polsce się ją realizuje. I to jeszcze nie wszędzie, żeby było jasne.

Już od 1985 r. obie organizacje podejmowały próby zwrócenia uwagi na kwestie okołoporodowe w szpitalach. Właśnie wtedy WHO i UNICEF przedstawiły zalecenia odnośnie przebiegu porodu, gdzie zostało podkreślone, iż poród nie jest chorobą. Logiczne, prawda? Ano niekoniecznie, gdyż pacjent szpitala, to człowiek chory, który - podpisując zgodę na umieszczenie go tam - jest pod opieką lekarza i godzi się na większość procedur związanych z pobytem.

Co więcej można znaleźć w owym dokumencie? Przede wszystkim przedstawione zostały prawa, jakie ma rodząca: na co może, ale nie musi się decydować.

1. Społeczeństwo powinno być poinformowane o różnych formach opieki okołoporodowej, aby umożliwić każdej kobiecie wybór.
2. Nie ma żadnych wskazań do usuwania owłosienia łonowego i do wykonywania lewatywy przed porodem - decyzja należy do rodzącej.
3. Nie powinno się wywoływać sztucznie porodu bez ważnych wskazań medycznych.
4. Nie ma naukowego uzasadnienia dla rutynowego, wczesnego przebijania pęcherza płodowego.
5. Elektroniczne monitorowanie porodu powinno się wykonywać w wyselekcjonowanych przypadkach związanych z wysokim prawdopodobieństwem śmiertelności oraz przy porodach indukowanych.
6. Podczas porodu powinno się unikać rutynowego podawania środków przeciwbólowych, znieczulających itp. jeśli nie są specjalnie zalecone dla zapobiegania komplikacjom porodowym.
7. Na życzenie rodzącej środki te są podawane.
8. Rutynowe nacinanie krocza jest nieuzasadnione. W przypadkach uzasadnionych lekarz informuje o takiej potrzebie rodzącą.
9. Karmienie piersią powinno być podjęte natychmiast po porodzie.
10. Zdrowy noworodek powinien zostać z matką, o ile pozwala na to stan obojga.*

To jest start. Szpital, aby uzyskać certyfikat, musi jeszcze wdrożyć program „10 Kroków do Udanego Karmienia Piersią”, efekt kampanii UNICEFu, którą rozpoczęto, by zachęcić szpitale do przestrzegania nowych zasad postępowania zawartych w raporcie wydanym przez WHO i UNICEF zatytułowanym „Ochrona, propagowanie i wspieranie karmienia piersią - specjalna rola służb położniczych” z 1989 r.:

1. Sporządzenie na piśmie zasad postępowania sprzyjających karmieniu piersią i zapoznanie z nimi całego personelu.
2. Przeszkolenie wszystkich pracowników tak, aby mogli realizować ustalone zasady.
3. Informowanie wszystkich ciężarnych kobiet o korzyściach płynących z karmienia piersią i o właściwym postępowaniu podczas karmienia.
4. Pomoc matkom w rozpoczęciu karmienia piersią w ciągu dwóch godzin od urodzenia dziecka.
5. Poinstruowanie matek, jak należy karmić piersią i jak utrzymać laktację, nawet jeśli będą oddzielone od noworodków.
6. Niekarmienie noworodków niczym poza mlekiem matki (z wyjątkiem szczególnych wskazań medycznych).
7. Stosowanie systemu ROOMING-IN, który umożliwia matce przebywanie razem z dzieckiem w jednym pokoju od urodzenia i przez całą dobę.
8. Zachęcanie matek do karmienia piersią „na żądanie" i ułatwianie im tego.
9. Niepodawanie smoczka niemowlętom karmionym piersią.
10. Angażowanie się w tworzenie i pracę grup kobiet, które wspierają się w karmieniu piersią, i kierowanie do nich karmiących matek wypisywanych ze szpitala lub będących pod opieką .**

Jeśli szpital wdroży oba programy, podpisuje także zobowiązanie do przestrzegania Międzynarodowego Kodeksu Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece. Podpisany w 118 państw Kodeks miał na celu ograniczenie marketingu firm produkujących mleko zastępcze dla dzieci do 6 miesiąca. To oznacza, że producenci mleka nie mogą:
  • bezpośrednio kontaktować swoich przedstawicieli handlowych do szpitali, personelu medycznego czy matek lub kobiet w ciąży;
  • rozdawać bezpłatnych próbek mleka ww szpitalach i tym podobnych placówkach;
  • reklamować produktów mlecznych dla dzieci poniżej 6 miesiąca życia, smoczków i butelek;
  • rozdawać firmowych prezentów rodzicom i pracownikom medycznym;
  • idealizować opakowań czy stosować wizerunki matki i dziecka na etykietach;
  • na opakowaniu nie powinno być takich określeń, jak np. „ludzkie” czy „matczyne”***

Poza tym na opakowaniu powinna być informacja, iż karmienie piersią jest najlepszym rozwiązaniem, jeśli chodzi o żywienie niemowląt, a mleko zastępcze powinno być stosowane w porozumieniu z lekarzem.

No. Niestety tyle, jeśli chodzi o konwencje, deklaracje i tym podobne dokumenty międzynarodowe. W teorii wydawałoby się, że nic, tylko rodzić. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy.

W praktyce szpital, który szczyci się certyfikatem i może pochwalić szlachetnym tytułem „Szpitala Przyjaznego Dziecku”, bardzo często inaczej interpretuje zapisane deklaracje...

Wróćmy do zaczętego wątku...


Idziesz do szpitala rodzić w przekonaniu, że certyfikat „przyjaznego szpitala” zapewni ci maksimum komfortu psychicznego w tej jakże niekomfortowej sytuacji.

Pracownicy może i przeszkoleni z zasadami postępowania podczas porodu i później w kwestii karmienia piersią, ale już nachalne nakłaniania do karmienia piersią („No raczej! A jak by Pani chciała karmić?”) to już daleka nadinterpretacja 3-go punktu („informowanie [...]kobiet o korzyściach płynących z karmienia piersią”).

„Pomoc w rozpoczęciu karmienia” jest rozumiane następująco: położna wpycha noworodkowi na siłę pierś. Wygląda to tak, jakby chciała mu ją wepchnąć przynajmniej do połowy.

Poinstruowanie matek, jak należy karmić piersią i jak utrzymać laktację[...]”. Ten punkt jest nagminnie łamany. Nie pamiętam, by ktokolwiek powiedział mi, jak mam to robić, by karmić długo i bezboleśnie. Być może któraś z położnych coś pod nosem mruknęła o instrukcji wraz z obrazkami, która znajdowała się na korytarzu. Wiem, że inne moje koleżanki też miały problem na tym etapie w szpitalu. Z innych, bardziej fachowych źródeł wiem, że w Polsce generalnie jest problem z tą nauką karmienia. W Stanach już wszystkie położne w prowincjonalnych nawet szpitalach wiedzą, co zrobić, by noworodek ładnie ssał pierś: trzeba przyłożyć ją do ust malucha i - uwaga - poczekać, aż otworzy buzię i wystawi język. Język, jak się okazuje jest tu kluczowy. Dopiero wtedy na język można kłaść pierś. Ta sama zasada dotyczy butelki. W ten sposób dziecko ładnie i szczelnie będzie ssać. Nie będzie problemu z połykaniem powietrza ani bólu...

Zasada niekarmienia noworodków niczym innym, tylko mlekiem matki (o ile nie ma zaleceń lekarza) jest zmorą dla matek po cesarskim cięciu. Niejedna koleżanka mówiła mi, jakie miała trudności z karmieniem (mimo usilnych prób). Nie miała pokarmu, dziecko się darło, a położna na nią krzyczała, że nie może jej dać mleka zastępczego. A mogła. To przecież jest jeden z tym przypadków, kiedy wręcz powinna nakarmić dziecko tym mlekiem modyfikowanym. Takiego horroru się nie zapomina. I ja im wierzę.

Kiedy coś, co ma być dla nas dobre, obraca się przeciwko nam.

Dlaczego tak się dzieje, że dobre zasady, sprzyjające naturze, mające na celu realne wsparcie kobiety podczas porodu i w trakcie połogu obracają się przeciwko kobietom? Odpowiedź jest prosta: ranking. Który szpital ma najlepsze statystyki, ten idzie w górę „listy przebojów” Przyjaznych Szpitali. O jakich statystykach tu mowa? Każda ciężarna, która zdecydowała się na poród w takim szpitalu jest jak pula punktów. Jeśli po porodzie wyjdzie ze szpitala i można będzie napisać, że:
  • rodziła siłami natury,
  • wie, jak karmić piersią (czytaj: widziano ją, że karmi, dziecko nie płakało z głodu, czyli daje radę),
  • dziecko nie było sztucznie dokarmiane,
  • leżała na sali z dzieckiem
  • karmiła „na żądanie” itd.,
...wtedy za każdy z punktów szpital będzie mógł przydzielić sobie punkty. A wiadomo: im więcej punktów, tym wyżej w rankingu. Im wyżej w rankingu, tym lepsza pozycja szpitala i większe szanse na dodatkowe fundusze... itd...

Dlatego walka o punkty jest zacięta. Nie patrzy się jednak na dobro matek i dzieci. Jest wiele sytuacji, które są dalekie nie tyle od ideału, co od zwykłej uczciwości wobec świeżo upieczonych matek. O ile matka jest w stanie wywalczyć swoje (a jeśli nie ona, to mąż) w kwestii karmienia, narażając się najwyżej na opryskliwość położnych i ich fochy (bo jak to możliwe, że się sprzeciwiłaś. Skandal...), o tyle w trakcie porodu jest to bardzo trudne.

Nie zawsze decydujemy się rodzic w obecności męża/partnera (a i on może w takim momencie nie mieć nerwów), więc jesteśmy same na sali porodowej. Umieramy z bólu, włączają się hormony, które mają nam pomóc przetrwać ten nieludzko bolesny czas, więc ogarnianie rzeczywistości może być trudne, więc zwyczajnie nie mamy głowy, by zawalczyć o swoje prawa.

Nie daj się zbyć hasłem: „musi Pani”. Jeśli szpital jest przyjazny to ty nie musisz. Czego? Na przykład nie musisz godzić się na lewatywę, podpisujesz co prawda oświadczenie, że w razie konieczności cię natną, ale nie powinni tego robić, jeśli nie ma konieczności. Nie musisz rodzić w jednej pozycji. I przeciwbólowe środki mogą ci zostać podane, jeśli chcesz (tylko musisz mieć aktualne badania i konsultację z anestezjologiem). Gorzej, kiedy ty uparcie twierdzisz, że nie musisz i nie chcesz tego czy tamtego, a oni chcą cię do tego zmusić. Nawet nie muszą specjalnie się starać: ulegniesz, bo kiedy skurcze już się rozkręcają, jesteś łatwym celem i walka z tobą jest tak łatwa jak nierówna.

Póki jeszcze rozbija się to wszystko o twój komfort, to można nawet przymknąć oko i machnąć ręką: co tam, niech robią lewatywę i nie muszą mi już tego gazu rozweselającego podawać (rodzaj środka przeciwbólowego), przecierpisz i tyle. Ale jeśli w grę wchodzi życie dziecka, wtedy już nie wolno ci się ugiąć. 

Kiedy lekarz nie chce zrobić koniecznej cesarki... 


Niestety w Polsce mamy bardzo wiele przypadków lekarzy (w szpitalach, które szczycą się sukcesami na wielu oddziałach, są uznawane za najlepsze pod względem wykształcenia i fachowości personelu czy zaopatrzenia w sprzęt medyczny), którzy za wszelką cenę walczą o ten punkty za naturalny poród. Zdarza się, że zwlekają do ostatniej chwili, aż jest za późno. Niektóre historie opierały się na trudnym porodzie z komplikacjami, a lekarz i tak nie podjął właściwej decyzji i skończyło się to upośledzeniem dziecka. Znam nawet przypadek całej grupy lekarzy i położnych, którzy sfałszowali wyniki KTG, by odwlec cc, co o mały włos nie skończyło się tragedią (dla niewtajemniczonych: badanie KTG to badanie akcji serca płodu oraz zapis skurczów macicy, czyli z powodzeniem można stwierdzić, czy dane skurcze, to skurcze małe, przepowiadające, czy już te właściwe - porodowe).

Co powinna zrobić kobieta w takiej sytuacji, kiedy to szpital - miejsce, gdzie teoretycznie jest bezpieczna - może stać się przyczyną jej nieszczęścia?

  1. Przede wszystkim nie należy się straszyć przez całą ciążę tym porodem i historiami o tragicznych błędach lekarzy. Zostaw je sobie na koniec - wtedy i tak po prostu już się o tym myśli nawet kompletując wyprawkę dla siebie do szpitala.
  2. Jeśli jest jeszcze czas, powinna skonsultować się z kilkoma lekarzami. Jeśli wiedziała z góry, że np. z powodów zdrowotnych jest na tę cesarkę skazana i rodzenie siłami natury nie wchodzi w grę, może wziąć takie zaświadczenie o konsultacji i jej wynikach z innymi lekarzami do szpitala, w którym zamierza rodzić. A przy pierwszych oznakach niechęci lub zwłoki, kazać mężowi wieźć się do innej placówki. Tu chodzi o i życie dziecka i twoje - nie możesz ryzykować!
  3. Robić wszystko, by lekarz, który opiniował o cesarce był przy porodzie. Wówczas mamy pewność, że się odbędzie.
  4. Poczytać opinie o lekarzach w danej placówce, czy nie mają już w swojej historii zawodowej przypadków podjęcia złej decyzji w trakcie porodu.
  5. Miej przy sobie zaufaną położną, która towarzyszyć ci będzie przez cały poród. To ona jest głównie obserwatorem sytuacji i niejednokrotnie to właśnie ona zwraca uwagę lekarzowi, że coś się dzieje. Ponieważ jednak bardzo często lekarz przychodzi dopiero w kulminacyjnym momencie porodu, musi być totalnym bufonem, by nie brać pod uwagę zdania położnej, która jest z kobietą od początku.
  6. Mąż to świetny adwokat, jeśli nie zmrozi go cała sytuacja, to on powinien zawalczyć w twoim imieniu. To może być dla niego prawdziwy sprawdzian męskości, ale jeśli się wykaże, nie będzie mógł przestać chełpić się swoją odwagą i zachowaniem zimnej krwi w tak trudnej sytuacji.

Najważniejsze jednak, byś informowała położną czy też męża o wszystkim, co cię niepokoi. Nawet jeśli to nie jest twój pierwszy raz na bloku porodowym i wiesz - mniej więcej, z naciskiem na „mniej” - co cię czeka, to i tak nigdy nie można powiedzieć, że kolejne porody (a wcześniej ciąże) podlegają jakimś zasadom podobieństw bądź różnic względem tego pierwszego (czy pierwszej ciąży). Położna może cię uspokoić, albo od razu zareagować, jeśli okaże się, że to coś, co rzeczywiście powinno wręcz niepokoić.

A czy któraś z was miała w tym temacie jakieś doświadczenie, czy słyszałyście o przypadkach? A może w ogóle nie brałyście pod uwagę takiego... trudnego scenariusza?
Jakie macie doświadczenie z tym, jak szpitale respektują prawa, do których się zobowiązały?
___________________________________
* Zalecenia WHO
** 10Kroków do Udanego Karmienia Piersią
*** MiędzynarodowegoKodeksu Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece



 
Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric