Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmęczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmęczenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 marca 2017

2 marca - jak po burzy... czasami wychodzi słońca, a czasami tylko trochę oczyści się powietrze




2 marca 2017 r.
Czwartek


Mania: 10 miesięcy, 2 tygodnie i 1 dzień
Bunia: 3 lata, 4 miesiące i 2 tygodnie
Waga: 56 kg. Mamy wagę. Więcej: mamy taka, co to te tłuszcze sprawdza, wodę i mięśnie - wyszło, że mam niedowagę. Ha ha)
Pogoda: Z gatunku "zima odchodzi"; pachnie starą trawą, której zapach podrywa wiatr. Niebo jest niebieskie błękitem przedwiosennym. Na drzewach jeszcze nie widać żadnych oznak nadchodzącej wiosny. Czyli jest tak jak pisałam: zima odchodzi, tylko jeszcze wiosna się trochę jakby spóźnia...




4 z minutami

Słyszę Maniulę wyraźnie. To znaczy, że jest głodna. Włączam automat: wstaję, kieruję się w stronę kuchni, zaświecam tam małe światło i robię mleko. Wracam. Biorę upłakane dziecko (tak, Mańka to jedna z tych, która w ciągu kilkunastu sekund zdąży się doprowadzić do takiego stanu, że cała rozchyłkana nie może się uspokoić). Kładę do naszego łóżka, gdzie od paru godzin po (co)nocnym koszmarze śpi także Buńka. Wciskam butlę w dziubol i zapada cudowna cisza, zakłócana jedynie dźwiękiem łapczywie przełykanego mleka. Śpię na boku. eR. też, bo przecież wzięliśmy sobie szersze łóżko, ale któż by przewidział, że dzieci będą zajmować więcej miejsca niż my razem? Kiedy butla zostaje opróżniona, Mania dostaje smoczek i przytula się do mnie. Zasypia szybko. A z nią i ja.



06:40

Otwieram oczy. Słyszę Maniulę. Czuję jej stopy, które kopią mój brzuch. I rączki, które bawią się moimi włosami. W zasadzie to dobrze, że się budzę; Mania nie zdąży wyrwać mi wszystkich włosów. Mańka zaczyna gadać. Przechodzi od tata do titi, przez dzidzidzidzi aż dochodzi do czegoś, co według mnie przypomina mama. Ale równocześnie może być czymś jeszcze innym.

Kręci się przy tym tak, że nie jestem w stanie zapanować nad nią w łóżku. Tymczasem Bunia śpi, jakby nas tam w ogóle nie było. Zazdroszcząc jej - wychodzę. Boli mnie to, jak nie wiem, ale wstaję, zabierając małego rozrabiakę do kuchni. Tam jem śniadanie, przyglądając się, jak Mania bawi się zabawkami. Robię sobie kawę. Wtedy wiem, że zaczyna się dzień. Kolejny, chociaż pewnie bardzo podobny do dziesiątków innych, które minęły i tych, które dopiero mnie czekają. 


Tak wyglądał dzisiejszy poranek, ale nie różnił się od tych wszystkich, które były, kiedy mnie tu nie było. No dobra, byłam, ale w inny sposób. Był to mój sposób na radzenie sobie z trudnościami natury psychicznej, tak bym to określiła. Po prostu wolałam zrobić coś pożytecznego, niż wciąż narzekać i się użalać - pisać recenzje.

Czy pomogło? W zasadzie trochę tak. Ale gdybym odpowiedziała, że nie do końca, to też byłaby to prawda. Przynajmniej zrobiłam coś konstruktywnego, z czego realnie możecie korzystać, zaglądając w zakładkę "Recenzje Mamy" w głównym menu na blogu, gdzie czekać będą na Was recenzje. Teraz nie będą pojawiać się tak często, ale na pewno co jakiś czas. Przedwczoraj była premiera książki Księga Dziecka Searsów (zapowiedź tutaj), która wczoraj do mnie przyszła. 10 marca pojawi się recenzja i już mogę Wam zdradzić, że jest to książka warta kupienia, serio. Wsiąkłam.



11: 28

Mania śpi. Piję kolejną kawę. Ostatnio w żyłach płynie mi głównie kawa. I to - o zgrozo - rozpuszczalna. Źle się czuję, śle sypiam, znów jadam jakieś gówno (w znaczeniu: jakieś chrupki Mańki, jakiś chleb z masłem, jakieś niedojedzone kanapki Buńki, jakieś ciastko, żelka, cukierka... aż się rzygać chce), boli mnie brzuch i głowa, źle mi się oddycha (nie, to nie smog, bo u nas powietrze jest ok ostatnio), czuję się wciąż bardzo zmęczona, ale wieczorami to się snuję, a nie poruszam... Ale nie narzekam. Już kiedyś o tym pisałam: jakie to bezproduktywne działanie. eR. nie wie. Widzi tylko, że chodzę zmęczona. Ale robię wszystko - zaciskam zęby i już. Chodzę na spacery, robię zakupy, chociaż mam bek na końcu nosa, jak wiem, że muszę je zrobić, sprzątam, coś gotuję, chociaż bez szału, raczej nazwałabym to "przygotowywaniem jakiegoś jedzenia do zjedzenia" usypiam Mańkę (chociaż ostatnio strasznie mi to długo schodzi...), odprawiam Buńkę do spania (ma fazę, że tylko z mamą idzie się myć i spać). Może nie jestem zajebistą żoną ostatnio, ale nie chcę się skarżyć, bo mnie samej na myśl, że słuchałabym po raz enty narzekać i żali robi się słabo. 

Wiecie dlaczego? Bo mój problem nie jest unikalny. To nawet nie to, że "inni ludzie mają prawdziwe problemy", bo ich dom spłonął w pożarze, do dzieci w Afryce głodują, bo... To nawet nie to, że ja jako matka mam przerąbane, bo wszyscy są przeciwko mnie, bo jestem ze wszystkim sama... Myślę, że w mojej sytuacji jest wiele kobiet. Ba! wiele więcej, niż wiele. I to mnie jakoś przytłacza: fakt, że mój problem dla wielu nie jest problemem, bo jest także codziennością, jak moja. Bo ja to przeżywam, jako naprawdę trudną sytuację, chociaż obiektywnie pewnie nie jest ona aż taka. Czy ja ten problem wyolbrzymiam? Nie, mi on naprawdę tak doskwiera. 

Dlatego nie piszę, o czym mowa. Już wystarczy, że ja to tak przeżywam i nie mogę się pozbierać. Jeszcze jakbym się miała przejmować, że się pół Internetu (dobra, chciałam się lepiej poczuć, chociaż o moim istnieniu w sieci wie zaledwie garstka ludzi, jak na rozległość sieci) się ze mnie śmieje...

Zaraz ktoś na mnie wyjedzie, że powinnam powiedzieć eR., bo przecież zaufanie, oszukiwanie, kręcenie... i on się i tak dowie, będzie mu przykro, że mu - niby - nie ufałam. Umówmy się, że jak ktoś na mnie wyjedzie, to wyjedzie. Jeszcze tego brakowałoby, żeby i on się śmiał.



Zapomniałam napisać, skąd ten dzisiejszy tytuł. Wiecie, czasem człowiek przechodzi różne burze w życiu, zawirowania, rewolucje, trudne sytuacje... Ale kiedy jakoś je pokona, przezwycięży, to ma nadzieje na to "słońce", że los się odwróci, że teraz to wiatr go będzie niósł, a nie wiał w oczy. 
Tymczasem powietrze minimalnie się oczyściło, człowiek lepiej widzi, ale jest bardzo zmęczony burzą. Ani wiatru, który miałby pomóc, ani słońca, które sprawiłoby, że człowiek się uśmiechnie, zmobilizuje do działania pozytywną energią... Nic. Stoi. Chociaż optymista powiedziałby: "... a to już wiele".




Miało być dziś bardziej optymistycznie, ale nie wyszło. 
Następnym razem. 


Kilka zdjęć ze spaceru pt.: "kiedy zima próbuje odejść, nie czekając na wiosnę"





niedziela, 8 stycznia 2017

8 stycznia - weekend level hard

8 stycznia 2017 r.
Niedziela




Mania: 8 miesięcy, 3 tygodnie i 3 dni
Bu: 3 lata, 2 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni
Pogoda: Według 'tefałenowskiej' pogody mieliśmy mieć zimę stulecia - przez tydzień miało być -15*C. Tymczasem z dnia na dzień okazało się, że jednak nie -15, a -25*C. A tak naprawdę wieczorem termometr pokazywał -28*C. Od samego patrzenia na niego włosy w nosie zamarzały.





21:14



Patrzę w lustro. Wyglądam na przejechaną przez walca. Spoko, tylko wyglądam. Cisza w całym domu. Powiedziałabym: "status - impossible", a jednak.


Pewna N.N. proszona jest o wyrozumiałość wobec tego wpisu. I próbę uśmiechu.


Na weekend mieliśmy gości. Nazwijmy ich oryginalnie: Nowaki. No to Nowaki zajechali wypasioną furą na naszą Wieś Na Końcu Świata i Jedną Dalej. Wyczekiwani byli przez Bu z dużą niecierpliwością: (dzień wcześniej) A mogę patrzeć przez okno i czekać?

Bo Nowaki mają dwójkę dzieci. Takich, co to mają szansę zabawić się z naszymi. Szybko okazało się, że coś nie "zakliknęło" i każde miało inny pomysł na wieczór. Wróć: na kilka minut zabawy. Na te kolejne też. I kolejne. I kolejne. 

Bu była niepocieszona, że chłopiec (w podobnym wieku co Buńka) nie czuje zabawy "w rodzinę" i nie chce być "królem", kiedy ona jest "księżniczką". Nie interesowało go budowanie zamków z klocków. Zresztą  garaży dla samochodów też nie. W grę wchodziło tylko bieganie. I zabawa w chowanego. Pod warunkiem, że on nie będzie się chował. 


Tymczasem dziewuszka, jego siostrzyczka, swoją drogą przeurocza, rozkosznie piszczała, kwikała, mamrotała, artykułując swoje potrzeby. Jeśli dodamy do tego ostatnio odkryte przez Maniulę eksperymenty wokalne (czytaj: gardłowe darcie, wycie, siłowe pokrzykiwanie czy zawodzenie mniej lub bardziej melodyjne), robi się dość... żywiołowo i spontanicznie. Swoje piski, śmiechy, płacze dokładała moja Buńka i mały Nowak. My dodawaliśmy do tego głośne rozmowy (w końcu w tej wrzawie trudno mówić cicho), kawę a wieczorem grzane piwo i kino. Oczywiście jak już - koło 21, dzięki Niebiosom, jak mniemam - zasnęły wszystkie pociechy (rodzice już znają etymologię słowa "pociecha").

Od rana jednak dało się słyszeć z pokoju gości walenie po metalowych garnkach zabawowej kuchni i próby przejęcia władzy nad drewnianymi palnikami. Wesołe miasteczko uruchomiło się na nowo. Godzina 7:20. 

Potem krzątałam się już nie w zabawowej kuchni, żeby stworzyć tzw. śniadanie, które nie będzie zawierało mleka, jak robię to już od trzech miesięcy. 

Dziś poczułam dotkliwie co znaczy nie mieć zmywarki. Po śniadaniu, po czymś, co mogło być drugim śniadaniem, po kawie, po przygotowaniach do obiadu, po obiedzie, podwieczorku i kolejnej kawie. Tak, chcę mieć zmywarkę. Sądziłam, że obejdę się bez niej jeszcze jakiś czas, bo nie jest to jakaś pierwsza nasza potrzeba. Ale dziś jej zapragnęłam obiema zniszczonymi od wody rękami. Myślę, że eR. też poczuł to na dłoniach. A ja wciąż myślę, że może kiedyś czwórka dzieci... tylko już ze zmywarką w pakiecie. 


Mieliśmy ambitne plany poużywania wiejskiego powietrza, które zmroziłoby nochale małe i duże. Niestety, 20* mrozu to wciąż trochę za dużo. Z wypadu "na szopkę", czyli na imprezę w kościele polegającą na oglądaniu ruchomej szopki, też musieliśmy zrezygnować. Kiedy za dużo dzieci śpi na dużo w ciągu dnia, nagle okazuje się, że a to jedno musi zjeść, drugie spać, potem to pierwsze idzie znów spać i potem jeść... i tak, że ostatecznie nie pojechaliśmy. Zwłaszcza, że na tym mrozie, trzeba było więcej czasu poświęcić samochodom.

Ale za to na spokojnie wypiliśmy popołudniową kawę. Wróć: piliśmy na stojąco, wymieniając się między sobą, kto będzie brał udział w zabawie w chowanego: mały Nowak i Buńka mieli liczyć (Jeden, dwa, trzy, cztely, pięć, sześć, siedem, osiem, najn, ten, jak liczy Bu) i szukać jednego dorosłego. I tak zleciało popołudnie. 



Godzin 18:00. Wpadają w odwiedziny moi rodzice. Ale nie mają małych dzieci. Muszę przyznać, że przyjęłam ten fakt (dość oczywisty, ale nigdy nie wiesz...) z wdzięcznością godną zmęczonej singielki lub starej panny.


Godzina 19:00 Maniula status: game over.
Buńka dostaje kolację. Ziewa, ale błaga o Dorę. Włączam substytut "wieczorynki". 

Godzina 21:00 Buńka status: game over. Oczywiście nie przy wieczorynce. W łóżeczku. I mimo zmęczenia po umyciu się. 

Rodzice status: ostatnie (niewidzialne) życie. 

eR: Dziś na HBO GO idzie pierwszy odcinek nowego serialu, Taboo, oglądamy?
Dopóki nie włączył, myślałam, że to żart. Ale jest 22:37 a eR. co jakiś czas cofa kawałek, bo zasypia.  


Podsumujmy: było głośno, ale uroczo, żeby było jasne. I mimo cholernego zmęczenia, zaliczam ten weekend do bardzo udanych. I liczę, że przy następnym spotkaniu dzieciaki dotrą się szybciej, a nie na sam koniec.



A Wy macie doświadczenia? Jak je wspominacie?


sobota, 3 grudnia 2016

2 grudnia - jak to życie potrafi zamęczyć

2 grudnia 2016 r.
Piątek




Mania: 7 miesięcy, 2 tygodnie i 3 dni
Bu: 3 lata, miesiąc, 2 tygodnie i 2 dni
Pogoda: Zimowa. Pada śnieg. Patrzysz za okno i aż chcesz to robić z kubkiem gorącej herbaty, przytulając się do ciepłego grzejnika.




19:50

No właśnie, pogoda świąteczna, chociaż Święta ostatnio raczej bywają bez śniegu. Chce się człowiek zadumać nad tym, że jemu tak fajnie, cieplutko i aż się chce siąść do komputera i pracować. Nawet uczyć się chce. 

Tylko tym razem nie podoba mi się śnieg. Generalnie dzisiaj nic mi się nie podoba, bo mam dość. Miałam nic nie pisać, zanim humor mi się nie poprawi. Ale niestety. Mimo świadomości, że inni mają/miewają gorzej, nie potrafię poczuć się lepiej. Tak po ludzku, wiecie, że nie chce się beczeć. Bo dziś już naprawdę mi się chce. Już rano, przy pierwszym usypianiu [sic!] na pierwszą drzemkę tak jakby przeczuwałam coś. Nie wiem, że kolejny skok rozwojowy? Że jakiś gorszy czas? Że zęby? Ani apetytu, ani spania, ani zabawy, ani nawet maminy podołek - nic nie było dziś w stanie zadowolić Maniuli.

Po drzemce (40 minut, szał)widziałam małą poprawę, ale co z tego, skoro przez cały czas marudziła. Dobra, ignorowałam to, to widziałam, że coś tam koło siebie robi, tylko tak jakby "z nudów" dodatkowo jęczała.

No i oczywiście nie zasnęła po południu. Nie chciała jeść ani się bawić. Teraz jak o tym myślę, to może coś jej dolega (albo będzie dolegać). Ok, Mania pod obserwację. 

Niestety nie jestem przez to mniej zmęczona - słabo sypiam, plus Mania ma godzinę przerwy w nocy (ej, co z tymi dziećmi?!), a na stałe budzi się o szóstej lub szóstej trzydzieści.



Ze zmęczenia mnie mdli i nawet nie mam apetytu. W sumie to się dobrze składa, bo gdybym odczuwała większy głód, byłabym jeszcze dodatkowo wkurzona. A tak to przynajmniej nie odczuwam tego, że czasu na jedzenie ostatnio brak. Po ciuchach widzę, że schudłam, chociaż waga nadal nie naprawiona.

I wiecie co? Jeszcze dwa miesiące temu byłabym zadowolona. Dziś jakoś nie. 



Błagam, kobitki, pomóżcie: jakie macie sposoby na takie mamine słabości? Co dodaje Wam sił? Tylko nie chcę słyszeć o kawie. Z kofeiną, czy bez. Ostatnio nawet nie znajduję czasu, żeby ją zrobić. 
... a tak nie chciałam się nad sobą użalać!


21:42


Z pozytywnych rzeczy:

Zawsze, kiedy ja usypiam Buńkę mamy swój rytuał przy zasypianiu. Po krótkiej modlitwie kładzie się to moje dziecię z wybraną przez siebie przytulanką, a ja ją przykrywam kołdrą i wymieniamy swoisty dialog.
- Dobranoc - mówię.
- Dobranoc - odpowiada.
- Kolorowych snów - na to ja. 
- Kolorowych snów... - na to ona.
- ... i niech ci się przyśnią aniołki - mówimy razem.
A później całują ją raz w czoło.
- Kocham cię - mówię.
- Kocham cię - jak echo moja Bunia. I oczywiście zawsze musi mnie też pocałować w czoło.
A wtedy ja ją obdarzam kilkoma pod rząd buziaczkami w policzek. Ona musi po prostu "mi oddać". 

Dziś jednak jakoś tak było szybko, bo byłam zmęczona. Po chwili słyszę ciche chlipanie.
- Co jest? - pytam.
- Bo ja też chciałam tak dużo dać buziaków...


Dzieci uwielbiają rytuały. Zresztą daleko by szukać. Hasło "kolorowych snów i niech ci się przyśnią aniołki" mówiła mi mama. A jej powtarzała jej mama. Widocznie jako dorośli też te rytuały lubimy. 
A może podświadomie wierzymy, że niczym zaklęcia pomogą nam, jak pomagały naszym rodzicom i dziadkom...?


Dobranoc. Przyślijcie mi energię.


środa, 16 listopada 2016

16 listopada - no to odpadam, czy nie?




16 listopada 2016 r.
Środa



Mania: 7 miesięcy i 1 dzień
Bu: 3 lata i 1 miesiąc
Waga: olewam, bo wciąż niesprawna, a nie uważam, by to było najważniejsze w tym momencie.
Pogoda: taka jakby zimowa. Popadało chwilę, warstewka śniegu leży przed domem, ale do Świąt daleko





11:12


Jak jest? Ciężko. Zamieniam się w chodzące widmo, które gdy tylko ktoś się pojawi na horyzoncie nabiera nieco koloru. Tak, by kompletnie ludzi nie straszyć. 

Mało jem. I to tego bardzo źle. Nie, żeby niezdrowo, ale chleb - co z tego, że pełnoziarnisty - powinien prócz masła mieć coś jeszcze. Jakaś wędlina? Ser? Warzywo? Dżem? Bosh, cokolwiek. To nie. To mnie tak odpycha, że nie jestem w stanie nawet przełknąć myśli o jedzeniu czegoś takiego. No i jogurt. I nieśmiertelna kawa. Miałam przechodzić na energy-syfy, ale on też mnie odpychają. 

Coraz częściej boli mnie głowa, nie mam sił, nie sypiam dobrze, Mania ze swoim histerycznym płaczem potrafi mnie samą do łez doprowadzić. Bo ona przestała już jęczeć, kiedy wychodzę i znikam na chwilę z jej pola widzenia. Zobaczyła, że te jęki (widzę przecież, że dziecku nic nie ma) matka stara się ignorować - ej, nieważne, że ignoruję je, bo wychodzę to toalety - to teraz zaczęła wpadać w histerię. I potrafi w 10 sekund zanieść się takim płaczem, jakbym zrobiła jej krzywdę. Co najmniej. Kiedy wracam z toalety, od płaczu jest już sina i uspokajanie jej trwa przynajmniej 10 minut. To jakieś chore. Buńka też ząbkowała i też miała skoki, ale bez jaj...

Najgorsze, że ona nie lubi chusty. Tylko na rękach, więc nie jestem w stanie zrobić literalnie NIC. A kiedy śpi (przez błogosławione 30 minut - szał, co nie?) to ja zamiast zrobić sobie coś porządnego do zjedzenia, to biorę cokolwiek, kawa i zasiadam do pracy. A jest tego ostatnio. Co prawda na moje własne życzenie i nie żałuję, żeby było jasne. nawiązałam współprace na wielu płaszczyznach i po prostu mam obsuwę. Nawet chciałam zaryć noc, ale zasnęłam czołem "przytulona" do stołu. A było nieźle, tylko nagle wszystko musiało się zwalić na raz: angina przyszła nie w porę, jakieś uczuleniowe kwestie u Bu, które wymagają już-teraz-zaraz leczenia. Do tego ząbkowanie, skoki-nie-skoki u Maniusi, brak snu, dobrego jedzenia i czasu na ruch (na COKOLWIEK), ból głowy...

To wszystko jest jak zamknięte koło, bo jedno napędza i jednocześnie powoduje drugie. Nie wiem, jak się z tego wyrwać. Gdzieś umarły moje postanowienia, kiedy nawarstwiło się tak wiele. Do tego w firmie u eR. niekoniecznie jest najróżowiej, chociaż praca i zamówienia są. To innego rodzaju problemy, którymi się bardzo przejmuje, bo pośrednio mogą w nas uderzyć konsekwencje złych decyzji.

Za dużo. Uśmiech nagle stał się ogromnym wysiłkiem. Zachowuję siły, by pokazywać go Mani i Buni. Dla eR. już nie starcza... Ale on wie, dlaczego. I nic nie może zrobić.

Od kilku dni ogromną część energii poświęcam na powstrzymywanie się od łez. Płaczę pod prysznicem, kiedy już eR. śpi. Rozmawiamy, ale mam już dość pokazywania mu łez. Przecież to nie jego wina, a wiem jak przeżywa, kiedy płaczę.

Piszę to tym nie po to, by narzekać, ale by pokazać, jak jest i jak mi ostatnio ciężko. Wiem, że nie mam najgorzej na świecie, ale jakoś to nie pomaga. To raczej jeden z tych bodźców, które zamykają ci usta, kiedy chcesz narzekać. Więc tego nie robię. Naprawdę.



W głębi serca cieszę się, że dzieci tego nie widzą. Śmieją się i bawią jak zwykle. Dziecko, które nie osiągnie pewnej dojrzałości nie powinno widzieć łez rodziców.


wtorek, 30 sierpnia 2016

30 sierpnia - jestem złą matką

 

30 sierpnia 2016 r.
Wtorek




Mania: 4 miesiące, 2 tygodnie i 2 dni
Bu: 2 lata, 10 miesięcy i 2 tygodnie
Waga: Nawet nie wiem jaka. Chyba taka łazienkowa.
Pogoda: Skwaszona. Chłodna, bura, bez słońca i wit. D. Generalnie depresyjna i błagająca o kawę. Siekierę.






10:35



Jestem złą matką. Albo mam kryzys. Jest jeszcze przytłaczająca trzecia opcja: i jedno, i drugie. Wolę się jednak nie katować nią za szybko. I tak siedzę w wyjątkowo głębokim dole.

Mam poczucie, że dzieci mnie dobijają. Na każdym kroku. Ich zachowanie, ich potrzeba ciągłej uwagi, wiecznie te same irytujące scenariusze najtrudniejszych momentów dnia... Jestem zmęczona. I to nie tak, że dzieci są cudowne a ich głos niczym ćwierkające ptaszyny raduje mnie i dodaje energii, tymczasem mi, matce wyrodnej, przeszkadza sama ich obecność. Zawsze oczywiście jest coś, co zakwasi ciąg zdarzeń, psując cały tydzień z góry, a wtedy ja siadam i zalewam się łzami, że to ponad moje siły. Czasem rzecz jasna tak jest, ale najczęściej jednak nie ma wyjścia i po prostu muszę się pozbierać do kupy. A kiedy to zrobię, kiedy opadnie kurz, pewnego zwykłego dnia, jak ten dzisiaj, moje podświadome ja postanowi to całe ZUO odreagować. 

Znacie? No to odreagowuję. I mam wrażenie, że dzieje się to praktycznie poza moim udziałem. Myślę o tym np. jak dzieci mnie ograniczyły. Jak - mimo najszczerszych chęci - nie mogę zapomnieć o straconych szansach na spełnienie kilku największych marzeń. Jak nie mogę robić tego czy tamtego, jak muszę teraz robić to czy tamto, chociaż już mam "do wyrzygania jeden krok". Jak nie potrafię pewnych rzeczy odpuścić i skupić na innych, nie potrafię oczyścić głowy, którą wciąż "zaśmiecają" jakiej zaprzeszłe sytuacje z dziećmi, jak po prostu nie potrafię pójść dalej. Dosłownie, jakbym miała kulę u nogi. Za każdym razem myślę: "Dobra, od dziś..." i tu lecą postanowienia. Pomijam te najbardziej stereotypowe z odchudzaniem i ćwiczeniami na czele. Tu chodzi o te postanowienia dotyczące powrotu do tego, co robiłam wcześniej. To jak uwięzienie w głupim przekonaniu o tymczasowości mojej sytuacji. To wbrew logice, bo przecież wiadomo, że sytuacja nie ulegnie większej zmianie. Przecież nie urodziłam dziecka po to, by na chwilę się nim "pobawić". Więcej, nie będzie lżej! Bo jak wiadomo: małe dzieci - mały problem, duże dzieci - duży problem.


Nie mogę nabrać rozpędu. Powłóczę beznadziejnie nogami, aż przykro patrzeć. To już druga kawa, organizm się chyba uodpornił - jakbym bezkofeinową piła. Głowa mi pęka. Mięśnie karku boleśnie napięte. Trudno wziąć mi głębszy oddech. Nie mogę patrzeć na potwornie brudne okna, podłogę pełną miauczących kotów czy na górę prania do prasowania. Na samą myśl chce mi się płakać. 

Może to wina tego trudnego weekendu. eR. poszedł w góry nad ranem, a ja z dziewczynkami spałam u rodziców. Duchota na piętrze, zakatarzone noski, wypadający smoczek i tego typu problemy sprawiły, że spałam być może niecałe 3h. Szaleństwo. Od 5:20 obie dziewuszki na nogach. A w miarę upływu czasu sytuacja robiła się coraz trudniejsza do zniesienia. Postępujący upał i postępujące przeziębienie u obu. Szybka decyzja: Nurofen Forte. Niby coś zadziałał, ale nie przegonił przeziębienia. Dwójka maluchów praktycznie pokonała naszą dorosła trójkę. I tak dotoczyliśmy się do godziny 16:30, kiedy to zmęczony fizycznie, ale mimo wszystko szczęśliwy ojciec moich dzieci wrócił z gór. Robiłam wszystko, by się nie rozbeczeć wycieńczona i wybebeszona psychicznie. 

Dzieci jujczą do dziś. Nie przeszło im. A ja już nie mam siły. Mam ochotę rzucić wszystkim. Chociaż wiem, że kiedy to wszystko rzucę, od razu przylecę zobaczyć, co z dziećmi. 


A gdzie moja radość życia? Moja determinacja do dążenia do celu? Gdzie ta moja szalona dusza, która chce spełniać marzenia? Ja się pytam: gdzie?! 

Dziś mam wrażenie, że została na porodówce.
Zapytajcie mnie o to jutro. Może sobie przypomnę, gdzie ją naprawdę zostawiłam.

piątek, 19 sierpnia 2016

19 sierpnia - przetrwać dzień



19 sierpnia 2016 r.
Piątek


Mania: 4 miesiące i 4 dni
Bu: 2 lata, 10 miesięcy i 3 dzień
Waga: 59, 4 kg
Pogoda: Upał. Może nie ma dramatu, ale jednak szok termiczny po tych ładnych kilku barowych dniach...



21:33


Wczoraj zadzwoniła do mnie przedszkolanka, że Bu obudziła się z płaczem i skarży się na ucho. Kaszle i wydaje się, że ma gorączkę.

Stęknęłam i wymamrotałam, że już dzwonię po męża, by ją wziął.
Rozglądnęłam się: M. miała średnie samopoczucie, ale byłam już nastawiona na robienie knedli i właśnie skończyłam trzeć ugotowane ziemniaki. Na płycie zupa cebulowa potrzebowała jeszcze 20 minut. A w planach miałam jeszcze placki z malinami. Ha. ha.

Ostatecznie przetrwałam natarcie małego nieszczęścia, które od progu śliptało "mamuuuusia...!". Usadowiłam małą na kanapie, włączyłam boskie Shimmer i Shine, które ostatnio Bu lubi zaraz po Dorze,   (na chwilę ucichła fascynacja Blaze i megamaszyny. Pfff! Jaka nazwa!), wcisnęłam w buzię jakiś Ibum i syrop prawoślazowy, przykryłam kocykiem i nakazałam eR, by sobie z nią poleżał.

W trymiga usmażyłam te placuszki z malinami i bananem. Zjadła z pięć. Po godzinie w ogóle nie wyglądała na chorą, ale katar i kaszel trochę ją męczył, więc dziś nie posłałam jej do przedszkola.



Znacie ten ból? Dwójka w domu, z czego jedno jest chore? Bo dziś, mimo że temperatura spadła, to małą Bu była dziś miaucząca, pojękująca o byle co, z płaczem przy byle niepowodzeniu. M., umówmy się, też nie była swoja najlepszą wersją. Raczej tą, która mało śpi i jest pogoda, o ile chce się jej być pogodną. A dziś średnio jej się chciało. Nie bardzo miała ochotę na polegiwanie na tzw. placu zabaw, czyli takiej okrągłej macie z "rusztowaniem" a la namiot, na którym wiszą różne cudeńka pobudzające zmysły dziecka. Niechętnie też bujała się w bujaczku. Generalnie, jakby rzucała palenie.

A to wszystko daje razem... mnóstwo przekleństw w myślach, bajek na uspokojenie i noszenie na rękach. Dobrze, że były też dobre momenty. Głównie rano, bo było znośnie na zewnątrz. Potem zaczął się upał i problemy. Ale do południa było zbieranie malin, spacerek, praca twórcza, jak malowanie farbami, wycinanie, klejenie i rysowanie.

Tak czy inaczej, musiałam odreagować: pojechałam do rodziców podlać im kwiaty (wyjechali na wakacje), wyzbierać im maliny i śliwki, bo mają dużo i tylko się zmarnują nim przyjadą i na zakupy. Bo nie znoszę robić ich w sobotę. Wszyscy robią wtedy zakupy. Nie można nigdzie zaparkować, w samym sklepie brakuje koszyków i wózków, kolejki do kas przyprawiają o mdłości i człowiek ma wrażenie, że jest w ulu. I chce się z niego wydostać. Też tak macie? Dlatego przestawiłam się na piątek. Ale nie późnym wieczorem, bo inaczej nie uświadczy już chleba, warzyw, owoców, mięsa... Raz się wybrała o takiej porze i już wiem na przeszłość.


Tak czy siak: od razu lepiej mi się zrobiło. Przetrwaliśmy ten dzień.


PS. Przyznać się, kto zamiast pić zimnej kawy podgrzewa ją w mikrofali?


poniedziałek, 20 czerwca 2016

nr 39, 20 czerwca - przewrotność małych dziewczynek





20 czerwca 2015 r.
Poniedziałek



Mania: 66 dni (2 miesiące i 5 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 4 dzień
Waga: 60,4 kg
Pogoda: Generująca niskie ciśnienie była do południa. Od 10 minuta rozstąpiły się niebiosa i ukazały błękitne niebo. Wyszło słońca. 21*C. Cudnie. Potem przyszła gwałtowna burza.




12:00

Wyłączyli prąd. Świetnie: czajnik na prąd, indukcja na prąd, piekarnik, lodówka, pralka - prąd. Wszystko stanęło. Ale to nic w porównaniu z tym, że kiedy Mańka się obudzi i odmówi jedzenia z piersi będę musiała dać jej flachę. I chyba będę musiała iść do babci po sąsiedzku, żeby mi na gazie zagotowała wodę, bo choćbym siedziała na butelce, to tyłkiem jej nie zagotuję. Najgorsze, że nie wiem (i nikt nie wie), kiedy włączą prąd. Na wsi to jednak mają czelność: włączają i wyłączają prąd, kiedy im się podoba i nawet nie ostrzegą ludzi. Przecież nie włączałabym prania, gdybym wiedziała, że po kwadransie będzie pralka stanie, a pranie będzie się w niej kisiło.



13:04

Mańka śpi. Może zanim się obudzi włączą ten cholerny prąd. Już nie mówię, że miałam sobie kawę walnąć. Taką ful-wypas: zmieloną grubo, na świeżo i zaparzoną we french pressie, z małą ilością mleka (staram się opanować w jedzeniu nabiału) i cynamonem. A tu klops, mówiąc delikatnie.

Przecieram oczy, ale mrugam nimi dość leniwie i z niemałym trudem.
Fuck, właśnie sobie uświadomiłam, że mam pomalowane oczy. Teraz wyglądam jakbym nie spała przez miesiąc, a nie tylko nie dosypiała.


***

Zapomniałam PINu do karty płatniczej. Trzeba być mną, serio. Nie korzystałam z niej pół ciąży i teraz po porodzie. Wyjdzie z rok. Wszystko internetowo udawało mi się ogarniać, a teraz dupa. Aż mi było głupio do banku z tym iść. Okazało się, że w tym czasie przysłali mi nową kartę.
- Taaak? - zdziwiłam się. - A kiedy?
- We wrześniu 2015 roku - powiedziała kobita po sprawdzeniu.

Te banki, poczta... człowiek osiwieje, a trzydziestki nie ma.



13:36


Wróćmy do wczorajszego popołudnia. Pojechaliśmy do siostry (dwa dwóch urwisów: M., prawie 5 lat i mała Ł., rok i 3 miesiące). Zapaliliśmy marne ognisko - trzy patyki na krzyż - ale dzieciaki miały radochę. 
Rozłożyliśmy leżaki w liczbie czterech, bo więcej nie było. Identyczne, obok siebie. I od razu pojawił się problem: każde z dzieci miało swój pomysł, gdzie będzie siedzieć. Jak jedno było zadowolone, to reszta się awanturowała, że nie tutaj, bo...
W pewnym momencie doleciała mnie rozmowa Bulinki z kuzynem M., który dokładał do ogniska jakieś patyczki:

Buńka: Nie można tak blisko! Bo to jest niebezpieczne!
M. (przemądrzale, w swoim stylu): Ale ja mogę, bo jestem dorosły.
Buńka: Ja jestem ostrosła, tak.
M.: Ja jestem ostrożny!
Buńka: Ja też. Jestem ostrosła.
Dzieci maja niebywałą zdolność do tworzenia słów, które im pasują. Buńka po prostu stwierdziła, że jest równocześnie ostrożna jak i dorosła. I wyszło jej ostrosła...


16:44


Przeszła burza. Niebo wisi, jakby miało spaść od nadmiaru wilgoci. A ja myślę, czy mam w lodówce coś, co udałoby się rzucić na pizzę. Okropność, bo przecież nie o to chodzi w kuchni, żeby fantastyczne dania zamieniać w śmietniki. Mogą być jednak świetne, jeśli nie opróżnimy lodówki za jednym posiedzeniem i to, co zalega przy tylnej ściance lodówki podzielimy na podgrupy, które do siebie pasują. Dziś 2 małe pizze. Pierwsza: ser kozi, rukola, podwiędłe szparagi i świeży pomidor. Aha, a na wierzch świeży tymianek. Wszystko na białym sosie czosnkowo-tymiankowym. Druga, bardziej tradycyjna: pomidorowy sos, mozzarella, kukurydza, oliwki, cebula, salami, pomidor...

Będzie uczta.
Szkoda tylko, że Buńka nie lubi pizzy...



Czy Wy też tak macie z dziećmi, że im bardzo Wam coś wyjdzie w kuchni, poświęcicie czas - dziecko nawet nie tknie tego? To samo chyba dotyczy wszystkiego innego: kupię książeczkę, zabawkę, przysmak i ucieszę się, że Bulince na bank się spodoba... a ona nic. Tylko "dziękuję" i ... hm... no, nie jest zachwycona tak, jak ja...  Tymczasem, kiedy zrobię byle jaki obiad, najprostszą zupę, czy pancakes na kolanie - zajada jakby w życiu nie jadła nic pyszniejszego. I tak dalej...

piątek, 17 czerwca 2016

Słowo, które mrozi krew w żyłach: kolka niemowlęca (nowe spojrzenie)


Słowo, które mrozi krew w żyłach: kolki.



Masz dziecko? Jeśli tak, to na dźwięk słowa „kolka” dreszcz przebiega ci po plecach. Niektórzy to nawet bogobojnie żegnają się, jakby odprawiali jakiś egzorcyzm. Ludzie generalnie wiedzą, co to znaczy, że dziecko ma kolki i co stoi za ty terminem: rozdzierający płacz-krzyk, którego nie da się ukoić niczym i świadomość, że kolka wywołuje w dziecku ból, bo napina się i kopie nóżkami, jakby chciało „wykopać” ból. 

 

środa, 15 czerwca 2016

nr 38, 15 czerwca - bite dwa miesiące




15 czerwca 2016 r.
Środa


Mania: 61 dni (2 miesiące)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 29 dzień
Waga: 61,3 kg
Pogoda: Pół na pół. Ale jest przyjemnie: lekki wiaterek, temperatura z tych moich ulubionych, 22*C i czasem słonka połaskocze w policzek. Po południu przychodzi nagła burza i pierze po szybach w kuchni.



17:46

Dziś 15 czerwca. Dokładnie 2 miesiące temu urodziła się Mania. Leży właśnie obok mnie na brzuchu i śpi snem sprawiedliwego. Zassała smoczka jakby się do niej przykleił. Zamykam na chwilę oczy i czuję jak mi dudni w głowie...


piątek, 3 czerwca 2016

Jestem samotną matką...

31 czerwca 2016 r.
Wtorek


Mania: 47 dni (1 miesiąc i 16 dni)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 15 dzień
Waga: 61, 7 kg
Pogoda: Zmienna. Miało grzać jak cholera. I grzało. Do południa. Teraz coś postraszyło deszczem, ale na razie nas oszczędza. Pogoda zrobiła się temperaturowo znośniejsza. Zobaczymy czy znów będzie burza.




Jestem samotną matką...




... a raczej bywam. Kiedy to mój eR., któremu generalnie nie powinnam wiele zarzucać, wraca do domu z pracy przywożąc z przedszkola Buńkę i dostrzega w domu większy porządek niż zazwyczaj. Podłogi odkurzone i przetarte, łazienka zachęca do umycia się, w kuchni pachnie jakby obiadem (lub czymś zjadliwym), a dziecko śpi. Tak bywa. Raz czy dwa razy w tygodniu, powiedzmy. W pozostałe dni zawsze któregoś elementu brakuje. I wtedy mój mąż stwierdza, że może oglądnąć mecz, liczyć na podanie pod brodę talerza. A ja zajmę się drugim dzieckiem (bo przecież tak się za mną stęskniło! a za nim to niby nie?), nawet jeśli to młodsze właśnie się obudziło. Czasem go opieprzę, by ruszył "swoją szanowną" i poczuł się w obowiązku przejąć to młodsze lub starsze. Ale czasem on po prostu informuje mnie, że "trawa nieskoszona", że "trawnik się wykrzywił i musi nawieźć ziemię", że "kapusty wyłażą spod kamieni" tworzących drogę wjazdową i "musi je randapem potraktować" (kapusty to po prostu liście mleczy), że "musi posprzątać w kotłowni", że... no, końca nie widać. I to jest takie pilne, że nawet nie zdążę zaprotestować, a jego już nie ma.

sobota, 21 maja 2016

nr 35, 21 maja



21 maja 2016 r.,
Sobota


Mania: 37 dni (1 miesiąc i 6 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 5 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Powiedziałabym, że kalka z dnia wczorajszego. Może nawet ładniej i może nawet cieplej. I co z tego, ja się pytam?





14:41

eR. jedzie na kawalerski do przyjaciela. Niby wszyscy wiedzą, że ma świeże dziecko, więc łaskawie wrócą jutro do południa. I podobno się tak strasznie nie upiją. Taaa, a jadą we trójkę do Zakopanego.

Dziś zostaję sama z Mańką i jej kolkowym problemem. Buńka pojechała do babci. Cała chata pusta. Tylko ja, Mania, kolka i łzy. No i jeszcze krzyk. A jutro po południu zabiorą mnie do Kobierzyna.


piątek, 20 maja 2016

nr 34, 20 maja



20 maja 2016 r.
Piątek



Mania: 36 dni (1 miesiąc i 5 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 4 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Ładna, wiosenna, słoneczna. Optymistyczna. kontrastuje z moim samopoczuciem.



15:34


A jednak. Mańka ma kolki. "Najpierw, powoli, jak żółw ociężale" sytuacja się rozwijała. Mała miała coraz większe problemy z odbiciem. Nie ulewała już tak koszmarnie, pozbywając się wszystkiego, co ze mnie wyciągnęła, ale powietrze, które kotłowało się w brzuszku dawało jej popalić. I sytuacja zaczęła się stopniowo zaostrzać. Coraz mniej snu, coraz więcej płaczu.

Od kilku dni wiem, że to jest to. Wiem, bo Buńka też miała kolki. Tylko od 4 doby. Tej zaczęły się teraz.
Wiem, że będę stosować sab simplex, bo wiem, że pomoże. I może przetrwamy.

Dziś już się popłakałam: mała spała 1,5 h w południe. I tyle. Pozostały czas, to rozdzierający (lub trochę mniej) płacz.



Kiedy dziecko ma kolki, prócz desperackiego poszukiwania pomocy wszędzie, gdzie się da i stosowania nawet najdziwniejszych praktyk, zastanawiasz się przede wszystkim, czy nie przeskrobałaś czegoś, że sobie na to zasłużyłaś. Może nie na początku, ale kiedy te kolki naprawdę zaczynają już męczyć rodziców. Kiedy pojawia się drugie dziecko i to drugie także ma kolki, jesteś już prawie pewna, że należy zrobić porządny rachunek sumienia, bo na pewno gdzieś tam będzie przyczyna, że znów cię to spotyka. Chyba, że to mąż coś przeskrobał...



16:02


Mańka zasnęła. Umordowana, upłakana. Po policzkach ciekły łzy. Nam obu.
Tak, jak Buńka darła się, jakby ją zarzynali i szło osiwieć i ogłuchnąć jednocześnie, bo potrafiła osiągać nieprawdopodobne decybele, tak Malutka nie ma aż tak donośnego głosu. Ma jednak okrutnie przejmujący. Okrutnie dla nas. Płacze, jakby się żaląc, że nikt nie chce jej pomóc. Nie wie, nie rozumie, że po prostu na ten moment nie mam jak jej pomóc.

Boli mnie głowa. Kiedy zasypia, cisza, którą prawie mogę usłyszeć, dzwoni w uszach.

Kręgosłup chce odpaść od rąk. I odwrotnie.

Czuję jak niewidzialna ręka ściska mi klatkę piersiową. Drżącą ręką sięgam po metalowy kubek, nalewam wodę i stawiam na płycie. Nie mam odwagi włączyć czajnika bezprzewodowego. Zalewam torebkę melisy. Nie zaszkodzi, a może pomoże.



***

Przypomniała mi się sytuacja sprzed ponad dwóch lat, kiedy to Bulinka miała kolki. Ktoś, z pewnością chcąc dobrze, powiedział:
- No, zobaczcie! Jak szybko zleciały te 3 miesiące! 



Padłam. Komu szybko zleciały, to zleciały...

Ręce i piersi opadają. Dosłownie.



poniedziałek, 16 maja 2016

nr 33, 16 maja




16 maja 2016 r.
Poniedziałek



Mania: 32 dni (1 miesiąc i 1 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy (dokładnie dziś!)
Waga: 61, 4 kg
Pogoda: "Przeważnie pogodnie", według mojej aplikacji, co generalnie dobrze odzwierciedla jaka rzeczywiście jest pogoda. Niby ładnie, ale jak się zachmurzy, to od razu szaro i chłodno.


07:56


Od tygodnia śpię po 3 h w nocy. To się w końcu musiało zemścić.
Wczoraj obudziłam się na karmienie o 5:30, a położyłam się przed 6. O 6 z minutami dziarsko przytupała do nas Buńka ze swojego łóżka. 

- Wstajemy! - zawołała. I obudziła Mańkę. 

I wystarczyło, żebym się rozbeczała. Bo przecież kiedy "wy sobie śpicie, to ja tutaj kilometry przemierzam w nocy!" i chyba "mogę liczyć, że przez godzinę będę mogła spać1". Ale gdzie tam! Mała szybko sobie przypomniała, że skoro nie śpi to znaczy, że powinna być głodna i ostro zaczyna nadawać, jak to ta matka ślamazarnie zabiera się do nakarmienia. Ostatecznie widok piersi wyraźnie ją rozbawił i uświadomił najwidoczniej, że jednak głodna nie jest. 

Mam dość. Już to może gdzieś napisałam? 
Buńka miała kolki i to było wykańczające psychicznie. Fizycznie też, ale jednak pierwsze dziecko, to większe nerwy, stres i zmęczenie gdzieś spadało na drugi plan, bo z przejęcia to człek inaczej znosił to niewyspanie. Ale "niewyspanie" "niewyspaniu" nierówne. Buńka miała kolki, ale kiedy o godzinie 1 w nocy zasnęła była tak umordowana, że budziłam się do niej raz, a ona grzecznie jadła i "odbijała" (chociaż w dzień graniczyło to z cudem - i jedno i drugie) i zapadała w sen. I spała do 8. W związku z tym, że się dziecko nie wyspało w nocy. Coś za coś. 

Mania chce jeść, ale je łapczywie i nie mogę jej karmić na leżąco. Czyli w nocy po prostu muszę się spionizować na 20 minut karmienia a potem jeszcze zmusić do uruchomienia nóg i pospacerować po domu, żeby się odbiło i by zasnęła. Nie, nie płacze (chyba, że powietrze, które połknęła jakoś wyjątkowo ją uwiera), po prostu sobie patrzy oczkami i dopiero jak pohuśtam ją delikatnie - zamyka oczy. No, niestety, nie zaśnie sama. Chyba, że w wózku na spacerze. Nie trzeba nią też jakoś strasznie rzucać (niektóre dzieci, wiem to z opowiadań, po prostu potrzebowały tego, by nimi rzucało na boki i dopiero wtedy spały), wystarczy lekko na biodrach, delikatnie... Sądzę, że to działa, bo ja sama miałam taką leżącą i mało aktywną ciążę. 

Kiedy mała zasnęła w ciągu dnia, położyłam się z nią. I tylko się wkurzyłam, bo obudziłam się jeszcze bardziej rozdrażniona z niewyspania. Tak to już jest: nie nadrobisz nocnego snu w dzień. Tak jak się na zapas nie wyśpisz i nie najesz. 

A potem zaskoczyli nas goście: 2 rodziny, każda z trójką większych i mniejszych dzieci. No, a to Zielone Świątki, sklepy pozamykane. Niby niedziela, więc dom ogarnięty, ale powierzchniowo - kiepsko, bo puzzle porozrzucane, gdzieś misie, kredki, pisaki, malowanki, jakiś talerz, kubki, chusteczki higieniczne... 

eR. wyciągnął z piwnicy jakieś soki, z szuflady - ciastka, które czekały właśnie na taką "czarną godzinę" czy chipsy, które generalnie u nas nie schodzą, więc siedzą, póki nie pojawi się ktoś, kto jada takie przekąski. 
Niestety jednak takie rzeczy jak herbata i kawa lubią się skończyć właśnie w takich sytuacjach.

Jeszcze po herbatę gonię eR do sklepu, bo pija, a ja jakąś słabą także. Kawy mielonej jednak teraz nie kupuję, bo eR. nie pija za często i wywietrzałaby, a ja teraz w ogóle zrezygnowałam. Może wrócę za jakiś czas, jak mała podrośnie, ale wystarczyło mi się napić tej udawanej kawy z cykorią i mała nie spała pół dnia i była rozdrażniona. Chociaż w kawie nie ma żadnego dziadostwa i ma tylko 30% kawy w sobie, więc myślałam, że spoko. Ale chyba Mańka jeszcze jest za mała. W ciąży piłam kawę nawet 2x dziennie, chociaż nie za mocną, więc sądziła, że nie powinno być problemu - a jednak. Szkoda, bo teraz, kiedy mam tak kiepskie noce, taka kawa z rana byłaby zbawienna. Zbożowa co prawda próbuje oszukać mój zmysł wzroku i może trochę jakby smaku (przez mleko), ale nie pobudza, więc... dlaczego nazywa się ją kawą, do cholery?!




9:56

No, a ja? Cóż, nadal mnie boli brzuch. A w zasadzie to podbrzusze. Wydaje się, że czas "oczyszczania" powoli się kończy. Ale niestety wciąż czuję ból, w szczególności kiedy jestem zmęczona. Nie chodzi o to, że kiedy leżę i odpoczywam, to mnie nie boli, a jak się ruszam - tak. Najbardziej boli mnie po nocy. Kiedy obudzę się rano zmęczona jak po orce. 

Jednak badania dodatkowe, które zlecił mi lekarz (morfologia, mocz, białko CRP i betaHCG) wyszły prawidłowo, więc nic się w moim organizmie nie dzieje. Badanie pozostałości po zabiegu łyżeczkowania (tzw. wyskrobiny - przeokropnie brzmiące słowo) również wyszło dobrze - niczego tam nie znaleziono, więc tylko się cieszyć. Przykro jednak, że nadal boli.


Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric