Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2018

"Angara, córka Bajkała", Irina i Olga Jertachanowe [RECENZJA]

... czyli o tym, że księżniczka nie musi mieć lekkiego życia





Wydaje mi się, że wiesz jak to jest, kiedy macie w domu przynajmniej jedną małą damę, którą tata nazywa księżniczką: opaski-korony, sukienki "księżniczkowe", korale i "pożyczanie" maminych butów na obcasach. 

I wszystko jest jak należy. Tobie to pasuje, bo to takie naturalnie dziewczęce, więc zdrowe (do pewnego momentu, oczywiście). Jej (lub im, jeśli małych kobietek w domu jest więcej) też taki układ odpowiada, bo przecież Lenka z przedszkola też ma taką różową super torebkę, a tata podrzuca ją pod sufit i wiesz, że w jego ramionach jest bezpieczna. 

Chociaż ty już przeczuwasz, że za tym troskliwym ojcowskim spojrzeniem, czai się myśl, że kiedyś jej symboliczną rękę trzeba będzie komuś oddać. Jest ona jednak tak skutecznie spychana do podświadomości, że na dzień dzisiejszy udajesz, że nie ma tematu. Ale wiesz, że kiedy nadejdzie czas, tej kochający tata będzie straszył wszystkich potencjalnych kandydatów na mężów. I jak będziesz mieć szczęście, to może w porę powstrzymasz go, by nie otwierał drzwi z dubeltówką w ręce. 

W domu jest dokładnie tak, jak w zmyślonych pałacach, a księżniczka zawsze będzie oczkiem w głowie swojego tatusia. Oczywiście, że każdy myślący facet zdaje sobie sprawę, że jego córka jeśli będzie jej pisany ślub, wyjdzie za mąż i bez jego zgody. Ale ojcem kieruje troska, by nikt nie skrzywdził jego małej księżniczki. 

W bajkach jednak mamy prawdziwe królestwa i najczęściej mądrych królów, którzy chcą, by ich córka wyszła za mąż za dobrego i godnego jej człowieka. Czy jednak córka może mieć coś do powiedzenia?




Książeczka Angara, córka Bajkała autorstwa Iriny Jertachanowej i Olgi Jertachanowej od wydawnictwa Media Rodzina opowiada właśnie historię takiej księżniczki, która miała potężnego acz surowego ojca, który jednak kochał ją nad życie i był z niej bardzo dumny - była w końcu śliczna a przy tym bystra (a z księżniczkami różnie bywa, więc to dla potencjalnych kandydatów była to nie lada gratka). 

Znamienne przy tym, że ów ojciec na imię miał Bajkał (według legendy buriackiej), dokładnie tak, jak to jezioro - "syberyjskie morze" i "błękitne oko Syberii"- największe i najstarsze. A wokół same znakomitości: Wielki Sajan na południu (część łańcucha górskiego, ciągnącego się przez 150 km wzdłuż granicy Rosji i Mongolii), na zachodzie jego syn Jenisej (obecnie rzeka), na wschodzi panował Amur (też rzeka, na dzień dzisiejszy) i Lena (kolejna rzeka) od północy. I każdy był przekonany, że jest lepszy od pozostałych, chociaż w zasadzie żaden z nich nie skonfrontował tego. Jakże by mógł, skoro to rzeki, które nie łatwo opuszczają swoje koryta. Natomiast córką Bajkała była Angara (kolejna rzeka). 

Kiedy już wiemy, jakie było to środowisko, możemy w końcu zrozumieć ideę ilustracji, towarzyszących opowieści: wszystkie w odcieniach kolorów morskich głębin - absolutnie fenomenalne i dopracowane w każdym szczególe. A do tego poprzetykane są uroczymi szkicami. twierdzę, że obłędne i tworzą dla opowieści piękne tło, urealniają ją.







Angara nie miała mamy. Wychowywała ją stara niania, która pochodziła z terenów, na których rządził Jenisej. Dlatego znała bardzo dużo strych pieśni, które opiewały wszystko, co się dało i było jednocześnie związane z wielkim wojownikiem Jenisejem. No to się dziewczynka zauroczyła. Można byłoby pomyśleć, że było to niewinne uczucie i raczej nietrwałe. Ale lata mijały, a dziewczynka stała się młodą kobieta, którą ojciec chciał godnie wydać za mąż. Chętnych nie brakowało: latami zwozili swoje podarki, ale każdy wypadał co najmniej słabo na tle wyidealizowanego Jeniseja, który przesyłał Angarze drobiazgi. Kiedy ojciec się dowiedział natychmiast zdecydował, że wyda dziewczynę za pierwszego, który się zjawi z propozycją. Nie chciał, by podchody, które uprawiał Jenisej zaszkodziły reputacji dziewczyny. Rzeczywiście w pałacu pojawił się chętny. I nie był to ukochany wojownik z Zachodu... 




To był ktoś inny, ale nie zdradzę Wam kto. Nie powiem też, co w tym momencie zrobiła Angara i co stało się z Jenisejem, bo warto tę książkę przeczytać samemu i dowiedzieć się, jak kończy się ta legenda. Legenda do Azjatyckich rzekach. Chociaż możliwe, że studiując uważnie mapę, sami dojdziecie, jak zakończyła się ta trudna historia miłości do osoby, której się nigdy nie spotkało a jednak żyje się z nim bez końca...

Pięknie zilustrowana opowieść na motywach legendy buriackiej ma szansę zainteresować dzieci tą częścią świata, tak dla nas obcą. Myślę, że sama opowieść pozwoli lepiej zapamiętać same te rzeki, a może obudzi pragnienie poznania innych legend regionu. 

Buńkę urzekła...
- ... historia ("Mamuś, dlaczego ten tata się na nią złości? Ona chce być szczęśliwa! Smutno mi się zrobiła" - cała Bu.)
- ... ilustracja kobiety wsłuchującej się w muszlę ("Spójrz, jakie ona ma włosy, jak rzeka... Jakie piękne! Też takie chcę, wiesz?" - odpowiedziałam, że "pomyślimy")
- ... ilustracja jednego z kandydatów ("Ale on ma skarpetę na głowie!" - pomyślałam, że rzeczywiście wygląda trochę jak smerf)
- ... zakończenie ("Wow... to niesamowite..." - i jak tu powiedzieć, że to legenda? Nie, dla niej to na razie "magia").




Moja opinia: Bardzo polecam! Książeczka jest napisana prostym i ładnym językiem. Nie ma żadnych trudnych słów, które lubią pojawiać się w tradycyjnych legendach ("pasierbica" i inne tego typu, brrr). Dzięki temu jest całkowicie zrozumiała dla takiego czterolatka, jak moja Buńka. A te ilustracje..! Ja się nad nimi wciąż rozpływam - jedna z piękniej wydanych książeczek, jak ma Bu. 

Bardzo dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za szansę na zrecenzowanie jej.



Tytuł: Angara, córka Bajkała
Autor: Irina i Olga Jertachanowe
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788380083820
Oprawa: twarda, kartonowa, kartki błyszczące, format wyższy, ale węższy niż A4
Liczba stron: 64


Znalezione obrazy dla zapytania media rodzina



poniedziałek, 5 lutego 2018

"Wymyśl coś!" oraz "Gdzie idziemy?" Anny-Clary Tidholm od Zakamarków [RECENZJA]

Siedzę sobie na szerokim parapecie ogromnego okna w kuchni. Pracuję na laptopie i próbuję się skupić. Ciężki dzień. Ciężka noc. A tu jeszcze trzeba myśleć, niech to gęś kopnie.

I takie właśnie myśli miałam w głowie, kiedy przytuptała do mnie młodsza córa. A Mania-Mały Zbój (nie, nie da się inaczej, bo to po prostu Mały Zbój) lubi sobie tak przyczłapać i bez pardonu uderzyć grzbietem twardej książki w kolano. 

- Au! - Jak ktoś cię zaskakuje w taki sposób, jak nie zareagować?!
- Mama, puk-puk! - ona mi na to.
- Ale żeby od razu w kolano? - zapytałam, masując sobie łękotkę. - To nie było zachęcające, wiesz?
- Mama, puk-puk! - zawołała jeszcze natarczywiej. 

Rzuciłam okiem na egzemplarz, który przytargała Mania. To była czerwona książeczka "Jest tam kto?" Westchnęłam. Najchętniej oddelegowałabym ją do taty, bo pracy miałam naprawdę masę. Ale wtedy do mnie dotarło, że właśnie przyniosła mi książeczkę do poczytania. Więcej: celowo przyniosła tę, bo wie, co to za książeczka. Inne mamy nie byłyby zdziwione, bo przecież odkąd upewniły się, że ich dziecko już widzi, czytają im i pokazują obrazki. Nie to, co moje dziecko, które miało alergię na książki, odkąd pamiętam. Dlatego było to takie niezwykłe. Dlatego szybko odłożyłam laptopa na rzecz książeczki "puk-puk". 

Ledwie ją jednak skończyłyśmy, a ja nastawiłam się na powrót do pracy, Maniula przyniosła mi kolejną książeczkę. Co prawda nie umiała jej zatytułować, ale wyraźnie swoim Mama, TO! TO!, dała mi znać, że właśnie  książeczkę chce przeczytać. A była to inna książeczka z tej samej serii Wymyśl coś!, tej samej autorki, Anny-Clary Tidholm od wydawnictwa Zakamarki



Ilustracje tak samo proste, wyraźne i kolorowe, bez zbędnych światłocieni, rytmiczny tekst (który jest lepszy niż niejeden trafiony rym) i rewelacyjny pomysł to klucz do sukcesu obu tych książeczek. 

Wymyśl coś! Jest nastawiona na kreatywne myślenie i pokazanie dziecku, że jeden dodatkowy element, który wprowadzamy daje nowy, lepszy efekt. Z samą lalką nie będzie takiej imprezy, jak z lalką, misiem, pieskiem, małpką i piłką, prawda? A do tego zawsze ten moment wyczekiwania, jakiejś tajemnicy (nawet, jeśli książeczkę zna się na pamięć), co będzie dalej. Na jednej stronie stoi niepozorna małpka (może nawet trochę przygnębiona), Małpka Hopka, która z smutno stojącej zabawki zmienia się w inżyniera i każe wszystkim budować wielką wieżę. A spokojna, niewinna Lalka Lala zmienia w akrobatkę lub kaskaderkę, ryzykującą życie skacząc po wysokich klockach. 



W świecie dziecka wszystko, co nieruchome, może nagle ożyć i zmienić, w co tylko chce. Czy to nie wspaniałe, że dzięki temu możemy pokazać naszej latorośli, że pozorne ograniczenia... są tylko pozorne właśnie. Czy raczej, że nie są tak naprawdę ograniczeniami; że można je ominąć, bo możliwości są nieograniczone!



Ale na takie refleksje jeszcze przyjdzie czas. Na razie Mania wsłuchuje się w rytm i ochoczo wskazuje i próbuje nazywać postaci. 
*







Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem, kiedy schodziła mi z kolan i nie oglądając się, pobiegła do pokoju. Podeszłam do laptopa drugi raz, ale musiałam przerwać zanim położyłam ręce na klawiaturze. Mały Zbój biegła w moją stronę, wymachując trzecią książeczką z tej serii: Gdzie idziemy?. Znów autorstwa Anny-Clary Tidholm. Zanim mała rzuciła mi ją na kolana, usłyszałam tylko Odź, Odź, mama. Zrozumiałam, że to skrót myślowy. "Chodź!" to dla niej zaproszenie, bym i ja poszła razem z nią. 



No to poszłyśmy. Książeczka w sam raz na pogodę, która za oknem rozczarowuje. Ubieracie się i maszerujecie raz nad wodę, raz koło piaskownicy, raz ścieżką krętą, raz długą, a potem oglądacie samochody, pędzące po szosie i liczycie pasażerów. A kiedy wracacie jest już ciemno i aż miło po tylu wrażeniach położyć się spać.



Oczywiście, że nie ma tam ilustracji, które można byłoby pomylić z rzeczywistością, ale są przejrzyste z wyrazistymi kolorami. A przede wszystkim proste, by mogło zrozumieć je dziecko. Kolejny raz spotykamy się z krótkim, prostym i rytmicznym teksem oraz pomysłem-niespodzianką. Kiedy pociecha patrzy na obrazek ścieżki, nie wie, co kryje się za horyzontem. To się dopiero okazuje na kolejnej stronie. A powtarzalne hasła dziecko zapamiętuje i samo - dumne, że czyta - mówi je na głos. Znów bardzo trafiony pomysł, który rozwija wyobraźnię, ale też uczy, że na końcu drogi coś czeka, że jego wysiłek długiego spaceru (czasem niełatwego i pełnego kryzysów z gatunku "bolą mnie nogi") będzie nagrodzony. Opłaca się. To takie proste sprawy, ale jakże istotne! 

Obie książeczki, w podobnym stylu jak pierwsza, zachwycają. I to nie tak, że jak, jako rodzic jestem tutaj oczarowana, ale przede wszystkim dziecko, które uciekało od książeczek w kierunku klocków, nagle samo chce, ot tak, poczytać. I - uwaga - czytać koniecznie wszystkie trzy za jednym zamachem. I do tego przynajmniej dwa razy dziennie. Podkreślam: przynajmniej. 


Niby jest to pewna seria książeczek, a jednak każda z osobna jest skończoną, niezależną całością, która spisuje się tak samo dobrze sama, jak i w towarzystwie pozostałych. Ale razem, trzeba to przyznać, uzupełniają się znakomicie i stanowią pewną całość. Uczą małego czytelnika wyobraźni,  twórczego myślenia, pewności siebie, łatwego zapamiętywania i życia, po prostu. Dzięki nim dziecko uczy się obserwować swoje otoczenia i potrafi się cieszyć z prostych obserwacji świata.


Moja ocena: Bardzo polecam! Tak jak wcześniej "Jest tam kto?", tak i pozostałe książeczki były strzałem w dziesiątkę. Mój Mały Zbój pokochał te kolorowe, proste ilustracje i rytmiczny tekst, który może powtarzać, co ją tak cieszy, jak nic w żadnej innej książeczce. Mamy za sobą start. Teraz tylko trzeba to zainteresowanie książeczkami rozbudzić. Trzymajcie kciuki!


Tytuł: Wymyśl coś!
Autor: Anna-Clara Tidholm
Wydawnictwo: Zakamarki
Rok wydania: 2013
ISBN: 9788377760338
Oprawa: twarda, kartonowa, kartki połyskujące
Liczba stron: 28

Tytuł: Gdzie idziemy?
Autor: Anna-Clara Tidholm
Wydawnictwo: Zakamarki
Rok wydania: 2009
ISBN: 9788360963340
Oprawa: twarda, kartonowa, kartki połyskujące
Liczba stron: 28

Znalezione obrazy dla zapytania zakamarki


Recenzja książeczek powstała dzięki współpracy wydawnictwa Zakamarkiktóremu jestem bardzo wdzięczna! Nie tylko za książeczki, ale za to, co one uczyniły dla mojego Małego Zbója.

czwartek, 25 stycznia 2018

"Ptasia Jaga" Zofii Beszczyńskiej [RECENZJA]

... czyli jak z bajki o Jasiu i Małgosi uczynić opowieść zawieszoną w rzeczywistości marzeń sennych.




Chyba pierwszy raz obawiałam się o to, jak moja mała Buńka zniesie historię, w której pojawia się tak zwana Baba Jaga czy po prostu czarownica. Gdyby opowieść nawet była o duchach, nie miałabym aż takich wątpliwości. 

Dlaczego? Bunia od dawna budzi się w nocy z płaczem, że śniła się jej czarownica. Skąd ona ją sobie wytrzasnęła - pojęcia nie mam. Wychodząc z założenia, że czarownica w bajkach są dla dzieci starszych, nigdy nie puszczaliśmy jej takich bajek. Nawet nie opowiadałam jej tych z udziałem czarownic, chociaż nie było to proste, biorąc pod uwagę, że motyw czarownicy pojawia się w tylu klasycznych opowieściach. Zaczynając od Śpiącej Królewny, przez Królewnę Śnieżkę i na Jasiu i Małgosi kończąc. I nieważne, czy czarownica na końcu została ukarana - moment grozy w śnie może się pojawiać i trwać bez happy endu.



Czyli zaczęłyśmy czytać - ja z obawą, Buńka z nieukrywanym zaciekawieniem - Ptasią Jagę Zofii Beszczyńskiej od wydawnictwa Mila. 

Książeczka opowiada historię Jurka i Marysi. Czy zdarzyła się im ona naprawdę, czy tylko przyśniła - tego w zasadzie się nigdy nie dowiadujemy. Ja wolę myśleć, że wszystko to im się przytrafiło, kiedy spali. I tak podeszłam do tej kwestii z Buńką. Gdyby była starszą dziewczynką, która sobie tę książkę będzie potrafiła sama przeczytać, to sprawa wyglądałaby inaczej, ale nie jest. 

Tak więc pewnego dnia, po kłótni z mamą, dzieci postanowiły uciec z domu do lasu. Mieli - jak to się mówi - już wszystkiego po dziurki w nosie. Marudzenia, narzekania, moralizowania i mnóstwa obowiązków. A jak się dołoży jeszcze do tego kalafior i kaszę gryczaną... Sami widzicie: istne tortury. Na pierwszym przystanku zjedli w zasadzie całe zapasy i w sumie zrobiło im się dziwnie, bo cały gniew jakoś wyparował. Tak jak ścieżka, którą przyszli. 

I tutaj zaczynamy wstępować w świat marzeń. Dzieci natrafiły na przedziwną chatkę, chociaż akurat nie była z piernika, ale otoczona ptakami. Z chatki wyszła staruszka, która sama przypominała ptaka. Przedstawiła się dzieciom, jako Ptasia Jaga i w zasadzie tutaj zaczyna się bajka o Jasiu i Małgosi. Ptasia Jaga to klasyczna Baba Jaga. No dobrze, nie do końca: nie chce dzieciaków zjeść. Chce czego innego. Tylko pytanie, czy powinnam Wam to zdradzać. Chyba nie.




Powiem tylko tyle, że ptaki wokół chatki (a także w jej środku) nie są zwykłymi ptakami. Są nawet bardziej niezwykłe niż mogłoby się to wydawać. Fakt, że potrafią mówić najmniej Was zaskoczy.

Jeśli boicie się Ptasiej Jagi, która jednak jest nie tylko tajemnicza, ale też przerażająca na swój sposób (dzieci się jej boją, chociaż nie straszy ich, że wrzuci do gara i ugotuje), nie ma obaw - książeczka kończy się szczęśliwie (co za spoiler...!). Nie powiem, jak. Powiem tylko, że nic tu nie jest takie, jakie się wydaje. A rozwiązanie bynajmniej nie przychodzi ot tak, deus ex machina.

Osobiście, czytając książeczkę czułam się jak we śnie. Wszystko wydawało się sennym marzeniem nie dlatego, że było takie odrealnione, ale właśnie sposób opisywania tych nierzeczywistych obrazów: lekkość i delikatność, a przy tym mnogość szczegółów. Ilustracje p. Elżbiety tylko wzmacniały to wrażenie.

Moja Buńka przeżywała mocno tę książeczkę. Martwiła się o dzieci, współczuła uwięzionym ptaszkom, bała się Ptasiej Jagi. Tak, zdecydowanie cel autorki osiągnięty. Tylko na końcu nie widziałam, by poczuła ulgę. Jakby nie zrozumiała do końca, co się tam wydarzyło. Ostatecznie było tego tyle, że sama musiałabym się mocno zastanowić, jak to się stało, że dzieci wróciły do swojego domu całe i zdrowe.




Moja ocena: Polecam! Książeczka mi, jako osobie dorosłej podobała się bardzo. Wdzięczne opisy, sprytne  ale jednocześnie oryginalne wykorzystanie znanego motywu bajki o Jasiu i Małgosi, piękne ilustracje. Tylko nie do końca jestem pewna, czy Bunia nie jest jeszcze trochę na takie lektury za delikatna. A może to tylko moje matczyne obawy? Ostatecznie nie było koszmarów z Ptasią Jagą w roli głównej, więc chyba wszystko gra.

Tytuł: Ptasia Jaga
Autor: Zofia Beszczyńska
Wydawnictwo: Mila
Rok wydania: 2013
ISBN: 9788393692224
Oprawa: twarda, kartki matowe, sztywniejsze
Liczba stron: 48

A recenzja powstała oczywiście dzięki p. Elżbiecie Krygowskiej-Butlewskiej z wydawnictwa Mila.

wydawnictwo i edukacja


środa, 27 grudnia 2017

27 grudnia i krowa Matylda w zimowym wydaniu

27 grudnia 2017 r.,

Środa




10:38

Święta, Święta ... i po Świętach. Człek przygotowuje się na Święta przynajmniej dwa tygodnie. Sklepy przygotowują nas na nie (trochę na siłę, ale działa na naszą psychikę) już od listopada. Ledwie wrócimy do pracy po Wszystkich Świętych i odwrócimy się od grobów naszych bliskich zmarłych, a już wieczorem wystawy sklepowe migoczą światełkami, przystrojone w ozdoby bożonarodzeniowe. Można dostać przeczyszczenia. Zwłaszcza, że zaraz po Nowym Roku wystawy zabijać nas będą wściekłymi odcieniami walentynkowego różu. I te serca. Fu. Trochę mnie zemdliło. 

My na pewno jeszcze póki choinka, będziemy śpiewać kolędy, pastorałki i czytać świąteczno-zimowe książeczki. 

Zima poskąpiła śniegu w te Święta, chociaż w środku tygodnia, kiedy przyszła do mnie paczka od wydawnictwa Media Rodzina zapowiadało się mocno śnieżnie. Niestety. Ale książeczka o krowie Matyldzie, naszej ulubionej krowie, już skoczyła w czołówkę najchętniej czytanych książeczek zimowych u mojej Buńki. Ona już sama, za moim przykładem, wyszukuje te śmieszne detale w ilustracjach...




Krowa Matylda i śnieg Alexandra Steffensmeiera, jak poprzednia książeczka z tej serii, którą mamy, jest bardzo zabawna. Opowiada historię gospodarstwa w czasie Świąt. Matylda, jak to porządna krowa, pomaga listonoszowi w rozwożeniu listów i paczek w Wigilię. Przecież to takie oczywiste: krowa pocztowa. Ale jeśli chociaż trochę znacie Matyldę, to wiecie, że mimo niepozornego wyglądu nie jest to zwyczajna krowa. I zapewne podejrzewaliście, że będzie miała niezwykłe zadanie. 


Razem z listonoszem szybko się uporali z listami i resztę prezentów Matylda miała zanieść do gospodarstwa sama. Ale śnieg dokoła zlał krajobraz i krowia orientacja w terenie zawiodła. Zanim dotarła do domu, zdążyła się zgubić, zmarznąć i najeść strachu, kiedy zaczęło się ściemniać. Dość nieoczekiwanie i z pewnością w niekonwencjonalny sposób udaje się jej trafić do domu.

Niestety paczki-prezenty znów leżą porozrzucane po podwórku, ale Matylda wyje z radości.

Ostatni obrazek ukazuje wszystkich mieszkańców stodoły radujących się ze swoich prezentów. Jest to niewątpliwie najzabawniejsza ilustracja, skrywająca tak wiele śmiesznych szczegółów, że warto się chwilę nad nią pochylić. 






Książeczka jest w dużym formacie, więc obrazki są lepiej widoczne, jest to niewątpliwie plus, bo prócz humorystycznego tekstu (ale jest on krótki) obrazki to główny atrakcja dla dzieci ale i dorosłych rodziców. Zwłaszcza, że na każdej stronie czai się jakiś zabawny detal. 


Historia o krowie Matyldzie otwiera nam oczywiście pole do dyskusji z dzieckiem o tym, co ważne w czasie Świąt. Wszyscy są razem. Nawet listonosz nie chce być sam i przychodzi do gospodyni na kubek grzanego wina. Jeśli przyjrzymy się uważnie ilustracjom, dostrzeżemy, ile świątecznych elementów się pojawia: oryginalny kalendarz adwentowy, wieniec adwentowy, jemioła, choinka, gwiazda betlejemska (poinsettia, znaczy się), na rurach wiszą słomiane gwiazdki czy Mikołajkowe skarpety. Ale stodoła nie wydaje się lśnić. Nie liczy się to, czy zdążymy wymieść kurze zza rur. Ważne, by poczuć Święta, by było nam miło - nam, razem. 


Oczywiście także prezenty są miłym akcentem, ale jeśli przyjrzymy się uważnie, to są to tak naprawdę proste drobiazgi, żadne wypasione sprzęty! A wszyscy wydają się być nieprawdopodobnie szczęśliwi! 

Tylko to zdziwienie w oczach Matyldy zawsze takie samo. 



Ocena:  Bardzo polecam! To bardzo atrakcyjna pozycja dla dzieci spostrzegawczych, ale także dla tych niecierpliwych, oczekujących dużo od ilustracji, ale minimalizmu w treści. Rodzice też będą mieli ciekawa rozrywkę. Potwierdzam, seria o Matyldzie cały czas trzyma poziom.


Tytuł: Krowa Matylda i śnieg
Autor: Alexander Steffensmeier
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2017
ISBN: 99788380081598
Oprawa: twarda, kartki delikatnie połyskujące
Liczba stron: 32

Recenzja powstała dzięki wsparciu książkowemu wydawnictwa Media Rodzina :)

_____________________________________________

wtorek, 12 września 2017

"Gdy lew się wybiera do fryzjera" Katarzyna Zych&Natan do Wydawnictwa Bajkopis [RECENZJA]

Tu, od razu to napiszę, nie chodzi o fryzurę. 
Nie chodzi też o samego fryzjera, ani tym bardziej Bogu ducha winnego lwa. 
Zawsze przecież chodzi o to, jak my, rodzice, zinterpretujemy dziecku to, co im czytamy i na co zwrócimy uwagę.





 - Chyba żartujesz! - oburzyłam się w pierwszej chwili, wchodząc do łazienki, gdzie moja starsza córka miała się rozczesać. 

Na górze - i owszem - rozczesane, ale od połowy długości włosów jeden wielki kołtun. Cała ta fryzura przypominała mi jeden wielki wodospad: z góry spływa woda równiutko, gładką taflą, ale kiedy zderza się na dole z płaską powierzchnią, wzburzona rozbryzguje się na wszystkie strony, tworząc jakby spienione kłębowisko. Wypisz-wymaluj moja Bu po samodzielnym czesaniu. 

Z typową dla siebie podkówką schyliła głowę. Wiedziałam, że jest na granicy płaczu. Jej to jednak niewiele trzeba. 
- No, już dobrze - westchnęłam. - Nic się nie stało, ale po prostu musimy teraz rozwiązać ten problem, który ci niespodziewanie powstał na głowie.
Bu skrzywiła się, słusznie przewidując szarpaninę, chociaż starałam się naprawdę wyjątkowo, by potraktować jej włosy tak delikatnie, jak na to pozwalała jej fryzura. 
- Chyba nie ma wyjścia - powiedziałam, lekko zasapana po walce z upartym włosem. - Umawiam nas do pani fryzjerki.

No i pojechałyśmy. I okazało się, że pani fryzjerka nie tylko nie gryzie, ale też częstuje cukierkami. A przy tym jest bardzo miła. Dobrze, że umie także przekonać upartego klienta, by nie obcinał włosów, tak jak się mu zamarzyło (pomysły maluchów bywają szalone do granic bólu i jednocześnie śmieszności; tak, da się tak). 




Kiedy jakiś czas później w moje ręce wpadła książeczka "Gdy lew się wybiera do fryzjera" od Bajkopisu, pomyślałam, że nie jest to pozycja przeznaczona jedynie do czytania dla rozrywki i nie traktuje tylko o tym, jak to mądry fryzjer potrafił przekonać różne zwierzęta, by zdały się na jego opinię w kwestii pomysłu na fryzurę.

Bo o czym opowiada ta krótka rymowana historyjka? O tym, że lew, pchnięty przez nudę, chciał coś zmienić w swoim wyglądzie. Najlepiej, rzecz jasna, fryzurę. Poszedł więc do tego fryzjera, a tam kolejka jak za komuny. Stwierdził jednak, że poczeka. No to się nasłuchał w tej kolejce - jak to w kolejkach bywa - co kto planuje w swoim image'u zmienić. Trzeba przyznać, że zwierzęta miały iście szalone pomysły. Jak to dobrze, że trafiły właśnie do tego fryzjera, bo wyjaśnił im, że nie wszystkim dobrze we wszystkim.

I miał rację. Bo jeśli fryzjer zawsze ślepo zgadza się z klientem i nie potrafi mu doradzić mądrze, to nie powinien być fryzjerem. A klient? No, klient nie powinien być taki uparty. A przecież bywa różnie.

Można także wyjaśnić przy okazji dziecku, że rady biegłych w swym fachu należy brać pod uwagę, bo się znają. Oczywiście, że mama jest generalnie fachowcem na kilku, jak nie kilkunastu frontach i dlatego należy rozważyć, czy to co proponuje nie jest lepsze od tego, co akurat w danym momencie ubzdurało sobie dziecko. Oczywiście, że czasem należy mu pozwolić popełnić błąd, by zobaczyło, co się dzieje, kiedy się ten błąd popełnia. Chodzi jednak o to, by pokazać dziecku, że może zrobić coś po swojemu, ale dobrze byłoby wiedzieć, że ktoś, kto się na tym zna, może doradzić, podpowiedzieć coś. A podążanie za czyjąś radą wcale nie jest oznaką słabości czy oportunizmu. To już decyzje, które podejmujemy o nas świadczą, a nie fakt, że wysłuchamy rady czy nawet po przemyśleniu, podążymy za nią.

Książeczka jest co prawda kierowana do dwulatków, ale moja niespełna czteroletnia Bunia z błyskiem w oku przegląda stronice książeczki i opowiada historię lwa swoim podopiecznym, kiedy bawi się w przedszkole. Wkrótce, kiedy będę jej musiała wytłumaczyć poważniejsze kwestie, będę zapewne rozpoczynać od "... A pamiętasz tę książeczkę...?"





Książka jest absolutnie cudownie wydana. Dopieszczona w każdym calu, widać to na pierwszy rzut oka. Ilustracje Agaty Krzyżanowskiej są jedyne w swoim rodzaju, z duszą. Kolory są elektryzujące i magnetycznie przyciągają, wciągają. Nie sposób przejść obok nich obojętnie. Jest o tyle ciekawie, że sama ilustratorka maluje pędzlem tekst rymowanej historyjki. Tekst, który jest naprawdę wdzięczny i naturalny. Żadne rymy nie są nadęte i pretensjonalne, czy - w drugą stronę - prymitywne i "kalwaryjskie", jak to się u nas mówi, bez urazy droga Kalwario.


Moja ocena: Bardzo polecam!

Tytuł: Gdy lew się wybiera do fryzjera
Autor: Katarzyna Zych&Natan, ilustracje Agata Krzyżanowska
Wydawnictwo: Bajkopis
Rok wydania: 2017
ISBN: 9788394472337

Oprawa: oprawa twarda, aksamitna w dotyku (soft skin), strony kartonowe
Liczba stron: 24

Recenzja powstała dzięki uprzejmości p.Kasi Zych z Wydawnictwa Bajkopis. 

Bajki dla dzieci


sobota, 2 września 2017

"Wesoły Ryjek i lato" Wojciech Widłak [RECENZJA]


Są takie książeczki, na które czekają nie tylko dzieci, ale także ich rodzice. I nie chodzi o to, że rodzic będzie miał w końcu święty spokój - dziecko zajmie się tą swoją upragnioną książeczką. 
Są takie książeczki, które pojawiając się w życiu dziecka, nie chcą zejść na drugi plan, nie chcą ustąpić miejsca innym pozycjom.
Są takie książeczki, które można czytać do znudzenia, które nie chce nastąpić. 

I właśnie taki jest Wesoły Ryjek i lato Wojciecha Widłaka. Podejrzewałam - znając zimową edycję Ryjka - że książeczka będzie kolejnym hitem w naszym domu. I nie pomyliłam się. 




Kiedy listonosz przyniósł paczkę, uśmiechnięta od ucha do ucha wyobraziłam sobie reakcję Buńki.
- Mam dla ciebie niespodziankę - powiedziałam z zagadkowym uśmiechem, kiedy wchodziłyśmy do domu po powrocie z przedszkola. - Tylko przebierz buty i weź pudełko z podwieczorkiem do kuchni.
- Dobrze, mamo! - zawołała, jak zwykle bardzo oficjalnie. Często myślę, że równie dobrze mogłaby wołać mnie per "matko", wtedy dopiero byłoby śmiesznie. Zwłaszcza, że nie jestem typem sztywniaka, któremu na piśmie należy złożyć wniosek o plaster na poturbowane kolano.

- To gdzie ta niespodzianka? - zapytała rozentuzjazmowana.
- Przyszła dziś paczką - wskazałam palcem książeczkę na stole.

Buńka nie umie czytać, a jednak jak tylko zobaczyła okładkę, wyszczerzyła się do mnie, jak zawsze, kiedy dostaje niezapowiedziane niespodzianki.
- To Ryjek, prawda? - zawołała przytulając się do książki. - Och, jak ja uwieeeeelbiam Ryjka! Poczytasz mi go teraz? Proooooosze!

Roześmiałam się i pokręciłam głową.
- Teraz, póki jasno i ciepło, idziemy na rower, a Mańka pojeździ na Hipciu. - Hipcio, jest małym pojazdem w kształcie hipopotama, którego Mania dosiada okrakiem i porusza na nim, opychając się nogami. - Wieczorem poczytamy, zgoda?

Podkówka zarysowała się na twarzy Bu tak wyraźnie, że miałam ochotę jej ulec. Jestem całym sercem za tym, by czytała, ale przed snem wygonić się muszą obie, nie ma przebacz. Mańka na razie nie wykazuje dobrej woli, kiedy próbuję czytać coś Buńce, więc zaniechałyśmy prób, dla dobra książek. Czytamy wieczorami te książeczki, które w rączkach Mani mogą się zniszczyć. 

- Wiesz, jak jest. Delikatne książeczki czytamy wieczorem, tak? - uśmiechnęłam się delikatnie, wskazując, że czytanie nam nie ucieknie. Tylko przesuniemy je w czasie.

Chyba ją przekonałam, bo odłożyła książeczkę na stół i zawołała:
- A mogę te fioletowe sandałki?



Generalnie wiem, kiedy książka jest trafiona. Po pierwsze sama ją przeczytałam i spodobała mi się, a po drugie równocześnie podoba się córce. Oczywiście, że w przyszłości zapewne nie jeden raz spodoba jej się coś zupełnie pozbawionego wartości, ale na dzień dzisiejszy, kiedy podtykam jej książki naprawdę dobre, kształtuję jej gust, który obroni się w momencie próby. Mam nadzieję, że ta taktyka zadziała.



Nowy Ryjek spodobał mi się z takiego samego powodu, z jakiego poprzednia pozycja z serii. Jest zabawny, bardzo dziecięcy ale przy tym niezwykle prawdziwy. Takie prostolinijne myślenie kilkulatka, którego doskonale świadom jest autor, to klucz do do sukcesu tej książeczki. Dziecko jest przekonane, że w końcu znalazło bohatera, z którym może się utożsamić. Nie jest to kolejna książeczka napisana najlepszą polszczyzną z możliwych, a przekład opowiadania, jakie mogłoby potencjalnie stworzyć dziecko. Nie zrozummy się źle: książka nie ma błędów językowych, wszystko jest na swoim miejscu, jednak autor celowo stosuje powtórzenia, a nie używa synonimów, bo dziecko - szczególnie to małe - zupełnie nie myśli kategoriami "o, chyba wciąż używam tego samego słowa", bo ... najczęściej nie zna innych, które mogłyby je zastąpić. I tak dalej.



Prócz tej ujmującej narracji, ułatwia małemu czytelnikowi zrozumienie pewnych zjawisk, tłumaczy je, ale też pomaga mu w dość niekonwencjonalny sposób traktować różne (nawet bardzo trudne) sytuacje jak wyzwania lub najsmakowitsze wręcz przygody.

W tym tomie, w konwencji letniej wakacyjnej aury, dziecko może nauczyć się, czym jest przyjaźń i kim tak naprawdę jest przyjaciel. Błachy problem braku kapitańskiej czapki z imieniem Ryjka odsyła nas wprost do powiększającej się grupy dzieci o spolszczonych, a nie tradycyjnie polskich imionach, z których często się kpi (z imion, nie z dzieci; tych to jest nam jest masowo żal). Jak poradzić sobie z burzą, której boją się wszyscy, nawet rodzice; jak wygląda rozpalanie ogniska i czy jagody rosną na krzaczkach same czy z pierogami. Zauważmy, że dotykamy tu fundamentalnych spraw. Fundamentalnych dla dzieci, oczywiście. Dzieci świat odkrywają po swojemu, swoimi zmysłami. Okazuje się, że Ryjek nie wie wielu rzeczy, jak każde dziecko. Ale jego przygody, uczą nie tylko jego samego, ale też nasze pociechy.

- Idziemy do kąpieli - powiedziałam, zabierając talerzyk po zjedzonej kolacji. - Napuszczę ci wody do wanny, chcesz?
- A Ryjek? - popatrzyła na mnie, jakby już walczyła z moją odmową.
- Będzie - kiwnęłam głową na potwierdzenie. - Poczytamy, jak będziesz brała kąpiel.
- Taaak! - ucieszyła się i pobiegła do łazienki.

I rzeczywiście, opowiadanie za opowiadaniem czytałyśmy, kiedy Buńka przelewała kubeczkami wodę.
- Przeczytaj mi jeszcze raz o burzy...

I tak jest za każdym razem. Kiedy tylko pojawia się temat Ryjka, od razu prosi o przeczytanie tego właśnie opowiadania. Wzięła go nawet raz do przedszkola, choć nigdy żadnej książeczki nie chciała brać.



Wesoły Ryjek i lato, muszę powiedzieć, jest trochę słabszy niż przygody Ryjka zimą. Mam tu na myśli to, w jaki sposób autor prowadzi fabułę każdego opowiadania. Te zimowe są bardziej złożone, są też błyskotliwsze. Tata Ryjka nie jest już tak w widoczny sposób przewodnikiem na męskim, trudnym szlaku, którym idzie każdy porządny facet, a mama nie ma w sobie tego ciepełka, które roztacza przy okazji pierogów, omletów i tych wszystkich uroczych rozmówek. Jednak Ryjek  nadal pozostaje Ryjkiem Od razu mówię, że nie mam na myśli jakiejś przepaści jakościowej, czy tego, że jestem zawiedziona. Nowy Ryjek podoba mi się. Po prostu zimowego Ryjka uczytałyśmy się do znudzenia i wiem, że to nie to samo. Ale dzieciom się spodoba, jestem pewna. Buńka wciąż jest pod jego urokiem. 



Moja ocena: Polecam!


Tytuł: Wesoły Ryjek i lato
Autor: Wojciech Widłak
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2012
ISBN: 9788380083417

Oprawa: twarda, matowa, papier delikatnie błyszczący, grubszy od tradycyjnego
Liczba stron: 48

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina:


Podobny obraz

poniedziałek, 3 lipca 2017

28 czerwca - o tym, jak to się się spędza egzotyczne wakacje z dwójką maluchów

28 czerwca 2017 r.
Środa



Mania: 1 rok, 2 miesiące, 1 tydzień, 6 dni
Bu: 3 lata, 8 miesięcy, 1 tydzień i 5 dni
Waga:  56, 2 kg
Pogoda: Upał, jak w tropikach, 32*C. Oddychać się nie da.


20:14


Ale mi się tęskniło za czasem, kiedy to siadałam beztrosko i pisałam internetowy pamiętnik. I naprawdę było mi wszystko jedno, czy ktoś tu wchodzi, czyta czy może komentuje. Było mi miło, jeśli ktoś jednak wchodził, coś przeczytał albo nawet - wow! - skomentował, ale dla mnie liczył się strumień emocji, który się ze mnie wylewał, bo mnie uzdrawiał. 

Potem pojawiły się współprace z wydawnictwami, co mnie bardzo budowało i napawało dumą ("ale że ja?! no nie może być!"). Ale niedługo potem, zupełnie nagle, w życiu prywatnym zaczęło się tyle dziać, że odpuściłam to wirtualne na rzecz tego realnego. Wybór wydawał mi się zdrowy, ale za to od ładnych paru miesięcy blog wygląda jakby był bardziej recenzencki. Przyszedł więc czas, by wyrównać proporcje. Chociaż nawet nie tyle "nadszedł czas", co w końcu się jakiś znalazł, kiedy wróciliśmy z urlopu...




URLOP ZA (DALEKĄ) GRANICĄ Z DZIEĆMI

Przez pięć bitych lat każde pieniądze ładowaliśmy w dom. Potem urodziła się Maniula i tak pewnego marcowego (bodajże) ranka ocknęliśmy się, że w sumie można byłoby się kopsnąć gdzieś w lecie. Ale im dłużej o tym rozprawialiśmy, tym gorzej się dogadywaliśmy. I tak mijały kolejne dni, aż nadszedł kwiecień i trzeba było się zdecydować. Wtedy okazało się, że gdzie być się nie chciała ruszyć, wakacje to w pierwszej kolejności wydatki, a dopiero w drugiej przyjemność. My nie śpimy na kasie, więc żeby się móc ucieszyć wakacjami, a nie opłakiwać wydania każdego 1 euro na lody, trzeba sobie najpierw ustalić priorytety: co na wakacjach jest dla mnie najważniejsze, jak duże znaczenie ma lokum (i co powinien mieć), jak chcemy spędzać czas, no i bardzo ważne: jak daleko chcemy pojechać, czy damy radę samochodem, czy już trzeba pomyśleć o samolocie.

Nie będę pisała tutaj samych rad i wskazówek, a opiszę naszą (całkiem długą) podróż samolotem z dwójką małych dzieci do egzotycznego kraju (Gran Canaria na Wyspach Kanaryjskich należących do Hiszpanii) i jak spędzaliśmy tam czas. Nie wiem, czy można to doświadczenie przełożyć na podróż w innym kierunku, ale część informacji na pewno jest uniwersalnych.


ORGANIZACJA


Nie czarujmy się: z dziećmi nie wybierzesz się spontanicznie za granicę. Najpóźniej na miesiąc przed wyprawą trzeba zadbać o dokumenty (te dla małych dzieci mają krótką datę ważności!): dowód osobisty i karta EKUZ. Oba wyrabia się za darmo. Tylko do dowodu trzeba jeszcze zdjęcie. Jeśli wybieracie się poza Unię, to oczywiście paszport. Karta EKUZ upoważnia do świadczeń w zakresie leczenia. Dokładnie jak w Polsce: za darmo (za okazaniem karty) przyjmują w placówkach publicznych, w prywatnych - płacisz. Proste. 

Najlepiej rzeczy na wyjazd wakacyjny kupować z wyprzedzeniem, na raty, żeby potem się wydatki nie skumulowały. 

Ok. Dość nieoczekiwanie (trudno opisać tu całą historię; dość, że okazało się, iż trzech braci eR. z rodzinami wybierają się na Gran Canarię, więc nas to trochę przekonał;, to miała być nasza pierwsza taka podróż z dwójką dzieci) trafiła się nam wyprzedaż Ryanaira i bilety mieliśmy bardzo tanie. Dlatego zdecydowaliśmy się dokupić rezerwację, byśmy we trójkę (Mania na kolanach, jako niemowlę, do 23 miesięcy) siedzieli razem. Dokupiliśmy też miejsca, które miały więcej przestrzeni na nogi (pierwszy rząd po prawej, czyli 2D,E,F), by dzieci mogły sobie tam swobodnie siedzieć na kocu i bawić się. Ten pomysł był strzałem w dychę. Małe dziecko gdzieś w środku samolotu miało... trudną podróż, delikatnie rzecz ujmując. Dokupiliśmy sobie też bagaż 20 kg. I chociaż mieliśmy wątpliwości, czy słusznie postąpiliśmy, okazało się, że był on bardzo potrzebny, mimo że sam Ryanair (inne linie lotnicze mają inaczej!) oferuje dużo w cenie biletu bez rejestrowania bagażu. 


Można zabrać całkiem sporo; w kadrze nie zmieścił się drugi wózek i dwa bagaże (poniżej)


Opiszę tutaj jak w praktyce wyglądała kwestia bagażu z dwójką dzieci (3 i 1). Buńka już miała swój bilet, więc traktowana była jak dorosły. 

- Mieliśmy 1 bagaż rejestrowany 20 kg, kiedy kupuje się go przez neta wtedy gdy bilet jest najtańszy. Jego cena jest różna w zależności od tego, kiedy i jak się go kupuje.
- Każdy miał bagaż podręczny, który nie był sprawdzany tak jak np. w Wizzairze, gdzie potrafią być do bólu skrupulatni. - limit 10 kg. Razy trzy, bo ja, eR. i Buńka.
- Każdy mógł wziąć małą torebkę - Ja (torebka "workowa", bardzo pojemna), Buńka (mały plecaczek), eR. (aparat fotograficzny)
- Każdemu dziecku przysługiwały dwa nieodpłatne akcesoria. Wzięliśmy każdemu dziecku wózek i fotelik samochodowy, bo chcieliśmy wynająć samochód. Jeśli sami rezerwujecie sobie hotel czy coś, zapytajcie o możliwości dostawienia łóżeczka turystycznego, coraz częściej można to zrobić za darmo, by nie brać go, jako dodatkowego akcesoria. W Ryanairze można wziąć więcej akcesoriów, ale za każde dodatkowe trzeba zapłacić. Więcej: można zarówno wózki jak i foteliki (a nawet bagaż podręczny) przy odprawie bagażu rejestrowanego od razu nadać, jako "nadbagaż" i nie plątać się z nim po lotnisku. Można to zrobić też częściowo, jak my i np. foteliki oddać wcześniej, a wózki dopiero przed wejściem na pokład. Po prostu składa się go na lotnisku przed schodami samolotu. Te akcesoria trzeba odprawić wcześniej, bo muszą dostać tę specjalną "naklejkę" (wózki muszą mieć możliwość składania; mogą być w dwóch częściach, ale to trzeba zgłosić, bo każda część będzie musiała dostać "naklejkę"). I jeszcze coś: akcesoria albo są wykładane później bezpośrednio na płycie lotniska, albo w miejscu odbioru nadbagażu, nie wyjadą razem z walizką, po prostu. 
- Mania, jako niemowlę miała swój "bagaż". To znaczy: osoba podróżująca z takim maluchem może mieć torbę o wadze do 5 kg na akcesoria dla dziecka. Tyle, ile dziecko potrzebuje na podróż. Tutaj już nie jest ważne ile płynów czy jedzenia. Takie niemowlę ma stałą cenę biletu (w regulaminie jest to "opłata za niemowlę"; padłam jak to przeczytałam), coś koło 90-paru złotych. Zawsze siedzi na kolanach pod oknem i ma swój pas, dopięty do pasa pasażera. Jeśli skończyło rok, może siedzieć na osobnym miejscu, ale wówczas potrzebuje specjalny pas, którego już obsługa samolotu nie zapewnia.

Co dalej na lotnisku: trzeba przejść kontrolę bezpieczeństwa, która jest najtrudniejsza z dziećmi. Nie-daj-Bóg taka Buńka, która w kluczowym momencie woła "Sikać!" i od razu włącza się jej syrena, że się posika, to już w ogóle stres jest taki, że masz ochotę krzyknąć: "To się posikasz, trudno". Oczywiście na szybkiego mnie bez bagażu z nią przepuścili i musiałam się znów wrócić, ale o dziwo nikt nawet nie przewrócił oczami. Mimo, że każdy podręczny bagaż może zawierać płynów 100 ml razy 10 w przeźroczystych pojemniczkach, w przeźroczystym opakowaniu (np. woreczku), jeśli chodzi o dzieci - nieprzeźroczyste zwykłe dziecięce bidony przeszły jak nic. Nawet nie kazali próbować, a przecież to bardzo częsta praktyka. Miałam dodatkową butelkę z wodą ("Niech Pani zostawi, spokojnie", jak mi powiedzieli). W drodze powrotnej przeszła nawet butelka 1,5 l plus te nasze bidony! Już nie wspominam o jedzeniu, o mleku w proszku itd. Ale może być różnie i trzeba się nastawić, że i mleka w proszku każą próbować. Osobno sprawdzają wózek, więc trzeba dziecko wyjąć i go opróżnić (wózek, nie dziecko, oczywiście). Prócz tego - tradycyjnie: elektronika, płyny, karty pokładowe osobno. Kiedy przejdzie się to, to już połowa stresu za nami. 

My rezerwowaliśmy miejsca, więc mieliśmy pierwszeństwo wejścia na pokład, ale niestety jeśli spóźnicie się choćby minutę na otwarcie bramki (gate), może być problem, bo w Krakowie, skąd lecieliśmy, pierwsze numery bramek nie mają windy i potem musieliśmy czekać, aż wszyscy przejdą i na sam koniec zjechać inną windą.

Mania śpi w samolocie; nie, nie duszę jej, a osłaniam przed bijącym w oczy światłem

W podróży dzieci były idealne. Mania spała pół drogi, a Buńka w tym czasie trzasnęła "Króla Lwa", X odcinków "Psiego Patrolu" i "Dory", które wgrałam jej na tablet. Potem przebawiły się na kocu przed nami. Załoga nie mogła uwierzyć, że takie dzieci grzeczne i spokojne. Pamiętać jednak trzeba, by przy starcie i lądowaniu żuć gumę lub pić i często przełykać ślinę/rozgryzać cukierki, by ciśnienie się wyrównywało. I dlatego dobrze, by dziecko piło coś w tym czasie. Mania żula smoczka (tak, miała na wyjeździe smoka, który ratował nam życie, nie wstydzę się o tym pisać). 

Nasza podróż samolotem trwała 5 godzin. Na Gran Canarii należy przesunąć godzinę do tyłu, więc kiedy wylądowaliśmy i dotarliśmy na miejsce Mania po prostu padła jak nieżywa.



My jeszcze wypożyczaliśmy samochód. Wcześniej zarezerwowaliśmy sobie go przez internet. Odradzano nam GoldCar z wielu powodów. I zdecydowaliśmy się na firmę Hertz. I było ok. Dostaliśmy to, które zamówiliśmy. My sobie wykupiliśmy polisę w necie, a gość przy odbiorze samochodu chciał nam oczywiście tamo ich wcisnąć. To znaczy: nasza polisa obejmowała wszystko, ale jeśli coś by się stało, firma obciąża nas, a my musimy wywalczyć zwrot kasy od firmy, u której wykupywaliśmy polisę. Jeśli na miejscu wzięłoby się ubezpieczenie (nota bene 4x droższe), to oni się wszystkim zajmują. Poza tym trzeba zawsze sprawdzić:
- czy nie ma limitu dziennego kilometrów
- czy bak należy oddać pełny, (zorientować się, czy stacje benzynowe w pobliżu są czynne w czasie, kiedy macie samolot - na Gran Canarii większość nie jest czynna 24h)
- dowiedzieć się, jak oddać kluczyki, jeśli samolot macie w nocy lub nad ranem,
- i najlepiej wynająć przy lotnisku, bo tam też go potem należy zwrócić, nie trzeba nigdzie jeździć; sprawdzić, czy samochód ma tylko te usterki, które są zaznaczone na umowie (i zgłosić od razu, jeśli są jakieś inne)
- no i oczywiście najważniejsze: karta kredytowa. Trzeba sprawdzić jaki wasza karta ma limit, bo w zależności od wypożyczalni, różnie blokują. 
Samochód należy oddać czysty, bo taki się dostało, ale na wyspie było mało stacji, na których można było je umyć i odkurzyć. Trzeba to sprawdzić trochę wcześniej.

Nie jechaliśmy w ramach biura podróży, tylko sami na Booking.com(ie) rezerwowaliśmy sobie lokum. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, co mieliśmy. Trafiliśmy na naprawdę ciepłe dni, ale wiatr był rewelacyjny i upału się nie czuło. Generalnie naprawdę wiatrak wystarczał.



Ale na co zwrócić uwagę w mieszkaniu? Nawet jeśli chcecie się stołować na mieście, dzieci nie zawsze chcą i trzeba brać pod uwagę, że coś trzeba będzie przygotować w domu. Wyposażenie kuchni jest ważne. Nie mam zmywarki w domu (jeszcze) i nie jadaliśmy tak często w domu, bym jej potrzebowała, chociaż akurat była. 
- Lodówka z zamrażarką - b. ważna.
- Toster - świetnie się spisuje, bo jest idealny na szybkie śniadania na słodko. Nie chce się jeść mięsa ani wędlin, gdy jest ciepło i gdy się nie pracuje.
- Czajnik - podstawa, jeśli macie dziecko, bo czy to "słoiczek" podgrzać, czy mleko...
- Kuchenka - też korzystałam.
- Był i piekarnik i mikrofala, ale ani razu nie korzystałam. 
- Wzięłam ze sobą blender w dużym bagażu - sprawdzał się idealnie do miksowania i robienia musów czy galaretki z owoców, których na wyspie było pełno, a które nie zawsze można było przejeść. Forma musu (+ wielorazowe "torebki" do wyciskania) sprawdziły się idealnie podczas wycieczek.

Dla mnie ważna była łazienka. Nasza była świeżo po remoncie i naprawdę nowoczesna. Jak jest ciepło, to mimo basenu, opłukiwaliśmy się często, więc prysznic jest ważny, chociaż w przypadku dzieci wanna na pewno też byłaby dobra. 

Wi-Fi darmowe - my używaliśmy często, choćby po to, by skorzystać z dodatkowych informacji o wyspie, przewodników itp. 

Klima nie jest konieczna, wentylator dawał radę, chociaż raz miałam wątpliwość.

U nas była suszarka do włosów (nie taka konieczna w okresie letnim) i suszarka na pranie, co było świetne, bo non stop coś było do wysuszenia, a pogoda była do tego idealna.

Obiekt musi być strzeżony. I najlepiej jednak, by był w domku/pokoju sejf. Co do dzieci: aby w miarę dobrze spały, należy pamiętać, że na wyspach (lub w tropikach, gdzie ciepło cały rok), domy są akustyczne i słychać bardzo ulicę/ludzi na basenie itp. Poproście o przydzielenie pokoju/domku z dala od źródła stałego hałasu. Czasem na obiekcie nie przestrzega się godzin użytkowania basenu i można się naprawdę nie wyspać, bo impreza trwa cała noc. 

Dobrze jest się też zorientować, czy w pobliżu nie ma marketów (np. dyskontowych, które są też w Polsce, bo wówczas ceny są zbliżone do tych polskich) czy restauracji z jedzeniem, do którego dzieci są przyzwyczajone (na wypadek, gdyby okazało się, że lokalne im nie podchodzi). Jeśli macie dziecko, które je coś więcej niż papki, to niestety na Gran Canarii nawet w sporym Lidlu (zresztą ja nie natknęłam się w żadnym sklepie) nie nie było "słoiczków", które miałyby jakieś większe kawałki. Same takie gładkie, zmiksowane na krem. Mania ich nie chciała. Nie było też wyboru mleka. Był NAN 1 i 2. Wyższe numery już były w kartonach.

Popytajcie też, czy woda, która jest w kranie jest zdatna do picia. Na Gran Canarii powiedziano nam, że nie nadaje się nawet po zagotowaniu, więc trzeba uważać, by się nie zatruć.

U nas też była możliwość - odpłatna - zrobienia sobie prania, więc można nie pakować tyle ciuchów na rzecz wolnego miejsca, by spakować pamiątki czy lokalne specyfiki, które można przewieźć.

Bardzo istotne jest też sprzątanie. A kto myśli o sprzątaniu, gdy jest na wakacjach? I do tego z dziećmi? No właśnie. Raczej już się to wszędzie praktykuje, ale zawsze można się upewnić, że w danym miejscu przychodzi ktoś, by posprzątać i zmienić ręczniki.

Jeśli wynajmujecie samochód - zorientujcie się, czy obok obiektu jest miejsce parkingowe, i czy trzeba za niego dodatkowo zapłacić.

I miejcie przy sobie jakieś rozmówki czy słownik polsko-hiszpański/hiszpańsko-polski. W miejscach popularnych dogadacie się po angielsku, a po niemiecku to już w ogóle wszędzie (z racji mnogości niemieckich turystów), ale jak udacie się do jakiejś małej wioski, chcąc zobaczyć tamtejsze życie (a warto to zrobić), to możecie mieć problem, żeby się dogadać.

Czy wspominałam o sieście? Siesta to rzecz święta: miasteczka pustoszeją. W Las Palmas czy kurortach chyba nie ma tak źle i duże restauracje hulają, bo to dla większości Europy to jednak pora obiadowa, ale ulice cichną i jeśli upał Wam tak nie daje popalić (a prócz kilku turystów, nie spotkacie nikogo) to idealny czas na zdjęcia klimatycznych uliczek.

A oto kilka zdjęć. Oczywiście, znacie mnie już: nie zobaczycie nas na nich, ale może zachęci Was do podróży w tamto miejsce? Gran Canaria to nie tylko plaże, serio :)

Lasek palm w Maspalomas; w drodze na plażę.

Na południu pola golfowe mieszają się z kamienisto-pustynnym krajobrazem.
Na południu w Puerto Rico są głównie takie miejsca
Puerto de Mogan - kwiecista wenecja, kwiaty mają dokładnie takie kolory, obłędne
Kręte drogi - kiedy nie korzysta się z autostrad; przed zakrętem trzeba trąbić, że się jedzie

Wąwóz Fataga; w drodze do Fatagi
Fataga; rzut na miasteczko, które wciąż jest uznawane za to "typowo Kanaryjskie", z tradycyjnym wyglądem ulic itd.

Fataga; każdy dom jest podpisany, kto w nim mieszka ;)


Nie wiem, czy to wszystko. Tyle na ten moment potrafię sobie przypomnieć. Jeśli ktoś miałby pytania w kwestii samej Gran Canarii, chętnie odpowiem, chociaż z pewnością nie jestem ekspertem. My spędziliśmy tam tydzień i jak dla mnie tydzień z dwójką małych dzieci, to maks. Jeśli macie okazję być tam bez dzieciaków, to z pewnością można wycisnąć więcej, atrakcji nie brakuje (i dla dorosłych i dla starszych nieco dzieci).


Napiszcie, czy macie własne doświadczenia z podróżowaniem z dziećmi. A może macie jakieś inne sprawdzone "triki", które działają na maluchy, by zniosły każdą podróż?
Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric