3 stycznia 2017 r.
Wtorek
Mania: 8 miesięcy, 2 tygodnie i 5 dni
Bunia: 3 lata, 2 miesiące, 2 tygodnie i 4 dni
Pogoda: Śniegowo. I trochę wichrowato. W cieplutkim domu lepiej.
Waga: Ostatnia aktualizacja - 56 kg. Kilka dni temu.
20:17
Ktoś powiedziałby, że mam tupet, w dzisiejszych czasach głośno mówić, że odhaczam Święta jak kupony. Nie przeżywam ich, tylko mam już dość. No to zaraz..
Święta minęły w sposób co najmniej ... hałaśliwy. A może to ja byłam nimi zmęczona jeszcze zanim przyszły. A szkoda, bo to moje ulubione Święta. Swego czasu bywało magicznie. Ale od jakiegoś czasu magia zmieniła się w jakiś chaos, pt. "byle zdążyć". Znacie to: byle zdążyć umyć podłogi, ubrać choinkę, umyć auta (albo chociaż "wizytowe"), upiec pierniczki, przygotować białe koszule i inne tego typu ważne rzeczy. Nie wiem, kiedy się zaplątałam w to durne myślenie, że zdążę wszystko co mniej ważne i jeszcze zostanie mi sporo czasu na te naprawdę ważne rzeczy. I na odpoczynek. Jakaś utopia, na którą rokrocznie daję się nabrać. Kończę z wywalonym językiem, upocona i umordowana.
Jedyny moment wyciszenia, jaki pamiętam to ten, kiedy zmęczeni po dwóch wigiliach, kilku opłatkach i kolędach, położyliśmy dzieci do łóżek, wygasiliśmy światło w całym domu i zapaliliśmy choinkę. I tak przytuleni czekaliśmy na pasterkę. To znaczy ja czekałam, bo ktoś musiał być z dziećmi a w zeszłym roku byłam w ciąży i to eR. wówczas pojechał. To jest też ten czas, kiedy zapał do pasterki spada wprost proporcjonalnie do upływającego czasu w ciepełku, z gorącą herbatą z sokiem.
Na pasterce nieomal nie zasnęłam. Chociaż było pięknie, bo grał wyjątkowy zespół. Dopiero kiedy zasnęłam praktycznie na stojąco i ocknęłam się w powietrzu przerażona, że wyrżnę zębami w posadzkę, serce tak mi zabiło, ze podniosło mi ciśnienie i do końca mszy miałam oczy szeroko otwarte, jakbym dopiero co walnęła siekierę zamiast kawy.
Kolejny dzień Świąt a za nim następny. Oba głośne radością dzieci, naszych rozmów; pełne hektolitrów wypijanej herbaty i kawy i haseł "nie podawaj, już naprawdę nie zmieszczę".
I wszystko fajnie. Tylko mam już dość tego hałasu. Tego gnieżdżenia czterech liter na kanapie przed TV, parzenia kolejnych herbat, kaw, podawania ciast, na które już nikt nie może po świętach patrzeć, tego wiecznego "dzieciaki, nie ma biegania po domu" i "uważać tu na M.!".
Basta. Obgadałam kwestię z eR. Zaklepane, zaplute, tfu, tfu! Nadchodzą duże zmiany. Nie wiem, czy moja rodzina to zniesie. To znaczy: będzie musiała. Pytanie tylko: jak.
A wymyśliłam, że kiedy przychodzi kwiecień, wymyślamy sobie miejscówę i bookujemy nocleg z 25/26 grudnia plus cały dzień. I nie ma nas. Bo co z tego, że Święta były, skoro mam wrażenie, że tak naprawdę niczego nie było. To znaczy: choinka, goście do kwadratu, my w gości - bo się obrażą, kawa i ciasto, opłatek nawet był i kolędy. Ale, żebym odczuła, że Święta, to muszę przyznać - nie bardzo. A chcę je poczuć też spędzając czas tylko z tą najbliższą rodziną. Czas na ustanowienie nowej tradycji.
A jak minęły Wasze Święta? Mam nadzieję, że lepiej... Czekam na opowieści:)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odpoczynek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odpoczynek. Pokaż wszystkie posty
środa, 4 stycznia 2017
środa, 15 czerwca 2016
nr 38, 15 czerwca - bite dwa miesiące
15 czerwca 2016 r.
Środa
Mania: 61 dni (2 miesiące)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 29 dzień
Waga: 61,3 kg
Pogoda: Pół na pół. Ale jest przyjemnie: lekki wiaterek,
temperatura z tych moich ulubionych, 22*C i czasem słonka połaskocze w
policzek. Po południu przychodzi nagła burza i pierze po szybach w kuchni.17:46
Dziś 15 czerwca. Dokładnie 2 miesiące temu urodziła się Mania. Leży właśnie obok mnie na brzuchu i śpi snem sprawiedliwego. Zassała smoczka jakby się do niej przykleił. Zamykam na chwilę oczy i czuję jak mi dudni w głowie...
sobota, 21 maja 2016
nr 35, 21 maja
21 maja 2016 r.,
Sobota
Mania: 37 dni (1 miesiąc i 6 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 5 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Powiedziałabym, że kalka z dnia wczorajszego. Może nawet ładniej i może nawet cieplej. I co z tego, ja się pytam?14:41
eR. jedzie na kawalerski do przyjaciela. Niby wszyscy wiedzą, że ma świeże dziecko, więc łaskawie wrócą jutro do południa. I podobno się tak strasznie nie upiją. Taaa, a jadą we trójkę do Zakopanego.
Dziś zostaję sama z Mańką i jej kolkowym problemem. Buńka pojechała do babci. Cała chata pusta. Tylko ja, Mania, kolka i łzy. No i jeszcze krzyk. A jutro po południu zabiorą mnie do Kobierzyna.
Etykiety:
"moje historie domowe",
ból,
dolegliwości,
dzieci,
dziecko,
kobieta,
kolki,
koszmar,
kryzys,
mama,
matka,
niemowlę,
noworodek,
odpoczynek,
rodzice,
sen,
trudności,
zasypianie,
zmęczenie
niedziela, 1 maja 2016
nr 31, 30 kwietnia
30 kwietnia 2016 r.
Sobota
Mania: 16 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 15 dni
Waga: 61 kg
Pogoda: Wiosenna, chociaż wciąż straszą, że "to ostatni taki ładny dzień, potem ma się popsuć". Zrobiło się ciepło, mimo rześkiego poranka (4*C).
12:21
Wczoraj miałam mieć kontrolę po zabiegu.
Witam się z lekarzem.
- I jak się czujemy? - pyta. Moja "ulubiona" forma pytania w liczbie mnogiej.
- Dobrze - odpowiadam zadowolona, że w końcu mam dobre wieści. - Nawet już nie krwawię.
Zatrzymał się w pół kroku podczas przygotowania kozetki przy USG.
- Ale w ogóle? - patrzy na mnie z... uch! Czy to jest niepokój?
- Eee... tak - odpowiadam. Uśmiech gaśnie mi z twarzy. - O, nie... To nie jest dobry znak, prawda?
Kładę się i odsłaniam brzuch. Lekarz wzdycha.
- No i znów się ta macica zawinęła do tyłu. A tutaj - pokazuje mi na monitorze - widać, że w środku pewnie coś jeszcze jest... Skrzepy, krew... ale to się będzie musiało już wchłonąć.
Teraz wzdycham ja.
- Chyba będę musiał przepisać Pani antybiotyk, żeby coś się tam w tym czasie nie rozwinęło.
Czeka mnie jeszcze jedna wizyta kontrolna. Przynajmniej.
- Czy nie ma opcji, żebym jakoś sama mogła...hm... naprostować tę moją macicę? - pytam. Słaba nadzieja wdziera się między wiersze. - Jakieś ćwiczenia, czy coś...?
Lekarz ze współczującym uśmiechem kręci głową.
- Nawet ja nic nie mogłem zrobić podczas zabiegu. Próbowałem ją wyciągnąć, ale uparła się najwidoczniej.
- Czy już jej tak zostanie? - W moim głosie pobrzmiewa nuta niepokoju.
- No, mam nadzieję, że nie! - Zabrzmiało to przynajmniej jak: "Jeszcze by tego nam brakowało!"
12:36
Sobotnie przedpołudnie zeszło mi pracowicie. H. pojechała do babci, bo eR. postanowił wymienić bramę wjazdową i nie mógłby mi nawet na moment pomóc z dwójką.
Mańka po krótkiej drzemce od 7 - 8 rano, kiedy to zdążyłam zrobić moim śniadanie i spakować Bulinkę, obudziła się, by pozbawić mnie możliwości godnego zjedzenia śniadania. Postawiła na płacz, zamiast na kwilenie, więc nie mogłam tego ignorować.
Pojadła z obu piersi, rzygnęła - jak zwykle - i po chwili znów zgłodniała. Tylko, że była jakoś tak poddenerwowana, że wypięła się na mnie i moje piersi. Nakarmiłam ją z butli (moim pokarmem) i zasnęła gdzieś przed 10.
Rzuciłam się więc w wir prac domowych, wykorzystując fakt, że nie ma H. Niestety Mała nie spała snem ciągłym, więc prace przerywałam bagatela... 10 razy. Ale udało się. Przynajmniej mam poczucie, że odgruzowałam dom. Może podłogi wymagałyby lepszego potraktowania, ale już nie mam sił. Kręgosłup na wysokości klatki piersiowej daje czadu. Potrzebuję chwili odpoczynku. Po obiedzie czeka nas jeszcze spacer z Mańką i Buńką. I tak, po raz enty, zaprzepaszczę możliwość drzemki, kiedy mała śpi.
Takie życie matki dwójki dzieci.
- Powiedziała filozoficznie i mało odkrywczo.
Ta, tylko nie mów, że się nie spodziewałaś.
Spodziewałam, ale to co innego niż brutalne zderzenie z rzeczywistością.
20:23
Pierwsza kąpiel w płaczu za nami. Dodam, że w płaczu rozdzierającym "jak tygrysa pazur antylopy plecy", cytując klasyka.
Nie było mowy o relaksacyjnym wieczornym karmieniu, jak to miało miejsce dotychczas. Dałam jej butlę z odciągniętym mlekiem, które wręcz pochłonęła. Rozlewając na boki, bo przecież kto by się tam przejmował niuansami z gatunku "mokre śpiochy", "morka koszula mamy" czy "mokry rożek". O drobnostkach takich jak marnotrawstwo bezcennego "napoju bogów" nie wspominam nawet.
Grunt, że ostatecznie zasnęła i teraz "śpi jak niemowlę", he he (sarkastyczny śmiech). Bowiem każdy rodzic wie, że powiedzenie to nie tylko nie jest prawdziwe (skąd się więc wzięło?), ale i tragikomiczne. Dylemat, czy się śmiać czy płakać, że tak bardzo mija się z prawdą.
Tak czy inaczej, dziś pierwszy dzień, jak Mańka sporo dokazuje (czyt.: płacze). Czuję się prawdziwie wypompowana. To nawet już nie zmęczenie, a całkowite wyzucie z energii.
I ten kręgosłup - doprawdy przykry ten ból. Na nic rogale, poduchy-fasole, fotele... Mój krzyż się po prostu uwziął. Nie miał możliwości być ćwiczony w ciąży i teraz wszystko wychodzi. Niestety do zakończenia połogu nie powinnam forsować ciała żadnymi ćwiczeniami; basen odpada... pozostaje mordownia i łagodzenie bólu pod prysznicem czy masażem zafundowanym przez męża.
I takie to życie.
Kończę, bo znów filozofuję banałami.
wtorek, 12 kwietnia 2016
nr 29, 12 kwietnia - Hormony porodowe
12 kwietnia 2016 r.,
Wtorek
Ciąża: 40 tydzień..., 4 dni po terminie
Waga: 70, 3 kg (a tak nie mam apetytu...)
Pogoda: Szarawo, burawo, z małymi przejaśnieniami. Przynajmniej nie pada...
13:39
Ostatni wpis przed narodzinami Maniuli. Jutro, godzina 7 z jakimś hakiem, wyląduję na szpitalnym łóżku, uziemiona. Chyba, że w międzyczasie coś drgnie. Od piątku drży, ale potem rozchodzi się po kościach: niepewność, stres, a potem się wszystko wycisza. Już mnie to męczy. Może bóle porodowe to nie do końca coś, czego nie mogę się doczekać. Zwłaszcza, że już teraz wiem, jak to wszystko wygląda. Ale ciąża na tym etapie jest już tylko okropną uciążliwością. Brzuch jest bardzo duży, dziecko nie rusza się już tak rozkosznie, tylko boleśnie rozpycha, a przy dłuższym chodzeniu schodzi okropnie nisko - nie sposób nie pomyśleć, że chce się wymsknąć. Chodzę jak zmęczony sumo, albo jak tęga kaczka. bardziej na boki niż do przodu. Nawet nie wspominam o tym, że chyba zaczęłam już gromadzić wodę. Stąd przyrost wagi. Nie mam specjalnie apetytu, szybko się najadam, a waga pnie się w górę. Zresztą widzę na twarzy i rękach... jakby takie ciutkę przypuchnięte.
Będzie bolało, wiem o tym. Ale już bym chciała małą Maniulkę trzymać na rękach, pozbyć się wielkiego brzuchola, ociężałości i zmęczenia po wyjściu po schodach czy problemów z trawieniem. Chciałabym móc się wreszcie wyspać na brzuchu (chociaż przy pełnych piersiach to podobno i tak średnio wchodzi w grę niedługo po porodzie) czy umyć porządnie poniżej pasa. Tak, żeby się nie zasapać na amen. Ubrać skarpetki czy buty. No i chcę się pozbyć pasażera na gapę - poduchy-dużej-fasoli. Już powoli mam jej dość. Co prawda ratuje życie, nie da się ukryć, ale oboje z eR. zaczynamy tracić cierpliwość: nie można się nawet porządnie przytulić. Z żadnej strony. A to jedyne, co nam zostało (mówimy tu o "wyjątkowości" tej mojej ciąży, a nie o zwykłej, bezproblemowej). Zresztą przytulenie się nawet na stojąco jest dość trudne.
Już dość narzekania.
14:25
Siedzę u rodziców i staram się relaksować. Wypoczywać. Czeka mnie w końcu ponadludzki wysiłek.
Teraz sobie myślę, jak to będzie. Hormony, jeden po drugim, będą atakować mój organizm, by zmusić ciało do urodzenia dziecka, by dodać mi energii i by mnie...hm... odurzyć.
W czasie porodu mamy do czynienia z czterema hormonami. Najbardziej znana wszystkim kobietom jest oksytocyna. Bo oksytocyna robi to, sio i owo...
No to teraz sobie przypomnę, o czym wiedziałam przed pierwszym porodem, a o czym już zdążyłam zapomnieć. W czasie porodu hormony pojawiają się w odpowiedniej kolejności i w odpowiednim natężeniu. Same się regulują, bo w innych okolicznościach działają na siebie wzmacniająco lub osłabiająco.
I tak oto mamy: oksytocynę, adrenalinę, endorfiny i prolaktynę. W takiej właśnie kolejności.
Oksytocyna
Ten hormon rozpoczyna poród i przez cały czas towarzyszy kobiecie rodzącej. Jej poziom rośnie aż do urodzenia dziecka. Jeśli jest jej za mało, pierwszy etap porodu trwa w nieskończoność. Im jej więcej, tym sprawniej i szybciej przebiega. Cały czas się uwalnia także po porodzie, dzięki czemu można urodzić łożysko. W późniejszym czasie pojawia się przy karmieniu (albo odwrotnie: dziecko, ssąc pierś uruchamia ją, powodując wypływ mleka). No i oczywiście oksytocyna powoduje, że macica się obkurcza. Jeśli po porodzie zbyt szybko spada jej poziom, kobieta może mieć trudności z emocjami wobec dziecka. To podobno hormon miłości: mamy z nim do czynienia kiedy się kochamy, rodzimy i karmimy. Bardzo czuły hormon. I pomyśleć, że przynosi tyle bólu... No, ale ok, tyle mi wiedzieć wystarczy.
Adrenalina
Hormon stresu i energii. Pojawiają się emocje, pojawia się adrenalina. Poczucie zagrożenia i człowiek jakby dostawał dodatkowy zastrzyk energii, jest zdolny do wysiłku, o jaki się siebie nie podejrzewa. czyli w sumie to by się zgadzało. Pełna mobilizacja. Niestety hamuje oksytocynę, więc jeśli kobita się zestresuje na starcie, na pewno usprawni jej to rodzenia. Zbyt duży stres może podobno zahamować akcję porodową. A jak już się człowiek nastawia, że rodzi, to chce urodzić, wiadomo. Czyli miłe otoczenie, znajome twarze, przytulne miejsce, znajoma położna i tak dalej...
W czasie porodu pojawia się w drugiej fazie: daje niewiarygodnego kopa. Oczywiście nie trwa wiecznie i jeśli pierwszy etap trwał długo, co może cholernie zmęczyć rodzącą, to drugi etap nie będzie tak efektywny po "uderzeniu" adrenaliny i wymagane będzie wsparcie w postaci dodatkowej porcji tlenu. Kiedy dziecko się urodzi, natychmiast opada. Wtedy także przychodzi moment na odczucie nieprawdopodobnego zmęczenia. Cały czas w kobiecie buzuje oksytocyna, by urodzić łożysko, a brak adrenaliny powoduje, że dla niektórych kobiet wydaje się być to wysiłkiem ponad siły, chociaż nie ma co do czego porównywać, rzecz jasna.
Endorfiny
Wszyscy je znamy - hormony szczęścia. Pojawiają się, kiedy czujemy się wyjątkowo szczęśliwi i odczuwamy przyjemność. Wystarczy zjeść czekoladkę i już człowiek czuje się pocieszony. Może to dość banalne uproszczenie, ale w ogromnej dawce endorfiny działają już nie tylko krzepiąco, ale także odurzająco. Są jak narkotyk. Pojawiają się w drugiej fazie porodu, kiedy wysiłek jest największy. A im większy, tym ich więcej. Dzięki temu kobieta jest w stanie znieść ten ból. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co to jest za ból bez tego rodzaju "znieczulenia", skoro nawet z pomocą endorfin ból jest tak dojmujący, że niejedna z kobiet ma długo traumę.
Jeśli masz już za sobą poród, możesz mieć poczucie, że na sali jesteś tylko ty i ból. Gdzieś w tle majaczy położna lub położne a potem też lekarz. Większość czasu sama pamiętam jak przez mgłę. Czasem kobiety zachowują się nieobliczalnie, wywrzaskują hasła utyskiwania w stronę mężów, przeklinają i różne takie. No cóż... narkotyki też mają różne działania uboczne.
W momencie urodzenia dziecka kobieta przestaje czuć jakikolwiek ból. Jest taki moment. To właśnie wtedy poziom endorfin jest bardzo wysoki, a skurcze parte gwałtownie znikają. Pamiętam, że bardzo mnie to zaskoczyło.
Prolaktyna
Hormon, który generalnie kojarzymy z karmieniem. I słusznie. Przygotowuje kobietę na macierzyństwo w czasie całej ciąży i rośnie wraz z jej wiekiem. Ale kiedy przychodzi czas porodu, nagle jej poziom spada, ustępuje miejsca oksytocynie, a potem adrenalinie i endorfinom. Teraz kobieta nie myśli o tym, że będzie miała mieć dziecko. Myśli zadaniowo, po prostu ma zadanie do wykonania. I póki się dziecko nie urodzi, prolaktyna siedzi cicho. Wkracza do okazji dopiero po porodzie. Ale za to jak! Zalewa organizm kobiety, powodując, że zaraz po porodzie kobieta może karmić. Jednak nie zawsze, wiemy o tym. Czasami poziom tego hormony jest niewystarczający i na moment pierwszego karmienia trzeba poczekać. Wahania tych hormonów i to w jakiej ilości się wydzielają ma znaczenie dla sprawności przebiegu porodu. Stąd wniosek: każdy poród jest inny.
Mężczyźni i hormony porodowe
Tak, właśnie tak. Ojcom również się udzielają. Adrenalina i endorfiny naturalnie pojawiają się (nie na takim poziomie jak u kobiet, oczywiście) u mężczyzn z oczywistego powodu: są emocjonalnie i uczuciowo związani z partnerką, oczekują potomka, to dla nich wynik ich zabiegów o przedłużenie gatunku, mówiąc bardzo technicznie. Ale o to tu chodzi, nie ma się co czarować.
Tymczasem u nich także pojawia się oksytocyna. Nie tylko podczas orgazmu, bo to już podobno jest prawda znana od dawien dawna. Ale jej poziom jest podwyższony także po narodzinach dziecka. Hormon czułości i opiekuńczości pojawia się właśnie po to, by łatwiej było mężczyźnie nawiązać uczuciowy kontakt z dzieckiem, by zawiązać trwałą więź. Oczywiście sama postawa ojca, który chce, jest bardzo istotna - hormon nie załatwi tego za nich. Ale prawdą jest, że kobieta nosi pod sercem i czuje (bardzo fizycznie przecież!) swoje dziecko. Jej matczyna miłość już wówczas ma możliwość rozwijania się. Mężczyzna nie ma tej okazji. Jest zewnętrznym obserwatorem rozwoju maluszka w brzuchu. U niego naturalnie ta więź się nie wytworzy w czasie ciąży. Nawet jeśli sądzi, że jest inaczej. Urodzenie się dziecka zmienia życie wszystkich. Nawet jeśli się nastawiali na wywrócenie go "do góry kołami", to i tak zawsze jest to coś zaskakującego. I o ile matka ma już w sobie instynkt macierzyński i wiele rzeczy szybko wyczuwa u dziecka, tak ojciec może być w szoku. Zwłaszcza, że pewnie liczył na powrót pewnych kwestii do tego, co było przed ciążą. A teraz jego kobieta zapatrzona w dzideczka, raczej nie myśli o wielu rzeczach, o których myśli jej partner. Czyli czasami jest różnie. Ale hormon to jakby taka "fizyczna", "realna" pomoc organizmu w trudnym momencie dla młodych rodziców. Trzeba ją tylko wykorzystać.
czwartek, 24 marca 2016
nr 27, 24 marca
24 marca 2016 r.,
Czwartek
Ciąża: 37 tydzień, 6 dzień
Waga: 69 kg (tracę apetyt, dziś w ogóle kiepsko, tracę smak)
Pogoda: Cudowna, trzyma mnie przy życiu. Chociaż może nie przy życiu, ale dzięki niej funkcjonuję. Jakoś, ale nie zagrzebuję się w koc.
15:31
Obudziłam się całkiem niezła. Wczoraj wieczorem dokuczały mi skurcze przepowiadające. Miałam zmęczony brzuch, co od razu odbiło się na mojej formie (czy raczej jej braku). Miałam lekkie przeczucie, że coś mnie "zbiera", ale zignorowałam to. Już nie pierwszy raz w tym sezonie zimowym (o ile można go tak nazwać) wieczorne złe samopoczucie rozchodziło się po kościach.
Ale dziś rano katar i ból gardła przy przełykaniu już sygnalizował, że coś się rozwija. No niestety nie przeskoczę tego, że nie mogę zażywać tego, co wszyscy.
Zajechałam do Klubu z małą Buńką, która dziś była w lepszym nastroju niż wczoraj - poprawiło jej się, ewidentnie, po czym szybko do Rossmanna i do sklepu - ostatni szlif zakupowy przed Świętami. Nie chciałam już się tam pokazywać wiedząc, że tłumy, wielgachne zakupy, kolejki i przebrane towary nie są na moje nerwy. A na tym etapie ciąży w szczególności.
Kiedy dojechałam do domu, okazało się, że jacyś pracownicy znów coś i eR. przywitał mnie słowami:
- Zrobisz im kawę?
- O, matko,... - jęknęłam. Wziął ode mnie zakupy. Widział, że już byłam w średniej formie. - Źle się czuję. Jadłeś coś?
- Nie... - przyznał.
- To zrobię ci śniadanie, ale nie mam sił na robienie całej sterty kanapek dla nich także - wyznałam szczerze.
Ostatecznie to eR. robił tosty. Poszła cała wędlina
- Ale kawę zrobię. I muszę się położyć. Jak ja przeżyję te korki, nie mam pojęcia...
Daję korepetycje. Z angielskiego i z historii. Dziś miałam mieć historię. Musiałam jeszcze wydrukować materiały i zadania na źródłach. Trochę tego było. A sił mało.
Dobrze, że pogoda mnie wspierała. Słońce wprost cudownie wpadało przez czyściutkie (dzięki Pani B.) okna. Dzięki temu mogłam się zmobilizować. Wypiłam herbatę, zjadłam papierowe muesli z kefirem... totalnie bez smaku (to wszystko przez katar). Ciężkie powieki, ból gardła... Ale nie odwołałam korepetycji. Mamy mało czasu, bo w maju dziewczyna ma maturę, a już w zeszłym tygodniu nie mogłyśmy się spotkać. No i w międzyczasie rodzę, co zablokuje ma na pewien czas korepetycje. Czyli musiałam zawalczyć, chociaż już w rękach miałam telefon.
Udało się.
A teraz leżę i zastanawiam się jak poskładam się do kupy, żeby odebrać H. z Klubu. eR. w Krakowie, najprawdopodobniej nie wyrobi się.
17:18
17:18
I stał się cud. Objechałam po Buńkę. I pewnie poszłybyśmy jeszcze na spacer, póki słońce świeci, ale chowamy się do domu, bo ja ledwo ciągnę. eR. wciąż w trasie. Święta, jak nie Święta. Zawsze Wielki Czwartek po południu to był taki szlif porządków i szykowanie się powoli do Triduum. Nie sposób zapomnieć, że dziś takie święto. A jednak. Od rana mam wrażenie, że jest środa. I to raczej nie Wielka Środa - ta z Wielkiego Tygodnia. Jestem wyjęta z kontekstu przez chorobę, przez ciążę... wszystkie dni są jednostajne, różnią się jakimiś drobiazgami. No i fakt, że mieszkam na wsi a nie w mieście powoduje, że człowiek nie odczuwa tego zabiegania przedświątecznego, nie nakręca się, nie odlicza dni, nie szaleje z ciastami, sałatkami i w ogóle jedzeniem. Dopiero wczoraj widziałam pierwsze oznaki zakupowego szaleństwa w markecie. Ale to też bez przesady, bo robię zakupy dobrze po 9, w czasie, kiedy nie ma zbyt wielu ludzi w sklepach.
Moje wynurzenia na temat szaleństwa jakie ogarnia ludzie tuż przed Świętami będą w kolejnym poście. Teraz się kładę z dużym kubkiem mocnej herbaty z miodem i cytryną. Smaruję się Amolem i modlę, żeby jutro było lepiej, a nie gorzej. Święta w takim stanie (gdzie tyle zobowiązań, że będziemy tu czy tam, urodziny któregoś z małych siostrzeńców eR....) byłyby koszmarem i prawdziwą męczarnią...
niedziela, 20 marca 2016
nr 25, 20 marca - Mój kryzys, koszmary i walka z ciążowymi lękami - najszczerzej
20 marca 2016 r.,
Niedziela
Ciąża: 37 tydzień, 2 dzień
Waga: Nie mam siły stanąć na niej, olewam system.
Pogoda: Pod psem. Szaro, buro, zimno, wietrznie. Słowem: nieprzyjemnie. Jeszcze powinno na to wszystko lunąć. Brr.
13:57
Dziś mam stacjonarny dzień. Leżę pod kocem i robię wszystko, żeby nie zamykać oczu, bo jestem sama z małą H. i muszę - chcąc-nie-chcąc - patrzeć na nią. eR pojechał do kościoła. A widzę, że też nie jest w najlepszej formie. Chyba go wczoraj i przedwczoraj zawiało. Ucieszył się pogodą i zaszalał wychodząc zewnątrz zbyt lekko ubrany.
Czy robię wszystko, żeby nie zasnąć w tym momencie? Nie, to nie na sen mam ochotę. Sen to, prawdę powiedziawszy, ostatnia rzecz, o jakiej myślę. Boję się koszmarów, które mnie nawiedzają średnio co drugą noc. Są takie prawdziwe i powtarzalne, że zaczynam się łapać na myśleniu o nich. Nie tyle o nich, ale o tym, o czym opowiadają.
Od prawie ośmiu miesięcy marna ze mnie żona i kochanka, bądźmy szczerzy. Przez połowę ciąży miałam zakaz wszelkich namiętności. Początkowo żadne z nas nie miało nawet ochoty przygnębione faktem grożącej nam diagnozy, której ostatecznie nie postawiono. Nieważne. Grunt, że kiedy mnie wciąż wszystko bolało, dokuczały mdłości i w ogóle czułam się nieobecna w otaczającej mnie rzeczywistości, eR. powoli zaczął odczuwać, co oznacza zajmowanie się Buńką, mną i jeszcze swoją pracą. I do tego abstynencja seksualna. No, dla mężczyzny to poważna próba na wielu płaszczyznach. Coraz częstsze kłótnie, spięcia, żale... Czy mogę mieć pretensje? Nie. Każdemu zdrowemu puściłyby nerwy. Więc i jemu czasem też puszczają.
Dlatego mam już dość tej ciąży i koszmary są po prostu krystalizacją moich obaw i wyrzutów sumienia. O wielu rzeczach trudnych, intymnych czy w jakiś sposób kontrowersyjnych łatwo się pisze, kiedy nie trzeba się z nimi identyfikować, a omijanie utożsamienia się z danym problemem pozwala nam napisać więcej, niż odkryłybyśmy przed naszymi przyjaciółkami. Tak właśnie było w tym przypadku.
Kiedy już jestem na "ostatniej prostej" do porodu, tym bardziej mam dość. I eR. ma dość. I mimo rozmów wciąż mam wrażenie, że mówimy sobie to, co chcemy usłyszeć. Staramy się wzajemnie przekonywać, ale już brakuje nam siły, by brzmieć wiarygodnie. Tu nie chodzi o to, że się okłamujemy, unikamy szczerości czy czegoś w tym guście. Tu chodzi o to, że czasem nie mamy sił przekonująco zapewnić się o wsparciu, o wierze w to, że sobie poradzimy, o tym, że pewnymi kwestiami nie warto się przejmować. Chociaż druga strona naprawdę tego potrzebuje.
Te dziewięć miesięcy trwa o wiele za długo. Wydaje się wręcz, że trwa znacznie dłużej niż dziewięć miesięcy. Ja sama mam poczucie, że uziemiona jestem przynajmniej półtora roku. I co w takiej sytuacji? Nie wiem. Piję ciepłe mleko, biorę prysznic, wyciszam się przez długie oddechy, a koszmary są coraz brutalniejsze, dosadniejsze, dotkliwsze i bardziej realne. To nie tak, że sposoby, które miały pomagać, pogarszają jedynie sytuację. Po prostu na tym etapie już nie działają. I nie wiem, czy cokolwiek może pomóc. Nawet szybsze rozwiązanie chyba nie jest tym, co pomoże w tej sytuacji, ale na pewno zakończy tę moja ciążową mordownię i będzie jakimś początkiem. Co prawda czekają nas inne wyzwania, kryzysy na innym tle, ale wiem, że to będzie wstęp do poprawy i stabilizacji.
18:13
... idę wziąć prysznic. Może... może... tym razem coś to pomoże.
Niedziela
Ciąża: 37 tydzień, 2 dzień
Waga: Nie mam siły stanąć na niej, olewam system.
Pogoda: Pod psem. Szaro, buro, zimno, wietrznie. Słowem: nieprzyjemnie. Jeszcze powinno na to wszystko lunąć. Brr.
13:57
Dziś mam stacjonarny dzień. Leżę pod kocem i robię wszystko, żeby nie zamykać oczu, bo jestem sama z małą H. i muszę - chcąc-nie-chcąc - patrzeć na nią. eR pojechał do kościoła. A widzę, że też nie jest w najlepszej formie. Chyba go wczoraj i przedwczoraj zawiało. Ucieszył się pogodą i zaszalał wychodząc zewnątrz zbyt lekko ubrany.
Czy robię wszystko, żeby nie zasnąć w tym momencie? Nie, to nie na sen mam ochotę. Sen to, prawdę powiedziawszy, ostatnia rzecz, o jakiej myślę. Boję się koszmarów, które mnie nawiedzają średnio co drugą noc. Są takie prawdziwe i powtarzalne, że zaczynam się łapać na myśleniu o nich. Nie tyle o nich, ale o tym, o czym opowiadają.
Od prawie ośmiu miesięcy marna ze mnie żona i kochanka, bądźmy szczerzy. Przez połowę ciąży miałam zakaz wszelkich namiętności. Początkowo żadne z nas nie miało nawet ochoty przygnębione faktem grożącej nam diagnozy, której ostatecznie nie postawiono. Nieważne. Grunt, że kiedy mnie wciąż wszystko bolało, dokuczały mdłości i w ogóle czułam się nieobecna w otaczającej mnie rzeczywistości, eR. powoli zaczął odczuwać, co oznacza zajmowanie się Buńką, mną i jeszcze swoją pracą. I do tego abstynencja seksualna. No, dla mężczyzny to poważna próba na wielu płaszczyznach. Coraz częstsze kłótnie, spięcia, żale... Czy mogę mieć pretensje? Nie. Każdemu zdrowemu puściłyby nerwy. Więc i jemu czasem też puszczają.
Dlatego mam już dość tej ciąży i koszmary są po prostu krystalizacją moich obaw i wyrzutów sumienia. O wielu rzeczach trudnych, intymnych czy w jakiś sposób kontrowersyjnych łatwo się pisze, kiedy nie trzeba się z nimi identyfikować, a omijanie utożsamienia się z danym problemem pozwala nam napisać więcej, niż odkryłybyśmy przed naszymi przyjaciółkami. Tak właśnie było w tym przypadku.
Kiedy już jestem na "ostatniej prostej" do porodu, tym bardziej mam dość. I eR. ma dość. I mimo rozmów wciąż mam wrażenie, że mówimy sobie to, co chcemy usłyszeć. Staramy się wzajemnie przekonywać, ale już brakuje nam siły, by brzmieć wiarygodnie. Tu nie chodzi o to, że się okłamujemy, unikamy szczerości czy czegoś w tym guście. Tu chodzi o to, że czasem nie mamy sił przekonująco zapewnić się o wsparciu, o wierze w to, że sobie poradzimy, o tym, że pewnymi kwestiami nie warto się przejmować. Chociaż druga strona naprawdę tego potrzebuje.
Te dziewięć miesięcy trwa o wiele za długo. Wydaje się wręcz, że trwa znacznie dłużej niż dziewięć miesięcy. Ja sama mam poczucie, że uziemiona jestem przynajmniej półtora roku. I co w takiej sytuacji? Nie wiem. Piję ciepłe mleko, biorę prysznic, wyciszam się przez długie oddechy, a koszmary są coraz brutalniejsze, dosadniejsze, dotkliwsze i bardziej realne. To nie tak, że sposoby, które miały pomagać, pogarszają jedynie sytuację. Po prostu na tym etapie już nie działają. I nie wiem, czy cokolwiek może pomóc. Nawet szybsze rozwiązanie chyba nie jest tym, co pomoże w tej sytuacji, ale na pewno zakończy tę moja ciążową mordownię i będzie jakimś początkiem. Co prawda czekają nas inne wyzwania, kryzysy na innym tle, ale wiem, że to będzie wstęp do poprawy i stabilizacji.
18:13
Gdzieś koło 15 (ale nie mogę być tego pewna, bo straciłam poczucie czasu), zmogło mnie zmęczenie. eR. włączył koncert e-moll Chopina w kuchni i coś sprzątał. Mała Buńka towarzyszyła mu, więc w pokoju panował spokój. Przy drugiej, wolnej części, po prostu odleciałam.
Przebudziłam się, po miłej drzemce i widząc eR. z H. bawiących się rozkosznie klockami (budowali ponciok - pociąg), obróciłam się z trudem na drugi bok i zasnęłam.
Obudziłam się cała w nerwach. Nawiedził mnie kolejny koszmar. Nie dość, że czuję się dziś jak przeżuta i wypluta, tragicznie obolała i zmęczona - tak po prostu - kiedy masz poczucie, że boli cię każda komórka ciała, a ruchy dziecka tylko ten ból potęgują. I masz ochotę wyć. No. To teraz jeszcze trzeba dodać do tego ten koszmar - długi, szczegółowy i nieszczędzący dramatycznych zwrotów akcji.
Teraz, kiedy już ze mnie to "zeszło" myślę, że to naprawdę jakaś ironia losu - sen, który ma pomagać, który tak jest zalecany jako nieprzecenione wsparcie w leczeniu wszelkich infekcji a także tych nerwicowo-depresyjnych stanów, nie tylko nie pomoże, ale pogorszy sytuację...
... idę wziąć prysznic. Może... może... tym razem coś to pomoże.
sobota, 27 lutego 2016
Starcie tytanów: dwulatek będzie mieć rodzeństwo (nr 22, 25 luty)
Czwartek
Ciąża: 33 tydzień, 4 dzień
Waga: 67 kg (nie wiem, jak to się stało, że wczoraj było całe pół kilo mniej...)
Pogoda: Bielusieńko. Jakby Święta Bożego Narodzenia wciąż były przed nami. Chwycił lekki mrozik. Ciekawe, czy zapalę auto...
07:31
Po kilku dniach męczącego wstawania o 6:30 (coś przestawiło się w "zegarze" H. i pełna zapału wyskakiwała z łóżka o tej porze, krzycząc: "Stajemy, mamusiu! Jedziemy do peśkola!"), mogłam spokojnie wstać dobrze po 7 i ucieszyć się ciszą poranka, ciepłą owsianką i herbatą z sokiem malinowym.
Oho, wstała. Już tupta w moją stronę, mrużąc oczy.
...
Pamiętam, jak zastanawialiśmy się nad drugim dzieckiem. Brałam pod uwagę wiele rzeczy. Jedną z nich był wiek Buńki: jaka będzie między dziećmi różnica wieku. Wyszło nam, że gdzieś od 2,5 do 3 lat. Co to oznaczało?
- że wciąż nie będzie całkowicie samodzielna,
- że być może będzie w środku burzliwego okresu "buntu dwulatka", o czym możesz przeczytać tutaj,
- że nie będę mogła przygotować jej na przyjście na świat rodzeństwa (z powyższych powodów),
- że Buńka będzie zazdrosna dziecko i będziemy walczyć jej demonstracyjnymi scenami zazdrođci,
Już 3-letnia dyiewcyznka byłaby bardziej samodzielna, "bunt dwulatka" miałaby za sobą, mogłabym jej wytłumaczyć czym jest rodzeństwo i miałabym więcej pewności, że rzeczywiście by to rozumiała... Co do zazdrości... Miałabym nadzieję, że wytłumaczenie jej, co oznacza przyjście na świat nowego dziecka pomogłoby w uniknięciu scen zazdrości.
Nasza decyzja (tak, to była nasza decyzja, żaden przypadek) była podyktowana czymś innym, co przeważyło szalę. Dlatego postanowiłam, że muszę się do tego przygotować. A na pewno bardziej niż w przypadku 3-latka.
Drugie dziecko w drodze, a pierwsze jest małe. Co przedsięwzięłam (i widzę, że zrobiłam dobrze)?
1. Posłałam dziecko do żłobka. To znaczy, zrobiłam to dużo wcześniej, ale wydaje mi się, że to naprawdę dobry ruch, kiedy spodziewasz się dziecka. Oczywiście prywatna placówka to nieraz spore koszta, ale (mam nadzieję, że jeszcze wrócę do tematu i poświęcę temu zagadnieniu osobny post) naprawdę warto. Dziecko uczy się przez naśladowanie. W środowisku, gdzie jest więcej maluchów, naśladowanie jest prostsze, zabawniejsze i podobnie wygląda, więc dziecku łatwiej przychodzi przełamanie się do pewnych rzeczy. Nie wspominam już o korzyściach wynikających z kontaktów z rówieśnikami, z grupą: odpowiednie zachowania, maniery, dyscyplina, posłuszeństwo dorosłym (paniom), umiejętność zabawy z dziećmi, dzielenia się (zabawkami), szanowania zabawek. A do tego najczęściej żłobek organizuje różne dodatkowe zajęcia rozwijające i kształcące. Czasem nawet języki obce.
Jest to jednak opcja, która kosztuje. I to nie są drobne wydatki. Niemniej jestem zadowolona, że mała tam chodzi. Gdybym z nadmiaru obowiązków zdecydowała się na żłobek tuż po urodzeniu, byłby to błąd stulecia: "mama i tata już mnie nie kochają - kochają nowe dziecko, dlatego odsyłają mnie w obce miejsce, do obcych pań i obcych dzieci...". Posłanie Buńki wcześniej pozwoliło mi tego uniknąć. Mała uwielbia Klub Malucha, panie i dzieci. Ja jestem bardzo zadowolona z niego i kiedy urodzi się dziecko, żłobek będzie nadal częścią jej rytmu dnia.
2. Uczę samodzielności i dobrych nawyków. Zaczęłam dość wcześnie, bo w końcu takich umiejętności dziecko nie zdobywa z dnia na dzień: nocnik, mycie zębów, mycie rąk, pomaganie w domu (zamiatanie, szykowanie posiłków i sprzątanie po nich w miarę możliwości, robienie prania z pomocą mamy, wycierania kurzu, sprzątanie za sobą itd.), ubieranie się, rozbieranie się, samodzielna zabawa...
Dzięki żłobkowi H. bardzo fajnie się "odpieluszkowała". Sama załatwia swoje potrzeby. Pamięta o myciu rąk. Przypomina o myciu zębów. Jej "sama!" wynikające z faktu, iż przechodzi "bunt dwulatka" próbuję wykorzystać. Ta energia mi się przydaje w tym momencie. Czasem jej "bunt" działa mi na nerwy, a ciąża mi nie ułatwia przejścia przez to. Generalnie jednak jej "sama!" pomaga mi. Czyli sama myje zęby, sama się ubiera, sama je i pije, sama sprząta itd. Na razie wiele z tego robi jeszcze nieudolnie, ale z dnia na dzień widać postępy i to, jak nabiera wprawy. Zanim dziecko się urodzi, większość podstawowych czynności będzie mogła z nadzorem zrobić sama.
3. Oduczam złych nawyków.
- Pozbyłam się zręcznie pieluch... w ciągu dnia. W nocy wciąż zakładam jej pampersa, bo niestety pęcherz dziewczynek (i później kobiet) inaczej niż u chłopców (mężczyzn) jest tak zbudowany, że sikają mniej, a częściej. Po kilku próbach poddaliśmy się. Musimy poczekać na przyjaźniejszy czas, kiedy jej "bunt" przyjmie łagodniejszą formę. Poza tym stres (czym niewątpliwie będzie dla niej dzidziuś) prawie na 100% spowodowałby powrót do pieluch.
- Odstawiłam butlę. Mała jeszcze w wieku dwóch lat, raz dziennie, wieczorem (na kolację) zjadała kaszkę z mlekiem przez butelkę. Nie powiem, że było to wygodne (na tym etapie było to baaardzo wygodne). Poza tym jedzenie przez smoczek uspokajało ją i wyciszało, przez co bardzo szybko zasypiała. Wiedziałam jednak, że samodzielne zasypianie bez pomocy smoczka w butelce będzie nas trochę kosztowało, więc już w połowie ciąży postanowiłam, że odstawimy ją. Czułam się okropnie, więc to eR. walczył z codzienną kolacją, którą zjadała bardzo chętnie (mleko z płatkami) i usypianiem małej.
- Oduczyłam jej spacerów w wózku. Niby nie jest to zły nawyk, ale dziecko ma sprawne nogi, więc powinno ich używać. W końcu ruch na świeżym powietrzu oznacza ruch dziecka, a nie dziecka w wózku. A nóżki niećwiczone na spacerkach nie będą miały kondycji. Jak ja potem wyjdę z noworodkiem na spacer, jak Buńka po kilku minutach będzie jęczeć, że chce do domu, na rączki czy do wózka. A tak, to - mam nadzieję - przynajmniej 30-40 minut wytrzyma.
4. Podzieliłam się obowiązkami wieczornymi z mężem. U mnie sytuacja była trochę inna. Już na początku ciąży eR musiał przejąć moje obowiązki i cały czas sytuacja wymusza na nim czynne zaangażowanie. Kiedyś tak nie było. Kiedyś umawialiśmy się, że dzielimy między siebie, kto myje, a kto usypia. Resztę obowiązków spoczywało na mnie. Chociaż nie wynikało to z faktu, że eR. był takim wygodnisiem (z podejściem mocno tradycyjnym), że większość obowiązków związanych z dziećmi spoczywa na matce. Po prostu jakoś samo się tak utrwaliło... Jeśli masz tę szansę, od razu dziel obowiązki, zanim pojawi się dziecko. Nie musi być to trwały podział, chociaż kiedy brzuch rośnie umycie dziecka jest trudniejsze niż usypianie go. Niemniej jednak kiedy pojawi się noworodek, a ty będziesz karmić, nie możesz sobie pozwolić na histerię drugiego dziecka, bo mama zawsze myła czy pomagała przy kolacji. A najlepiej jeszcze, by tata znalazł jakąś atrakcję w tym, że to on będzie dziś usypiał starszaka czy go mył. Coś, co byłoby zarezerwowane dla mycia/ usypiania z tatą. Wtedy, w razie oporu, taki ojciec przypomni dziecku, że przecież czeka ich tutaj taka atrakcyjna przygoda...!
5. Tłumaczenie i przypominanie o rodzeństwie. Już od samego początku (zanim jeszcze wylądowałam w szpitalu) oboje przypominaliśmy Buńce, że brzuch mamy jest delikatny, bo tam jest dzidziuś, a teraz brzuch rośnie, bo rośnie dzidziuś, a jak przygotowywałam wyprawkę, wózek, ubranka itd., tłumaczyłam, że niedługo z brzuszka wyjdzie dzidziuś i musimy być gotowi. Nie ma dnia, byśmy o tym jakoś nie wspominali. Mam wrażenie, że dopiero teraz (po ośmiu miesiącach) w miarę wie, co ją czeka. Tak w teorii, rzecz jasne. Rzeczywistość i tak i tak może ją przerosnąć. Oby jednak nie...
6. Małej H. rekompensuję wszystkie "straty". Ona nowy wózek, widzi jako stratę dla siebie. Tak jak i stos małych ubranek, nowych pościeli czy innych gadżetów. Widzi atrakcje, które nie są dla niej. Zawsze wszystko było dla małej H. Teraz nagle wszystko jest dla dzidziusia. To szok dla 2,5-latka. Roszczeniowego szkraba, który właśnie przechodzi bunt. Taka sytuacja (analogiczna) jest trudna nawet dla dorosłego. Wyobraźmy sobie rodziców wychowujących jedynaka, który jest już dorosły, ale i tak zawsze to jemu rodzice pomagali jak mogli, jego wspierali, o niego się martwili. Aż pewnego dnia przyjeżdża młodszy kuzyn i na powitanie zostaje wyprawione przyjęcie, rodzice i jego zaczynają wspierać, pomagać. Syn czuje się... niekochany, opuszczony i cholernie zazdrosny. Prosty mechanizm. Jeśli dorosły ma z tym problem, to jak wymagać wyrozumiałości od dziecka?! W jaki sposób rekompensowała zakupy dla dzidziusia?
- Nie kupiliśmy nowego łóżeczka. Buńka do niedawna spała w niemowlęcym, rosnącym (trójetapowym) łóżeczku. Teraz eR. złoży je do pierwszego etapu, a H. dostała nowe łóżeczko i nową pościel.
- Kupowałam jej co tydzień jakieś ubranko. Nawet na ciuchach, wyprzedażach, promocjach... Takie dziecko i tak szybko wyrasta z nich. Ale ma poczucie, że ma coś nowego. Dla niej jest to nowe. Dzięki temu widzi, że dzidziuś coś dostanie, ale ona też.
- Odwróciłam kota ogonem. Jak na przykład w kwestii wózka. Kupiliśmy wózek. Wszyscy się nim zachwycają. H. też. I woła: "H. będzie jeździła wózkiem! Tak!". "Nie, H. Ty jesteś za duża", mówi eR. Widzę podkówkę i szybko dodaję z entuzjazmem: "H. jest już duża i będzie pchała wózek! Będzie wozić dzidziusia!". Pomysł przypadł jej do gustu i to bardzo, bo ona, H., będzie wozić dzidziusia.
A jak było u Was? Jak się zapatrujecie na taką różnicę wieku? Lepsze większa, czy mniejsza?
Etykiety:
"moje historie domowe",
8 miesiąc,
artykuł,
bunt,
bunt dwulatka,
butelka,
ciąża,
dzieci,
mama,
matka,
niemowlę,
odpoczynek,
porady,
przygotowania,
rodzeństwo,
trudności,
wady,
zalety
poniedziałek, 8 lutego 2016
Jak zabrać się za gruntowne sprzątanie? I cz.
Sama wizja generalnych porządków w ciąży może przyprawić cię o ból głowy. Mnie osobiście dodatkowo na samą myśl o nich boli kręgosłup. Ale jak dobrze zrobić je przed porodem wie każda matka, która zmobilizowała siły (oraz domowników) do ich zrobienia.
/Tutaj możesz przeczytać, co jeszcze warto zrobić przed porodem/
Aby ułatwić sobie tę pracę, proponuję ci dwa sposoby przeprowadzania gruntownego sprzątania tak, by uniknąć chaotyczności, miotania się po całym domu z poczuciem, że ostatecznie to chyba nic nie posprzątałaś chociaż padasz z nóg.
a) 1 pokój - 1 dzień
- codziennie należy gruntownie
posprzątać jeden pokój/pomieszczenie. Tutaj jest to kwestia umowna, czasami trzeba przyjąć "1 pokój = 2 dni".
b)
1 dzień - 1 rodzaj zabrudzeń
- można powiedzieć, że sprzątamy „tematycznie”, np. tylko
kurz, tylko podłogi itp.
Oba sposoby są dobre.
Wszystko zależy od tego, jaki sposób będzie ci najbardziej odpowiadał .
Dziś skupię się tylko na pierwszej metodzie. Osobiście uważam, że mniejsza przestrzeń jest łatwiejsza do ogarnięcia, dlatego zawsze sama korzystam z tego właśnie sposobu.
Zacznijmy jednak od tego, co będzie nam potrzebne:
Lista niezbędnych
akcesoriów
|
_______________________________
* Nie są niezbędne, ale bardzo przydatne: powierzchnia dłużej
pozostaje czysta i bez kurzu; od razu je wyrzucamy, czyli nie
magazynujemy brudu. Szmatki wielorazowe trzeba prać.
Plan generalnych porządków (III trymestr)
"1 dzień = 1 pokój"
(lub 2 dni = 1 dzień)
Główne zasady:
1.
Prace należy rozpocząć tak, by dzień przed terminem zakończyć
sprzątanie ostatniego pomieszczenia.
Przykładowo: Mam 4 pomieszczenia i duży przedpokój. To daje nam 5 dni. Jeśli termin wypada w poniedziałek, prace rozpoczynam we wtorek (omijam prace w niedzielę). W ten sposób sobota jest jest ostatnim dniem prac.
Jeśli istnieją przesłanki, że urodzisz wcześniej, zrób
dokładnie tak samo, ale tydzień wcześniej. W tygodniu
poprzedzającym termin raz dziennie przelecisz kurze i zmobilizujesz
męża do odkurzenia podłóg oraz odświeżenia łazienki w jednym
dniu.
2.
Dobrze zaplanuj kolejność sprzątanych pomieszczeń, kierując się:
- czasem - nie zawsze masz go codziennie tyle samo z wielu powodów; im mniej masz czasu w danym dniu, tym mniej absorbujące lub po prostu mniejsze pomieszczenie wybierz.
Przykładowo: Jeśli dziś mam coś ważnego do załatwienia na mieście i wiem, że zajmie mi to sporo czasu, wybieram mniej pracochłonne pomieszczenie, np. łazienka. Jest mała i myta co tydzień, więc gruntowne jej sprzątanie zajmie niewiele więcej czasu niż to cotygodniowe.
- planami - jeśli wiesz, że w tym tygodniu czeka cię coś, co sprawi, że cała twoja praca nad danym pomieszczeniem się zmarnuje, przełóż sprzątanie go
Przykładowo: Jest okres świąteczny i będziemy rozbierać choinkę. Czekam więc ze sprzątaniem pokoju, w którym ona jest, bo z choinki najczęściej sypie się sporo igieł.
- funkcjonalnością danego pomieszczenia - zacznij od tych pomieszczeń, które na dłużej pozostają czyste z zasady lub po prostu mało czasu w nich spędzacie.
Przykładowo: U mnie najmniej brudzi się sypialnia, potem - wbrew pozorom - łazienka, następnie pokój dzienny, kuchnia i korytarz. I w takiej kolejności sprzątam.Ale: Biorąc pod uwagę wszystkie zasady, może się okazać, że sprzątanie wcale nie odbędzie się płynnie dzień po dniu. Jednak dzięki temu będziesz mogła poradzić sobie sama, jeśli z jakiś powodów nikt nie będzie mógł ci pomóc lub/i nie stać cię na wynajęcie kogoś do sprzątania.Dlatego ramowy przykładowy plan będzie wyglądał tak:a) wtorek: sypialnia - mam sporo czasu, wystarczy mi go na posprzątanie całego pomieszczenia, nawet jeśli zacznę koło 11 rano.b) środa: pokój dzienny, mimo iż planowałam łazienkę, ponieważ w czwartek wypada mi kilka załatwień, co uniemożliwi mi posprzątanie planowanego pokoju dziennego. Zamieniam go na łazienkę.c) czwartek: łazienka, czasu mam mniej, ale łazienka nie zajmie mi tyle czasu. Zazwyczaj z przerwami muszę na nią poświęcić coś lekko ponad godzinę. Teraz mam na nią 4 h.d) piątek: ma być kuchnia. Ale: w piątek jemy coś jarskiego, a w sobotę już pełen obiad - bo w weekend zawsze jemy wspólne posiłki. Z kolei w niedzielę wolałabym nie gotować. Co robię? W piątek sprzątam mniej absorbujący korytarz i mam czas na to, by zaszyć się w kuchni i ugotować coś na weekend oraz coś lekkiego-piątkowego, co razem zajmie mi sporo czasu, a kuchnia na pewno się pobrudzi.e) sobota: nie gotuję za wiele, głównie odgrzewam, więc spokojnie biorę się za gruntowne sprzątanie kuchni. Na ten czas najlepiej zorganizować dziecku/dzieciom ten czas, by nie przeszkadzały. Może wyjazd do babci?
3.
Zawsze sprzątamy od góry do dołu, a nie odwrotnie
Chodzi o to, by brud i kurz sprowadzić na jedną powierzchnię, a
następnie tam się go skutecznie pozbyć. Część kurzu z wyższych
półek spadnie na niższe. Jeśli wcześniej tam sprzątałaś i
znów teraz musisz posprzątać, wykonujesz tę czynność dwa razy i
to zupełnie niepotrzebnie.
4.
Zawsze od spodu na wierzch, czyli najpierw bałaganimy a potem
sprzątamy
Gruntowne sprzątanie to sprzątanie dokładne: aby posprzątać i
uporządkować szafę należy najpierw wszystko z niej wyrzucić,
przejrzeć garderobę (ewentualnie coś wyrzuć/ przeznaczyć na
szmaty lub nieużywane, ale w dobrym stanie dać tym, którzy
aktualnie są w potrzebie) i dopiero myć, odkurzyć szafę. Jeśli
nasze ubrania leżały długo w nieładzie - należy ubrania
przeprasować; jeśli część jest mocno zakurzona, wrzucić do
prania (w sytuacji, gdy takich ubrań mamy dużo, wystarczy na
odpowiednim programie w pralce tylko je odświeżyć). Zrobi się
bałagan, ale jeśli wytrwasz i będziesz pamiętać, by ubrania
odkładać na swoje miejsce poukładane - nie będziesz musiała tego
robić przez długi czas.
5.
Kolejność wyznacza pracochłonność poszczególnych prac.
Zawsze zaczynamy od tych najbardziej czaso- i pracochłonnych, tych o
dużym „kalibrze”. W pierwszej kolejności zabieramy się za
okna, szafy, szafki kuchenne, dopiero później powierzchnie
znajdujące się niejako na wierzchu. Wyjątkiem jest podłoga, która
zawsze zamyka pracę nad danym pokojem.
6.
W ciąży po każdym większym wysiłku - odpoczynek ok. 10-15 min.
Odpoczynek zalecany jest po każdym większym wysiłku, lub kiedy po
prostu czujesz się zmęczona. Nie czekaj, aż dokończysz mycie
okna: jeśli tylko czujesz się nadwyrężona, od razu usiądź, a
najlepiej połóż się na lewym boku z jaśkiem pod brzuchem. A podany czas jest tylko orientacyjny. Nie wracaj do pracy, jeśli nie
odzyskałaś formy, to się może źle skończyć. Pamiętaj, jeśli
od początku ciąży nie czujesz się za dobrze, nie podejmuj prac
typu „mycie okien”. Zostaw wszystkie na jeden dzień i namów
kogoś, by zrobi to za ciebie. W zamian za to możesz np. upiec
pyszne ciasto, czy odwdzięczyć się w inny sposób.
/Checklista kolejno wykonywanych czynności do pobrania za darmo w formacie pdf
- wersja rozszerzona oraz wersja skrócona/
/Dodatkowo tutaj możesz pobrać plik z całym mini-poradnikiem dotyczącym tej metody gruntownego sprzątania./
Czy artykuł był pomocny? Co sądzisz o tej metodzie sprzątania? A może sama masz dodatkowe rady, które usprawniłyby jeszcze ten sposób sprzątania? Wszystkie cenne uwagi są dla mnie ważne!
wtorek, 26 stycznia 2016
nr 18, 26 stycznia
26 stycznia 2016 r.,
Wtorek
Ciąża: 29 tydzień, 5 dzień
Waga: 64,7 kg
Pogoda: Trochę oklapła ta zima. Przyszła odwilż. Słaba, ale bałwanek całkowicie się poddał i została po nim kałuża, kilka węgielków i kilka lichych patyczków.
18:21
Leżę sama. Dziś eR. został dłużej, żeby zrobić łóżeczko dla H. Niech ma coś nowego. Już tyle wokół nowych rzeczy "dla dzidziusia", jak mówi. Ale w jej głosie pobrzmiewa nutka żalu. Nowe łóżeczko, nowa pościel, w ogóle coś nowego sprawi, że też poczuje się wyjątkowo. Bo na razie wszystko dla tego "dzidziusia", którego nikt nie widział, a już wszystkimi dyryguje.
Chociaż nie mogę powiedzieć. Od początku tłumaczymy jej, co nas czeka za kilka miesięcy i wciąż powtarzamy, że "dzidziuś" będzie dla nas wszystkich, dla niej także. A my wciąż cały czas, niezmiennie ją kochamy i kochać będziemy. Co z tego rozumie - trudno powiedzieć. Wydaje się, że całkiem sporo. Ale nie dowiemy się aż do kwietnia. Wtedy czeka nas sprawdzian. Na samą myśl poczułam skurcz w żołądku z nerwów.
Wciąż wydaje mi się, że nie mogę się doczekać rozwiązania. I naprawdę lepiej byłoby dla wszystkich, gdybym już urodziła. Tymczasem codziennie muszę sobie przypominać, jaki mam teraz luksus: Bulinka w Klubie Malucha, a ja nie muszę jeszcze pracować i mogę spokojnie oddać się temu, co lubię robić, odpoczywać, relaksować się i cieszyć ciszą. Wszystko to ma niestety swoje minusy (tak, ma!). Nie mam dużej odporności psychicznej - nerwica przebyta na studiach zebrała plon i do dziś lubią zajrzeć do mnie jej objawy. Mało przyjemne. A samotność i cisza to jej sprzymierzeńcy. W ich towarzystwie wydaje się trudna do opanowania niż wtedy, kiedy człowiek po prostu musi zrobić to czy owo i musi sie mobilizować mimo zmęczenia.
Taki czas wydaje się idealny dla zapracowanych, którzy chętnie dobę rozciągnęliby dwukrotnie. Marzą o nim i zazdroszczą. A tymczasem to nie wygląda tak różowo. Chyba, że akurat mam dzień sprzątania czy prasowania. Ale to dobre na tydzień lub dwa. Potem człek zaczyna chodzić po ścianach. Wróć: wyobrażać sobie, że po nich chodzi, bo ja przez ostatnie dwa tygodnie bardzo źle się czuję. Dobrze, że jutro mam wizytę. Znów się będę skarżyć na mój los, ale przynajmniej będę wiedzieć, czy te moje ostatnie boleści nie są przyczyną czegoś poważnego.
nr 17, 19 stycznia
Wtorek
Ciąża: 28 tydzień, 5 dzień
Waga: 64, 5 kg
Pogoda: Śnieg. Szaro, chociaż miało być słońce. Klasyczna zima.
9:55
Ciąża: 28 tydzień, 5 dzień
Waga: 64, 5 kg
Pogoda: Śnieg. Szaro, chociaż miało być słońce. Klasyczna zima.
9:55
Tak, klasyczna zima. Śnieg już nie jest taki puchaty i świeżutki. Zdążył osiąść na wszystkim ciężką kupą. A bez słońca wydaje się już nieco pożółkły.
Dziś leżę plackiem.
Ok, wstanę ogarnąć przestrzeń kuchenną, sypialnię i pokój dzienny, gdzie zamelinuję się zaraz pod kocem, z książką, albo czymś takim. Telewizję śniadaniową odstawiłam, odkąd trochę lepiej się poczułam, a i psychicznie też jakoś wzięłam się bardziej w garść i przestałam ją zwyczajnie tolerować. Już nie potrzebowałam ogłupiacza.
Teraz reprezentuję okaz człowieka tak nieapetyczny, że aż żal dupę ściska. Nie jestem w stanie wyjść z łóżka, przykuta bólem, że coś okropnego.
Wczoraj było wyjątkowo źle. W zasadzie bez specjalnego powodu: ból był nie do wytrzymania. Płakałam z bólu, jak dawno nie.
Aż eR. się dziwił.
- Nie płakałaś tak przy tamtym bólu.
- Tamten był paskudny: cholernie dawał czadu, ale i otępiał. Dużo spałam, bo zamieniał się on w ból całego organizmu, więc leżałam jak letargu, nie mogłam nawet mówić, oczy mnie bolały, więc wciąż trzymałam je zamknięte.
- No, wyglądałaś jak widmo...
- Hm. Krzepiące porównanie. Ten ból jest inny, przeszywający i nie otępia, więc czuję go w każdej sekundzie, jak świdruje mi w podbrzuszu, w pachwinach i promieniuje do nóg. Wydaje się nie do zniesienia na takich zasadach, jak tamten.
I dokładnie tak było. Leżałam i płakałam. Teraz też go czuję, ale leżę być może w innej pozycji i to mi pomaga. Może też to łóżko lepiej mi robi niż kanapa w pokoju? Sama nie wiem, czy wolałabym, żeby to kręgosłup mnie bolał, a nie tylko wysyłał te okropne nerwobóle.
No i to przeciążenie... Jak pochodzę, od razu czuję okropne parcie, ble. A jak za długo leżę, od ból odkręgosłupowy. Czy ja zwariowałam, czy to się przypadkiem nie wyklucza?
nr 14 , 10 stycznia
10 stycznia 2016 r.,
Niedziela
Ciąża: 27 tydzień, 3 dzień
Waga: 63,7 kg
Pogoda: Okropna. Szaro, mgliście, pada deszcz. Zero słońca, nie chce się żyć specjalnie.
9:00
Obudziłam się z bólem brzucha. Znów. Tylko tym razem był bardziej nieznośny. Na śniadanie no-spa. Na obiad no-spa z kromką chleba z masłem. Potem jakiś jogurt i niech ten dzień wreszcie się skończy...
Słów kilka o minionej nocy...
Jagódka budziła się często w nocy. Tak dla odmiany. A z jakiego powodu? Ano z powodu swoich nowych "przytulanek". Od księdza dostała dwa obrazki (bardzo ładne, swoją drogą): przedstawiający obudzenie pasterzy przez Anioła, a drugi z Matką Boską i Dzieciątkiem. I musiała z nimi spać.
- Nie ma...! - szlochała ze swojego łóżeczka. - Buuuu...!
- Czego nie ma? - pyta zaspanym głosiem eR.
- Nie ma... haniołka! - Wszystkie wyrazy na "a" ona musi zaczynać od "ha".
- Aniołka? - spytał skołowany.
- Zezuska! - doprawiła z jeszcze większym płaczem.
- Nie ma tych obrazków - wyjaśniłam po drugiej stronie łóżka.
Kiedy już eR. je odnalazł Mała przypomniała sobie, że miała jeszcze tego maleńkiego baranka. I znów bek.
Baranek, chociaż malutki, znalazł się ostatecznie. Na chwilę mieliśmy spokój. Ale mała wymusiła spanie w łóżku z nami. Po środku.
I zaraz zaczęła jęczeć, że:
- Poduuuusia...! - Chodziło jej o swojego jaśka z wizerunkiem Kubusia Puchatka, którego zostawiła w swoim łóżeczku.
Albo:
- Nie ma haniołka...! - Gdzieś wypadł jej któryś z obrazków.
Czy:
- Balaaanek! - Ten to się lubił zapodziać...
Kiedy sytuację udało się opanować, nim oboje straciliśmy panowanie nad swoimi głosami, nastała w końcu cisza.
Ale tylko na chwilę. Bulina znów zaczęła zawodzić. I od razu przeszła w dramatyczny szloch.
- Co tym razem? - stękął eR.
- Co się stało? - pytam ją.
- Siesieekę...!
Zgłupieliśmy.
- Co?
- Siesieeenkę...!
- A, piosenkę? - odblokowało mnie. - Zaśpiewać ci kołysankę?
- Tak. Haniołku. - Jeszcze słyszałam w jej głosie resztki płaczu, ale już wiedziała, że sytuacja zostanie opanowana. eR. prychnął po drugiej stronie łózka. Trudno stwierdzić, czy z niedowierzania czy ze śmiechu. Absurdalna sytuacja. Histeria, bo ona chce kołysankę. O aniołku.
Kołysanka jest bardzo ładna, ale tylko w jednej linijce pojawia się słowo "aniołek". Dla niej to jest kołysanka o aniołku. Niech będzie i niech już zaśnie.
Kołysanka prześpiewana dwa razy ochrypłym, przerywanym głosem i dziecko spało jak... niemowlę.
Skądinąd przegłupie to porównanie.
nr 12, 11 listpopada
11 listopada 2015 r.,
Środa
Ciąża: 18 tygodni, 6 dzień
Waga: 56, 3 kg
Pogoda: ładna, jesienna aura, chociaż liście już nie takie kolorowe i w większości leżą na ziemi.
20:03
Przyprowadzaliśmy się. Duża rzecz. Zwłaszcza w moim stanie.
Przyprowadzaliśmy się. Duża rzecz. Zwłaszcza w moim stanie.
Z drugiej strony ulżyło nam miesięcznie o 450 zł. A to sporo, biorąc pod uwagę fakt, że prowadzę bardzo stacjonarny tryb życia.
No, czyli ja taka nieruchawa, więc częściowo pakowała mnie siostra z mężem, częściowo eR. z moją mamą. Z tego też powodu ta przeprowadzka były taka "szarpana". W mieszkaniu już nie dało się mieszkać, ale w nowym domu jeszcze też nie. Dlatego mieszkaliśmy tydzień u moich rodziców. Już jesteśmy na miejscu i prócz tego, że mogłabym czuć się lepiej, jestem mega szczęśliwa z efektów. Mamy jeszcze sporo do zrobienia, dopracowania, ale teraz już spokojnie można mieszkać i dopieszczać wystrój. Poza tym, pewne rzeczy i tak będą czekać ze 3 lata (np. II piętro). Tak czy siak, z pewnością nasze portfele odsapną. Niestety ja nadal wciąż nie prowadzę auta, bo jako pasażer nie za dobrze znoszę jazdę samochodem, a co dopiero sama za kółkiem, więc eR. się najeździ niestety. Musimy to przeboleć. Ale daję korki, bo to zasila budżet. Nawet jeśli nie jakoś szaleńczo, to zawsze mogą pokryć zakupy i bieżące wydatki.
Poza tym trochę się lepiej czuję, ale nie ma szału. Wciąż nie mogę robić za wiele. Coraz bardziej wkurza to... nie tylko mnie. Ale chyba nie mam sił o tym pisać. Kiedy tylko trochę lepiej się poczuję, od razu ludziom wydaje się, że to momentalnie mogę i to, i tamto. Tymczasem, jeśli tylko za coś się zabiorę od razu okupuję to bólami brzucha. Także tego...
Poza tym trochę się lepiej czuję, ale nie ma szału. Wciąż nie mogę robić za wiele. Coraz bardziej wkurza to... nie tylko mnie. Ale chyba nie mam sił o tym pisać. Kiedy tylko trochę lepiej się poczuję, od razu ludziom wydaje się, że to momentalnie mogę i to, i tamto. Tymczasem, jeśli tylko za coś się zabiorę od razu okupuję to bólami brzucha. Także tego...
Przecież każdy na moim miejscu szukałaby alternatywy dla leżenia, patrzenia w sufit i zamęczania się ponurymi myślami. I tak większość dnia jestem sama. A to wystarczy, żeby wpaść w deprechę. Wolę robić cokolwiek, nawet małego. Niestety niektórzy odczytują to jako ogromną poprawę mojego stanu i kiedy mówię, że zaraz się muszę położyć, to patrzą na mnie, że "przecież jak to? Dopiero co chodziłam".
Ech... Niestety radość z bycia w ciąży jest trochę... przereklamowana. Te wszystkie obrazki z kolorowych pism (siedząca kobieta, która na środku pokoju przebiera w małych ciuszkach, śmieje się i po prostu promienieje) ... takie rzeczy to raczej należą do rzadkości. Jeśli człowiek jeszcze nie czuje się jak podwójna (pełna!) szafa, to zmaga się z nudnościami, złym samopoczuciem (hormony) itp. Wtedy na pewno nie czuje się jak gwiazda Hollywood. Po prostu trudno sobie wyobrazić, w którym momencie ciąży oni robią te zdjęcia.
Ale odchodząc od narzekania... wiemy, że to będzie dziewczynka! Teraz tylko wybrać imię... bagatela...
Ale odchodząc od narzekania... wiemy, że to będzie dziewczynka! Teraz tylko wybrać imię... bagatela...
nr 11, 10 października
10 października 2015 r.
Sobota
Ciąża: 14 tydzień, 2 dzień
Waga: 56, 4 kg
Pogoda:
20:03
Wypuścili mnie do domu. Trochę się lepiej czuję, ale i tak muszę być bardzo ostrożna. Zero wysiłku. Jak sprzątam, to tylko jak się lepiej czuję i naprawdę bezwysiłkowo. I tylko przez chwilę, bo zaraz muszę poleżeć. Ale najważniejsze, że w domu. Tego leżenia w szpitalu w Krakowie miałam naprawdę dosyć.
We wtorek muszę znów tam jechać. Na kontrolę. Ta jazda tam mnie wykończy, czuję się po niej jak przejechana walcem, przeżuta przez krowę i wypluta...
Poza tym cholernie teraz drogo kosztuje mnie zdrowie. Dosłownie. 10 sztuk zastrzyków kosztuje 125 zł, a mam brać przez cały miesiąc! Plus kolenie 50 zł na tabletki z progesteronem na te jajniki. Pójdziemy z torbami, a nie przeprowadzimy się do domu... Chyba nie muszę dodawać kolejnych 120 zł za wizytę u lekarza i bez mała 300 zł za badania, bo przecież NFZ nie refunduje badań... Jeszcze nie ma dziecka, a już człowiek wydaje fortunę...
Dlatego nie mogę już czekać, tylko od poniedziałku ruszam z lekcjami. Zarobię sobie na 10 zastrzyków i może na ten lek z progesteronem..., ale muszę. Co z tego, że źle się czuję. Po prostu muszę. Swoją drogą, mamy zaraz środek października, nie mogę dłużej zwlekać, bo stracę tych uczniów. Modlę się tylko, żeby przetrwać te lekcje w poniedziałek (3 h pod rząd), a jeszcze muszę tam dojechać... I tego boję się najbardziej...
No nic. Już nie narzekam, bo ostatnio człowiek ma taki humor, że tylko by narzekał, a przecież mogło być gorzej...
nr 10, 4 października
4 października 2015 r.
Niedziela
Ciąża: 13 tydzień, 4 dzień
Waga: nie wiem, ale chyba nie tyję...
Pogoda: U nas nadal ładnie i ciepło. Żal serce ściska, że nie mogę skorzystać z pogody. Z drugiej strony fajnie, że ta jesień taka ładna i optymistyczna. Mimo żalu mam inne nastawienie niż jakby lało, było brzydko i zimno.
9:46
Stanęło na tym, że ostatecznie nie zrobili mi tego nakłucia, bo dziecko jest jednak małe, wiec ryzyko poronienia jest większe. Chociaż bardziej chodziło im o to, że ja już jestem długo pod wpływem silnego stresu, a to jest samo w sobie - mówiąc delikatnie - niewskazane. Jeśli do tego dojdzie nakłucie, może być groźnie... Komfort komfortem, ale jeśli mogę stracić dziecko, to wolę cierpieć. I to nie tak, że odznacza mnie jakiś szczególny heroizm. Wręcz przeciwnie. Ale matki tak po prostu mają.
Przenieśli mnie na inny oddział, na ten, na którym powinnam być.. Ten paskudny, odpychający... Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, kiedy "zakwaterowano" mnie do dwójki. Tylko ja i jakaś młoda dziewczyna w podobnym wieku co ja. Sala co prawda nie jest taka fajna jak tam, ale na tym oddziale nie ma ładnych sal, wiec ciesze się dwójką;)
Tu mam być na obserwację. W weekend szpital zamiera. Niestety tu jest inaczej niż w naszym szpitalu, gdzie przynajmniej jest dużo odwiedzających, a tutaj naprawdę niewiele. Chyba dlatego, że wiele osób jest spoza Krakowa. Ale cisza jaka panuje na korytarzu jest praktycznie martwa... coś okropnego. A noc? Budzę się do sikania, a tutaj okropnie cicho, jakbym sama była... upiornie.
Ból niestety wciąż mi dokucza i twarz mam cholernie zmęczoną... Po sesji na studiach wyglądałam lepiej.
A dopiero w poniedziałek będę coś wiedziała. Może się okazać, że lekarze na tym oddziale zadecydują inaczej i będą mnie kłuć, albo w ogóle wypuszczą (tak jak ostatnio). Kto ich tam wie...
Wczoraj miałam straszny kryzys. Chciało mi się beczeć i po prostu zabrać się do domu. H. ze mną rozmawiała przez telefon (o ile można to nazwać, w końcu ona jeszcze nie bardzo potrafi rozmawiać). Pod koniec miałam taką gulę w gardle, że bałam się dalej mówić... Strasznie za nimi tęsknie. Tylko, że eR. mnie odwiedzi, a mała Jagódka - nie...
środa, 20 stycznia 2016
nr 9, 1 października
Czwartek
Ciąża: 13 tydzień, 1 dzień
Waga: może trochę ponad 56? może prawie 57? nie wiem. nie dbam o to. póki co. to znaczy: póki noszę głównie piżamy.
Pogoda: śliczna. świeci słońce, niebo bezchmurne, 13 stopni, jak widzę na telefonie...
13:19
Dzisiejszy poranek nieoczekiwanie przybrał inny obrót spraw. Od wczorajszego popołudnia "dolegliwości bólowe" (niedługo będę się tylko takimi medycznymi sformułowaniami posługiwać) pogłębiły się. A dziś rano jeszcze nie wstałam na poranną toaletę, a już mi ból doskwierał (zazwyczaj po nocy, tj. po długim leżeniu we względnym bezruchu, było lepiej). Zbadali mnie jeszcze raz, ale po badaniu nie wiedziałam wiele więcej.
Przyszło śniadanie, ale nie zdążyłam nawet czknąć: wzięli mnie na USG i lekarz, który to badanie przeprowadzał (na tabliczce przed drzwiami zobaczyłam nazwisko: to był ten lekarz, który potrafił przeprowadzić biopsję kosmówki!) stwierdził, że on te cysty (torbiele) może nakłuć.
Swoją drogą badanie było bardzo sprawne i dokładnie zrobione. Od razu można to było wyczuć: pełna profeska. Dzidzius elegancko się prezentował na obrazie. Badał mi jeszcze przepływ krwi w łożysku i jajnikach, czego wcześniej nie robiono.
No, czyli zaproponował mi przekłucie cyst. A ponieważ ten jeden, najbardziej mi dokuczający jajnik jest z przodu i jest wyczuwalny "pod ręką", on normalnie zrobiliby to przez brzuch ze znieczuleniem miejscowym. Drugi jajnik jest z tylu i trzeba byłoby to przekłucie robić "od wewnątrz", co jest bardziej skomplikowane, bo to byłby już bardziej zabieg. On proponuje, by najpierw przekłuć jeden i zobaczyć czy będzie poprawa i w ogóle, jak organizm zareaguje...
Czy to konieczne? Powiedział, że to na razie nie jest kwestia życia i śmierci i mogę czekać, aż te zmiany się cofną. Tak może się stać, kiedy łożysko się całkowicie wykształci i przejmie "opiekę" nad dzieckiem. Teraz, póki łożysko jest w fazie rozwoju, jajniki są obciążone "dbaniem" o dziecko. Ale to znaczy, że jeszcze długo będę leżeć i walczyć z bólem. A idzie już trzeci tydzień, jak mnie boli. Zaczynają mnie od tego boleć nogi... mam już szczerze dość tego bólu, bo leki prawie nie pomagają... Jednak ból to jedna strona medalu.
Inna kwestia to taka, że jeśli zmiany się nie cofną, może być za późno, bo dziecko będzie za duże i będzie uniemożliwiało dostanie się do tych jajników.
Niestety istnieje także zagrożenie, że te cysty popękają, poskręcają się i jak się tam w środku to rozleje, to będę miała duży problem. A skręt jajnika oznacza jego usunięcie.
Konsultowałam się ze swoim lekarzem, który już wszystko wiedział, kiedy do niego oddzwaniałam. Mówił, że rzeczywiście istnieje to ryzyko. Zresztą on mi o tym mówił od początku, a dziecko rośnie i zaczyna się robić ciasno. A stres organizmu powodowany przewlekłym bólem może bardziej zaszkodzić dziecku niż nakłucie. To nakłucie też może spowodować poronienie, ale z tego co mówił lekarz, prawdopodobieństwo jest minimalne. Co nie wyklucza i najgorszych scenariuszy. Biorę progesteron w tabletkach na podtrzymanie ciąży i potem też będę brać... W ramach takiego jakby "wsparcia" organizmu. Potem i tak będę pod ich kontrola w szpitalu...
- Jeśli będzie to robił W. (nazwisko lekarza, który przeprowadzał to badanie i miałby przebijać te cysty), to ja bym się zgodził - powiedział na koniec.
Wyraziłam zgodę. Pisemną. To nakłucie będzie jutro.
13:50
Ledwo to napisałam, a przyszedł lekarz. Pytał, czy miałam kiedyś - uwaga - nerwicę. Dość mnie to zaintrygowało. Skąd oni to wiedzą?!
- A jakie miała Pani objawy?
- Ataki bulimiczne... - powiedziałam niechętnie. - Ale nie sądzę, by to miało jakiś wpływ. To było jeszcze przed pierwszą ciążą, która przebiegła prawidłowo...
- Czy jutro mogłaby Pani spotkać się z psychiatrą? Przyszedłby tu do Pani - zaproponował.
- W porządku - powiedziałam. - Ale czy na jutro nie jest ustalone nakłucie cyst?
- Cały czas zastanawiamy się, czy nie ma lepszego rozwiązania...
W końcu nakłucie zawsze niesie ryzyko poronienia. Normalnie nie aż takie, ale w moim wypadku mamy do czynienia z długotrwałym stresem. Nakłucie przy takim stresie może wywołać reakcję, której nie można przewidzieć. Czyli ryzyko rośnie.
Psychiatra ma ocenić czy jakieś zaszłości nerwicowe, które w lekkiej formie ale jednak, czasem wracają, nie mogły się przyczynić do powiększenia jajników. Wizyta psychiatry jednak nie wyklucza nakłucia.
13:19
Dzisiejszy poranek nieoczekiwanie przybrał inny obrót spraw. Od wczorajszego popołudnia "dolegliwości bólowe" (niedługo będę się tylko takimi medycznymi sformułowaniami posługiwać) pogłębiły się. A dziś rano jeszcze nie wstałam na poranną toaletę, a już mi ból doskwierał (zazwyczaj po nocy, tj. po długim leżeniu we względnym bezruchu, było lepiej). Zbadali mnie jeszcze raz, ale po badaniu nie wiedziałam wiele więcej.
Przyszło śniadanie, ale nie zdążyłam nawet czknąć: wzięli mnie na USG i lekarz, który to badanie przeprowadzał (na tabliczce przed drzwiami zobaczyłam nazwisko: to był ten lekarz, który potrafił przeprowadzić biopsję kosmówki!) stwierdził, że on te cysty (torbiele) może nakłuć.
Swoją drogą badanie było bardzo sprawne i dokładnie zrobione. Od razu można to było wyczuć: pełna profeska. Dzidzius elegancko się prezentował na obrazie. Badał mi jeszcze przepływ krwi w łożysku i jajnikach, czego wcześniej nie robiono.
No, czyli zaproponował mi przekłucie cyst. A ponieważ ten jeden, najbardziej mi dokuczający jajnik jest z przodu i jest wyczuwalny "pod ręką", on normalnie zrobiliby to przez brzuch ze znieczuleniem miejscowym. Drugi jajnik jest z tylu i trzeba byłoby to przekłucie robić "od wewnątrz", co jest bardziej skomplikowane, bo to byłby już bardziej zabieg. On proponuje, by najpierw przekłuć jeden i zobaczyć czy będzie poprawa i w ogóle, jak organizm zareaguje...
Czy to konieczne? Powiedział, że to na razie nie jest kwestia życia i śmierci i mogę czekać, aż te zmiany się cofną. Tak może się stać, kiedy łożysko się całkowicie wykształci i przejmie "opiekę" nad dzieckiem. Teraz, póki łożysko jest w fazie rozwoju, jajniki są obciążone "dbaniem" o dziecko. Ale to znaczy, że jeszcze długo będę leżeć i walczyć z bólem. A idzie już trzeci tydzień, jak mnie boli. Zaczynają mnie od tego boleć nogi... mam już szczerze dość tego bólu, bo leki prawie nie pomagają... Jednak ból to jedna strona medalu.
Inna kwestia to taka, że jeśli zmiany się nie cofną, może być za późno, bo dziecko będzie za duże i będzie uniemożliwiało dostanie się do tych jajników.
Niestety istnieje także zagrożenie, że te cysty popękają, poskręcają się i jak się tam w środku to rozleje, to będę miała duży problem. A skręt jajnika oznacza jego usunięcie.
Konsultowałam się ze swoim lekarzem, który już wszystko wiedział, kiedy do niego oddzwaniałam. Mówił, że rzeczywiście istnieje to ryzyko. Zresztą on mi o tym mówił od początku, a dziecko rośnie i zaczyna się robić ciasno. A stres organizmu powodowany przewlekłym bólem może bardziej zaszkodzić dziecku niż nakłucie. To nakłucie też może spowodować poronienie, ale z tego co mówił lekarz, prawdopodobieństwo jest minimalne. Co nie wyklucza i najgorszych scenariuszy. Biorę progesteron w tabletkach na podtrzymanie ciąży i potem też będę brać... W ramach takiego jakby "wsparcia" organizmu. Potem i tak będę pod ich kontrola w szpitalu...
- Jeśli będzie to robił W. (nazwisko lekarza, który przeprowadzał to badanie i miałby przebijać te cysty), to ja bym się zgodził - powiedział na koniec.
Wyraziłam zgodę. Pisemną. To nakłucie będzie jutro.
13:50
Ledwo to napisałam, a przyszedł lekarz. Pytał, czy miałam kiedyś - uwaga - nerwicę. Dość mnie to zaintrygowało. Skąd oni to wiedzą?!
- A jakie miała Pani objawy?
- Ataki bulimiczne... - powiedziałam niechętnie. - Ale nie sądzę, by to miało jakiś wpływ. To było jeszcze przed pierwszą ciążą, która przebiegła prawidłowo...
- Czy jutro mogłaby Pani spotkać się z psychiatrą? Przyszedłby tu do Pani - zaproponował.
- W porządku - powiedziałam. - Ale czy na jutro nie jest ustalone nakłucie cyst?
- Cały czas zastanawiamy się, czy nie ma lepszego rozwiązania...
W końcu nakłucie zawsze niesie ryzyko poronienia. Normalnie nie aż takie, ale w moim wypadku mamy do czynienia z długotrwałym stresem. Nakłucie przy takim stresie może wywołać reakcję, której nie można przewidzieć. Czyli ryzyko rośnie.
Psychiatra ma ocenić czy jakieś zaszłości nerwicowe, które w lekkiej formie ale jednak, czasem wracają, nie mogły się przyczynić do powiększenia jajników. Wizyta psychiatry jednak nie wyklucza nakłucia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Bądź na bieżąco



















