Pokazywanie postów oznaczonych etykietą badania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą badania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 stycznia 2018

25 stycznia - czyli o tym, jak niełatwo znaleźć czas

25 stycznie 2018 r.
Czwartek







22:05


Codziennie szukam czasu. Co za absurd - tak bardzo mnie goni czas, a ja go jeszcze szukam. Większym absurdem jest fakt, że mimo iż mnie goni - ja go nie potrafię znaleźć. Język polski jest przekombinowany, jak widać. 

Tymczasem czas ucieka (i równocześnie mnie goni? chyba zaczynam tracić kontrolę nad logiką). A ja zapętlona w pracę, dom i dzieci, chcąc - jak to ja - wszystko robić na 100% w najwyższej jakości. No to wiadomo, że gdzieś mnie zabraknie. Najczęściej brakuje mnie tam, gdzie jest najmniejsza strata. Mając za priorytet prawdziwe życie, to wirtualne zostaje zapuszczone. Ostatecznie lepiej w tę stronę, niż gdybym miała przekładać Obywatelkę Matkę nad siebie samą. Wówczas należałoby się martwić. 

Tylko co zrobić, by czas tak nie gnał do przodu? Leci na złamanie karku, tylko patrzeć, jak wybije sobie zęby na pierwszym-lepszym zakręcie. Ale dzielnie się trzyma. Nie to, co ja: ledwo nadążam. A jeszcze bym chciała korzystać z życia, jak to się mówi. I nawet być zrobiła coś w tym kierunku, tylko, że czas biegnie za szybko. Dni zlewają się się w tygodnie i nawet nie wiem, kiedy minął styczeń, no przysięgam. Przecież dopiero co był sylwester! I odnoszę wrażenie, że wiele rzeczy załatwiam mimochodem, przelotnie, że chciałoby się powiedzieć na kolanie

Bo nie ma czasu nawet siąść ze spokojem z kubkiem kawy. Ok, dobra, ostatnio nawet mam czas na kawę. Ale absolutnie nie mogę robić niczego innego przy okazji, inaczej zaraz ucieknie mi z głowy świadomość, że mam tę chwilę jednak dla siebie. Taką malutką. W przeciwnym razie większość życia umknie mi przy okazji

Tylko dzieci zaznaczają, że są nieśpieszne w tym swoim świecie cudownej nieświadomości czasu. Jeśli już coś mają z nim wspólnego, to to, że im się nudzi, bo czas się wlecze, kiedy są chore. Od razu człek się cieszy, że ma dzieci. Jak ja bym chciała, by czas chociaż na chwilę się dla mnie wlókł. Eh...




22:24

Jeszcze tylko napiszę, co wyszło z tego całego badania, o którym pisałam tutaj

Pojechałam do tego Krakowa, oczywiście na czczo, bo dyscyplina poranna, kiedy wstanie się w ostatnim momencie, uniemożliwia mi śniadanie. Najpierw dzieci do przedszkola, potem odstawić samochód na parking i do busa. I to wszystko tak, by zdążyć na tego o 8:05. Zdążyłam, chociaż sama nie wiem, jak. 

W busie, rzecz jasna, swoisty zapach, od którego robi się niedobrze w głowie. Tak, w głowie. Mnie się nigdy w busie nie robi niedobrze od żołądka, ale od głowy. Duszność, zapachy różnego rodzaju przeszkadzają mojej głowie, a nie żołądkowi. 

Na szczęście dojechałam pół godziny przed czasem, w sam raz, by kupić sobie jakieś śniadanie, zjeść i zajść do Kliniki. Wyjątkowo był to ładny dzień. Pamiętam, bo cały tydzień był szary, a tego dnia słońce aż mnie raziło. 

Przebyta droga do kliniki minęła mi szybko i bezboleśnie. Trochę żołądek się ścisnął, kiedy już weszłam na teren Szpitala klinicznego. Szybko jednak dotarłam na miejsce, starając się nie myśleć o tych wszystkich ludziach i o sobie sprzed dwóch lat. Nie musiałam długo czekać na badanie, poszło tak sprawnie, że po 20 minutach byłam po samym badaniu, ankiecie i krótkiej rozmowy z lekarką. 

Wracając, celowo zadzwoniłam do koleżanki, by nie myśleć za wiele o tym, co było. Lekarka jasno dała mi do zrozumienia, że szanse mam 50/50. I jeśli taka moja uroda, to tak będę miała w ciąży. Z drugiej strony, pierwsza ciąża była bezproblemowa i ostatecznie wcale ta trzecia nie musi być narażona na powtórkę z rozrywki.  

Plusem było niewątpliwie samo badanie, z którego dowiedziałam się, że wszystko się w normie. Cudne uczucie, jeśli ma się inne doświadczenia.







czwartek, 4 stycznia 2018

4 stycznia - nigdy nie wiesz, kiedy uśpione demony postanowią wrócić

4 stycznia 2018 r.
Czwartek






11:43


Jakoś tuż po Świętach zadzwonił telefon. Numer nieznany. Pomyślałam: potencjalny uczeń. Odebrałam.
- Halo?
- Dzień dobry, czy mam przyjemność z [...]? - zapytała uprzejmie młoda kobieta, sądząc po głosie. 
- Tak - odpowiedziałam, siląc się na uprzejmość, bo przeczuwałam kolejny atak z call center. W myślach już chciałam się rozłączyć. 
- Ja dzwonię z Oddziału Klinicznego Ginekologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Pani u nas leżała w czasie ciąży z powodu cyst na jajnikach. Przypomina sobie Pani taką sytuację?

Ależ skąd!, odpowiedziałam jej w myślach ironicznie, wizualizując sobie te dni, które wlekły się niczym lata, w niepewności, pełna obaw w związku z potencjalnym zagrożeniem ciąży i mojego życia. Czy da się coś takiego zapomnieć?

- Tak, pamiętam - odpowiedziałam uprzejmie, chociaż na język aż się cisnęło: "Ciekawe, czy Pani by zapomniałam. Przecież do końca życia będę to miała w głowie!"
- Otóż obecnie prowadzimy projekt, który pozwala nam się bliżej przypatrzeć takim trudnym przypadkom - ciągnęła sympatycznie babeczka. Miała miły głos, chociaż zapewne nie miała bladego pojęcia, co znaczą dziewięciocentymetrowe cysty na jajkach w ciąży. Chociaż nigdy nic nie wiadomo. 

Nie chciałam być złośliwa, wtrącając się z komentarzem typu: "Widzę, że pieniądze się pojawiły końcem roku", ale wspomnienia z pobytu w tym szpitalu mocno nadszarpnęły mi nerwy. I tu nie chodzi o sam trudny przypadek. Pisałam o tym w jednym z pierwszych postów. A także w kilku kolejnych tutu i tak się to ciągnęło przez cały wrzesień

- Rozumiem - odparłam. 
- Przeprowadzamy badania USG u kobiet, które miały takie przypadki i badamy je pod tym kątem. To są z reguły niewyjaśnione sprawy i chcemy po prostu w przyszłości móc pomóc kobietom, ale to wymaga wielu różnych badań.
- Aha... - skwitowałam. Cóż mogłam innego powiedzieć: "Czad!"?
- Czy w związku z tym byłaby Pani skłonna przyjechać do nas na takie badanie? - zapytała.
- Sądzę, że tak - odpowiedziałam, szybko kalkulując w głowie, że znów będę musiała odwołać lekcje. - A kiedy?
- Proponowałabym piątek 5 stycznia - usłyszałam. 
- W piątek... - Trybiki kręcą się jak szalone: to ile mi przepadnie lekcji? Może udałoby się, żeby to była tylko jedna lekcja. - A o której godzinie?
- O 9:40 lub 10:20 - odpowiedziała bez wahania. 

Wiedziałam, że nie zdążę na 9:40. Trzeba dzieci zawieźć do przedszkola. Za to w drugim przypadku będę musiała coś odwołać. 

- Niech będzie 10:20 - odpowiedziałam po chwili namysłu. Stało się, klamka zapadła. Jadę na badanie. 

Dopiero potem dotarło do mnie to wszystko. Znów będę musiała tam jechać. Jeździłam tam kilka ładnych miesięcy, sporo czasu też leżałam na oddziale. A teraz znów będę musiała tam być. W tej cholernej poczekalni. Fala wspomnień spłynęła na mnie jeszcze zanim zdążyłam się rozłączyć. 
- Tylko proszę nie rejestrować się - usłyszałam po drugiej stronie, jakby ktoś coś mówił przez słabo odbierający radioodbiornik. 
- Słucham?
- To jest osobny projekt niezwiązany z samym działaniem szpitala, więc proszę się udać bezpośrednio do pracowni USG - wyjaśniła cierpliwie.

Próbowałam sobie przypomnieć, czy były tak jakiś drzwi z napisem USG. I nie mogłam. To chyba dobry znak, pomyślałam. Wspomnienia się zacierają. Szkoda tylko, że nie mocje, które niosą. 
- Czy mogłaby mi Pani wyjaśnić, gdzie jest pracownia USG? - zapytałam z bólem. Wiedziałam, że teraz zacznie mi opisywać, co gdzie jest, by opisać to miejsce. 

Przełknęłam to jakoś i rozłączyłam się. 
Rozbolała mnie głowa. Szlag.


A potem na spokojnie już pomyślałam, że to dobrze. To nawet nie tyle dobrze, co świetnie! Może moje badanie coś wykaże. Może nawet pomoże mi. W końcu czy ewentualna kolejna ciąża nie będzie podobna do tej ostatniej, czy może gorsza, to byłaby informacja na wagę złota. Może uda się ustalić, co było przyczyną i uniknąć tego w przyszłości. A może trzeba będzie zrobić inne dodatkowe badania. Ale będę wiedzieć, na czym stoję. Ciąża w tym momencie byłaby bardzo ryzykowna. A ja nieprawdę nie chcę powtórki z tej wątpliwej jakości rozrywki. Nie chcę ryzykować życia ani zdrowia swojego ani ewentualnego dziecka. 

Dobrze, że tam jadę. Co prawda już czuję, jak budzą się stare demony, ściskają mi pierś, że nie mogę głęboko oddychać, mącą myśli i zaburzają łaknienie... Ale jak mówi klasyk: for the greater good.



czwartek, 19 stycznia 2017

19 stycznia - że ja? że cholesterol?




19 stycznia 2017 r.
Czwartek 




Mania: 9 miesięcy i 4 dni
Bu: 3 lata, 3 miesiące i 3 dni (fajnie, co?)
Waga: Nie wiem. Po ubraniach nie widzę zmian.
Pogoda: Dziś wyszło słońce, więc trochę jakby mniej śmierdziało na polu dymem. Ale mrozik był.




22:04


Mania chora. Od poniedziałku zakatarzona jak fiks. Ale nie ma temperatury. Tylko takie chore oczka i rumieńce. Jest żywa i w miarę ma apetyt, więc chyba po prostu źle znosi zakatarzone klimaty. Podejrzewam też, że od zeszłego weekendu trwa sok rozwojowy. Buczy za mną jak tylko zniknę. Gorzej śpi w dzień, wieczorami nie ma opcji, by usypiał ją ktoś inny. Nie wiem, co będzie w sobotę, kiedy to mamy pójść na imprezę, na którą umawiamy się od dwóch miesięcy. Nie wiem, ale na razie o tym nie myślę. Bo myślę o czymś innym.

Ostatnio kiepsko u mnie ze wszystkim. Z nerwami, z psychiką, z dietą, z ruchem, z energią... Kiepsko i nie ma widoków, by szło ku lepszemu. 

- Idź, zrób badania - powiedział eR. po tym, jak dzień wcześniej o mało co nie zasłabłam przy zmianie pościeli, a potem przed Biedrą. 
No to poszłam. I od razu z góry na dół: mocz, morfologia, glukoza, potas, żelazo, jonogram, na wątrobę, cholesterol i cytologia. Oczywiście nie z krwi, wiadomo. 

Dziś wyniki. Odebrał eR.:
- Dobre masz wszystkie - skrótowo przedstawił sprawę przez telefon. 
- To spoko. 


A potem w domu patrzę: super, niby wiele w dolnej normie. W zasadzie na pograniczu, ale wiadomo, że te normy trzeba traktować jak pewne wskazówki do odczytu badań. Ale ok. Tylko patrzę na ten cholesterol i myślę, że to chyba i tak dużo, jak na mnie. Co prawda zrobiłam tylko ten całkowity i nie wiem, jak udział ma w tym ten "zły", ale mimo wszystko. 

Bo przecież ja, zdrowo się odżywiająca, nieznosząca smażonego, tłustego, głównie warzywa, owoce, duża różnorodność... A tu taki zgrzyt. Aż eR. się zaśmiał, że jemu kazałam na złamanie karku lecieć i robić, bo można być chudym ale z powodu złej i tłustej diety mieć podwyższony cholesterol. No to poleciał. I ma mniej niż ja o 0.50 mmo/L. 

Wkurzyłam się. I od razu w internety: Już mi tu podać inne przyczyny! - krzyczę w ekran. No i mam winowajcę. Brak ruchu i hektolitry kawy. I wtedy też lepiej zastanowiłam się nad swoją dietą ostatnich miesięcy. Niestety mało w niej było konkretów. Głównie ciastko na obiad, jogurt, czasem jakiś owoc, jak mnie natchnęło i - powiedzmy - w sumie 2 kromki chleba z masłem. A główny płyn? Kawa. No i umówmy się, przy dziecku nie ma takiego ruchu, jaki daje sport. A też męczy. 

No i niby mam dobrze w normie, ale za dużo jak na mnie. Po prostu. I od razu postanowienie. Nawet, jak nie mogę patrzeć na normalne jedzenie, czas zamienić chociaż kawę na wodę. Może ciepłą, bo w zimie picie zimnej wody mnie odpycha. Albo herbaty owocowe, o! Ale kawę muszę sobie raz dziennie zapodać na podniesienie ciśnienia. Ok, zrezygnuję też z ciastka na obiad.


A Wy jak tam, badacie się regularnie? Od wielkiego dzwonu, czy w ogóle w natłoku spraw zapominacie? No i jak Wasz cholesterol, zwany u mnie w rodzinie "cholerosterolem" :)



niedziela, 1 maja 2016

nr 31, 30 kwietnia



30 kwietnia 2016 r.
Sobota


Mania: 16 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 15 dni
Waga: 61 kg
Pogoda: Wiosenna, chociaż wciąż straszą, że "to ostatni taki ładny dzień, potem ma się popsuć". Zrobiło się ciepło, mimo rześkiego poranka (4*C).


12:21




Wczoraj miałam mieć kontrolę po zabiegu.

Witam się z lekarzem.
- I jak się czujemy? - pyta. Moja "ulubiona" forma pytania w liczbie mnogiej.
- Dobrze - odpowiadam zadowolona, że w końcu mam dobre wieści. - Nawet już nie krwawię.

Zatrzymał się w pół kroku podczas przygotowania kozetki przy USG.
- Ale w ogóle? - patrzy na mnie z... uch! Czy to jest niepokój?
- Eee... tak - odpowiadam. Uśmiech gaśnie mi z twarzy. - O, nie... To nie jest dobry znak, prawda?

Kładę się i odsłaniam brzuch. Lekarz wzdycha.
- No i znów się ta macica zawinęła do tyłu. A tutaj - pokazuje mi na monitorze - widać, że w środku pewnie coś jeszcze jest... Skrzepy, krew... ale to się będzie musiało już wchłonąć.

Teraz wzdycham ja.
- Chyba będę musiał przepisać Pani antybiotyk, żeby coś się tam w tym czasie nie rozwinęło.

Czeka mnie jeszcze jedna wizyta kontrolna. Przynajmniej.

- Czy nie ma opcji, żebym jakoś sama mogła...hm... naprostować tę moją macicę? - pytam. Słaba nadzieja wdziera się między wiersze. - Jakieś ćwiczenia, czy coś...?
Lekarz ze współczującym uśmiechem kręci głową.
- Nawet ja nic nie mogłem zrobić podczas zabiegu. Próbowałem ją wyciągnąć, ale uparła się najwidoczniej.
- Czy już jej tak zostanie? - W moim głosie pobrzmiewa nuta niepokoju.
- No, mam nadzieję, że nie! - Zabrzmiało to przynajmniej jak: "Jeszcze by tego nam brakowało!"




12:36


Sobotnie przedpołudnie zeszło mi pracowicie. H. pojechała do babci, bo eR. postanowił wymienić bramę wjazdową i nie mógłby mi nawet na moment pomóc z dwójką.

Mańka po krótkiej drzemce od 7 - 8 rano, kiedy to zdążyłam zrobić moim śniadanie i spakować Bulinkę, obudziła się, by pozbawić mnie możliwości godnego zjedzenia śniadania. Postawiła na płacz, zamiast na kwilenie, więc nie mogłam tego ignorować.

Pojadła z obu piersi, rzygnęła - jak zwykle - i po chwili znów zgłodniała. Tylko, że była jakoś tak poddenerwowana, że wypięła się na mnie i moje piersi. Nakarmiłam ją z butli (moim pokarmem) i zasnęła gdzieś przed 10.

Rzuciłam się więc w wir prac domowych, wykorzystując fakt, że nie ma H. Niestety Mała nie spała snem ciągłym, więc prace przerywałam bagatela... 10 razy. Ale udało się. Przynajmniej mam poczucie, że odgruzowałam dom. Może podłogi wymagałyby lepszego potraktowania, ale już nie mam sił. Kręgosłup na wysokości klatki piersiowej daje czadu. Potrzebuję chwili odpoczynku. Po obiedzie czeka nas jeszcze spacer z Mańką i Buńką. I tak, po raz enty, zaprzepaszczę możliwość drzemki, kiedy mała śpi.

Takie życie matki dwójki dzieci.
 - Powiedziała filozoficznie i mało odkrywczo.

Ta, tylko nie mów, że się nie spodziewałaś.
Spodziewałam, ale to co innego niż brutalne zderzenie z rzeczywistością.



20:23


Pierwsza kąpiel w płaczu za nami. Dodam, że w płaczu rozdzierającym "jak tygrysa pazur antylopy plecy", cytując klasyka.
Nie było mowy o relaksacyjnym wieczornym karmieniu, jak to miało miejsce dotychczas. Dałam jej butlę z odciągniętym mlekiem, które wręcz pochłonęła. Rozlewając na boki, bo przecież kto by się tam przejmował niuansami z gatunku "mokre śpiochy", "morka koszula mamy" czy "mokry rożek". O drobnostkach takich jak marnotrawstwo bezcennego "napoju bogów" nie wspominam nawet.

Grunt, że ostatecznie zasnęła i teraz "śpi jak niemowlę", he he (sarkastyczny śmiech). Bowiem każdy rodzic wie, że powiedzenie to nie tylko nie jest prawdziwe (skąd się więc wzięło?), ale i tragikomiczne. Dylemat, czy się śmiać czy płakać, że tak bardzo mija się z prawdą.

Tak czy inaczej, dziś pierwszy dzień, jak Mańka sporo dokazuje (czyt.: płacze). Czuję się prawdziwie wypompowana. To nawet już nie zmęczenie, a całkowite wyzucie z energii.

I ten kręgosłup - doprawdy przykry ten ból. Na nic rogale, poduchy-fasole, fotele... Mój krzyż się po prostu uwziął. Nie miał możliwości być ćwiczony w ciąży i teraz wszystko wychodzi. Niestety do zakończenia połogu nie powinnam forsować ciała żadnymi ćwiczeniami; basen odpada... pozostaje mordownia i łagodzenie bólu pod prysznicem czy masażem zafundowanym przez męża.



I takie to życie.
Kończę, bo znów filozofuję banałami.

piątek, 8 kwietnia 2016

Kij w mrowisku: projekt nowej ustawy antyaborcyjnej



Szum i panika w Internecie, jakie wywołała informacja o nowej ustawie antyaborcyjnej to coś niesłychanego, muszę przyznać. Sama się prawie wkręciłam, aż trafiłam tutaj, do Piwnookiej. I wtedy pomyślałam: "Opanuj się, kobieto". Może sama się zmierzysz z tym przysłowiowym diabłem - czy aby na pewno taki straszny, jak się go w mediach maluje? Tak też zrobiłam.

Uwaga, nie będę tu pisała o moim stosunku do Kościoła, władzy czy własnej macicy w tej konkretnej sprawie. Po zagłębieniu się w temat nie wiem nawet czy jest sens wypowiadać się na temat samego projektu. Potraktuję temat ogólniej, jako podsumowanie tego, co sądzę o aborcji, aborcji zarówno w prawie jak i w mojej wierze i ochronie życia. 

Histeria w Internecie a realia


W sieci huczy, wyje i dudni od oburzonych kobiet, nawołujących do manifestacji, opamiętania się rządzących oraz oskarżeń wobec Kościoła, który - według większości - jak zwykle się nie zna, a krzyczy najgłośniej. Czytam to wszystko i wiem mniej niż jakbym tego nie czytała. 
Odstawiłam więc na bok blogi (w szczególności te parentingowe), gdzie mamy do czynienia głównie z potokiem emocji i wzajemnego cytowania się bez odniesienia do treści samego projektu. Czytając jedynie blogi można byłoby dojść do wniosku, że sprawa już jest w toku: ustawa w sejmie, zaraz ją przegłosują i lada dzień wejdzie w życie. 

Okazuje się, że jest zgoła inaczej. Co prawda pojawiła się inicjatywa obywatelska (przedłożona 14 marca Marszałkowi Sejmu RP), która zakładałaby w swym projekcie ustawy zaostrzenie przepisów dotyczących możliwości wykonania aborcji, ale to nie tak, że lada moment za nieumyślne poronienie ulice się wyludnią, bo kobiety pójdą do więzienia. 

Premier Beata Szydło wypowiedziała się na ten temat. Dokładnie 4 kwietnia. W odpowiedzi na szalejącą burzę w Internecie: Jestem zdziwiona takim natężeniem tego tematu, ponieważ w tej chwili polski rząd nie pracuje absolutnie nad żadnymi zmianami. Co prawda osobiście popiera całkowity zakaz aborcji, ale - jak podkreśliła - to jest jej prywatne zdanie: - Każdy ma prawo do własnych opinii i w sumieniu ma prawo do rozstrzygania tak ważnych i delikatnych kwestii. 

No i ok. Czyli na razie należy emocje odstawić na bok. mamy projekt, który może być jeszcze milion razy zmieniony. Nie mówiąc już o tym, że jakoś osobiście nie widzę całego Sejmu z rączkami w górze "za". Ale: poczekamy - zobaczymy. 

Stosunek Obywatelki Matki do ciąży, do ratowania i do jej przerwania.

Sama jestem w ciąży, która miała bardzo trudne początki, mówiąc delikatnie. Nie chodzi tu o trudności z zajściem; wie, kto czytał mój inauguracyjny wpis - o tym, dlaczego zaczęłam w ogóle prowadzić tego bloga. W skrócie: miałam podejrzenie o częściowy zaśniad. Bardzo trudna sprawa do zdiagnozowania. Nie chcę to tego wracać. O tym na pewno znajdziecie w necie mnóstwo artykułów. Generalnie, jeśli diagnoza się potwierdzi, trzeba dokonać terminacji (zakończenia) ciąży i poddać kobietę chemioterapii, bo zaśniad częściowy bardzo często przeradza się w kosmówczaka, nowotwór złośliwy kosmówki. W każdym razie ja już o tym pisałam i nie chcę to tego wracać. To chyba jakiś cud, że diagnozy nie postawiono, a objawy się po prostu cofnęły bez szkody dla mnie i dziecka - jak wynika z dalszej intensywnej obserwacji ciąży. 

Napisałam o tym, ponieważ straszono mnie zakończeniem ciąży - w tej sytuacji zagrożone byłoby moje życie. Nie mogłam się ruszać z łóżka, bo ruch mógł pogorszyć sprawę. Dlatego też sama zainteresowałam się tą ustawą, czy rzeczywiście moja sytuacja byłaby jeszcze dramatyczniejsza, gdyby taka ustawa już w tym czasie funkcjonowała? Aby zdiagnozować do końca zaśniad wymagane jest zrobienie biopsji kosmówki, w innych sytuacjach - amniopunkcji, a to nic innego jak inwazyjne formy diagnostyki prenatalnej. W Internecie szum, że ustawa będzie tego zabraniać. Poniżej bliżej przypatrzę się ustawie i zobaczymy...

Mój stosunek do ciąży?
Fajnie, jak jest fajnie. Jak można na pytanie: "Co u ciebie?" odpowiedzieć: "W porządku, wszystko gra." Kiedy ciąża rozwija się prawidłowo, kiedy można się nią ucieszyć i spokojnie narzekać na nudności czy zgagę, kiedy można się pośmiać z zachcianek i zabawnego chodu kaczki. Tak miałam przy Bulince: ciąża z tych klasycznych, ale ogólnie czułam się dobrze i byłam aktywna. Ta ciąża to 180* tamtej: stacjonarna, bolesna, depresyjna (większość czasu jej trwania - w niepewności) i ogólnie trudna. Wtedy zaczęłam widzieć szerzej: nagle tyle kobiet w ciąży wokół mnie borykało się z jakimiś trudnościami, podejrzeniami, diagnozami; tyle osób wokół mnie przechodziło trudno okres po utracie dziecka (poronieniu)... Wtedy do mnie dotarło, że nic nie jest oczywiste... że zdrowa ciąża to dar, to prawdziwy cud i ... jak tu go nie bronić za wszelką cenę?! Chyba, że mówimy tu o cenie jaką jest życie matki. Umówmy się: bez ratowania matki, nie uratujemy dziecka (chyba, że mówimy o sytuacji, w której może ocaleć jedno z dwojga). Ale co w sytuacji, kiedy ciąża nie rozwija się dobrze? Jeśli było wynikiem gwałtu? 

Nie mówimy tutaj o tym, że rodzice nie planowali dziecka; że kobieta nie dojrzała do bycia matką; że ojciec biologiczny wypiął się na kobietę po tym, jak mu powiedziała, że jest w ciąży; że dziecko przeszkodziłoby w karierze itd. 

Czyli jeśli jakaś młoda siksa decyduje się wskoczyć do łóżka z nieodpowiednim facetem, może starszym (który ją traktuje jako przygodę, bo przecież nie ułoży sobie z nią życia, kiedy ma już jedno ułożone), a może zbyt młodym, który pokaże jej język i sobie pójdzie (bo przecież niczego jej nie obiecywał, oprócz wspaniałych zmysłowych wrażeń) to może powiedzieć, że świat się jej wali i sprawić sobie zabieg?
Czy jeśli para nie zakłada, że będzie miała dzieci z jakiegoś powodu, ma prawo stwierdzić, że należy się im możliwość decyzji o przerwaniu ciąży? 
Albo para już ma tyle dzieci, ile chce. Nie stać ich na utrzymanie kolejnego. Czy kobieta ma prawo "pozbyć się" niechcianej ciąży?
Jak dla mnie nie. Bo - czy ktoś z Was żałuje, że rodzice dali mu życie? 

Umówmy się: jeśli ktoś decyduje się na seks i nie robi nic, by się zabezpieczyć (lub robi to nieudolnie), to już podjął decyzję i powinien liczyć się z konsekwencjami. Bo moment: czy nie jest jasne, że za seksem stoi ciąża? Mam nadzieję, że jest. Jeśli wiesz, że nie możesz sobie pozwolić na ciążę, to nie uprawiaj seksu, albo uprawiaj i licz się z konsekwencjami lub po prostu naucz się zabezpieczać. To proste.

Czy mam prawo mówić, że jeśli moja macica, to moja własność, to również rozwijające się w niej życie będzie również należeć do mnie? Możecie się ze mną nie zgodzić, ale osobiście uważam, że to całkowicie odrębne życie od samego początku, od poczęcia. Zależne od organizmu matki, to prawda, ale nie jest już moim życiem. Jest całkowicie nową istotą, odrębną - nie jest częścią organizmu matki, więc matka nie powinna decydować o tym, czy ten mały ktoś ma prawo żyć, czy nie ma tego prawa. Według mnie: zawsze ma. Podsumowując: absolutnie jestem przeciwna aborcji. Ktoś powie: no dobra, ale przecież są sytuacje ekstremalne, jak zagrożenie życia lub zdrowia matki, poważne nieprawidłowości rozwojowe płodu (jak wskazują na to badania) czy ciąża w wyniku gwałtu. Ostatecznie nie zostałam postawiona w sytuacji, w której w obliczu zagrożenia życia, będę musiała podjąć decyzję o terminacji ciąży... Nie wiem, co to za dylemat. Nie znam uczucia, które towarzyszy kobietom w pozostałych przypadkach... Wiem jednak, że te trzy przypadki, które dotychczas były akceptowane w polskim prawie wciąż powinny być. Kobieta powinna mieć wybór. Może podjąć decyzję o urodzeniu, ale nikt nie powinien jej zmuszać do schodzenia w mrok podziemia aborcyjnego, bo legalnie nie można tego zrobić? Czy nie wystarczy jej już stresu, cierpienia i bólu, jakiego doświadcza na tym etapie? Jeśli ktoś tego nie doświadczył może mieć problemy z wyobrażeniem sobie tego, co ta kobieta czuje i zapewne większość sądzi, że ot tak, lekko jej się o tym myśli, a cała sprawa spłynie po niej jak po kaczce. Otóż szczerze wątpię. 

Generalnie bardzo dobrze mój stosunek do sprawy oddaje poniższy obrazek. Poza wyjątkami, o których napisałam.




Jak ugryźć projekt ustawy? Czyli interpretacja.

 

Nie jestem prawnikiem. Dlatego to jest moja interpretacja. Tutaj, Przepisowa Mama rozbiera projekt na czynniki pierwsze (oczywiście z kobiecym komentarzem, ale jako prawnik). 
  
Sam projekt ustawy można przeczytać na stronie Fundacja Pro -prawo do życia. 
I teraz to, co ja z tego projektu rozumiem albo nie rozumiem (moje wątpliwości).

1. Artykuł nr 1.

 "Art. 1. Każdy człowiek ma przyrodzone prawo do życia od chwili poczęcia, to jest połączenia się żeńskiej  i męskiej  komórki  rozrodczej. Życie  i zdrowie  dziecka  od jego  poczęcia  pozostają  pod ochroną prawa.” 
Tak, mam wątpliwości, jaki moment dokładnie stoi za "połączeniem się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej". Nie jestem ginekologiem (w ogóle lekarzem nie jestem), więc wierzę autorytetowi w tym zakresie, prof. Dębskiemu: "Przez mniej więcej cztery doby po zapłodnieniu komórki namnażają się wyłącznie przy użyciu białek od matki (z komórki jajowej), białka ojca (z plemnika) nie są jeszcze w ogóle używane." (wypowiedź wzięta z wywiadu, który znajdziecie tu. I naprawdę polecam przeczytać) Czyli co teraz? Poczęcie to jedno, a połączenie się komórek żeńskich z męskimi to drugie. Ja osobiście jestem zdania, że życie zaczyna się od poczęcia. Ale widzę nieścisłość w tym artykule. Tyle.

2. Pewne zmiany wydają się brzmieć kosmetycznie - opieka medyczna nad kobietą w ciąży zamiast opieka prenatalna nad płodem i opieka medyczna nad kobietą w ciąży. Sądzę, że wszystko rozbija się o słowo "płód", które w pewnych środowiskach uznaje się za odrębną formę życia (formę, nie życie), której nie można utożsamiać z "człowiekiem" czy "dzieckiem". Dla mnie zawsze "człowiek" ("dziecko").

3. Artykuł nr 4.
"1. Do  programów  nauczania  szkolnego wprowadza  się wychowanie  do  życia  w rodzinie obejmujące wiedzę o zasadach odpowiedzialnego rodzicielstwa oraz wartości rodziny i ludzkiego życia od poczęcia  do  naturalnej  śmierci. Nauczanie  w  tym  zakresie  musi respektować  normy moralne  rodziców  i wrażliwość  uczniów.  Udział  w  zajęciach  wymaga  pisemnej  zgody  rodziców lub pełnoletnich uczniów.”

A co było wcześniej?

"1. Do programów nauczania szkolnego wprowadza się wiedzę o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji." 

Podsumowując: nie ma nauki o tym jak świadomie myśleć o zakładaniu rodziny; o tym, żeby myśleć, kiedy idzie się z kimś do łóżka i jakie to niesie ryzyko. Nie chodzi przecież o to, by kogoś zachęcać. Chodzi o to, by wiedzieć, przez wzgląd na konsekwencje, jak się zabezpieczać. Ktoś (sądzę, że to będzie konserwatysta, starsze pokolenie) z pewnością powie, że samo uczenie może zachęcić, przyspieszyć rozpoczęcie życia seksualnego. A ja powiem tak: zawsze byłam przeciwko temu, by niewinne dziecięce duszyczki wcześnie wprowadzać w świat dorosłych. One mają na to czas! Ale od jakiegoś czasu wydaje mi się, że to jest poza nami. Naprawdę, młodzież coraz szybciej się decyduje na wejście "świadomość". I będzie uprawiać seks niezależnie od tego, czy im o tym opowiemy, czy nie. To, że tego nie zrobimy, nie powstrzyma ich. Ktoś, kto będzie chciał poczekać, poczeka i tak. Kto nie będzie chciał czekać, nie zaczeka z tym, aż ktoś mu powie coś na ten temat. Starsi się oburzą, a potem będą płakać, że wnuczka w gimnazjum i czeka na dziecko. Jeśli chcemy, by dziecko zaczekało, tak go wychowujmy, pokażmy plusy czekania i minusy niecierpliwości w tym temacie. Wychowujemy dziecko, więc mamy na niego wpływ. Jak jednak postąpi, to już inna kwestia. Ale niewiedzą czy ograniczaniem wiedzy na ten temat z pewnością nie powstrzymamy dziecko przed uprawianiem seksu. Wiedza może przynajmniej zapobiec tragedii.

A co z tym nauczaniem, biorącym pod uwagę wrażliwości dzieci i rodziców...? Bez przesady, nikt nie będzie wobec tych dzieci wulgarny! Nauczyciel, który uczy tego przedmiotu ma za sobą kurs przygotowawczy, jak to zrobić dobrze, by nie skrzywdzić psychicznie dzieciaków. W interesie wszystkich jest wychowanie zdrowego na umyśle pokolenia młodych ludzi. Chapucenie się o to w prawie jest trochę takie właśnie polskie: "Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza!"(cytat z Dnia Świra). Tak sądzę.

4.
"Art. 4a. 1. Przerwanie ciąży może być dokonane wyłącznie przez lekarza, w przypadku gdy:
1) ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej,
2) badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu,
3) zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego."

I potem całe to rozwinięcie tematu, gdzie szczegółowo potraktowane są wszystkie ustępy, dokładnie opisując detale warunkujące możliwość wykonania zabiegu aborcji. Co na to projekt?

"6) uchyla się art. 4a;
7) uchyla się art. 4b;
8) uchyla się art. 4c."

Pod art. 4b, art. 4c kryje się rozwinięcie art. 4a, który zacytowałam powyżej. W skrócie: nie będzie żadnych wyjątków. Jak to skomentować w ogóle? Nie rozumiem tego braku zrozumienia. Pomysłodawcy chyba nie wiedzą, o czym mówią. Biorą odpowiedzialność za konsekwencje? Dla nich to zapewne jakieś obce kobiety, coś odległego... A problem najprawdopodobniej abstrakcyjny.
Nie powiem, że jest on bliski mnie. Był podobnie nieuchwytny, jak dla tych, którzy nie byli nigdy w tej sytuacji. Co mnie uświadomiło? Wypowiedź profesora Dębskiego. W odpowiedzi na pytanie "W jakich sytuacjach wyraża pan zgodę na przerwanie ciąży?", przeczytamy:


Zazwyczaj są to bardzo poważne uszkodzenia płodu. [...] To są na przykład ciąże akranialne - płód nie ma kości pokrywy czaszki, z czasem dochodzi też do zaniku mózgu. Nie ma głowy, jest tylko szyja. Albo tylko nos, nie tam, gdzie powinien, bo wszystko jest źle. [...] Takie dziecko, jeśli przeżyje poród, zazwyczaj umiera w pierwszej lub drugiej dobie po porodzie, bardzo rzadko w piątej-szóstej.

[...] Pojechałem z komputerem do Sejmu, gdy chciano zaostrzyć ustawę antyaborcyjną. Po obejrzeniu zdjęć tych płodów część posłów przestała nalegać na zradykalizowanie ustawy. Wielu ludzi po prostu nie wie, co to znaczy głębokie uszkodzenie płodu. Przecież na ścianach w szpitalach położniczych wszędzie wiszą obrazki różowiutkich bobasów w pastelowych ramkach. A tu nie o tym mówimy, w ogóle nie o tym.

To tylko fragment. Jeszcze raz podaję link do wywiadu. Mnie otworzył oczy a jednocześnie nie wzbudził uczuć w stylu: "no, pewnie - typowy ginekolog".

5. Artykuł 2.

Tutaj się dzieje dużo. Jak kwestia kar za celowe bądź niecelowe działanie, w wyniku którego dojdzie do poronienia. Przeczytałam te artykuły i jakoś nie widzę tutaj zakazu inwazyjnych badań (nie ma mowy o zakazie leczenia niosącego ryzyko). Jeśli próbujemy leczyć, robimy wszystko, by wyleczyć i o to chodzi. Nikt nie zostanie ukarany. Wiem, to się wydaje dość absurdalne: lekarz nie pójdzie do więzienia, jeśli dziecko/kobieta umrze podczas/ w wyniku leczenia - łaskawcy. Ale jakby się nad tym zastanowić... Czy nie wydaje się wam prawdopodobne, że jeśli w wyniku inwazyjnego badania kobieta poroni, to oskarży lekarza, który zaproponował taką formę diagnozy? Ja już byłam na etapie podpisania zgody na takie badanie. I oczywiście nie sądziłabym się. Ale czy nie znamy przypadków bardziej absurdalnych (w różnych dziedzinach życia) sądzenia się ludzi?! Właśnie...

Projektowi zarzuca się też, że na pierwszym miejscu jest dziecko, a później matka. I jeszcze raz: gdzie to jest napisane? Czy coś przeoczyłam? A może nie umiem czytać ze zrozumieniem? Ja nie doczytałam się takiego zapisu. Już nie wspominam o tym, że to bez sensu: jak ma przeżyć dziecko, jeśli matka nie przeżyje? Nie mówimy tu o sytuacji ratowania jednego z dwóch tuż przed porodem lub w jego trakcie. To inna para kaloszy. Ale dziecko do 37. tygodnia jest zależne od matki, więc jeśli w projekt wejdzie w fazę prac sejmowych (o ile!) nie wyobrażam sobie, by zapis stwierdzający wyższość dziecka nad matką mógł się tam pojawić.



No i oczywiście cały czas mówimy o projekcie, nad którym jeszcze nikt nie pracuje, dlatego proponuję zdjąć te majtki z głów i jeśli będzie trzeba, jeśli projekt trafi do posłów, by nad nim pracowali, wtedy będzie można protestować. Chociaż trochę nie wierzę, by zdjęto te wyjątki z ustawy. Czyż już i tak nie jest trudno o ich wykonanie?


No dobrze, to teraz możecie wieszać na mnie psy :)


wtorek, 26 stycznia 2016

nr 10, 4 października



4 października 2015 r.
Niedziela

Ciąża: 13 tydzień, 4 dzień
Waga: nie wiem, ale chyba nie tyję...
Pogoda: U nas nadal ładnie i ciepło. Żal serce ściska, że nie mogę skorzystać z pogody. Z drugiej strony fajnie, że ta jesień taka ładna i optymistyczna. Mimo żalu mam inne nastawienie niż jakby lało, było brzydko i zimno.

9:46

Stanęło na tym, że ostatecznie nie zrobili mi tego nakłucia, bo dziecko jest jednak małe, wiec ryzyko poronienia jest większe. Chociaż bardziej chodziło im o to, że ja już jestem długo pod wpływem silnego stresu, a to jest samo w sobie - mówiąc delikatnie - niewskazane. Jeśli do tego dojdzie nakłucie, może być groźnie... Komfort komfortem, ale jeśli mogę stracić dziecko, to wolę cierpieć. I to nie tak, że odznacza mnie jakiś szczególny heroizm. Wręcz przeciwnie. Ale matki tak po prostu mają.

Przenieśli mnie na inny oddział, na ten, na którym powinnam być.. Ten paskudny, odpychający... Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, kiedy "zakwaterowano" mnie do dwójki. Tylko ja i jakaś młoda dziewczyna w podobnym wieku co ja. Sala co prawda nie jest taka fajna jak tam, ale na tym oddziale nie ma ładnych sal, wiec ciesze się dwójką;)

Tu mam być na obserwację. W weekend szpital zamiera. Niestety tu jest inaczej niż w naszym szpitalu, gdzie przynajmniej jest dużo odwiedzających, a tutaj naprawdę niewiele. Chyba dlatego, że wiele osób jest spoza Krakowa. Ale cisza jaka panuje na korytarzu jest praktycznie martwa... coś okropnego. A noc? Budzę się do sikania, a tutaj okropnie cicho, jakbym sama była... upiornie.

Ból niestety wciąż mi dokucza i twarz mam cholernie zmęczoną... Po sesji na studiach wyglądałam lepiej.
A dopiero w poniedziałek będę coś wiedziała. Może się okazać, że lekarze na tym oddziale zadecydują inaczej i będą mnie kłuć, albo w ogóle wypuszczą (tak jak ostatnio). Kto ich tam wie...

Wczoraj miałam straszny kryzys. Chciało mi się beczeć i po prostu zabrać się do domu. H. ze mną rozmawiała przez telefon (o ile można to nazwać, w końcu ona jeszcze nie bardzo potrafi rozmawiać). Pod koniec miałam taką gulę w gardle, że bałam się dalej mówić... Strasznie za nimi tęsknie. Tylko, że eR. mnie odwiedzi, a mała Jagódka - nie...


środa, 20 stycznia 2016

nr 9, 1 października



1 października 2015 r.
Czwartek

Ciąża: 13 tydzień, 1 dzień
Waga: może trochę ponad 56? może prawie 57? nie wiem. nie dbam o to. póki co. to znaczy: póki noszę głównie piżamy.
Pogoda: śliczna. świeci słońce, niebo bezchmurne, 13 stopni, jak widzę na telefonie...

13:19

Dzisiejszy poranek nieoczekiwanie przybrał inny obrót spraw. Od wczorajszego popołudnia "dolegliwości bólowe" (niedługo będę się tylko takimi medycznymi sformułowaniami posługiwać) pogłębiły się. A dziś rano jeszcze nie wstałam na poranną toaletę, a już mi ból doskwierał (zazwyczaj po nocy, tj. po długim leżeniu we względnym bezruchu, było lepiej). Zbadali mnie jeszcze raz, ale po badaniu nie wiedziałam wiele więcej.

Przyszło śniadanie, ale nie zdążyłam nawet czknąć: wzięli mnie na USG i lekarz, który to badanie przeprowadzał (na tabliczce przed drzwiami zobaczyłam nazwisko: to był ten lekarz, który potrafił przeprowadzić biopsję kosmówki!) stwierdził, że on te cysty (torbiele) może nakłuć.

Swoją drogą badanie było bardzo sprawne i dokładnie zrobione. Od razu można to było wyczuć: pełna profeska. Dzidzius elegancko się prezentował na obrazie. Badał mi jeszcze przepływ krwi w łożysku i jajnikach, czego wcześniej nie robiono.

No, czyli zaproponował mi przekłucie cyst. A ponieważ ten jeden, najbardziej mi dokuczający jajnik jest z przodu i jest wyczuwalny "pod ręką", on normalnie zrobiliby to przez brzuch ze znieczuleniem miejscowym. Drugi jajnik jest z tylu i trzeba byłoby to przekłucie robić "od wewnątrz", co jest bardziej skomplikowane, bo to byłby już bardziej zabieg. On proponuje, by najpierw przekłuć jeden i zobaczyć czy będzie poprawa i w ogóle, jak organizm zareaguje...

Czy to konieczne? Powiedział, że to na razie nie jest kwestia życia i śmierci i mogę czekać, aż te zmiany się cofną. Tak może się stać, kiedy łożysko się całkowicie wykształci i przejmie "opiekę" nad dzieckiem. Teraz, póki łożysko jest w fazie rozwoju, jajniki są obciążone "dbaniem" o dziecko. Ale to znaczy, że jeszcze długo będę leżeć i walczyć z bólem. A idzie już trzeci tydzień, jak mnie boli. Zaczynają mnie od tego boleć nogi... mam już szczerze dość tego bólu, bo leki prawie nie pomagają... Jednak ból to jedna strona medalu.

Inna kwestia to taka, że jeśli zmiany się nie cofną, może być za późno, bo dziecko będzie za duże i będzie uniemożliwiało dostanie się do tych jajników.

Niestety istnieje także zagrożenie, że te cysty popękają, poskręcają się i jak się tam w środku to rozleje, to będę miała duży problem. A skręt jajnika oznacza jego usunięcie.

Konsultowałam się ze swoim lekarzem, który już wszystko wiedział, kiedy do niego oddzwaniałam. Mówił, że rzeczywiście istnieje to ryzyko. Zresztą on mi o tym mówił od początku, a dziecko rośnie i zaczyna się robić ciasno. A stres organizmu powodowany przewlekłym bólem może bardziej zaszkodzić dziecku niż nakłucie. To nakłucie też może spowodować poronienie, ale z tego co mówił lekarz, prawdopodobieństwo jest minimalne. Co nie wyklucza i najgorszych scenariuszy. Biorę progesteron w tabletkach na podtrzymanie ciąży i potem też będę brać... W ramach takiego jakby "wsparcia" organizmu. Potem i tak będę pod ich kontrola w szpitalu...
- Jeśli będzie to robił W. (nazwisko lekarza, który przeprowadzał to badanie i miałby przebijać te cysty), to ja bym się zgodził - powiedział na koniec.

Wyraziłam zgodę. Pisemną. To nakłucie będzie jutro.

13:50

Ledwo to napisałam, a przyszedł lekarz. Pytał, czy miałam kiedyś - uwaga - nerwicę. Dość mnie to zaintrygowało. Skąd oni to wiedzą?!
- A jakie miała Pani objawy?
- Ataki bulimiczne... - powiedziałam niechętnie. - Ale nie sądzę, by to miało jakiś wpływ. To było jeszcze przed pierwszą ciążą, która przebiegła prawidłowo...
- Czy jutro mogłaby Pani spotkać się z psychiatrą? Przyszedłby tu do Pani - zaproponował.
- W porządku - powiedziałam. - Ale czy na jutro nie jest ustalone nakłucie cyst?
- Cały czas zastanawiamy się, czy nie ma lepszego rozwiązania... 


W końcu nakłucie zawsze niesie ryzyko poronienia. Normalnie nie aż takie, ale w moim wypadku mamy do czynienia z długotrwałym stresem. Nakłucie przy takim stresie może wywołać reakcję, której nie można przewidzieć. Czyli ryzyko rośnie.
 Psychiatra ma ocenić czy jakieś zaszłości nerwicowe, które w lekkiej formie ale jednak, czasem wracają, nie mogły się przyczynić do powiększenia jajników. Wizyta psychiatry jednak nie wyklucza nakłucia. 




Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric