Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zalety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zalety. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2016

Starcie tytanów: dwulatek będzie mieć rodzeństwo (nr 22, 25 luty)



25 luty 2016 r., 
Czwartek

Ciąża: 33 tydzień, 4 dzień
Waga: 67 kg (nie wiem, jak to się stało, że wczoraj było całe pół kilo mniej...)
Pogoda: Bielusieńko. Jakby Święta Bożego Narodzenia wciąż były przed nami. Chwycił lekki mrozik. Ciekawe, czy zapalę auto...


07:31

Po kilku dniach męczącego wstawania o 6:30 (coś przestawiło się w "zegarze" H. i pełna zapału wyskakiwała z łóżka o tej porze, krzycząc: "Stajemy, mamusiu! Jedziemy do peśkola!"), mogłam spokojnie wstać dobrze po 7 i ucieszyć się ciszą poranka, ciepłą owsianką i herbatą z sokiem malinowym.

Oho, wstała. Już tupta w moją stronę, mrużąc oczy.

...


Pamiętam, jak zastanawialiśmy się nad drugim dzieckiem. Brałam pod uwagę wiele rzeczy. Jedną z nich był wiek Buńki: jaka będzie między dziećmi różnica wieku. Wyszło nam, że gdzieś od 2,5 do 3 lat. Co to oznaczało?
- że wciąż nie będzie całkowicie samodzielna,
- że być może będzie w środku burzliwego okresu "buntu dwulatka", o czym możesz przeczytać tutaj,
- że nie będę mogła przygotować jej na przyjście na świat rodzeństwa (z powyższych powodów),
- że Buńka będzie zazdrosna dziecko i będziemy walczyć jej demonstracyjnymi scenami zazdrođci,

Już 3-letnia dyiewcyznka byłaby bardziej samodzielna, "bunt dwulatka" miałaby za sobą, mogłabym jej wytłumaczyć czym jest rodzeństwo i miałabym więcej pewności, że rzeczywiście by to rozumiała... Co do zazdrości... Miałabym nadzieję, że wytłumaczenie jej, co oznacza przyjście na świat nowego dziecka pomogłoby w uniknięciu scen zazdrości.
Nasza decyzja (tak, to była nasza decyzja, żaden przypadek) była podyktowana czymś innym, co przeważyło szalę. Dlatego postanowiłam, że muszę się do tego przygotować. A na pewno bardziej niż w przypadku 3-latka. 

Drugie dziecko w drodze, a pierwsze jest małe. Co przedsięwzięłam (i widzę, że zrobiłam dobrze)?


1. Posłałam dziecko do żłobka. To znaczy, zrobiłam to dużo wcześniej, ale wydaje mi się, że to naprawdę dobry ruch, kiedy spodziewasz się dziecka. Oczywiście prywatna placówka to nieraz spore koszta, ale (mam nadzieję, że jeszcze wrócę do tematu i poświęcę temu zagadnieniu osobny post) naprawdę warto. Dziecko uczy się przez naśladowanie. W środowisku, gdzie jest więcej maluchów, naśladowanie jest prostsze, zabawniejsze i podobnie wygląda, więc dziecku łatwiej przychodzi przełamanie się do pewnych rzeczy. Nie wspominam już o korzyściach wynikających z kontaktów z rówieśnikami, z grupą: odpowiednie zachowania, maniery, dyscyplina, posłuszeństwo dorosłym (paniom), umiejętność zabawy z dziećmi, dzielenia się (zabawkami), szanowania zabawek. A do tego najczęściej żłobek organizuje różne dodatkowe zajęcia rozwijające i kształcące. Czasem nawet języki obce.

Jest to jednak opcja, która kosztuje. I to nie są drobne wydatki. Niemniej jestem zadowolona, że mała tam chodzi. Gdybym z nadmiaru obowiązków zdecydowała się na żłobek tuż po urodzeniu, byłby to błąd stulecia: "mama i tata już mnie nie kochają - kochają nowe dziecko, dlatego odsyłają mnie w obce miejsce, do obcych pań i obcych dzieci...". Posłanie Buńki wcześniej pozwoliło mi tego uniknąć. Mała uwielbia Klub Malucha, panie i dzieci. Ja jestem bardzo zadowolona z niego i kiedy urodzi się dziecko, żłobek będzie nadal częścią jej rytmu dnia. 

2. Uczę samodzielności i dobrych nawyków. Zaczęłam dość wcześnie, bo w końcu takich umiejętności dziecko nie zdobywa z dnia na dzień: nocnik, mycie zębów, mycie rąk, pomaganie w domu (zamiatanie, szykowanie posiłków i sprzątanie po nich w miarę możliwości, robienie prania z pomocą mamy, wycierania kurzu, sprzątanie za sobą itd.), ubieranie się, rozbieranie się, samodzielna zabawa...

Dzięki żłobkowi H. bardzo fajnie się "odpieluszkowała". Sama załatwia swoje potrzeby. Pamięta o myciu rąk. Przypomina o myciu zębów. Jej "sama!" wynikające z faktu, iż przechodzi "bunt dwulatka" próbuję wykorzystać. Ta energia mi się przydaje w tym momencie. Czasem jej "bunt" działa mi na nerwy, a ciąża mi nie ułatwia przejścia przez to. Generalnie jednak jej "sama!" pomaga mi. Czyli sama myje zęby, sama się ubiera, sama je i pije, sama sprząta itd. Na razie wiele z tego robi jeszcze nieudolnie, ale z dnia na dzień widać postępy i to, jak nabiera wprawy. Zanim dziecko się urodzi, większość podstawowych czynności będzie mogła z nadzorem zrobić sama. 

3. Oduczam złych nawyków

- Pozbyłam się zręcznie pieluch... w ciągu dnia. W nocy wciąż zakładam jej pampersa, bo niestety pęcherz dziewczynek (i później kobiet) inaczej niż u chłopców (mężczyzn) jest tak zbudowany, że sikają mniej, a częściej. Po kilku próbach poddaliśmy się. Musimy poczekać na przyjaźniejszy czas, kiedy jej "bunt" przyjmie łagodniejszą formę. Poza tym stres (czym niewątpliwie będzie dla niej dzidziuś) prawie na 100% spowodowałby powrót do pieluch.
- Odstawiłam butlę. Mała jeszcze w wieku dwóch lat, raz dziennie, wieczorem (na kolację) zjadała kaszkę z mlekiem przez butelkę. Nie powiem, że było to wygodne (na tym etapie było to baaardzo wygodne). Poza tym jedzenie przez smoczek uspokajało ją i wyciszało, przez co bardzo szybko zasypiała. Wiedziałam jednak, że samodzielne zasypianie bez pomocy smoczka w butelce będzie nas trochę kosztowało, więc już w połowie ciąży postanowiłam, że odstawimy ją. Czułam się okropnie, więc to eR. walczył z codzienną kolacją, którą zjadała bardzo chętnie (mleko z płatkami) i usypianiem małej.
- Oduczyłam jej spacerów w wózku. Niby nie jest to zły nawyk, ale dziecko ma sprawne nogi, więc powinno ich używać. W końcu ruch na świeżym powietrzu oznacza ruch dziecka, a nie dziecka w wózku. A nóżki niećwiczone na spacerkach nie będą miały kondycji. Jak ja potem wyjdę z noworodkiem na spacer, jak Buńka po kilku minutach będzie jęczeć, że chce do domu, na rączki czy do wózka. A tak, to - mam nadzieję - przynajmniej 30-40 minut wytrzyma. 

4. Podzieliłam się obowiązkami wieczornymi z mężem. U mnie sytuacja była trochę inna. Już na początku ciąży eR musiał przejąć moje obowiązki i cały czas sytuacja wymusza na nim czynne zaangażowanie. Kiedyś tak nie było. Kiedyś umawialiśmy się, że dzielimy między siebie, kto myje, a kto usypia. Resztę obowiązków spoczywało na mnie. Chociaż nie wynikało to z faktu, że eR. był takim wygodnisiem (z podejściem mocno tradycyjnym), że większość obowiązków związanych z dziećmi spoczywa na matce. Po prostu jakoś samo się tak utrwaliło... Jeśli masz tę szansę, od razu dziel obowiązki, zanim pojawi się dziecko. Nie musi być to trwały podział, chociaż kiedy brzuch rośnie umycie dziecka jest trudniejsze niż usypianie go. Niemniej jednak kiedy pojawi się noworodek, a ty będziesz karmić, nie możesz sobie pozwolić na histerię drugiego dziecka, bo mama zawsze myła czy pomagała przy kolacji. A najlepiej jeszcze, by tata znalazł jakąś atrakcję w tym, że to on będzie dziś usypiał starszaka czy go mył. Coś, co byłoby zarezerwowane dla mycia/ usypiania z tatą. Wtedy, w razie oporu, taki ojciec przypomni dziecku, że przecież czeka ich tutaj taka atrakcyjna przygoda...! 

5. Tłumaczenie i przypominanie o rodzeństwie. Już od samego początku (zanim jeszcze wylądowałam w szpitalu) oboje przypominaliśmy Buńce, że brzuch mamy jest delikatny, bo tam jest dzidziuś, a teraz brzuch rośnie, bo rośnie dzidziuś, a jak przygotowywałam wyprawkę, wózek, ubranka itd., tłumaczyłam, że niedługo z brzuszka wyjdzie dzidziuś i musimy być gotowi. Nie ma dnia, byśmy o tym jakoś nie wspominali. Mam wrażenie, że dopiero teraz (po ośmiu miesiącach) w miarę wie, co ją czeka. Tak w teorii, rzecz jasne. Rzeczywistość i tak i tak może ją przerosnąć. Oby jednak nie...

6. Małej H. rekompensuję wszystkie "straty". Ona nowy wózek, widzi jako stratę dla siebie. Tak jak i stos małych ubranek, nowych pościeli czy innych gadżetów. Widzi atrakcje, które nie są dla niej. Zawsze wszystko było dla małej H. Teraz nagle wszystko jest dla dzidziusia. To szok dla 2,5-latka. Roszczeniowego szkraba, który właśnie przechodzi bunt. Taka sytuacja (analogiczna) jest trudna nawet dla dorosłego. Wyobraźmy sobie rodziców wychowujących jedynaka, który jest już dorosły, ale i tak zawsze to jemu rodzice pomagali jak mogli, jego wspierali, o niego się martwili. Aż pewnego dnia przyjeżdża młodszy kuzyn i na powitanie zostaje wyprawione przyjęcie, rodzice i jego zaczynają wspierać, pomagać. Syn czuje się... niekochany, opuszczony i cholernie zazdrosny. Prosty mechanizm. Jeśli dorosły ma z tym problem, to jak wymagać wyrozumiałości od dziecka?! W jaki sposób rekompensowała zakupy dla dzidziusia?

- Nie kupiliśmy nowego łóżeczka. Buńka do niedawna spała w niemowlęcym, rosnącym (trójetapowym) łóżeczku. Teraz eR. złoży je do pierwszego etapu, a H. dostała nowe łóżeczko i nową pościel. 

- Kupowałam jej co tydzień jakieś ubranko. Nawet na ciuchach, wyprzedażach, promocjach... Takie dziecko i tak szybko wyrasta z nich. Ale ma poczucie, że ma coś nowego. Dla niej jest to nowe. Dzięki temu widzi, że dzidziuś coś dostanie, ale ona też. 

- Odwróciłam kota ogonem. Jak na przykład w kwestii wózka. Kupiliśmy wózek. Wszyscy się nim zachwycają. H. też. I woła: "H. będzie jeździła wózkiem! Tak!". "Nie, H. Ty jesteś za duża", mówi eR. Widzę podkówkę i szybko dodaję z entuzjazmem: "H. jest już duża i będzie pchała wózek! Będzie wozić dzidziusia!". Pomysł przypadł jej do gustu i to bardzo, bo ona, H., będzie wozić dzidziusia.


A jak było u Was? Jak się zapatrujecie na taką różnicę wieku? Lepsze większa, czy mniejsza?

sobota, 13 lutego 2016

Smoczek, butelka i całe to zło...




Smoczek, butelka i całe to zło, które podobno psuje moje dziecko

 

Każda matka przynajmniej raz w swej karierze rodzicielki usłyszała, że butelka i smoczek nie tylko mogą doprowadzić do próchnicy, wykrzywią zgryz dziecka, ale przede wszystkim winne będą seplenieniu czy innym problemów z mówieniem. Temat ten na licznych forach internetowych wzbudza silne emocje. Człowiek po jednej wizycie na forum dla mam ma poczucie bycia głupszym niż przed nią...

To jak to w sumie jest?
Poczytałam i oto, co znalazłam:



Grzechy smoczka.


Smoczek. Wydaje się, że to zło w czystej postaci, bo:
- uzależnia. Jeśli dziecko chociaż raz zassało smoczek, to przepadłaś. Od tego momentu dziecko uspokajać się będzie tylko w taki sposób i przytulenie może nie wystarczyć.
- psuje zgryz. Kilka miesięcy ssania i wizyta u ortodonty praktycznie zagwarantowana. 
- powoduje próchnicę. Już mam wizję: próchnica prześladująca moje jeszcze bezzębne dziecko... A wyrzynające się ząbki już są na nią skazane.
- zagraża laktacji. Hasło, które zapewnia nocne koszmary: ty walczysz z dzieckiem nad piersią, a ono tylko patrzy tęsknie w stronę "uspokajacza".
- o 40% większa szansa na zapalenie ucha środkowego. Zastanawiam się, w jaki sposób.
- powoduje różne infekcje. W buzi, jak sądzę.
- opóźnienie rozwoju mowy czy zaburzenia poprawnej mowy (np. seplenienie). No tak: dziecko chce coś powiedzieć, a ja jestem zmęczona pracą, więc wtykam mu w buzię smoczek. 
- powoduje deficyty w rozwoju emocjonalnym dziecka. To stwierdzenie samo w sobie przeraża. Nie tylko rodzica. 

No dobra. A teraz już trochę bardziej serio: to wszystko prawda. Nie można jednak popadać w przesadę. Nie zawsze i nie wszystkie te konsekwencje dotkną dziecko. To raz. A dwa: niektóre problemy mogą pojawić się niezależnie od tego, czy smoczek był w użyciu czy nie. Moje dziecko jest tego żywym przykładem. Chociaż zapewne części z nich z pewnością unikniemy stosując się do kilku zasad. W tym do podstawowych zasad higieny.

1. Nie oblizuj smoczka. 
Hmm, mnie się zdarzyło kiedy byłam na spacerze i nie miałam wody pod ręką. Uwaga: mała H. nie miała ani jednej infekcji w buzi z tego powodu. Mimo wszystko tylko ja oblizywałam go. Nikt inny.

2. Nie dawaj dziecku smoczka, który spadł na ziemię - umyj go zanim znów wciśniesz dziecku do buzi. 
No tak, tego nigdy bym nie zrobiła. Wtedy właśnie - kiedy nikt nie patrzył - oblizywałam go, po czym siarczyście spluwałam. Ani ja, ani H. nie miałyśmy problemów z tego powodu. Chyba, że to było błoto, albo jakieś naprawdę brudne miejsce. Wówczas gnałam do domu. Albo i nie. Zależało od nastroju małej Bulinki.

3. Nie zanurzaj go cukrze (nawet, jakby babcia przekonywała cię, jak rewelacyjnie uspokaja dziecko).
Słyszałam o takich średniowiecznych metodach, chociaż na szczęście miałam okazję jedynie o nich gdzieś przeczytać. Nikt mi tego nie sugerował. Poza tym nie dałabym dziecku czegoś, czego sama bym nie zjadła!
4. Nie zawieszaj smoczka na zbyt długim sznurku (łańcuszki do kupienia w sklepach mają odpowiednią długość).
U nas był raczej wieczny problem gubienia tego małego uspokajacza i wiecznego szukania go. Zawsze jednak zabezpieczałam go specjalną nakładką (kupiłam go razem z nią).
5. Nie podawaj dziecku go zawsze, kiedy tylko zamarudzi.
No, to prawda. Starałam się nie traktować go jak korka: "masz i siedź cichutko, bo teraz mama chce pogadać z ciocią". U nas jednak były kolki i dziecko było poddenerwowane całą dobę. Smoczek był wybawieniem, chociaż w momencie, kiedy przychodził kolkowy napad - guzik dawał. Jak wszystkie inne "extra metody"
6. Jeśli dziecko zasypia ze smoczkiem, najlepiej - gdy mocniej zaśnie - wyjmij mu go.
Nie pamiętam. Wydaje mi się, że na początku zostawiałam ją z tym smoczkiem. Szybko jednak go wyjmowałam, bo mała od czas do czasu w nocy musiała sobie "pociągnąć", a jeśli jej wypadł z buzi, to zgadnij, kto musiał wstawać w nocy, żeby go znaleźć... 
7. Aby uniknąć próchnicy często przemywaj dziecku dziąsełka wacikiem nasączonym przegotowaną wodą.
No, to jestem beznadziejna matką. Po nocnym jedzeniu także powinnam była je przemywać, ale była to ostatnia rzecz, o jakiej myślałam w nocy, kiedy po karmieniu mała od razu zasnęła: obudzić ją, by przetrzeć dziąsła. Pfff...
Póki co nie mamy żadnych problemów.
8. Dla dobra zębów "odsmoczkuj" dziecko zanim skończy 1, 5 roku.
Tak twierdzą dentyści i inni znawcy tematu. To dla dobra zębów, które będą źle rosły w towarzystwie takiego "przyjaciela". No i kwestia mowy: smoczek zniekształci zgryz i spowoduje seplenienie.
9. Odstaw smoczek, jeśli widzisz, że dziecko zaczyna po niego sięgać z przyzwyczajenia. 
Zgadzam się. Jeśli tylko można w dzień zagadać dziecko, które świetnie radzi sobie bez smoczka - to po co mu? Jeśli jednak wciąż ułatwia Ci usypianie malca, dawaj go tylko na czas usypiania. Mała nie używała już smoczka  kiedy skończyła rok. Nawet wcześniej. Ale do usypiania miałam go dla niej do skończenia przez H. prawie 1,5 roku. Wtedy było mi dużo prościej odstawić go na dobre.
10. Skup się na potrzebach dziecka i staraj się je zaspokajać bez użycia smoczka.
O, zdecydowanie! Jeśli wolimy zająć się sobą niż dzieckiem, które domaga się naszej uwagi i wciskamy mu ten "korek" do buzi, to mamy problem. Wtedy raczej powinnyśmy przewartościować swoje priorytety. Nie możemy zapominać, że nam się z życia też coś należy, ale nie kosztem dziecka!


Ja się smoczka nie boję i się go nie wstydzę w buzi mojego dziecka. Smoczek naprawdę może pomóc. Czasami nie chodzi tylko o uspokojenie. Jeśli dziecko ma problemy z odruchem ssania: ma zbyt dużą potrzebę i godzinami wisi ci na piersi, smoczek rozwiąże problem. Albo kiedy dziecko naprawdę jest nerwowym typem (wcześniej sprawdziliśmy inne sposoby uspokajania i nic nie działało). Ale pamiętajmy, by nam służył a nie w ostateczności stał się przyczyną jakiś problemów.

No to ok: zdecydowałaś się dać smoczek dziecku. Tylko teraz pytanie: jaki smoczek? 

W internecie przeczytasz, że najlepszy to taki, który przypomina pierś (tak wygląda np. smoczek NUK). Taki smoczek - podobno - będzie dobry dla noworodków, które urodzone z odruchem ssania nie umieją dobrze ssać, albo nie mają siły lub ten odruch jest słaby. Jego anatomiczny kształt nie "wybije" dziecko z ssania piersi.

Jednak dość szybko taki smoczek powinien zostań zamieniony na ortodontyczny (np. firmy AVENT), kiedy dziecko jest starsze (niemowlę): jego kształt powoduje, że podczas ssania nie zniekształci on zgryzy dziecka. Dobrze, by był twardy - silikonowy (przeźroczysty). Dzięki temu dziecko będzie zmuszone do włożenia większego wysiłku w ssania (dla tych maluchów, które mają z tym problem).

Inne ważne informacje: pamiętaj, by miał atest i był dobrany do wieku dziecka. Nie zapomnij też wymieniać go co kilka miesięcy. Nic nie trwa wieczne, zwłaszcza kiedy jest używane. Tu nie ma wyjątku.


Grzechy butelki

Jeśli zrezygnowałaś z karmienia piersią (lub karmiłaś krótko i szybko przeszłaś na mleko modyfikowane), niezależnie od powodu - będziesz na językach. Matki na forach internetowych zjadłyby cię żywcem, gdyby mogły. W dobie powrotu do natury, bycia eko, jedzenia bio i rodzenia po ludzku, dobrowolna rezygnacja z naturalnego karmienia wydaje się być przynajmniej nie na miejscu. Nie przyznawaj się innym matkom, bo albo cię otwarcie zlinczują (wyliczając przy tym skrupulatnie, jak wiele straci na tym twoja pociecha), albo smutno pokręcą głowami, rzucając coś w stylu: "nawet sobie nie wyobrażasz, ile jest matek, które dałyby wszystko, by móc karmić piersią...".

Natomiast w sytuacji, kiedy już przestałaś karmić piersią lub wciąż karmisz i chcesz to robić nadal, ale czasem wysługujesz się butelką, to pamiętaj o wszystkich radach, które dotyczyły smoczka. Tutaj będą odgrywać kluczową rolę. Chodzi o kształt smoczka, tworzywo, z jakiego jest wykonane (twardość), oczywiście atesty i wielkość/liczba dziurek odpowiednia do wieku. Jeśli dodatkowo zainwestujesz w tzw. antykolkowy system, który stosowany jest przez niektóre firmy, zmniejszysz prawdopodobieństwo wystąpienia gazów i bólów brzuszka u malucha.

Wracając do kontrowersyjności używania butelki, tutaj nic nie jest oczywiste. Plusów tyle, co minusów. Zacznijmy od tej grzesznej strony:

- tak jak smoczek uspokajający, butelka (a raczej zły smoczek do niej) może wykrzywiać zgryz, spowodować, że ząbki będą krzywo rosnąć, być przyczyną infekcji czy próchnicy, jeśli nie będziemy przemywać dziąseł a potem zębów; może też spowodować odwrót od karmienia naturalnego.
- częste infekcji u dziecka - ponieważ mleko modyfikowane nie zawiera przeciwciał, jedynie sztuczne substytuty.
- większe ryzyko wystąpienia alergii pokarmowej - po prostu jest sztuczne, a sztuczne może wywołać alergię..
- kolki i wzdęcia - bo mleko nie jest tak lekkostrawne, jak to mamine. Cóż. U mnie było dokładnie odwrotnie: mała H., która miała kolki nie chciała piersi. To kolki spowodowały, że nie miała cierpliwości do piersi i wolała butlę.
- przygotowanie mleka = wiele niebezpieczeństw - przez roztargnienie/niewyspanie dożna dać na dużo czy za mało miarek mleka do wody, woda może być za zimna (i bóle brzuszka murowane) lub za ciepła (i oparzenie gotowe) albo zmarnowane - z jakiegoś powodu nie wykorzystasz go. Trzeba też pamiętać o wyparzaniu, szorowaniu i dokładnym płukaniu elementów butelki.
- przygotowanie mleka = trudności. Uciążliwe jest jego przygotowywanie (zwłaszcza w nocy). Do tego dochodzą kwestie organizacyjne: gdziekolwiek nie pojedziesz, musisz wziąć ze sobą przegotowaną wodę w termosie (lub myśleć, skąd ją wziąć na miejscu, kiedy będzie taka potrzeba), pamiętać o dobrej temperaturze tej wody. Wozić ze sobą musisz mieszankę mleka i kaszki, by zrobić mleko na świeżo (inaczej dziecko się pochoruje), co nie tylko jest męczące ale nie raz bardzo trudne (np. w samochodzie). 
- stałość właściwości - mleko jest zawsze takie samo: czy noc, czy dzień. Mleko matki się zmienia i służy za picie, lekki posiłek i solidny obiadek.
- koszty. I to nie małe. Zwłaszcza, kiedy policzysz sobie, że na początku mleko schodzi średnio 1 opakowanie na tydzień, a za opakowanie średnio musisz zapłacić około 25-30 zł. Ale jeśli kupujesz droższe, to wiadomo...
- luźniejsza więź z matką. Niemowlę dużo szybciej zjada mleko z butelki, więc krócej go trzymasz na rękach. Niektórzy jeszcze opierają butelkę o poduszkę czy coś innego, by nie musieć jej trzymać. To może się odbić w brakach w rozwoju emocjonalnym. Może, ale nie musi, czego przekładem są niektóre dzieciaki  z rodziny. Ja jednak lubiłam się bawić z małą, nawet jak już zjadła. Plus odbicie, plus kolki: przytulania, noszenia i kołysania nie miały końca...

Karmienie piersią ma zdecydowanie więcej plusów niż karmienie butelką, ale większość matek czy to z powodu powrotu do pracy, czy po prostu dlatego, że stwierdziła, iże pora odstawić dziecko od piersi na rzecz stałych pokarmów, przechodzi na mleko modyfikowane, jak uzupełniające dietę. Dlatego trzeba pamiętać o kilku zasadach, głównie higienicznych, a butelka przestanie budzić kontrowersje.

Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że prócz organizacyjnych kwestii przygotowania mleka i kosztów mleko modyfikowane (którym karmiłam małą odkąd skończyła 3,5 miesiąca) nie wpłynęło na odporność H. (choruje od święta i od razu jej przechodzi na następny dzień). Nie ma alergii pokarmowej. A co do więzi... nie będę obiektywna, chociaż uważam, że ma się dobrze :)

Zęby, zgryz, mówienie, próchnica - to kwestia smoczka. Kilka zasad, o których pisałam wyżej i problem z głowy. To mówi mi moje doświadczenie matki 2,5 rocznej dziewczynki. Kolejne dziecko może moją opinię zmieni, ale o tym dopiero będę się miała szansę przekonać za jakiś czas...


Ale tak jak kontrowersyjne wydaje się karmienie dziecka naprawdę długo (pytanie, co dla niektórych oznacza długo...), tak samo dziecko kilkuletnie z butelką w buzi także wzbudza emocje w środowisku. To zagadnienie jednak wymaga - jak mi się zdaje - odrębnego potraktowania. I o tym innym razem.

A jakie Wy macie doświadczenia w tej kwestii? Czy pominięcie pewnych zasad dało się Wam lub maluszkom we znaki, czy może wręcz przeciwnie?
I co sądzicie o smoczku i butelce? Jesteście za czy przeciw?



Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric