Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złość. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 sierpnia 2016

30 sierpnia - jestem złą matką

 

30 sierpnia 2016 r.
Wtorek




Mania: 4 miesiące, 2 tygodnie i 2 dni
Bu: 2 lata, 10 miesięcy i 2 tygodnie
Waga: Nawet nie wiem jaka. Chyba taka łazienkowa.
Pogoda: Skwaszona. Chłodna, bura, bez słońca i wit. D. Generalnie depresyjna i błagająca o kawę. Siekierę.






10:35



Jestem złą matką. Albo mam kryzys. Jest jeszcze przytłaczająca trzecia opcja: i jedno, i drugie. Wolę się jednak nie katować nią za szybko. I tak siedzę w wyjątkowo głębokim dole.

Mam poczucie, że dzieci mnie dobijają. Na każdym kroku. Ich zachowanie, ich potrzeba ciągłej uwagi, wiecznie te same irytujące scenariusze najtrudniejszych momentów dnia... Jestem zmęczona. I to nie tak, że dzieci są cudowne a ich głos niczym ćwierkające ptaszyny raduje mnie i dodaje energii, tymczasem mi, matce wyrodnej, przeszkadza sama ich obecność. Zawsze oczywiście jest coś, co zakwasi ciąg zdarzeń, psując cały tydzień z góry, a wtedy ja siadam i zalewam się łzami, że to ponad moje siły. Czasem rzecz jasna tak jest, ale najczęściej jednak nie ma wyjścia i po prostu muszę się pozbierać do kupy. A kiedy to zrobię, kiedy opadnie kurz, pewnego zwykłego dnia, jak ten dzisiaj, moje podświadome ja postanowi to całe ZUO odreagować. 

Znacie? No to odreagowuję. I mam wrażenie, że dzieje się to praktycznie poza moim udziałem. Myślę o tym np. jak dzieci mnie ograniczyły. Jak - mimo najszczerszych chęci - nie mogę zapomnieć o straconych szansach na spełnienie kilku największych marzeń. Jak nie mogę robić tego czy tamtego, jak muszę teraz robić to czy tamto, chociaż już mam "do wyrzygania jeden krok". Jak nie potrafię pewnych rzeczy odpuścić i skupić na innych, nie potrafię oczyścić głowy, którą wciąż "zaśmiecają" jakiej zaprzeszłe sytuacje z dziećmi, jak po prostu nie potrafię pójść dalej. Dosłownie, jakbym miała kulę u nogi. Za każdym razem myślę: "Dobra, od dziś..." i tu lecą postanowienia. Pomijam te najbardziej stereotypowe z odchudzaniem i ćwiczeniami na czele. Tu chodzi o te postanowienia dotyczące powrotu do tego, co robiłam wcześniej. To jak uwięzienie w głupim przekonaniu o tymczasowości mojej sytuacji. To wbrew logice, bo przecież wiadomo, że sytuacja nie ulegnie większej zmianie. Przecież nie urodziłam dziecka po to, by na chwilę się nim "pobawić". Więcej, nie będzie lżej! Bo jak wiadomo: małe dzieci - mały problem, duże dzieci - duży problem.


Nie mogę nabrać rozpędu. Powłóczę beznadziejnie nogami, aż przykro patrzeć. To już druga kawa, organizm się chyba uodpornił - jakbym bezkofeinową piła. Głowa mi pęka. Mięśnie karku boleśnie napięte. Trudno wziąć mi głębszy oddech. Nie mogę patrzeć na potwornie brudne okna, podłogę pełną miauczących kotów czy na górę prania do prasowania. Na samą myśl chce mi się płakać. 

Może to wina tego trudnego weekendu. eR. poszedł w góry nad ranem, a ja z dziewczynkami spałam u rodziców. Duchota na piętrze, zakatarzone noski, wypadający smoczek i tego typu problemy sprawiły, że spałam być może niecałe 3h. Szaleństwo. Od 5:20 obie dziewuszki na nogach. A w miarę upływu czasu sytuacja robiła się coraz trudniejsza do zniesienia. Postępujący upał i postępujące przeziębienie u obu. Szybka decyzja: Nurofen Forte. Niby coś zadziałał, ale nie przegonił przeziębienia. Dwójka maluchów praktycznie pokonała naszą dorosła trójkę. I tak dotoczyliśmy się do godziny 16:30, kiedy to zmęczony fizycznie, ale mimo wszystko szczęśliwy ojciec moich dzieci wrócił z gór. Robiłam wszystko, by się nie rozbeczeć wycieńczona i wybebeszona psychicznie. 

Dzieci jujczą do dziś. Nie przeszło im. A ja już nie mam siły. Mam ochotę rzucić wszystkim. Chociaż wiem, że kiedy to wszystko rzucę, od razu przylecę zobaczyć, co z dziećmi. 


A gdzie moja radość życia? Moja determinacja do dążenia do celu? Gdzie ta moja szalona dusza, która chce spełniać marzenia? Ja się pytam: gdzie?! 

Dziś mam wrażenie, że została na porodówce.
Zapytajcie mnie o to jutro. Może sobie przypomnę, gdzie ją naprawdę zostawiłam.

czwartek, 14 lipca 2016

14 lipca - Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



14 lipca 2016 r.
Czwartek


Mania: 73 dni (2 miesiące i 20 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 29 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Ponuro, deszcz wisi w ciężkim powietrzu, które nie chce wymienić się z dusznym powietrzem w domu. Mimo otwartych na oścież drzwi i okien.


13:34

Mam doła.
Doła..? Serio? Nie wiem, kiedy ostatnio używałam tego określenia. Chyba w liceum.

A teraz przydługa opowieść o tym, skąd to samopoczucie, jak gdyby ktoś usiadł mi na klatce piersiowej. I tylko to przekonanie, że wykłócanie się, zwracanie uwagi tylko pogorszy sytuację i popsuje to, co jest...


Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



Odkąd pojawiło się drugie dziecko jesteśmy tylko my i nasze dzieci. Niewątpliwie najszczęśliwsi szczęściarze. Bo czy może być coś więcej warte niż kochający małżonek, szczęśliwe i zdrowe dzieci? A kiedy dodamy do tego własny kąt (ba, dom i ogród!) i fakt, że niczego nam nie brakuje, można powiedzieć, że opływamy w hollywoodzkie luksusy. I to wszystko mając lat 28. Doprawdy skandal.


Odkąd wyszłam za mąż staram się być dobrą żoną. Odkąd urodziłam Bulinkę także matką, pamiętając przy tym, że wciąż jestem żoną. A ponad tym wszystkim – kobietą, by i siebie nie zaniedbać. Czy jest to takie nadzwyczajne? Na pewno wymaga od kobiety uporu, zaradności, dobrej organizacji czasu i właściwej hierarchii priorytetów, które zmieniają się (lub mogą zmienić) wraz z nową rolą życiową. Tyle. I aż tyle, jak się okazuje.



Moje dzieciństwo, a stosunek do życia



Bez zwątpienia dzieciństwo wpływa na całe życie. W mniejszym lub większym stopniu determinuje nasze późniejsze decyzje czy kierunek jaki nadajemy naszemu życiu. Kropka. Takie są fakty i z tym się nie dyskutuje. Trochę szkoda, bo czasami chciałabym podjąć polemikę i niestety mam poczucie bezsilności wobec tego, co czuję czy co sądzę...

A co to takiego? Zawsze byłam typem wrażliwca, romantyczką, troszkę wyjętą z kontekstu pragmatycznego aspektu życia. Nie byłam oderwana od rzeczywistości, po prostu życie, które wymaga zabiegów typu „zapłacić za obiad w szkole” było poza moim zasięgiem. Robiła to moja siostra. Młodsza. Typowa realistka stąpająca twardo po ziemi.

Mama zawsze miała poczucie, że moja wrażliwość i nieporadność mnie zgubi. I wciąż to powtarzała, dodając: „musisz sobie radzić, przecież nie zawsze będę obok ciebie”. Prawda, ale to nie sprawiło, że stałam się trwalsza, bardziej zorganizowana i praktyczniejsza, bo wiecznie miałam poczucie, że muszę udowodnić, że taka jestem. I to udowodnić mamie. To, że przestała narzekać na moją zbytnią wrażliwość i przejmowanie się wyznaczało poziom dumy, jaki widziałam w oczach mamy. Banał, ale cóż... Zaakceptowałam już fakt, że nie jestem tak wyjątkowa jak mi się zdaje.

Jak to wpłynęło na moje życie? Po ślubie byłam żoną idealną. Dom dosłownie lśnił. Lodówka pełna, pranie zrobione i wyprasowanie, obiad dwudaniowy na stole (nigdy dwa razy to samo), co drugi dzień ciasto. I miałam nerwicę. Ale chyba o tym nie chcę pisać.

Potem zostałam mamą. Szczęśliwą mamą, która walczyła cztery miesiące z koszmarnymi kolkami u dziecka. Dodajmy, że dziecko to potrafiło włączyć takie decybele, że piszczało uszach. A ja musiałam skończyć pisać pracę magisterską i obronić się czym prędzej. Teściowa przyjeżdżała dwa razy w tygodniu, bym mogła pisać. I to te dwa dni, kiedy Buńka była zwyczajnie grzeczna i spała pół dnia. A ja tłumiłam poczucie bycia złą matką, bo ważniejsze było to, by się obronić. Bo mama naciskała: „Obroń się i miej to z głowy”. Niestety sama nie przyjechała ani raz, by zająć się małą, mimo iż mieszkaliśmy wówczas... całe dwieście metrów od moich rodziców. Dziecko nie miało spania, więc rodzice też nie mogli go mieć – wyglądałam jak zombie. Teraz już wiem, dlaczego mama mi nie zaoferowała pomocy. Sądziła, że to kolejny problem, które go nie umiem rozwiązać: dziecko. Jej słowa pocieszenie to: „Przesadzasz, dzieci takie już są”. Wspominałam już jak zareagowała moja rodzicielka na wieść, że jestem w ciąży? "No, tylko żebyś się teraz obroniła...". Zero "super!" czy "gratulacje!". Nawet mój tata się lekko zdziwił. Nieważne już. Powinnam była już wtedy wiedzieć, w która stronę to wszystko zmierza i nastawić się, że teraz dziadkowie (tj. moja mama, bo ona organizuje życie im obojgu) będą pomagać od wielkiego dzwonu, w sytuacjach, które sami zauważą, że bez ich pomocy się nie obejdzie.


Zanim zostaliśmy nuklearną rodziną...



… Buńka była sama. My i ona. Przecież ogarniemy jedno małe dziecko. Bez przesady, prawda? W domu nadal lśniło, pranie na czas, chociaż prasowanie lubiło się skumulować. Obiad był prawie zawsze, chociaż często jednodaniowy. Deser w formie ciasta co tydzień. I nie narzekałam. To była podstawa. Nawet jeśli zdecydowałam się nie kłamać, jak to wszystko z zamkniętymi oczami robię i do tego jedną ręką, prawie zawsze dodawałam, że „wiesz jak jest: różnie, ale staram się ogarniać”. No i nadal miałam nerwicę. Słabo sypiałam.

Bywało, że w kryzysie płakałam, kiedy Bunia szła na drzemkę. Czasem nie tylko wtedy. Dlatego wówczas eR. z własnej inicjatywy prosił swoją mamę, by wzięła Buńkę na kilka godzin do siebie. To trochę pomagało. W miarę upływu czasu, Bulinka rosła i była „prostsza w obsłudze”. Dzięki temu Bunia czasami, jeśli była taka konieczność, zostawała u niej na noc. U moich rodziców niestety rzadko. Natomiast z racji tak małej odległości, często odwiedzałam rodziców. Tak na chwilę, na tak zwaną kawę.

W końcu Bulińcia poszła do żłobka, prywatnego Klubu Malucha, bo nie byłam już w stanie z nią wytrzymać. Miałyśmy się dość: dzień i noc razem przez 1,5 roku. Nie, nie jestem osobą, która spełnia się w roli mamy na pełen etat. Czyli skończył się czas, w którym potrzebowałabym takiego wsparcia jak wzięcie małej do babci. Nawet w wakacje, bo przecież... no właśnie, moi pracujący rodzice zawsze coś mieli. Tuz przez zajściem w ciążę z drugim dzieckiem Buńka (1,7 lata) została na dwie noce z dziadkami, byśmy mogli pojechać na niecałe trzy dni...

Mama do dziś często powtarza, że powinna mi częściej pomagać, ale... no właśnie. Tych „ale” jest tyle, że wolę nie słuchać jak się z tego tłumaczy. Mam przeświadczenie, że to problem młodych dziadków. Nie chodzi o to, że nie akceptują tej roli, ale oni wciąż coś mają ważniejszego niż pomóc swoim dzieciom. Może ja miałam inne wyobrażenie o roli dziadków, bo moi byli dziadkami jak z bajki...

Trudna ciąża ale z happyendem



Moja druga ciąża nie była łatwa, o czym możecie przeczytać tutaj. Zaczęło się wszystko normalnie, ale już w drugim miesiącu wylądowałam w szpitalu. Potem było już tylko gorzej, więc eR. Przejął wszystkie obowiązki, włącznie z tymi dotyczącymi Bulinki. Moi rodzice ją często odbierali z przedszkola, ale po dwóch godzinach eR. brał ją do domu. Umówmy się: nie, żeby się upierał. Już częściej mała lądowała u teściów. Czasem na noc. Ale nie było z nią problemów, bo chodziła do Klubu Malucha. Moja mama – ilekroć Bu u niej spała – powtarzała, jakie to świetne dziecko. Grzeczne, zabawi się cichutko [sic!], nie goni jak wariat, ładni je i śpi. Zero problemów.

- Może teraz twoja mama będzie ją częściej brała, skoro zobaczyła, że H. nie jest problematyczna... - powiedział z nadzieją eR. 
 
Taaa... Kiedy mówiłam mamie, będąc już w domu, że źle się czuję, nie wstaję z łóżka, a eR musi gdzieś jechać i nie mogę zająć się małą, ona na to, że ma po całym tygodniu tyle sprzątania... no i „przecież ona [Hania] jest taka fajna, zabawi się... Nic w zasadzie nie będziesz musiała robić”. Aż kusiło powiedzie: „Jak nic nie trzeba koło niej robić, to dlaczego jej nie weźmiesz? Ty chodzisz, ja mam zakaz chodzenia”. Ale przełykałam łzy i szybko kończyłam rozmowę. A eR. kombinował, czy jego mama nie znajdzie chwili. W końcu ma czternaścioro wnuków. A moja aż trójkę.

Wiem, że moja mama pracuje, a teściowa nie. To z pewnością duża różnica. Już wówczas i kuzynka, i sam eR. przebąkiwał, że mama nawet do Krakowa jeździła siostrze przy dziecku pomagać, a mnie to nigdy... Potem siostra urodziła drugie, więc zrozumiałe było, że trzeba jej pomóc. Nawet jeśli starsze miało skończone 3 lata i chodziło do przedszkola. Ba! Nawet brała wolne, by w tygodniu jej pomóc.

Kiedy moja druga ciąża była na finiszu, mama sama z siebie zadeklarowała kilka dni wolnych i pomoc, bo wiadomo, że z drugim jest inaczej... Ucieszyłam się. Nie brałam pod uwagę tego, że może się wycofać, bo widzi, że przecież ogarniam. A co, mam nie zmieniać dziecku pieluch i nie karmić, żeby miała poczucie, że sobie nie radzę? Mania miała żółtaczkę, nie chciała przybierać na wadze, ja walczyłam z nawałem i jeszcze z obowiązkami domowymi, ale przecież jestem ośmiornicą z kilkunastoma rękami, prawda? Szybko okazało się, że muszę wrócić do szpitala [tutaj więcej, tylko trzeba "przewinąć" relację z porodu]], by mnie „doczyszczono”, bo organizm nie poczuwał się najwidoczniej do tego. Uprosiłam mamę. Wyszłam jeszcze tego samego dnia po zabiegu. Mańka była idealna w tym czasie. Nie wiedziałam jeszcze, że to nie wróży nic dobrego. 


Drugie dziecko otworzyło mi oczy 


Po miesiącu Maniula dostała kolki. I tak do końca drugiego miesiąca się darła od 17:00 do 20:00. Dobrze, że nie od 22:00 do 1:00, jak Bunia. Moja mama zaakceptowała ten fakt, co mnie ucieszyło. Pojawiła się nadzieja, że może raz na jakiś czas przyjedzie do mnie i po prostu mnie odciąży. Teściowa, odwrotnie niż moja mama, nie ma prawa jazdy, więc jest mocno ograniczona pod względem mobilności. Ale niestety. Mama w sobotę ma sprzątanie a w niedzielę zawsze jakiś wyjazd z tatą i moim młodszym bratem. Za to przyjechała siostra z odsieczą. Z dwójka dzieci. Wzięła Bunię i przynajmniej miałam tylko jedno dziecko na głowie. Bo przecież kiedy dziecko ma kolki, ma problemy zarówno z jedzeniem jak i spaniem wciągu dnia.

Ale jakoś to wytrzymałam. To był czas połogu i szalejących hormonów, więc mówiłam sobie, że dopiero po zakończeniu połogu będę mogła trzeźwo spojrzeć na tę sytuację. Teraz czuję się tak otrzeźwiona, że aż boli mnie klatka piersiowa. Znów mam nawrót nerwicy...

Zaczęło się od tego, że chcieliśmy w wakacje chociaż na weekend (tj. piątek wieczór, sobota i niedziela do popołudnia) wyskoczyć. Kiedy adrenalina i połóg się zakończył czułam się coraz gorzej psychicznie i potrzebowałam chwili oddechu. Tylko ja i eR. Ciąża była ciężka nie tylko dla mnie, oboje tego potrzebowaliśmy.

Zaczęliśmy szukać terminu. Okazało się, że wolnych weekendów nie ma za wiele, wyjąwszy te, kiedy nie ma teściowej i mojej mamy... zostały dwa terminy, w tym jeden, który rozpoczynał się wówczas za trzy dni. Ponieważ był to czas, kiedy teściów nie było, najpierw odezwałam się do mojej mamy. Co się nie nakombinowała! Ostatecznie okazało się, że możliwy byłby tylko jeden termin, jeśli chodzi o wzięcie dwójki. Padła propozycja jeszcze, by wziąć jedno w innym terminie, bo będzie już miała dzieci siostry. Teściowie walczą wówczas z miodem (pasieka kilkudziesięciu uli, robią od rana do wieczora - Mania odpada...) Po godzinie, kiedy przemyśleliśmy kwestię, oddzwoniłam. Niestety, termin już nieaktualny za bardzo, bo i w ten weekend przyjeżdżała siostra z dziećmi i będą chcieli gdzieś wyjść. Nie mam pretensji do siostry, bo to mama powinna była powiedzieć jej: wstrzymajcie się z decyzją, bo czekam, czy nie będę mieć wówczas H. i M... Ale nie. Koniec końców pojechaliśmy na jeden dzień, w niedzielę. Poszliśmy w góry. Było super, dopóki nie dowiedziałam się, że Mania się darła (bo moja mama wyśmiała pomysł z zostawieniem mojej bluzki), a Bunia marudziła pół dnia, bo nie chciała nic zjeść..
 
Pisałam, że wcześniej padł pomysł, by w tygodniu zostawić dzieci, bo mama bierze wolne, ale w grę wchodziło tylko jedno dziecko. Jednak po tej nieszczęsnej niedzieli próbowała się wycofać, chociaż chyba  było jej głupio tak otwarcie, więc sami się wycofaliśmy. A mama na to: „jak uważasz...”.

Nie miałabym pretensji, gdyby moja mama po prostu już taka była: nie lubiła zajmować się dziećmi, wolała szaleć i jeździć z tatą gdzieś co weekend a w tygodniu pracować na pełen etat i nie myśleć o wsparciu córki. Ale moja mama jest święcie przekonana, że moja siostra bardziej potrzebuje jej wsparcia. Dlaczego? Moja siostra i jej mąż prowadzą cały czas studenckie życie. I, dyplomatycznie rzecz ujmując, jej wybranek nie jest typem pracoholika. Zupełnie nieżyciowy artysta bez większego poczucia obowiązków wobec domu czy dzieci. Moja mama twierdzi, że siostra ma nie dwójkę, a trójkę dzieci. I dlatego to ona potrzebuje wsparcia, bo ja z moim „świętym eR” ogarniamy wszechświat jedną ręką, więc zwrócenie się o pomoc przy dzieciach to z naszej strony czysta bezczelność. Prawda jest jednak taka, że mąż siostry chodzi do pracy, chociaż jego praca nie ma regularnego rytmu, jak praca siostry. U nas to ja nie mam regularnego rytmu pracy, a mój eR. - tak.

Myślałam, że nie może mi być bardziej przykro, dopóki nie dowiedziałam się, że mama bierze starszego syna siostry na dwa tygodnie na wakacje gdzieś w Polskę, bo mały w tym czasie nie ma przedszkola. Moja Bunia też ma dwa tygodnie zamknięty Klub Malucha i będę z dwójką dzieci sama. Zaznaczam, że te od siostry są starsze od moich, więc wymagają mniej zachodu i chodzenia koło nich. Kiedy po felernej niedzieli mama zauważyła, że jedna osoba przy dwójce moich maluchów to spore wyzwanie, bez żadnej sugestii między wierszami powiedziałam: „Teraz sobie wyobraź, że będę miała taką dwójkę przez dwa tygodnie końcem lipca, bo H. ma wolne w przedszkolu”. Co moja mama na to? „Jesteś młodsza, dasz radę. Ja też miałam was dwie i jakoś musiałam sobie radzić”. I tylko babcia (mama mojej mamy) prychnęła: „Widzę, że już zapomniała, jak jeździłam do was, a całe wakacje byłyście u nas na wsi...”



***

Proszę wszystkich Czytelników o wybaczenie za takie uzewnętrznienie się. Dawno nie czułam takiej goryczy. Czuję się zdemotywowana. Mama tylko dzwoni i pyta, czy przygotowuję się do egzaminu, bo powinnam. A ja staram się nie zgrzytać zębami, bo chyba usłyszałaby to przez telefon. I jest mi tak przykro, że czasem brakuje mi odwagi, by się odezwać, bo usłyszy mój łamiący się głos – tylko wysłuchuję i przełykam ślinę, by opanować drżenie.



wtorek, 5 lipca 2016

nr 42, 5 lipca

5 lipca 2016 r.
Wtorek






Mania: 73 dni (2 miesiące i 20 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 29 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Słonecznie, ciepło. Może nawet cieplej niż lubię, ale nie ma tragedii, nie ma lejącego się z nieba żaru i duchoty w powietrzu. Przynajmniej pranie ładnie schnie.



13:13



Stracić dane na komputerze. Kto nigdy chociaż raz nie utracił ważnego dokumentu, ten albo nie ma komputera, albo jest z kosmosu (gdzie najprawdopodobniej komputerów nie ma, więc na jedno wychodzi).


Straciłam w czeluściach bloggera jeden stary wpis. Jeszcze z czasów ciąży. Pisałam go niespełna miesiąc, dopracowując, poprawiając, aż będzie naprawdę doskonały - "15 sposobów jak nie zwariować po porodzie". Nie, żebym potrzebowała go sobie poczytać odkąd po raz drugi zostałam mamą. Ale jego przygotowanie nie tylko kosztowało mnie sporo zachodu i pracy, ale też były to moje naprawdę odkrywcze przemyślenia. Nie wiem jak Wy w takich momentach, ale ja w tym momencie nie jestem w stanie napisać go jeszcze raz. Nie teraz i na pewno jeszcze długo nie... To nie tak, że nie pamiętam go, ale jestem tak zła i rozżalona, że mam ochotę tłuc talerze i płakać, co oczywiście nie zwróci mi tego wpisu. Stracę tylko niepotrzebnie ślubną jeszcze zastawę. 

Zupełnie nie wiem, jak to się stało: artykuł zniknął. A może jakimś cudem go usunęłam? Fakt jest faktem, wpis zatytułowany "15 sposobów jak nie zwariować po porodzie" zawiera tekst z innego wpisu, który teraz ma dwa życia: swoje i cudze. Więcej: wpis tak zatytułowany wydaje się... nieopublikowany! Za linkiem prowadzącym do wpisu nie ma niczego! "Strona, jakiej szukasz nie istnieje"czy coś w tym stylu. Chce mi się płakać.

Jeśli któraś z Was jakimś cudem skopiowała tekst "ku pamięci", błagam o przesłanie mi go. Nie łudzę się jednak specjalnie: to z mojej strony tupet sądzić, iż ktokolwiek miałby sobie coś ode mnie skopiować na pamiątkę. Mimo wszystko próbuję. A może którejś z Was przydarzyło się coś takiego?


Od dwóch nie nie wchodziłam na bloggera, obrażona na cały świat. Za zniknięcie artykułu (a może ja sama coś, cholera jasna, naklikałam...) obwiniałam bloggera, siebie, bloggera, zawieszającego się laptopa i bloggera... 

Aż nie chce mi się tu wchodzić. Idę tłumaczyć artykuł. 
Z Bogiem.


piątek, 3 czerwca 2016

Jestem samotną matką...

31 czerwca 2016 r.
Wtorek


Mania: 47 dni (1 miesiąc i 16 dni)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 15 dzień
Waga: 61, 7 kg
Pogoda: Zmienna. Miało grzać jak cholera. I grzało. Do południa. Teraz coś postraszyło deszczem, ale na razie nas oszczędza. Pogoda zrobiła się temperaturowo znośniejsza. Zobaczymy czy znów będzie burza.




Jestem samotną matką...




... a raczej bywam. Kiedy to mój eR., któremu generalnie nie powinnam wiele zarzucać, wraca do domu z pracy przywożąc z przedszkola Buńkę i dostrzega w domu większy porządek niż zazwyczaj. Podłogi odkurzone i przetarte, łazienka zachęca do umycia się, w kuchni pachnie jakby obiadem (lub czymś zjadliwym), a dziecko śpi. Tak bywa. Raz czy dwa razy w tygodniu, powiedzmy. W pozostałe dni zawsze któregoś elementu brakuje. I wtedy mój mąż stwierdza, że może oglądnąć mecz, liczyć na podanie pod brodę talerza. A ja zajmę się drugim dzieckiem (bo przecież tak się za mną stęskniło! a za nim to niby nie?), nawet jeśli to młodsze właśnie się obudziło. Czasem go opieprzę, by ruszył "swoją szanowną" i poczuł się w obowiązku przejąć to młodsze lub starsze. Ale czasem on po prostu informuje mnie, że "trawa nieskoszona", że "trawnik się wykrzywił i musi nawieźć ziemię", że "kapusty wyłażą spod kamieni" tworzących drogę wjazdową i "musi je randapem potraktować" (kapusty to po prostu liście mleczy), że "musi posprzątać w kotłowni", że... no, końca nie widać. I to jest takie pilne, że nawet nie zdążę zaprotestować, a jego już nie ma.

piątek, 20 maja 2016

nr 34, 20 maja



20 maja 2016 r.
Piątek



Mania: 36 dni (1 miesiąc i 5 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 4 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Ładna, wiosenna, słoneczna. Optymistyczna. kontrastuje z moim samopoczuciem.



15:34


A jednak. Mańka ma kolki. "Najpierw, powoli, jak żółw ociężale" sytuacja się rozwijała. Mała miała coraz większe problemy z odbiciem. Nie ulewała już tak koszmarnie, pozbywając się wszystkiego, co ze mnie wyciągnęła, ale powietrze, które kotłowało się w brzuszku dawało jej popalić. I sytuacja zaczęła się stopniowo zaostrzać. Coraz mniej snu, coraz więcej płaczu.

Od kilku dni wiem, że to jest to. Wiem, bo Buńka też miała kolki. Tylko od 4 doby. Tej zaczęły się teraz.
Wiem, że będę stosować sab simplex, bo wiem, że pomoże. I może przetrwamy.

Dziś już się popłakałam: mała spała 1,5 h w południe. I tyle. Pozostały czas, to rozdzierający (lub trochę mniej) płacz.



Kiedy dziecko ma kolki, prócz desperackiego poszukiwania pomocy wszędzie, gdzie się da i stosowania nawet najdziwniejszych praktyk, zastanawiasz się przede wszystkim, czy nie przeskrobałaś czegoś, że sobie na to zasłużyłaś. Może nie na początku, ale kiedy te kolki naprawdę zaczynają już męczyć rodziców. Kiedy pojawia się drugie dziecko i to drugie także ma kolki, jesteś już prawie pewna, że należy zrobić porządny rachunek sumienia, bo na pewno gdzieś tam będzie przyczyna, że znów cię to spotyka. Chyba, że to mąż coś przeskrobał...



16:02


Mańka zasnęła. Umordowana, upłakana. Po policzkach ciekły łzy. Nam obu.
Tak, jak Buńka darła się, jakby ją zarzynali i szło osiwieć i ogłuchnąć jednocześnie, bo potrafiła osiągać nieprawdopodobne decybele, tak Malutka nie ma aż tak donośnego głosu. Ma jednak okrutnie przejmujący. Okrutnie dla nas. Płacze, jakby się żaląc, że nikt nie chce jej pomóc. Nie wie, nie rozumie, że po prostu na ten moment nie mam jak jej pomóc.

Boli mnie głowa. Kiedy zasypia, cisza, którą prawie mogę usłyszeć, dzwoni w uszach.

Kręgosłup chce odpaść od rąk. I odwrotnie.

Czuję jak niewidzialna ręka ściska mi klatkę piersiową. Drżącą ręką sięgam po metalowy kubek, nalewam wodę i stawiam na płycie. Nie mam odwagi włączyć czajnika bezprzewodowego. Zalewam torebkę melisy. Nie zaszkodzi, a może pomoże.



***

Przypomniała mi się sytuacja sprzed ponad dwóch lat, kiedy to Bulinka miała kolki. Ktoś, z pewnością chcąc dobrze, powiedział:
- No, zobaczcie! Jak szybko zleciały te 3 miesiące! 



Padłam. Komu szybko zleciały, to zleciały...

Ręce i piersi opadają. Dosłownie.



środa, 24 lutego 2016

Bunt dwulatka, czyli "nie" i "sama", które może nas przerosnąć (nr 21)




20 luty 2016 r.
Sobota

Ciąża: 33 tydzień i 1 dzień
Waga: 66 kg
Pogoda: Najpierw jak pod psem, a potem taka, jaka powinna była być w Wigilię (a nie była).

Bunt dwulatka, czyli jak "nie!" i "sama!" może nas przerosnąć


Obudziłam się z nieprzyjemnym uczuciem w żołądku. Coś, jak zawód. Już przeczuwałam, że czeka mnie walka z małą H. Tylko pytanie na jakim etapie dziś: picia porannej herbatki z sokiem malinowym? ubierania się? czesania? mycia zębów? 

Wiedziałam, że przechodzi bunt dwulatka. Nie krzyczy (albo rzadko), nie rzuca się po podłodze, nie gryzie, nie bije. Robi coś innego. Kiedy tylko powiem, że z pewnym zachowaniem przesadza i kwalifikuje się to na bycie niegrzeczną, stwierdza bezpardonowo: "H. niegrzeczna. H kąta" (wciąż zapomina o przyimkach i zdarza się zapomnieć o czasowniku) i idzie do kąta, obraca się do ściany i koniec. Nie ma takiej siły, która ją od tego kąta odciągnie. Nieważne, że wybiegła golutka z łazienki - będzie tak stała. Albo po prostu mówi: "H. nie lubi." I też z nią nie podyskutujesz. Jej "H. sama!" już łatwiej jest mi okiełznać, ale niejednokrotnie pozostawienie jej z jakimś zadaniem nagle ją przerasta i wybucha płaczem i woła: "Niedasie!"

Tym razem wszystko szło dobrze. Do czasu. Zatrzymałyśmy się przy czesaniu. Już ją miałam czesać - jak zawsze - kiedy nagle wybiegła z pokoju z hasłem "H. kąta!". Nie wiem, skąd jej to przyszło do głowy. Chciałam wytrwać przy swoim, nie zdenerwować się... ale niestety to już ósmy miesiąc, a czas uciekał i działał na niekorzyść. Chciałam zdążyć na śniadanie do Klubu Malucha. Robiło się nieprzyjemnie, bo mała uparcie i coraz agresywniej sprzeciwiała się czesaniu. Sprawa się przedłużała: mała płakała, bo ostatecznie zaczęłam się ubierać i powiedziałam, że skoro H. nie chce się czesać, a co gorsza nie chce odejść od ściany, pojadę sama, bo jest już bardzo późno. Wtedy wpadła w histerię i było mi jej naprawdę żal. A jednocześnie chciałam, żeby mnie przeprosiła za wcześniejsze zachowanie. 
- Moja mamusia... - mówiła przez łzy, ale kiedy prosiłam, by mnie przeprosiła, bo sprawiła mi przykrość, uparcie mówiła, że tego nie zrobi.

W końcu zrobiło się tak późno, że chcąc nie chcąc po prostu musiałam się śpieszyć. Podskoczyła mi adrenalina, ale - jak to w ciąży - hormony odgrywają naprawdę znaczną rolę i tym razem nie krzyknęłam, tylko po prostu poleciały mi łzy. Niestety Bulince też. I to podwójnie. Zagryzłam wargi tak mocno, że aż poczułam w ustach smak krwi. Okropność. Wyszłyśmy w pośpiechu. Mała już prawie zapomniała o sprawie, ja milczałam. Powiedziałam jej, że jest mi przykro i dlatego nie będę do niej teraz mówić aż mnie nie przeprosi. 

Dopiero po kilku minutach znów powiedziałam, że jest mi przykro i czekam, że mnie przeprosi. Akurat stałyśmy na światłach. Popatrzyła na mnie i przeprosiła. Chyba długo będę pamiętać jej "pepasiam, mamusiu..."

Przyszło mi wówczas na myśl, że wszystko rozbiło się o to jedno słowo. Dlaczego tak uparcie nie chciała przeprosić? Doskonale wiedziała, że tylko tego chcę i gdyby nie to, uniknęłybyśmy całego tego porannego...bigosu.

Postanowiłam, że dość bycia "mamą na wyczucie". Zastanawiając się nad tą problematyką dłużej, musiałam przed sobą przyznać, że problem narasta i nasze (moje i eR.) metody po prostu nie działają. Czy muszę jeszcze raz pisać, że to mój ósmy miesiąc po bardzo trudnych początkach i moje złe samopoczucie oraz boleści to mój chleb powszedni: dzień bez nich to jak święto, którego naprawdę dawno nie było? Biedny eR. Biedna ja (a co!). Ale nasza Jagódka też biedna: nie rozumie wielu rzeczy, chociaż wydaje jej się, że jest już duża i może zawojować świat a my jej nie pozwalamy... Trzeba coś przedsięwziąć. Bezsprzecznie. Inaczej nie przetrwamy tego czasu. A przecież zaraz ma się pojawić w domu nowy człowiek!

Jak przetrwać bunt dwulatka, nie oszaleć do końca i nie zepsuć dziecka?


Aktualizacja:

24 luty 2016 r.
Środa

Ciąża: 33 tydzień, 6 dzień
Waga: 66, 5 kg
Pogoda: Szalona - spokojny puszysty śnieg (kilka centymetrów), za chwilę piękne błękitne niebo, słońce (śnieg momentalnie znika). Potem zawieja i beznadzieja - okropny wiatr, śnieg, aż biało...




Najpierw trzeba poznać dobrze objawy tego buntu. Nie wszystkie zachowania w tym czasie można uznać jako buntownicze. Czasami rzeczywiście "nie" oznacza "nie", a zmiana zdania w jakiejś kwestii nie musi oznaczać niezdecydowania. 

Oto kilka typowych dla dwuletniego buntownika zachowań (nie muszą występować wszystkie):
- "nie". Wydaje się, że dziecko w każdej kwestii jest na "nie". Do tego stopnia, że kiedy ty mówisz: "Poczytajmy książeczkę" dziecko automatycznie mówi "nie", po czym przybiega z książką. U nas nagminnie używanym hasłem stało się: "H. nie lubi". A czego nie lubi? Ano wszystkiego, w tym także mamy, taty, cieloladki (tłum.: czekoladki) czy Peppy, którą uwielbia. Kiedy słyszę po raz en-ty "H. nie lubi", odpowiadam: "Wiem, H." i robię swoje. Czasem widzę, że się droczy - bada granice. Myśli zapewne: "Zdenerwuje się na mnie, czy nie?" Czasem jednak mówi to z automatu. Trzeba rozgraniczyć, kiedy warto zacząć tłumaczenia, a kiedy odpuścić.

- "chcę to!" Roszczeniowe dziecko, które rzuca się na sklepową podłogę to jeden z koszmarów każdego rodzica. W domu - podobnie: dziecko dostaje od odwiedzającej babci czekoladkę. Żadne tłumaczenia, że teraz zupa, a czekoladka później, nie pomagają. Niestety mało który gość ma tę świadomość, że słodkości mogą być podarowane dziecku w złym czasie. Matce, która przechodziła już bunt swojego dwulatka nie muszę mówić, co oznacza w takiej sytuacji zdanie: "Odłóż czekoladkę, zjemy po obiedzie". To jak casus belli - wypowiedzenie wojny.

- "lubię i nie lubię równocześnie". Można? Jak się okazuje - tak. Niezdecydowanie jest kolejnym objawem, którym może objawiać się bunt. Najpierw dziecko domaga się jajka na śniadanie, twierdząc uparcie, że "tościka nie! H. nie lubi!", po czym gdy tylko jajo trafia na talerz, patrzy na mnie jakbym ją właśnie fatalnie rozczarowała. Ostatecznie zjada tosta. I to bez namawiania. Zmiana zdania jest typowym zjawiskiem. Trudno mieć cierpliwość w pewnych kwestiach (ktoś to jajo będzie musiał zjeść), ale z tym się trzeba po prostu pogodzić.

- "wrrr!", czyli jak dziecko potrafi się złościć. A potrafi na wiele sposobów. Wrzaski, gryzienie, bicie i wszystko, co może się tu kojarzyć z agresywnym zachowaniem. Nie wszyscy rodzice doświadczają tego w stopniu skrajnym, ale w jakimś stopniu na pewno większość. Wystarczy, że coś pójdzie nie po myśli malucha... Chciało się samo ubrać, ale nie umie tego tak szybko i sprawnie jak mama. Albo mama nie pozwoliła zjeść czwartego herbatnika. Albo zwyczajnie nie chce robić tego, o co prosi mama. Awantura gotowa. Klasyka gatunku, chciałoby się rzec.


Buńka jest buntowniczką, ale taką umiarkowaną. Kiedy dotarło do mnie, że jej zachowanie to przecież "bunt dwulatka", szybko wdrożyłam kilka zasad, które poskutkowały z miejsca łagodząc buntownicze zakusy mojej panny. Niektóre objawy całkowicie udało się wyeliminować. Ale warto dodać, że jakiś "100%-towy sposób" nie istnieje. Każde dziecko jest inne i sposób trzeba znaleźć samemu. Warto jednak wesprzeć się kilkoma uniwersalnymi zasadami, które niewątpliwie pomogą uniknąć eskalacji problemu. Bo tutaj niestety możemy popełnić kilka błędów, które mogą się kiedyś na nas zemścić (a przecież nikt celowo nie chce zepsuć dziecka, nie?)

Gdzie możesz spodziewać się trudności? 

(Tu podaję też sposoby, jak ja sobie radziłam. Albo jak sobie nie radziłam i jakoś muszę z tym żyć. Buńka też.)

- Jedzenie. Każdy posiłek może być kolejną nerwówą. Dziecko zmienia zdanie, co chce jeść czy pić. I jak. I gdzie. I kiedy. I samo. Oczywiiiiiście! Dodatkowo jeśli będziesz się upierać, może dojść do tak zwanych scen.

Przestałam pytać, co Buńka chciałaby zjeść. Dziecko chce decydować, poczuć się dorosłe, ale kiedy ma za duży wybór, denerwuje się. I gotowa jeszcze powiedzieć: "H. nie lubi śniadanka", a wtedy nie umiałam jej nakłonić do zjedzenia czegokolwiek, bo nie chciała podejść do stołu.

Zamiast tego pytałam: "Chcesz tościka czy jajo?" Oczywiście zawsze wybiera jajo, a potem chce jeść tylko tosta. Nie kłócę się, że "przecież chciałaś jajko!". Tak, chciała, ale wtedy, kiedy ją pytałam. Teraz już nie chce. Kiedy się z tym pogodziłam przestałam robić porcję dla siebie, zakładając, że to jajko ja będę musiał zjeść. 

Kiedy H. miała kryzys i w ogóle nie chciała jeść śniadania, z entuzjazmem [sic!] angażowałam ją do fantastycznej zabawy: przygotowania śniadania. A porywy samodzielności, które koncentrowały się wokół patelni czy noża przekierowywałam na inne czynności (np. nakrywanie do stołu), tłumacząc stanowczo, że nóż i patelnia może być dotykana tylko przez mamę i tatę. 

- Ubieranie. Tutaj też może nie być między wami zgody. Nie te skarpetki, majtki, koszulka, spodnie... a! Teraz to w ogóle spodnie nie, tylko sukienka i rajtuzki. I znów: przecież on/ona chce sama!

Rutyna pomaga. Małe dziecko kocha rutynę. Czuje się w niej bezpiecznie a to oznacza mniej awantur. My od dawna mamy swoje rytuały. W tygodniu, bo weekendy są różne, więc mała H. wówczas też ma różnie... Kiedy dzień zaczyna się od narzekania, pozwalam jej zgadywać, co teraz będziemy robić. Cieszy ją fakt, że zna prawidłową odpowiedź i od razu lepiej współpracuje. 

Tutaj też pole do popisu mamina wyobraźnia. Jeśli na jakiś etapie utknęłam z ubieraniem się, musiałam przechodzić samą siebie, stawiać na rzęsach... a i tak nie pomagało. Po długim czasie (kiedy już zapomniała, że nie chciała się ubierać), ubierałyśmy się. Czasem cały dzień chodziła nieuczesana, bo nie miałam sił na kolejną wojnę. 

Ja uczyniłam coś rutynowego czymś bardzo atrakcyjnego. Połączenie tych dwóch elementów daje nieprawdopodobny efekt. Warunek jest jednak taki, że w ramach rutynowych czynności wymyślisz coś naprawdę atrakcyjnego dla swojego dziecka. A co to będzie, tylko Ty wiesz. U mnie działa przebieranie "za coś/kogoś" (księżniczka, żabka, wróżka itp.). 

- Czesanie włosów (dziewczynki). Piski i krzyki, że nie chce się czesać nie powinny dziwić. A wystarczy pociągnąć je niechcący przy czesaniu (jeśli ostatecznie się zgodzi), ucieczka gwarantowana.

Tutaj znów mówimy o uatrakcyjnieniu rutynowej czynności. U nas fryzura musi pasować do "przebrania": na żabkę, na księżniczkę itp... 

- Przerwanie ulubionej zabawy. Albo bajki. Tutaj najczęściej bunt będzie aktem mocno agresywnym. Bicie, rzucanie się po podłodze, płacz histeryczny, tupanie itd.

Przestałam zaskakiwać. Jeśli to oglądanie telewizji, albo zjedzenie smakołyku, zaczęłam się z nią umawiać: tylko dwa odcinki Świnki Peppy; tylko dwie kostki czekolady. Koniecznie za wczas mówię, że "jeśli mama powie, że koniec, to kończymy". Umowa, to umowa. Powtarzam to kilka razy, koniecznie patrząc jej w oczy (ona też musi słuchać uważnie). Jeśli widzę, że niebawem dobiegnie koniec zabawy, uprzedzam ją ją wcześniej. To nie znaczy, że się nie buntuje. Ale nie ma już takich dramatów i niekończących się histerii. Łatwiej później dziecko zagadać i odwrócić uwagę od żalu. W gruncie rzeczy wie, że zgodziła się na taki układ, ale nie teraz nie jest z tego zadowolona. No cóż... Aha, sukces odniesiemy, jeśli będziemy konsekwentni. Gdybyśmy z jakiegoś powodu zmieniły zdanie ("Ok, no to dobrze, to nie będzie jeszcze jedna bajka..."), dziecko od razu zorientuje się, w jaki sposób wyciągnąć od ciebie kolejną i kolejną... W ten sposób pokażesz dziecku, że granice można dowolnie przesuwać. Czasem można, ale kiedy przechodzicie trudny okres buntu, warto pokazać dziecku, że te granice i zasady po coś są. I to nie po to, by je łamać. Małe dziecko nie rozumie idei "wyjątku". 

- Pożegnania/wyjazd do domu. Jesteście w gości, a dziecko świetnie się bawi. Ono nie wie, że "ma się zachowywać", to jeszcze nie ten etap. Sceny macie jak w banku. Trudno tu zastosować niektóre rady proponowane przez niektórych pedagogów. To jedne z tych sytuacji, które mogą popchnąć cię w stronę błędu wychowawczego... warto mieć się na baczności i nie zważać na to, co pomyślą o tobie znajomi.

Jest różnie. Ale generalnie staram się uprzedzać ją wcześniej. Najlepiej jeszcze zanim zapukamy do drzwi, wypowiadam charakterystyczne zdanie: "kiedy mama i tata powiedzą, że jedziemy do domu, to jedziemy i trzeba się grzecznie ubrać". Na 10-15 min. przed planowanym wyjazdem uprzedzam dziecko, że niedługo jedziemy. Robię to co kilka minut. Na 5 minut przed, zaczynam nas pakować. Znów powtarzam, że zaraz się zbieramy i sprzątamy zabawki. 

Bardzo często w takich sytuacjach słyszę od gospodynie "coś ty! nie jedźcie jeszcze!" lub gorsza kwestia: "baw się się jeszcze spokojnie, rodzice jeszcze nie jadą!". (to jest temat, który muszę tu jeszcze osobno potraktować). Wówczas stanowczo mówię, że jedziemy i dziękuję za gościnność. Jeśli jednak próby zatrzymania nas zbyt nachalne, proszę eR. o wsparcie (czasem wystarczy w odpowiedni sposób zawołać go po imieniu, tę kwestię wcześniej ustaliliśmy). W końcu to my będziemy potem walczyć z dzieckiem...

- Czynności higieniczne, mycie. Tutaj najpierw możecie walczyć z dzieckiem, by w ogóle zechciało się umyć, czy umyć zęby, albo ręce. O włosach nawet nie wspominam. Potem, prawie zawsze, będzie chciało to zrobić samo. A ciebie już skręca na myśl, jak ono te zęby umyje! Przecież głównie zjada pastę...

W tych sytuacjach możemy znów sięgnąć po połączenie rutyny z atrakcyjnością. Pozwalam wybrać dziecku zabawkę, która towarzyszyć ma przy myciu (tylko musi się do tego nadawać...). Przypominam też małej, że może coś zrobić sama: może się rozebrać do mycia, może sama się myć itd. Kiedy robimy kąpiel, bawimy się w zabawę "powtórz za mną" i ja pokazuję poza wanną, jak myję nogi, ręce itd., a ona ma to powtórzyć. Sama piana jest atrakcyjna, więc do kąpieli nie muszę jej namawiać. Wciąż pracujemy nad uatrakcyjnieniem mycia "pod prysznicem" (nie w sposób tradycyjny, ale zasada jest ta sama). Może ktoś się podzieli swoim sposobem?

- Usypianie. Kiedy po wieczornej walce z myciem, masz dość, czeka cię jeszcze jedno wyzwanie: usypiania. Odwlekanie spanie jak długo się da - klasyka gatunku. A to chce pić, a to głodna, a to siku (lub coś innego), a to przeszkadza poduszka, a to inna przytulanka, a to bajka, albo jednak kołysanka... nie tak, tylko inna... Tracisz nerwy i po chwili nie masz już w sobie w ogóle cierpliwości i postanowienie zachowania spokoju wisi na włosku...

Konsekwencja, spokój, cierpliwość... to podstawowe zasady, którymi kierować powinien się rodzic w tym trudnym czasie. Jeśli tylko możesz dziel się obowiązkami z mężem/ partnerem. Nie tylko na zasadach: ja kąpię - ty usypiasz. Czasami jedna czynność potrafi zszarpać nerwy. Dlatego my w tym czasie zadecydowaliśmy, że dzielimy każdą z trudnych czynności na pół. Przykładowo: eR. zabiera Bulinkę do mycia, ale kiedy wychodzą spod prysznica wkraczam do akcji i ubieram ją oraz myjemy zęby. Świeże podejście z większą dozą cierpliwości zawsze pomaga. 

Wiem, że ona nie robi mi tego na złość. Jest teraz na takim etapie rozwoju i trzeba go przejść nie szkodząc dziecku. A co może zaszkodzić? Utrata cierpliwości. Zaczynamy krzyczeć, przezywać dziecko ("ale z ciebie ślamazara!" albo "chyba będę cię nazywać beksą, bo ciągle tylko płaczesz!") a w najgorszym razie damy tzw. klapsa. Co robimy? Dokładnie to, czego nie chcemy, by robiło dziecko. Sami jednak pokazujemy, że można tak robić. Łamiemy własne zasady, więc cóż one są warte? Nikt - a tym bardziej dziecko - nie będzie ich traktował poważnie. 

Zadanie jest trudne: musimy w momencie z ludzi zamienić się w anioły: cierpliwe, spokojne, okazujące mnóstwo miłości itd. Jeśli w danym momencie nie możesz liczyć na efekt deus ex machina (np. w postaci swojego męża, który opanuje sytuację), mam kilka rad, które mnie udało się wdrożyć w życie. A pozwolę sobie po raz n-ty napisać, że jestem w ósmym miesiącu ciąży, która w połowie jest przeleżana i bolesna. Tym bardziej pewne czynności są dla mnie trudne do wykonania. 

Oto moje rady jak opanować złość (głównie w tzw. trudnych chwilach buntu dwulatka):


- Weź głęboki oddech. Albo dwa. Albo tyle, ile potrzebujesz, by się uspokoić.
- Wyjdź z pokoju. Rób jednak wszystko, by nie wyładowywać złości poza pokojem (dziecko z pewnością usłyszy zza drzwi, że kopiesz w ścianę, tupiesz, czy krzyczysz ze zdenerwowania).
- Wstań i podejdź do okna. Zapatrz się na to, co jest na zewnątrz - odwróć swoja uwagę od emocji związanych z dzieckiem.
- Powiedz dziecku, że teraz wychodzisz, a ono tam zostaje dopóki się nie uspokoi.
- Kiedy awantura zaczyna nabierać mocy, a nie słabnąć, po prostu podejdź do dziecka i mocno go przytrzymaj w uścisku. Tul go, dopóki nie zacznie się uspokajać. Nie zawsze jest to proste, zwłaszcza, kiedy dziecko się wyrywa, kopie czy rzuca się po podłodze. To są oznaki histerii, której już ty nie wyciszysz i musisz zdać się na czas, który w miarę upływu sam ją wyciszy. Podejdź do dziecka i przytul mocno jak tylko zobaczysz, że jest to możliwe. Co istotne: czuwaj, by w czasie tego ataku dziecko nie zrobiło sobie krzywdy. Kiedy dziecko się uspokoi, zacznij działać. Nie zostawiaj sprawy nierozwiązanej, tutaj okazanie miłości dziecku jest ważniejsze od tłumaczeń. Kiedy utulisz go, dopiero wówczas możesz mu coś wyjaśnić. 

Ogólne rady:



1. Nie wchodź w długie przemowy i tłumaczenia, dlaczego coś trzeba zrobić czy dlaczego czegoś robić nie można. Dziecko się wyłączy. Tłumacz w prostu sposób: bez wstępów, dodatkowych, niepotrzebnych słów. To musi być jasny przekaz.
Ja dodatkowo na początku zapewniam H., że rozumiem ją i wiem, że coś bardzo chce, albo wiem, dlaczego nie chce czegoś robić (ale nie wchodzę w temat), ale niestety... itd.

2. Stawianie granic, to jedno. Ale konsekwencja to druga strona medalu. Jeśli dziecko musi ubrać czapkę, pokaż mu, że ty też masz swoją i ją ubierz. Dziecko uczy się od ciebie. Przez naśladowanie. Dlaczego ono ma nosić czapkę, skoro ty nie nosisz?

3. Dawaj wybór. Dziecko chce mieć poczucie, że samo decyduje. I może to zrobić, jeśli stworzysz bezpieczną strefę tego wyboru. A zamiast od dziecka wymagać, daj mu poczucie, że może wybrać. Czyli lepiej zamiast powiedzieć: "Musimy się ubrać", zapytaj "Co dziś ubieramy: legginsy czy sukienkę?"

4. Pogłaskaj. Pochwal, doceń, że jest grzeczne. Pamiętaj jednak, by mówić że ładnie się bawi, układa puzzle, je, myje zęby itd. Dziecko nie rozumie ogółów, takich jak "grzeczny". Taka pochwała nie ma takiej wartości w oczach dziecka. Chwal też za to, że coś zrobiło samo, nawet jeśli o mało nie wyszłaś z siebie, bo tyle to czasu zajęło. Sukces dziecka trzeba docenić, to wzmocni jego poczucie własnej wartości.

5. Uatrakcyjnij rzeczy nieatrakcyjne. Łatwo się mówi, gorzej wykonać. Sama znasz swoje dziecko, wiesz co lubi i co dla niego będzie ekscytujące. Teraz tylko trzeba to wpleść w nudne rutynowe czynności.

6. Zrezygnuj z pytań "tak-nie". One są z góry skazane na porażkę. Ja pytam: "Chcesz to, czy tamto?" W ten sposób automatycznie wymuszam jakąś decyzję. I nie muszę się martwic nieustannym "nie!".

7. Nie pokazuj się dziecku jako Mama Zakazów i Nakazów. Pokaż dziecku, że jesteś przede wszystkim mama, która kocha. Nawet jesli zakazuje czy nakazuje, to kieruje nią dobro dziecko i miłość do niego. Staraj się często przytulać i całować dziecko. Uśmiechaj się, kiedy tylko możesz.

8. Nie pytaj, nie proś, a rób - działaj. Zamiast pytać: "Idziemy myć zęby?", powiedz: "Chodź, umyjemy zęby twoją nową niebieska pastą." Staraj się, by zabrzmiało to zachęcająco. 


A może Wy macie jakieś dodatkowe rady? Jak u Was sprawdziły się te ogólnie proponowane? Chyba, że nie miałyście problemów ze swoim dzieckiem? Jestem ciekawa Waszych historii! :)


Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric