Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dolegliwości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dolegliwości. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lipca 2016

14 lipca - Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



14 lipca 2016 r.
Czwartek


Mania: 73 dni (2 miesiące i 20 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 29 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Ponuro, deszcz wisi w ciężkim powietrzu, które nie chce wymienić się z dusznym powietrzem w domu. Mimo otwartych na oścież drzwi i okien.


13:34

Mam doła.
Doła..? Serio? Nie wiem, kiedy ostatnio używałam tego określenia. Chyba w liceum.

A teraz przydługa opowieść o tym, skąd to samopoczucie, jak gdyby ktoś usiadł mi na klatce piersiowej. I tylko to przekonanie, że wykłócanie się, zwracanie uwagi tylko pogorszy sytuację i popsuje to, co jest...


Nuklearna rodzina wbrew własnej woli



Odkąd pojawiło się drugie dziecko jesteśmy tylko my i nasze dzieci. Niewątpliwie najszczęśliwsi szczęściarze. Bo czy może być coś więcej warte niż kochający małżonek, szczęśliwe i zdrowe dzieci? A kiedy dodamy do tego własny kąt (ba, dom i ogród!) i fakt, że niczego nam nie brakuje, można powiedzieć, że opływamy w hollywoodzkie luksusy. I to wszystko mając lat 28. Doprawdy skandal.


Odkąd wyszłam za mąż staram się być dobrą żoną. Odkąd urodziłam Bulinkę także matką, pamiętając przy tym, że wciąż jestem żoną. A ponad tym wszystkim – kobietą, by i siebie nie zaniedbać. Czy jest to takie nadzwyczajne? Na pewno wymaga od kobiety uporu, zaradności, dobrej organizacji czasu i właściwej hierarchii priorytetów, które zmieniają się (lub mogą zmienić) wraz z nową rolą życiową. Tyle. I aż tyle, jak się okazuje.



Moje dzieciństwo, a stosunek do życia



Bez zwątpienia dzieciństwo wpływa na całe życie. W mniejszym lub większym stopniu determinuje nasze późniejsze decyzje czy kierunek jaki nadajemy naszemu życiu. Kropka. Takie są fakty i z tym się nie dyskutuje. Trochę szkoda, bo czasami chciałabym podjąć polemikę i niestety mam poczucie bezsilności wobec tego, co czuję czy co sądzę...

A co to takiego? Zawsze byłam typem wrażliwca, romantyczką, troszkę wyjętą z kontekstu pragmatycznego aspektu życia. Nie byłam oderwana od rzeczywistości, po prostu życie, które wymaga zabiegów typu „zapłacić za obiad w szkole” było poza moim zasięgiem. Robiła to moja siostra. Młodsza. Typowa realistka stąpająca twardo po ziemi.

Mama zawsze miała poczucie, że moja wrażliwość i nieporadność mnie zgubi. I wciąż to powtarzała, dodając: „musisz sobie radzić, przecież nie zawsze będę obok ciebie”. Prawda, ale to nie sprawiło, że stałam się trwalsza, bardziej zorganizowana i praktyczniejsza, bo wiecznie miałam poczucie, że muszę udowodnić, że taka jestem. I to udowodnić mamie. To, że przestała narzekać na moją zbytnią wrażliwość i przejmowanie się wyznaczało poziom dumy, jaki widziałam w oczach mamy. Banał, ale cóż... Zaakceptowałam już fakt, że nie jestem tak wyjątkowa jak mi się zdaje.

Jak to wpłynęło na moje życie? Po ślubie byłam żoną idealną. Dom dosłownie lśnił. Lodówka pełna, pranie zrobione i wyprasowanie, obiad dwudaniowy na stole (nigdy dwa razy to samo), co drugi dzień ciasto. I miałam nerwicę. Ale chyba o tym nie chcę pisać.

Potem zostałam mamą. Szczęśliwą mamą, która walczyła cztery miesiące z koszmarnymi kolkami u dziecka. Dodajmy, że dziecko to potrafiło włączyć takie decybele, że piszczało uszach. A ja musiałam skończyć pisać pracę magisterską i obronić się czym prędzej. Teściowa przyjeżdżała dwa razy w tygodniu, bym mogła pisać. I to te dwa dni, kiedy Buńka była zwyczajnie grzeczna i spała pół dnia. A ja tłumiłam poczucie bycia złą matką, bo ważniejsze było to, by się obronić. Bo mama naciskała: „Obroń się i miej to z głowy”. Niestety sama nie przyjechała ani raz, by zająć się małą, mimo iż mieszkaliśmy wówczas... całe dwieście metrów od moich rodziców. Dziecko nie miało spania, więc rodzice też nie mogli go mieć – wyglądałam jak zombie. Teraz już wiem, dlaczego mama mi nie zaoferowała pomocy. Sądziła, że to kolejny problem, które go nie umiem rozwiązać: dziecko. Jej słowa pocieszenie to: „Przesadzasz, dzieci takie już są”. Wspominałam już jak zareagowała moja rodzicielka na wieść, że jestem w ciąży? "No, tylko żebyś się teraz obroniła...". Zero "super!" czy "gratulacje!". Nawet mój tata się lekko zdziwił. Nieważne już. Powinnam była już wtedy wiedzieć, w która stronę to wszystko zmierza i nastawić się, że teraz dziadkowie (tj. moja mama, bo ona organizuje życie im obojgu) będą pomagać od wielkiego dzwonu, w sytuacjach, które sami zauważą, że bez ich pomocy się nie obejdzie.


Zanim zostaliśmy nuklearną rodziną...



… Buńka była sama. My i ona. Przecież ogarniemy jedno małe dziecko. Bez przesady, prawda? W domu nadal lśniło, pranie na czas, chociaż prasowanie lubiło się skumulować. Obiad był prawie zawsze, chociaż często jednodaniowy. Deser w formie ciasta co tydzień. I nie narzekałam. To była podstawa. Nawet jeśli zdecydowałam się nie kłamać, jak to wszystko z zamkniętymi oczami robię i do tego jedną ręką, prawie zawsze dodawałam, że „wiesz jak jest: różnie, ale staram się ogarniać”. No i nadal miałam nerwicę. Słabo sypiałam.

Bywało, że w kryzysie płakałam, kiedy Bunia szła na drzemkę. Czasem nie tylko wtedy. Dlatego wówczas eR. z własnej inicjatywy prosił swoją mamę, by wzięła Buńkę na kilka godzin do siebie. To trochę pomagało. W miarę upływu czasu, Bulinka rosła i była „prostsza w obsłudze”. Dzięki temu Bunia czasami, jeśli była taka konieczność, zostawała u niej na noc. U moich rodziców niestety rzadko. Natomiast z racji tak małej odległości, często odwiedzałam rodziców. Tak na chwilę, na tak zwaną kawę.

W końcu Bulińcia poszła do żłobka, prywatnego Klubu Malucha, bo nie byłam już w stanie z nią wytrzymać. Miałyśmy się dość: dzień i noc razem przez 1,5 roku. Nie, nie jestem osobą, która spełnia się w roli mamy na pełen etat. Czyli skończył się czas, w którym potrzebowałabym takiego wsparcia jak wzięcie małej do babci. Nawet w wakacje, bo przecież... no właśnie, moi pracujący rodzice zawsze coś mieli. Tuz przez zajściem w ciążę z drugim dzieckiem Buńka (1,7 lata) została na dwie noce z dziadkami, byśmy mogli pojechać na niecałe trzy dni...

Mama do dziś często powtarza, że powinna mi częściej pomagać, ale... no właśnie. Tych „ale” jest tyle, że wolę nie słuchać jak się z tego tłumaczy. Mam przeświadczenie, że to problem młodych dziadków. Nie chodzi o to, że nie akceptują tej roli, ale oni wciąż coś mają ważniejszego niż pomóc swoim dzieciom. Może ja miałam inne wyobrażenie o roli dziadków, bo moi byli dziadkami jak z bajki...

Trudna ciąża ale z happyendem



Moja druga ciąża nie była łatwa, o czym możecie przeczytać tutaj. Zaczęło się wszystko normalnie, ale już w drugim miesiącu wylądowałam w szpitalu. Potem było już tylko gorzej, więc eR. Przejął wszystkie obowiązki, włącznie z tymi dotyczącymi Bulinki. Moi rodzice ją często odbierali z przedszkola, ale po dwóch godzinach eR. brał ją do domu. Umówmy się: nie, żeby się upierał. Już częściej mała lądowała u teściów. Czasem na noc. Ale nie było z nią problemów, bo chodziła do Klubu Malucha. Moja mama – ilekroć Bu u niej spała – powtarzała, jakie to świetne dziecko. Grzeczne, zabawi się cichutko [sic!], nie goni jak wariat, ładni je i śpi. Zero problemów.

- Może teraz twoja mama będzie ją częściej brała, skoro zobaczyła, że H. nie jest problematyczna... - powiedział z nadzieją eR. 
 
Taaa... Kiedy mówiłam mamie, będąc już w domu, że źle się czuję, nie wstaję z łóżka, a eR musi gdzieś jechać i nie mogę zająć się małą, ona na to, że ma po całym tygodniu tyle sprzątania... no i „przecież ona [Hania] jest taka fajna, zabawi się... Nic w zasadzie nie będziesz musiała robić”. Aż kusiło powiedzie: „Jak nic nie trzeba koło niej robić, to dlaczego jej nie weźmiesz? Ty chodzisz, ja mam zakaz chodzenia”. Ale przełykałam łzy i szybko kończyłam rozmowę. A eR. kombinował, czy jego mama nie znajdzie chwili. W końcu ma czternaścioro wnuków. A moja aż trójkę.

Wiem, że moja mama pracuje, a teściowa nie. To z pewnością duża różnica. Już wówczas i kuzynka, i sam eR. przebąkiwał, że mama nawet do Krakowa jeździła siostrze przy dziecku pomagać, a mnie to nigdy... Potem siostra urodziła drugie, więc zrozumiałe było, że trzeba jej pomóc. Nawet jeśli starsze miało skończone 3 lata i chodziło do przedszkola. Ba! Nawet brała wolne, by w tygodniu jej pomóc.

Kiedy moja druga ciąża była na finiszu, mama sama z siebie zadeklarowała kilka dni wolnych i pomoc, bo wiadomo, że z drugim jest inaczej... Ucieszyłam się. Nie brałam pod uwagę tego, że może się wycofać, bo widzi, że przecież ogarniam. A co, mam nie zmieniać dziecku pieluch i nie karmić, żeby miała poczucie, że sobie nie radzę? Mania miała żółtaczkę, nie chciała przybierać na wadze, ja walczyłam z nawałem i jeszcze z obowiązkami domowymi, ale przecież jestem ośmiornicą z kilkunastoma rękami, prawda? Szybko okazało się, że muszę wrócić do szpitala [tutaj więcej, tylko trzeba "przewinąć" relację z porodu]], by mnie „doczyszczono”, bo organizm nie poczuwał się najwidoczniej do tego. Uprosiłam mamę. Wyszłam jeszcze tego samego dnia po zabiegu. Mańka była idealna w tym czasie. Nie wiedziałam jeszcze, że to nie wróży nic dobrego. 


Drugie dziecko otworzyło mi oczy 


Po miesiącu Maniula dostała kolki. I tak do końca drugiego miesiąca się darła od 17:00 do 20:00. Dobrze, że nie od 22:00 do 1:00, jak Bunia. Moja mama zaakceptowała ten fakt, co mnie ucieszyło. Pojawiła się nadzieja, że może raz na jakiś czas przyjedzie do mnie i po prostu mnie odciąży. Teściowa, odwrotnie niż moja mama, nie ma prawa jazdy, więc jest mocno ograniczona pod względem mobilności. Ale niestety. Mama w sobotę ma sprzątanie a w niedzielę zawsze jakiś wyjazd z tatą i moim młodszym bratem. Za to przyjechała siostra z odsieczą. Z dwójka dzieci. Wzięła Bunię i przynajmniej miałam tylko jedno dziecko na głowie. Bo przecież kiedy dziecko ma kolki, ma problemy zarówno z jedzeniem jak i spaniem wciągu dnia.

Ale jakoś to wytrzymałam. To był czas połogu i szalejących hormonów, więc mówiłam sobie, że dopiero po zakończeniu połogu będę mogła trzeźwo spojrzeć na tę sytuację. Teraz czuję się tak otrzeźwiona, że aż boli mnie klatka piersiowa. Znów mam nawrót nerwicy...

Zaczęło się od tego, że chcieliśmy w wakacje chociaż na weekend (tj. piątek wieczór, sobota i niedziela do popołudnia) wyskoczyć. Kiedy adrenalina i połóg się zakończył czułam się coraz gorzej psychicznie i potrzebowałam chwili oddechu. Tylko ja i eR. Ciąża była ciężka nie tylko dla mnie, oboje tego potrzebowaliśmy.

Zaczęliśmy szukać terminu. Okazało się, że wolnych weekendów nie ma za wiele, wyjąwszy te, kiedy nie ma teściowej i mojej mamy... zostały dwa terminy, w tym jeden, który rozpoczynał się wówczas za trzy dni. Ponieważ był to czas, kiedy teściów nie było, najpierw odezwałam się do mojej mamy. Co się nie nakombinowała! Ostatecznie okazało się, że możliwy byłby tylko jeden termin, jeśli chodzi o wzięcie dwójki. Padła propozycja jeszcze, by wziąć jedno w innym terminie, bo będzie już miała dzieci siostry. Teściowie walczą wówczas z miodem (pasieka kilkudziesięciu uli, robią od rana do wieczora - Mania odpada...) Po godzinie, kiedy przemyśleliśmy kwestię, oddzwoniłam. Niestety, termin już nieaktualny za bardzo, bo i w ten weekend przyjeżdżała siostra z dziećmi i będą chcieli gdzieś wyjść. Nie mam pretensji do siostry, bo to mama powinna była powiedzieć jej: wstrzymajcie się z decyzją, bo czekam, czy nie będę mieć wówczas H. i M... Ale nie. Koniec końców pojechaliśmy na jeden dzień, w niedzielę. Poszliśmy w góry. Było super, dopóki nie dowiedziałam się, że Mania się darła (bo moja mama wyśmiała pomysł z zostawieniem mojej bluzki), a Bunia marudziła pół dnia, bo nie chciała nic zjeść..
 
Pisałam, że wcześniej padł pomysł, by w tygodniu zostawić dzieci, bo mama bierze wolne, ale w grę wchodziło tylko jedno dziecko. Jednak po tej nieszczęsnej niedzieli próbowała się wycofać, chociaż chyba  było jej głupio tak otwarcie, więc sami się wycofaliśmy. A mama na to: „jak uważasz...”.

Nie miałabym pretensji, gdyby moja mama po prostu już taka była: nie lubiła zajmować się dziećmi, wolała szaleć i jeździć z tatą gdzieś co weekend a w tygodniu pracować na pełen etat i nie myśleć o wsparciu córki. Ale moja mama jest święcie przekonana, że moja siostra bardziej potrzebuje jej wsparcia. Dlaczego? Moja siostra i jej mąż prowadzą cały czas studenckie życie. I, dyplomatycznie rzecz ujmując, jej wybranek nie jest typem pracoholika. Zupełnie nieżyciowy artysta bez większego poczucia obowiązków wobec domu czy dzieci. Moja mama twierdzi, że siostra ma nie dwójkę, a trójkę dzieci. I dlatego to ona potrzebuje wsparcia, bo ja z moim „świętym eR” ogarniamy wszechświat jedną ręką, więc zwrócenie się o pomoc przy dzieciach to z naszej strony czysta bezczelność. Prawda jest jednak taka, że mąż siostry chodzi do pracy, chociaż jego praca nie ma regularnego rytmu, jak praca siostry. U nas to ja nie mam regularnego rytmu pracy, a mój eR. - tak.

Myślałam, że nie może mi być bardziej przykro, dopóki nie dowiedziałam się, że mama bierze starszego syna siostry na dwa tygodnie na wakacje gdzieś w Polskę, bo mały w tym czasie nie ma przedszkola. Moja Bunia też ma dwa tygodnie zamknięty Klub Malucha i będę z dwójką dzieci sama. Zaznaczam, że te od siostry są starsze od moich, więc wymagają mniej zachodu i chodzenia koło nich. Kiedy po felernej niedzieli mama zauważyła, że jedna osoba przy dwójce moich maluchów to spore wyzwanie, bez żadnej sugestii między wierszami powiedziałam: „Teraz sobie wyobraź, że będę miała taką dwójkę przez dwa tygodnie końcem lipca, bo H. ma wolne w przedszkolu”. Co moja mama na to? „Jesteś młodsza, dasz radę. Ja też miałam was dwie i jakoś musiałam sobie radzić”. I tylko babcia (mama mojej mamy) prychnęła: „Widzę, że już zapomniała, jak jeździłam do was, a całe wakacje byłyście u nas na wsi...”



***

Proszę wszystkich Czytelników o wybaczenie za takie uzewnętrznienie się. Dawno nie czułam takiej goryczy. Czuję się zdemotywowana. Mama tylko dzwoni i pyta, czy przygotowuję się do egzaminu, bo powinnam. A ja staram się nie zgrzytać zębami, bo chyba usłyszałaby to przez telefon. I jest mi tak przykro, że czasem brakuje mi odwagi, by się odezwać, bo usłyszy mój łamiący się głos – tylko wysłuchuję i przełykam ślinę, by opanować drżenie.



piątek, 17 czerwca 2016

Słowo, które mrozi krew w żyłach: kolka niemowlęca (nowe spojrzenie)


Słowo, które mrozi krew w żyłach: kolki.



Masz dziecko? Jeśli tak, to na dźwięk słowa „kolka” dreszcz przebiega ci po plecach. Niektórzy to nawet bogobojnie żegnają się, jakby odprawiali jakiś egzorcyzm. Ludzie generalnie wiedzą, co to znaczy, że dziecko ma kolki i co stoi za ty terminem: rozdzierający płacz-krzyk, którego nie da się ukoić niczym i świadomość, że kolka wywołuje w dziecku ból, bo napina się i kopie nóżkami, jakby chciało „wykopać” ból. 

 

sobota, 21 maja 2016

nr 35, 21 maja



21 maja 2016 r.,
Sobota


Mania: 37 dni (1 miesiąc i 6 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy i 5 dni
Waga: 61, 2 kg
Pogoda: Powiedziałabym, że kalka z dnia wczorajszego. Może nawet ładniej i może nawet cieplej. I co z tego, ja się pytam?





14:41

eR. jedzie na kawalerski do przyjaciela. Niby wszyscy wiedzą, że ma świeże dziecko, więc łaskawie wrócą jutro do południa. I podobno się tak strasznie nie upiją. Taaa, a jadą we trójkę do Zakopanego.

Dziś zostaję sama z Mańką i jej kolkowym problemem. Buńka pojechała do babci. Cała chata pusta. Tylko ja, Mania, kolka i łzy. No i jeszcze krzyk. A jutro po południu zabiorą mnie do Kobierzyna.


niedziela, 8 maja 2016

Połóg - jak może cię niemile zaskoczyć


6 maja 2016 r.
Piątek




Połóg. Cóż za okropnie brzmiące słowo. Niby pochodzenie wręcz narzucające się to po prostu "łoże" - chodzi o "położenie się", "oszczędzanie" po porodzie. Co z tego, kiedy "położnica" brzmi jakoś tak ... średniowiecznie. Nie wspominam już nawet o fonetycznym skojarzeniu z "nałożnicą"...

Co to jest połóg?

Nic innego, jak okres 6-8 tygodni od porodu, w którym to czasie kobieta wraca do formy sprzed ciąży. A przynajmniej takie jest założenie. Większość zmian, które zachodzą w ciele kobiety podczas ciąży - cofa się. O to chodzi. 

Trochę historii - od historyka

Jako żem historyk z wykształcenia, nie byłabym sobą, gdybym nie zaglądnęła w historię tego zjawiska. Przyznam, że ciekawa sprawa z tym połogiem kiedyś była. 

Dawniej połóg nie był związany jedynie z fizycznością, jak obecnie. Był okresem bardzo ważnym dla kobiet. Wierzono, że odseparowanie świeżo upieczonej matki wraz z noworodkiem od reszty świata pomaga uchronić oboje przed Złem, mówiąc najogólniej. Poza tym odosobnienie zapewniało ochronę przed zarazkami z zewnątrz. Nie zdawano sobie z tego sprawy, ale na tym właśnie polegała ta mądrość ludowych zwyczajów. Oczywiście kobieta była bardzo osłabiona, dużo leżała i miała ogromny problem z ogarnięciem rzeczywistości. Dlatego mogły ją odwiedzać znajome, bliskie kobiety i pomagać jej. Szybko to jednak przerodziło się w uczty (nie stroniono od alkoholu), które dziś najlepiej odzwierciedlałoby słowo "biba", czyli nieskromna impreza z grubiańsko żartującymi i pijącymi na umór biesiadującymi. Coś, jak odpowiednik "pępkówki", którą obecnie często organizuje świeżo upieczony ojciec. 

Po zakończeniu połogu kobieta uroczyście przestępowała próg domu (tzw. wywód) i szła do kościoła ochrzcić dziecko. Nie zapominajmy też, że kiedyś była astronomicznie wysoka śmiertelność kobiet w połogu oraz noworodków. Po czasie 6-8 tygodni szanse na przeżycie obu wzrastały i można się było w końcu "pochwalić" urodzeniem dziecka i samym dzieckiem. Trochę to asekuranckie, ale z drugiej strony zrozumiałe: pochwalić się, a później grzebać jedno z dwojga...? Cóż, średniowieczni ludzie mieli grubą skórę, nie da się ukryć. 

Urodziłaś, ale to nie koniec dolegliwości...


Jeśli sądzisz, że wraz z porodem wszystko, co dokuczało w pod koniec ciąży, zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, no cóż, jesteś w ogromnym błędzie. Wszystko, co zniknie, to twój ogromny brzuch. Nawet nie oznacza, że zniknie całkiem...

Zmęczenie kontra mobilizacja

Wiesz, że poród to generalnie ból i wysiłek, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałaś i raczej trudno będzie czemuś takiemu dorównać w przyszłości. To naturalne, że będziesz padać na twarz. Zaraz po tym, jak nacieszysz się dzieciątkiem i odświeżysz pod prysznicem. To będzie coś absolutnie nadzwyczajnego: będziesz spała bardzo głęboko, ale na dźwięk kwilącego maleństwa będziesz się zrywać, jakby to była słabiutka drzemka.

Może się jednak okazać, że z wrażenia będziesz miała problemy z wypoczęciem. Mogą ujawnić się obawy przed tym, że nie usłyszysz płaczu dziecka czy innych niepokojących rzeczy. Dziecko oddycha bardzo nieregularnie: najpierw tak, jakby biegło (nerwowo, szybko) a potem nagle przestaje, nawet na długi czas. To normalne, ale kiedy to zauważysz możesz się bać, że zapadnie w zbyt długi bezdech, podczas gdy ty będziesz smacznie spać.
 

Krwawienie

Jeśli chociaż raz zerknęłaś w stronę artykułów dotyczących porodu, na pewno już się tego spodziewasz. Będzie się z ciebie lało na potęgę. To będą tzw. odchody wraz z krwią. Najpierw schodzić będą bardzo intensywnie, potem mniej (kolor czerwono-brązowy) a na końcu będzie dość specyficzna wydzielina (odcień żółtawy). Każdy etap to gdzieś około 2 tygodni. Pocieszenie jest takie, że nie boli, jak przy okresie.


Ból

Dopiero co napisałam, że nie boli. No cóż. Nie boli jak przy okresie, ale... inaczej. To kurcząca się macica będzie ci dokuczać. Za pierwszym razem nie jakoś bardzo, ale z każdym porodem boli bardziej. Potwierdzam. Przez pierwsze dni miałam wrażenie, że rodzę po raz drugi. Zwłaszcza przy karmieniu. Ale im więcej się karmi, tym szybciej skończą się te boleści w dole brzucha...


Brzuch

A propos brzucha: to nie tak, że kiedy dziecko z ciebie wyskoczy to zaraz wróci talia osy i plaski brzuch. Przez pierwsze dni będziesz bardziej przypominać ciężarną końcem pierwszego trymestru niż położnicę (uh! znów to słowo!). A potem jak szybko brzuch się będzie kurczył to już często bardzo indywidualna sprawa. Czasem nawet pół roku trzeba czekać, a potem jeszcze wdrożyć regularne ćwiczenia, żeby brzuch mógł "wrócić na swoje miejsce".


Piersi - nawał i sutków boleści


Piersi to temat rzeka po porodzie. Często szybko zmienia się ich rozmiar (najczęściej na większy), ale najgorszy jest tzw. nawał mleczny. Przechodziłam za każdym razem. Ale o ile teraz dziecko ma apetyt (a do tego ulewa, więc szybko znów głodnieje) i pomagało mi przetrwać ten trudny czas (może potrwać aż 2 tygodnie!), o tyle za pierwszym razem było tragicznie: ból i łzy. I ogromne piersi do pasa.

Co to jest ten nawał? To nic innego jak namiar mleka wyprodukowany przez organizm. Niby natura myśli o wszystkim, to skąd ta "niedoskonałość"? No cóż: przez pierwsze dni dziecko ssąc stymuluje organizm do produkcji mleka. Od intensywności przesiadywania malucha przy piersi zależy później ilość pokarmu, którą kobieta wyprodukuje w odpowiedzi za to "zapotrzebowanie", czyli ssanie. Jeśli dziecko dużo je w pierwszych dniach, spodziewaj się nawału. Chociaż niektóre kobiety nie miewają go. I zazdroszczę im tego bardzo.

Jak przetrwać? Często karmić i odciągać minimalnie - do odczucia ulgi, tj. w momencie, kiedy poczujesz, jak napięcie piersi spada. Wiem, że kusi, by odciągnąć więcej. Ale to koło zamknięte. Im więcej odciągania (a mechanizm odciągania polega na tym samym co ssanie), tym więcej pokarmu, a nie o to chodzi przy nawale. Chodzi o to, by piersi nie pękły. I by nie zrobił się w nich jakiś stan zapalny. To, co podpowiedziała mi położna i co zmuszona byłam zastosować za pierwszym razem, to liście kapusty (schłodzone i rozbite tłuczkiem), które mają działanie ściągające. Przynoszą ulgę, serio. Czasem, jeśli nawał jest duży, można pić szałwię raz dziennie, ale obserwować piersi, bo szałwia hamuje laktację i można się pożegnać z karmieniem zamiast uregulować trudną sytuację. No i przed karmieniem trochę odciągnąć (by dziecku lepiej się jadło) i obłożyć ciepłą pieluszką (łatwiej wypływa pokarm), a także po karmieniu obłożyć okładem chłodzącym. Tyle w tej kwestii można. Ale najważniejsze to dużo karmić. A moja pierworodna nie chciała, więc i ja się mordowałam. Teraz mała ciupie równo, więc nawał udało mi się przetrwać w miarę bezboleśnie.

No i pozostała jeszcze kwestia bolących sutków, które nawet mogą krwawić. Czasami nie ma znaczenia, czy hartowałaś je wcześniej specjalnym kremem. Brodawki pękają, krwawią i bolą tak okrutnie, że trudno powstrzymać się od grymasów czy zgrzytania zębami (a tu trzeba być zrelaksowanym przy karmieniu, nie?). Mój sposób: smarowałam kremem od samego porodu. Nie czekałam, aż będą nieznośnie boleć, tylko od razu. No i zaciskałam zęby i karmiłam. Ponoć to właśnie karmienie przyspiesza gojenie i błędem byłoby odpuszczenie. Potem robią się nadwrażliwe, ale już nie bolą jak przy karmieniu.


Jadłowstręt i inne dziwactwa jedzeniowe


Jadłowstręt miałam za pierwszym razem. Co prawda jadłam w szpitalu, ale musiałam się zmuszać. Potem w domu miałam wiecznie uczucie pełności i przesytu, chociaż nie jadłam całymi godzinami. Czasem dopiero w południe jogurt i wieczorem... też jogurt. I tylko jeden rodzaj jogurtów jadłam, bo inne mi nie pasowały. Przełamywałam się, bo inaczej poszłyby mi włosy, zęby, paznokcie i cera. Ale było to bardzo ciężkie. Teraz mam inną sytuację: po karmieniu piję i jem słodkie, bo brakuje mi cukru, a potem zasycona kawałkiem ciasta nie jem pół dnia. Ostatnio musiałam się nawet sama opamiętać z takim głupim jedzeniem.

Dodatkowo teraz zmagam się z innym dziwactwem. Mam uczucie, że mam na coś ochotę. Taką potworną, że aż swędzi. Ale nie wiem, na co. Jakbym potrzebowała jakiegoś składnika, ale nie potrafię zgadnąć jakiego. Nawet nie wiem, czy chodzi o coś do picia czy jedzenia. Czasem strzelam - każę eR. kupić to czy tamto, w naszej lodówce jest wszystko, co lubię, ale to nie to. Tak dziwne, a jednocześnie okrutne uczucie. Nie polecam. Można zwariować.


Hormonalna huśtawka


A mówiąc o wariacjach, hormony znów dadzą ci w kość. Dopiero, co przyzwyczaiłaś się do nich (a raczej twój organizm), teraz znów nastąpią zmiany. Ich poziom będzie chciał wrócić do tego sprzed ciąży. Ale po drodze znów nabałaganią i wraz z w/w dolegliwościami dadzą mieszankę wybuchową. Możesz być chodzącą bombą, albo kupką nerwów, która nie przestaje płakać. Tak czy owak, możesz się zachowywać dziwnie. Oczywiście sama będziesz to tłumaczyła zmęczeniem, ale inni będą to widzieć inaczej.

Może się też zdarzyć (80% kobiet po porodzie tak ma, więc jest wysokie prawdopodobieństwo, że trafi na ciebie), że dotknie cię stan zwany baby blues. Kiedy smutki zaglądają ci w oczy bardzo często, każde niepowodzenie, płacz malucha, codzienne obowiązki, fakt, że teraz twoje życie stanęło na głowie (mimo, ze się nastawiałaś się na zmiany)... To wszystko potrafi sprawić, że byle słowo potrafi doprowadzić cię do histerycznego wręcz płaczu. Taki stan wywołują hormony, więc jest to sytuacja normalna. Wszystko zależy ile trwa taki stan (baby blues trwa kilka tygodni) i czy się nasila, czy słabnie. Jeśli się przedłuża i nasila - to znak, że być może to nie jest stan przejściowy, a depresja poporodowa i wówczas trzeba się będzie skonsultować z lekarzem.


Sikanie i tak dalej...


Wszędzie przeczytasz, że do 6 h po porodzie powinnaś się wysikać. Grubsze sprawy mają trochę więcej czasu - całą dobę. Czasem jednak ten czas się wydłuża, bo przed porodem organizm kobiety sam próbuje oczyścić sobie jelita organizując coś jak biegunkę na kilka dni przed. Stąd nawet przez 3 doby możesz nie odczuwać potrzeby opróżniania. A kobiety raczej nie zmuszają się do tego jakoś specjalnie, bo nieopodal znajduje się żywa rana. Nawet jeśli obyło się bez szycia (nie było pęknięcia ani nacinania), to jednak wystarczająco wiele się w tych okolicach wydarzyło, by traktować to miejsce jako szczególne wrażliwe.

Ta wrażliwość to nie tylko powierzchowna sprawa. Mięśnie tamtych rejonów (Koegla) są nadwyrężone (nawet jeśli ćwiczyłaś je w ciąży, poród na pewno dał im popalić) i trzeba im dać czas, by wróciły do siebie. Warto je wzmacniać ćwiczeniami. Ale zanim wszystko wróci do normy, może ci się zdarzyć, że popuścisz. To normalne, ale też krępujące, więc... można się niemile zaskoczyć, kiedy ci się kichnie.


Połóg nie jest seksowny


Po przyjściu ze szpitala masz wrażenie, że jesteś chodzący "a-seks". Nie tylko wydaje ci się, że wciąż wyglądasz, jakbyś dopiero co zeszła z porodówki, ale też tak się czujesz. Niestety mąż czy partner - by ci udowodnić, że dla niego wciąż jesteś seksbombą - musi poczekać na namiętności do końca połogu. A i czasem nawet dłużej, jeśli kobieta nadal nie czuje, że "doszła do siebie". Nie wspominam już o ochocie. Nie wszystkie kobiety chcą się kochać po zakończeniu połogu, zbyt zajęte myślami o dziecku. Z drugiej strony wiem, że są i takie, dla których ten okres wlókł się w nieskończoność i nie mogły się doczekać, kiedy "będzie już można".



A może o czymś zapomniałam? Może Wy macie jakieś swoje przeżycia związane z połogiem, które Was zaskoczyły? Może nawet pozytywnie?







niedziela, 1 maja 2016

nr 31, 30 kwietnia



30 kwietnia 2016 r.
Sobota


Mania: 16 dni
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 15 dni
Waga: 61 kg
Pogoda: Wiosenna, chociaż wciąż straszą, że "to ostatni taki ładny dzień, potem ma się popsuć". Zrobiło się ciepło, mimo rześkiego poranka (4*C).


12:21




Wczoraj miałam mieć kontrolę po zabiegu.

Witam się z lekarzem.
- I jak się czujemy? - pyta. Moja "ulubiona" forma pytania w liczbie mnogiej.
- Dobrze - odpowiadam zadowolona, że w końcu mam dobre wieści. - Nawet już nie krwawię.

Zatrzymał się w pół kroku podczas przygotowania kozetki przy USG.
- Ale w ogóle? - patrzy na mnie z... uch! Czy to jest niepokój?
- Eee... tak - odpowiadam. Uśmiech gaśnie mi z twarzy. - O, nie... To nie jest dobry znak, prawda?

Kładę się i odsłaniam brzuch. Lekarz wzdycha.
- No i znów się ta macica zawinęła do tyłu. A tutaj - pokazuje mi na monitorze - widać, że w środku pewnie coś jeszcze jest... Skrzepy, krew... ale to się będzie musiało już wchłonąć.

Teraz wzdycham ja.
- Chyba będę musiał przepisać Pani antybiotyk, żeby coś się tam w tym czasie nie rozwinęło.

Czeka mnie jeszcze jedna wizyta kontrolna. Przynajmniej.

- Czy nie ma opcji, żebym jakoś sama mogła...hm... naprostować tę moją macicę? - pytam. Słaba nadzieja wdziera się między wiersze. - Jakieś ćwiczenia, czy coś...?
Lekarz ze współczującym uśmiechem kręci głową.
- Nawet ja nic nie mogłem zrobić podczas zabiegu. Próbowałem ją wyciągnąć, ale uparła się najwidoczniej.
- Czy już jej tak zostanie? - W moim głosie pobrzmiewa nuta niepokoju.
- No, mam nadzieję, że nie! - Zabrzmiało to przynajmniej jak: "Jeszcze by tego nam brakowało!"




12:36


Sobotnie przedpołudnie zeszło mi pracowicie. H. pojechała do babci, bo eR. postanowił wymienić bramę wjazdową i nie mógłby mi nawet na moment pomóc z dwójką.

Mańka po krótkiej drzemce od 7 - 8 rano, kiedy to zdążyłam zrobić moim śniadanie i spakować Bulinkę, obudziła się, by pozbawić mnie możliwości godnego zjedzenia śniadania. Postawiła na płacz, zamiast na kwilenie, więc nie mogłam tego ignorować.

Pojadła z obu piersi, rzygnęła - jak zwykle - i po chwili znów zgłodniała. Tylko, że była jakoś tak poddenerwowana, że wypięła się na mnie i moje piersi. Nakarmiłam ją z butli (moim pokarmem) i zasnęła gdzieś przed 10.

Rzuciłam się więc w wir prac domowych, wykorzystując fakt, że nie ma H. Niestety Mała nie spała snem ciągłym, więc prace przerywałam bagatela... 10 razy. Ale udało się. Przynajmniej mam poczucie, że odgruzowałam dom. Może podłogi wymagałyby lepszego potraktowania, ale już nie mam sił. Kręgosłup na wysokości klatki piersiowej daje czadu. Potrzebuję chwili odpoczynku. Po obiedzie czeka nas jeszcze spacer z Mańką i Buńką. I tak, po raz enty, zaprzepaszczę możliwość drzemki, kiedy mała śpi.

Takie życie matki dwójki dzieci.
 - Powiedziała filozoficznie i mało odkrywczo.

Ta, tylko nie mów, że się nie spodziewałaś.
Spodziewałam, ale to co innego niż brutalne zderzenie z rzeczywistością.



20:23


Pierwsza kąpiel w płaczu za nami. Dodam, że w płaczu rozdzierającym "jak tygrysa pazur antylopy plecy", cytując klasyka.
Nie było mowy o relaksacyjnym wieczornym karmieniu, jak to miało miejsce dotychczas. Dałam jej butlę z odciągniętym mlekiem, które wręcz pochłonęła. Rozlewając na boki, bo przecież kto by się tam przejmował niuansami z gatunku "mokre śpiochy", "morka koszula mamy" czy "mokry rożek". O drobnostkach takich jak marnotrawstwo bezcennego "napoju bogów" nie wspominam nawet.

Grunt, że ostatecznie zasnęła i teraz "śpi jak niemowlę", he he (sarkastyczny śmiech). Bowiem każdy rodzic wie, że powiedzenie to nie tylko nie jest prawdziwe (skąd się więc wzięło?), ale i tragikomiczne. Dylemat, czy się śmiać czy płakać, że tak bardzo mija się z prawdą.

Tak czy inaczej, dziś pierwszy dzień, jak Mańka sporo dokazuje (czyt.: płacze). Czuję się prawdziwie wypompowana. To nawet już nie zmęczenie, a całkowite wyzucie z energii.

I ten kręgosłup - doprawdy przykry ten ból. Na nic rogale, poduchy-fasole, fotele... Mój krzyż się po prostu uwziął. Nie miał możliwości być ćwiczony w ciąży i teraz wszystko wychodzi. Niestety do zakończenia połogu nie powinnam forsować ciała żadnymi ćwiczeniami; basen odpada... pozostaje mordownia i łagodzenie bólu pod prysznicem czy masażem zafundowanym przez męża.



I takie to życie.
Kończę, bo znów filozofuję banałami.

niedziela, 20 marca 2016

nr 25, 20 marca - Mój kryzys, koszmary i walka z ciążowymi lękami - najszczerzej

20 marca 2016 r., 
Niedziela

Ciąża: 37 tydzień, 2 dzień
Waga: Nie mam siły stanąć na niej, olewam system.
Pogoda: Pod psem. Szaro, buro, zimno, wietrznie. Słowem: nieprzyjemnie. Jeszcze powinno na to wszystko lunąć. Brr.



13:57

Dziś mam stacjonarny dzień. Leżę pod kocem i robię wszystko, żeby nie zamykać oczu, bo jestem sama z małą H. i muszę - chcąc-nie-chcąc - patrzeć na nią. eR pojechał do kościoła. A widzę, że też nie jest w najlepszej formie. Chyba go wczoraj i przedwczoraj zawiało. Ucieszył się pogodą i zaszalał wychodząc zewnątrz zbyt lekko ubrany.

Czy robię wszystko, żeby nie zasnąć w tym momencie? Nie, to nie na sen mam ochotę. Sen to, prawdę powiedziawszy, ostatnia rzecz, o jakiej myślę. Boję się koszmarów, które mnie nawiedzają średnio co drugą noc. Są takie prawdziwe i powtarzalne, że zaczynam się łapać na myśleniu o nich. Nie tyle o nich, ale o tym, o czym opowiadają.

Od prawie ośmiu miesięcy marna ze mnie żona i kochanka, bądźmy szczerzy. Przez połowę ciąży miałam zakaz wszelkich namiętności. Początkowo żadne z nas nie miało nawet ochoty przygnębione faktem grożącej nam diagnozy, której ostatecznie nie postawiono. Nieważne. Grunt, że kiedy mnie wciąż wszystko bolało, dokuczały mdłości i w ogóle czułam się nieobecna w otaczającej mnie rzeczywistości, eR. powoli zaczął odczuwać, co oznacza zajmowanie się Buńką, mną i jeszcze swoją pracą. I do tego abstynencja seksualna. No, dla mężczyzny to poważna próba na wielu płaszczyznach. Coraz częstsze kłótnie, spięcia, żale... Czy mogę mieć pretensje? Nie. Każdemu zdrowemu puściłyby nerwy. Więc i jemu czasem też puszczają.

Dlatego mam już dość tej ciąży i koszmary są po prostu krystalizacją moich obaw i wyrzutów sumienia. O wielu rzeczach trudnych, intymnych czy w jakiś sposób kontrowersyjnych łatwo się pisze, kiedy nie trzeba się z nimi identyfikować, a omijanie utożsamienia się z danym problemem pozwala nam napisać więcej, niż odkryłybyśmy przed naszymi przyjaciółkami. Tak właśnie było w tym przypadku.

Kiedy już jestem na "ostatniej prostej" do porodu, tym bardziej mam dość. I eR. ma dość. I mimo rozmów wciąż mam wrażenie, że mówimy sobie to, co chcemy usłyszeć. Staramy się wzajemnie przekonywać, ale już brakuje nam siły, by brzmieć wiarygodnie. Tu nie chodzi o to, że się okłamujemy, unikamy szczerości czy czegoś w tym guście. Tu chodzi o to, że czasem nie mamy sił przekonująco zapewnić się o wsparciu, o wierze w to, że sobie poradzimy, o tym, że pewnymi kwestiami nie warto się przejmować. Chociaż druga strona naprawdę tego potrzebuje.

Te dziewięć miesięcy trwa o wiele za długo. Wydaje się wręcz, że trwa znacznie dłużej niż dziewięć miesięcy. Ja sama mam poczucie, że uziemiona jestem przynajmniej półtora roku. I co w takiej sytuacji? Nie wiem. Piję ciepłe mleko, biorę prysznic, wyciszam się przez długie oddechy, a koszmary są coraz brutalniejsze, dosadniejsze, dotkliwsze i bardziej realne. To nie tak, że sposoby, które miały pomagać, pogarszają jedynie sytuację. Po prostu na tym etapie już nie działają. I nie wiem, czy cokolwiek może pomóc. Nawet szybsze rozwiązanie chyba nie jest tym, co pomoże w tej sytuacji, ale na pewno zakończy tę moja ciążową mordownię i będzie jakimś początkiem. Co prawda czekają nas inne wyzwania, kryzysy na innym tle, ale wiem, że to będzie wstęp do poprawy i stabilizacji.


18:13



Gdzieś koło 15 (ale nie mogę być tego pewna, bo straciłam poczucie czasu), zmogło mnie zmęczenie. eR. włączył koncert e-moll Chopina w kuchni i coś sprzątał. Mała Buńka towarzyszyła mu, więc w pokoju panował spokój. Przy drugiej, wolnej części, po prostu odleciałam. 

Przebudziłam się, po miłej drzemce i widząc eR. z H. bawiących się rozkosznie klockami (budowali ponciok - pociąg), obróciłam się z trudem na drugi bok i zasnęłam. 

Obudziłam się cała w nerwach. Nawiedził mnie kolejny koszmar. Nie dość, że czuję się dziś jak przeżuta i wypluta, tragicznie obolała i zmęczona - tak po prostu - kiedy masz poczucie, że boli cię każda komórka ciała, a ruchy dziecka tylko ten ból potęgują. I masz ochotę wyć. No. To teraz jeszcze trzeba dodać do tego ten koszmar - długi, szczegółowy i nieszczędzący dramatycznych zwrotów akcji. 

Teraz, kiedy już ze mnie to "zeszło" myślę, że to naprawdę jakaś ironia losu - sen, który ma pomagać, który tak jest zalecany jako nieprzecenione wsparcie w leczeniu wszelkich infekcji a także tych nerwicowo-depresyjnych stanów, nie tylko nie pomoże, ale pogorszy sytuację...

... idę wziąć prysznic. Może... może... tym razem coś to pomoże.





środa, 16 marca 2016

nr 24, 16 marca - mój 37 tydzień ciąży




16 marca 2016 r.
Środa

Ciąża: 36 tydzień, 6 dzień
Waga: 69 kg (ej, ale  j a k   t o?!)
Pogoda: Piękny słoneczny dzień, cudownie pachnie wiosną.

21:36

37 tydzień ciąży - ostatni tydzień, po którym można już rodzić


Waga.


Oburzam się, że jak to?! Przecież nie objadam się. Nie jem więcej. Może nawet jem mniej, a waga tylko rośnie. Ale czytam właśnie, że dziecko może ważyć już te 3 kg. Jak pomyślę, że z przodu wisi trzy kilo żywej wagi, to nagle przestaje mnie dziwić, że mam problemy z równowagą przy siadaniu i wstawaniu. To już nawet nie wielkość brzucha przytłacza, a jego ciężar. Nie myślę nawet o doliczaniu wagi wód płodowych i łożyska. 

Rozwój dziecka.


Wygląda na to, że jak dociągnę do końca tego tygodnia (1-2 dni), ciąża będzie donoszona. Dziecko można będzie uznać na tym etapie na w pełni rozwinięte i jeśli urodzę, to nie tylko nikt się nie zdziwi (dziecko urodzone będzie o czasie), ale i wszyscy ucieszą. Całe otoczenie tylko czeka, żeby ta moja ciąża dobiegła końca. Szczęśliwego końca, rzecz jasna. 

No, ale i tak może się zdarzyć, że dzidziuś będzie miał problemy z oddychaniem na tym etapie, dlatego od tego momentu każdy tydzień w brzuchu działa na jego korzyść. 

Jeśli do tego czasu niekoniecznie myślałam o tym jak to z tymi uczuciami u dziecka jest, to czas najwyższy się temu przyjrzeć. Otóż wyobraźcie sobie, że dziecko teraz świadomie zaczyna reagować i czuć. Świadomie, jak świadomie, oczywiście. O ile dobrze zrozumiałam (ale jeśli ktoś wie lepiej, to proszę, by mnie poprawił), dotychczas za zmysły odpowiadała macica i środowisko wewnątrzmaciczne, które to stymulowało zmysły dziecka. Dzięki temu reagowało na dotyk brzucha, głos mamy/taty, odbierało czytane książeczki, muzykę, rozpoznawało światło i ciemność, smak potraw itd. Na tym etapie jednak jeśli dziecko nie jest stymulowane, potrafi samo wysyłać sygnały i tworząc jakby ścieżki, które prowadzą od bodźca do mózgu. W ten sposób uczy się jak po porodzie odbierać wrażenia zmysłowe.

Dolegliwości 37 tygodnia.


Jeśli jesteś na tym etapie, dolegliwości nie trzeba ci opisywać. Ale dla tych, co nie wiedzą, co je czeka, bo to wciąż przed nimi... oto one:
- Zmęczenie. Niezależnie od kondycji w jakiej jesteś. Z moją - z wiadomych powodów - jest kiepsko, więc i zmęczenie pojawia się zanim zdążę pomyśleć, że czuję się dziś nieźle - tak krótko mija dopołudniowy czas lepszego samopoczucia. Bywają też dni, kiedy dzień zaczyna się już od stwierdzenia "czuję ogromne zmęczenie". I pomyśleć, że po porodzie będzie jeszcze gorzej...
- Kręgosłup. Nic nowego. Tylko będzie bardziej dawał w kość, a przewrócenie się z boku na bok będzie poważnym wyzwaniem. 
- Ulga w oddychaniu. Jeszcze nie zauważyłam szczególnej ulgi. Kiedy brzuch opada, macica automatycznie schodzi niżej i zwalnia ucisk na płuca. 
- Ucisk na kość łonową. Podczas tej ciąży daje mi popalić. Dziecko ma niżej główkę i naciska na kość łonową. Taka kolej rzeczy. Boli (najbardziej, jak złapie w pozycji stojącej), ale przynajmniej jest to znak, że poród się zbliża. Czyli wszystko gra. Tylko ten ból...
- Sikanie. Jeśli sądziłaś, że w toalecie spędzasz większość dnia z powodu częstych wizyt, to teraz będzie ich jeszcze więcej. Obniżający się brzuch to spowoduje - będzie jeszcze większy nacisk na pęcherz. 
- Wizyty w toalecie c.d... Nacisk nie dotyczy tylko pęcherza, ale także jelit. A to oznacza problemy z trawieniem i prawidłowym wypróżnianiem. Tutaj każdy "orze jak może", więc poznawszy już swój organizm najlepiej dostosować dietę, która pozwoli nam na regularne "oczyszczanie jelit". Ja piję dużo wody, bo w mojej diecie jest dużo błonnika (nie muszę dodatkowo żreć otrębów i innych "wspomagaczy"). No i ograniczyłam też "suche" jedzenie, wszelkie chrupacze, nawet zdrowe mogą zatykać w takiej sytuacji. To samo dotyczy ciężkostrawnych potraw. Kiedy czuję, że będzie zastój, przechodzę na "dietę" z dużą ilością płynów. Jem lekkie zupy, ograniczam chleb i skupiam się na warzywach. Jeden dzień wystarczy.
- Skurcze przepowiadające. To skurcze macicy. Tylko takie lekkie (w porównaniu z tymi porodowymi :)). Mają przygotować organizm i samą macicę do porodu. Przyjmuje się, że wręcz powinny się pojawić. 

Moje przygotowanie


W zasadzie już niewiele brakuje, bym moje przygotowania mogła uznać za dopięte na ostatni guzik. Postanowiłam tym razem nie brać się za gruntowne sprzątanie, a zapłacić zaufanej pani sprzątającej, która przygotuje mój dom na przyjście dziecka. Na ostatni moment czekam też ze zmianą pościeli i garderoby (częściowo już to zrobiłam, ale zostawiłam kilkanaście sztuk, by donosić w nich ciążę). 
Torba do szpitala spakowana. I dla mnie i dla dzidka. nawet spakowałam ubrania na wyjście we szpitala, bo przecież mój eR. zgłupieje, kiedy zacznę mu przez telefon tłumaczyć, co ma wziąć mnie, a co dziecku. 
Wyprawka skończona. Tylko nie mam pampersów (w szpitalu, w którym rodzę zapewnia się je dziecku). Nie wiem, jakie ostatecznie będzie miało, kiedy wrócę do domu. 
Mogłabym jeszcze z niektórymi rzeczami zwlekać, lecz po drodze mamy Święta i nie chcę się denerwować, że mogę urodzić w Święta, a to czy tamto jeszcze w sklepie - niekupione. 

Tylko tak sobie myślę teraz, że jeśli spadnie śnieg na Święta, jak rok czy dwa lata temu i wróci zima, to jestem w czarnej du***. Mimo wszytko: kto myśli kupować zimowe ubranka w kwietniu?! Ja udaję, że nie ma tematu i kwiecień to już przedwiośnie. Nie, żeby jakoś ciepło, ale bez mrozu, jakieś kilkanaście stopni (poniżej piętnastu). Wolę na gwałt kupować, niż wydawać kolejną fortunę na zimowe ciuchy, bo ostatecznie wydaje się, że musiałabym obrabować bank, żeby stać mnie było na garderobę newborn  w stylu "Cztery pory roku" -  na każdą porę roku.

Któraś z Was może też jest na podobnym etapie? Macie podobne odczucia, czy zupełnie inne?


Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric