Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noc. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 maja 2016

nr 33, 16 maja




16 maja 2016 r.
Poniedziałek



Mania: 32 dni (1 miesiąc i 1 dzień)
Buńka: 2 lata i 7 miesięcy (dokładnie dziś!)
Waga: 61, 4 kg
Pogoda: "Przeważnie pogodnie", według mojej aplikacji, co generalnie dobrze odzwierciedla jaka rzeczywiście jest pogoda. Niby ładnie, ale jak się zachmurzy, to od razu szaro i chłodno.


07:56


Od tygodnia śpię po 3 h w nocy. To się w końcu musiało zemścić.
Wczoraj obudziłam się na karmienie o 5:30, a położyłam się przed 6. O 6 z minutami dziarsko przytupała do nas Buńka ze swojego łóżka. 

- Wstajemy! - zawołała. I obudziła Mańkę. 

I wystarczyło, żebym się rozbeczała. Bo przecież kiedy "wy sobie śpicie, to ja tutaj kilometry przemierzam w nocy!" i chyba "mogę liczyć, że przez godzinę będę mogła spać1". Ale gdzie tam! Mała szybko sobie przypomniała, że skoro nie śpi to znaczy, że powinna być głodna i ostro zaczyna nadawać, jak to ta matka ślamazarnie zabiera się do nakarmienia. Ostatecznie widok piersi wyraźnie ją rozbawił i uświadomił najwidoczniej, że jednak głodna nie jest. 

Mam dość. Już to może gdzieś napisałam? 
Buńka miała kolki i to było wykańczające psychicznie. Fizycznie też, ale jednak pierwsze dziecko, to większe nerwy, stres i zmęczenie gdzieś spadało na drugi plan, bo z przejęcia to człek inaczej znosił to niewyspanie. Ale "niewyspanie" "niewyspaniu" nierówne. Buńka miała kolki, ale kiedy o godzinie 1 w nocy zasnęła była tak umordowana, że budziłam się do niej raz, a ona grzecznie jadła i "odbijała" (chociaż w dzień graniczyło to z cudem - i jedno i drugie) i zapadała w sen. I spała do 8. W związku z tym, że się dziecko nie wyspało w nocy. Coś za coś. 

Mania chce jeść, ale je łapczywie i nie mogę jej karmić na leżąco. Czyli w nocy po prostu muszę się spionizować na 20 minut karmienia a potem jeszcze zmusić do uruchomienia nóg i pospacerować po domu, żeby się odbiło i by zasnęła. Nie, nie płacze (chyba, że powietrze, które połknęła jakoś wyjątkowo ją uwiera), po prostu sobie patrzy oczkami i dopiero jak pohuśtam ją delikatnie - zamyka oczy. No, niestety, nie zaśnie sama. Chyba, że w wózku na spacerze. Nie trzeba nią też jakoś strasznie rzucać (niektóre dzieci, wiem to z opowiadań, po prostu potrzebowały tego, by nimi rzucało na boki i dopiero wtedy spały), wystarczy lekko na biodrach, delikatnie... Sądzę, że to działa, bo ja sama miałam taką leżącą i mało aktywną ciążę. 

Kiedy mała zasnęła w ciągu dnia, położyłam się z nią. I tylko się wkurzyłam, bo obudziłam się jeszcze bardziej rozdrażniona z niewyspania. Tak to już jest: nie nadrobisz nocnego snu w dzień. Tak jak się na zapas nie wyśpisz i nie najesz. 

A potem zaskoczyli nas goście: 2 rodziny, każda z trójką większych i mniejszych dzieci. No, a to Zielone Świątki, sklepy pozamykane. Niby niedziela, więc dom ogarnięty, ale powierzchniowo - kiepsko, bo puzzle porozrzucane, gdzieś misie, kredki, pisaki, malowanki, jakiś talerz, kubki, chusteczki higieniczne... 

eR. wyciągnął z piwnicy jakieś soki, z szuflady - ciastka, które czekały właśnie na taką "czarną godzinę" czy chipsy, które generalnie u nas nie schodzą, więc siedzą, póki nie pojawi się ktoś, kto jada takie przekąski. 
Niestety jednak takie rzeczy jak herbata i kawa lubią się skończyć właśnie w takich sytuacjach.

Jeszcze po herbatę gonię eR do sklepu, bo pija, a ja jakąś słabą także. Kawy mielonej jednak teraz nie kupuję, bo eR. nie pija za często i wywietrzałaby, a ja teraz w ogóle zrezygnowałam. Może wrócę za jakiś czas, jak mała podrośnie, ale wystarczyło mi się napić tej udawanej kawy z cykorią i mała nie spała pół dnia i była rozdrażniona. Chociaż w kawie nie ma żadnego dziadostwa i ma tylko 30% kawy w sobie, więc myślałam, że spoko. Ale chyba Mańka jeszcze jest za mała. W ciąży piłam kawę nawet 2x dziennie, chociaż nie za mocną, więc sądziła, że nie powinno być problemu - a jednak. Szkoda, bo teraz, kiedy mam tak kiepskie noce, taka kawa z rana byłaby zbawienna. Zbożowa co prawda próbuje oszukać mój zmysł wzroku i może trochę jakby smaku (przez mleko), ale nie pobudza, więc... dlaczego nazywa się ją kawą, do cholery?!




9:56

No, a ja? Cóż, nadal mnie boli brzuch. A w zasadzie to podbrzusze. Wydaje się, że czas "oczyszczania" powoli się kończy. Ale niestety wciąż czuję ból, w szczególności kiedy jestem zmęczona. Nie chodzi o to, że kiedy leżę i odpoczywam, to mnie nie boli, a jak się ruszam - tak. Najbardziej boli mnie po nocy. Kiedy obudzę się rano zmęczona jak po orce. 

Jednak badania dodatkowe, które zlecił mi lekarz (morfologia, mocz, białko CRP i betaHCG) wyszły prawidłowo, więc nic się w moim organizmie nie dzieje. Badanie pozostałości po zabiegu łyżeczkowania (tzw. wyskrobiny - przeokropnie brzmiące słowo) również wyszło dobrze - niczego tam nie znaleziono, więc tylko się cieszyć. Przykro jednak, że nadal boli.


czwartek, 28 kwietnia 2016

nr 30, 26 kwietnia



28 kwietnia 2016 r., 
Czwartek


Mania: 14 dzień
Buńka: 2 lata, 6 miesięcy i 13 dni
Waga: 61,2 kg
Pogoda: Wiosna, wiosna w pełni - trochę słońca, trochę deszczu (i śniegu?) Czyli jak w przysłowiu - kwiecień, plecień - bo przeplata trochę zimy, trochę lata.



16:26



Urodziłam. Informacja dla wszystkich, którzy ciekawi, trzymali kciuki, myśleli i byli - chociaż tylko myślą - ze mną: Mania przyszła na świat 15 kwietnia o godzinie 5:30. Ważyła dokładnie 3, 560 kg i miała 56 cm długości. A do tego wybroczyny na główce i duże stężenie hemoglobiny we krwi.

A teraz flashback z tego, co się zdarzyło.

Tak jak pisałam, następnego dnia udałam się do szpitala. I czekałam. Trafiłam na sali na taką gadułę, że nie sposób było się wyłączyć i poczytać czy popracować. Przynajmniej się nie nudziłam. Potem dokoptowali nam jeszcze jedną dziewczynę. Tak mi jakoś znajomo wyglądała, ale ja nie z tych, co od razu zapytają: "Ej... a my się nie znamy z ...?" i tu pada jakaś "szkoła baletowa", "kolonia nad morzem" czy "warsztaty z rękodzieła".
- A który jesteś rocznik? -  pyta nagle ona.
- 8-8 - odpowiadam.
- Ja też - ona na to. - A nie chodziłyśmy razem do liceum?

Ja - duże oczy.
- O, rany... Tak? - Nie powiem, byłby wstyd, w końcu ten sam rocznik, to chyba powinnam poznać, a przynajmniej powinnam zacząć coś kojarzyć. A tu nic.
- Chodziłaś do "D"? - pyta.
- Tak! - odpowiadam zaskoczona. Jeszcze bardziej mi głupio, że ona kojarzy coś, a ja, jak taka dupa wołowa, siedzę rozkraczona ze swoją równie rozkraczona pamięcią i nadal "ni hu-hu".
- Ja chodziłam do "E" - kontynuuje ona.

Do "E"? Jeszcze gorzej, myślę, przecież znałam z tej klasy większość osób!
Szybko jednak powiedziała mi z kim się trzymała i nagle zaskoczyło! Ciekawe, że ten efekt zawsze ma taki zam dźwięk: "klik!" i łapiesz. Jak w jakimś mechanizmie. I od razu widać to też na twarzy. Niestety.

Okazało się też, że sama ma trudną sytuację w ciąży. Też miałam trudny początek, tylko u mnie wszystko się wyprowadziło. Cudem, bo cudem, ale wszystkie znaki na ziemie i niebie wskazywały, że dziecko jest zdrowe i takie też zamierza się urodzić. U niej - nie. Nie wchodzę w szczegóły, ale szczerze jej współczułam, chociaż wydawała się - jak na tę sytuację - bardzo pogodna. Może dlatego, że wyszła jej duża religijność, co przywróciło mi wiarę w ludzi, serio. Coraz mniej takich, którzy - w obliczu wydawałoby się tragicznej sytuacji - zawierzają wszystko Górze i wierzą, że i Ona pomoże im się wyzbierać z psychicznego dołka, kiedy już dziecko się urodzi. A miała zaplanowaną cesarkę tego samego dnia, co ja indukowanie porodu - w piątek, 15 kwietnia.

Czyli czekamy już we trzy. Skurcze niby są, ale takie, że to śmieszne nawet wspominać o nich komukolwiek. Mijają dwa dni i nic. Ale myślę: Wiecznie nie będę czekać, najwyżej do piątku.

No i ok. Codziennie zdrowaśka, by nie rodzić w nocy i budziłam się rano cała i ... podwójna. Aż do czwartku w nocy. Grześ po 1 obudził mnie długi, mocny skurcz. "Gaduła" nie spała. Mówię, że obudził mnie cholernie długi skurcz.
- Może nie będą musieli ci go wywoływać - mówi z optymizmem.
- Taaa... coś wspaniałego - mówię gorzko, ziewając. Czuję narastający niepokój i zmęczenie. W końcu to środek nocy.

Po trzech skurczach i skracających się minutach przerwy pomiędzy nimi poszłam do położnych. Zbadały mnie.
- No, to idziemy na blok - mówi jedna rezolutnie.
Cudownie..., myślę.
- Ile jest? Tak z ciekawości... - zagaiłam.
- 4 cm, jak nic.
- Szybko... - stwierdziłam i poszłam się spakować. Jedna z położnych pomogła mi się zabrać i poszłyśmy.

Skurcze szybko nabierały tempa. Zaraz po telefonie do położnej, z którą się umawiałam, kazali mi się położyć do KTG. I, jak poprzednio, dziecko postanowiło pójść w kimono i na wydruku widziałam równiuteńkie tętno - 120. A skurcze coraz silniej się pokazywały. Musiałam je znosić w najgorszej możliwej pozycji: na plecach.

Szybki sms do stworzonej wcześniej grupy, że "się zaczęło". Grupa wsparcia oczywiście nie zawiodła: siostra i mama od razu odpisały, że mi kibicują. Tylko eR. odezwał się z opóźnieniem. Ma mocny sen. Ale treść smsa postawiła go w stan gotowości. "Teraz chyba nie zasnę do rana", napisał. Potem się przyznał, że jednak po godzinie zasnął :)

Położna przyjechała błyskawicznie, jakby gnała na sygnale. Po 40 min mordowni na plecach ostatecznie uznali, że badanie KTG jest ok. Poszłyśmy do "pomarańczowej sali" do rodzenia rodzinnego i potem już się szybko potoczyło. Prysznic, przebrałam się i usiadłam ciężko na worku. Każdy skurcz był dobitny i trudny. Zwłaszcza, że położna naprowadzała dziecko przy badaniu podczas skurczów. Myślałam, że mi oczy z orbit wyjdą z bólu. Ale była noc. Spokojnie, zero szumu dziennej krzątaniny personelu. Teraz myślę, że może to nie był taki zły wariant: poród w nocy.

Dwa ostatnie skurcze przygotowujące były tak trudne, że naciągało mnie na wymioty i trzęsłam się cała.
- Chce mi się spać - mówię. - Najchętniej zasnęłabym, a nie rodziła. Nie mam już siły...
- To śpij - na to położna.

Zasnęłam. Dwa razy. A potem już się zaczął wysiłek. 3-4 skurcze i usłyszałam krzyk Mani. Byłam w szoku, że poszło to tak szybko.
- Świetnie! - na to położna. - Powinnaś szybko dojść do siebie, bo nie będzie żadnej rany.

Drugą położną okazała się być mama mojego kumpla. Ślub brał z moją dobrą koleżanką, na który nie mogliśmy przyjść, bo miałam już bóle wieczorami. Przy ogarnianiu mnie po porodzie opowiadała o tym, jak to wesele wyszło bajecznie, jak się ludzie bawili. Takie rozmowy rozładowują napięcie i kobieta czuje się komfortowo. Mówimy tu o względach psychicznych, oczywiście. Fizycznie, trudno mówić o jakimś komforcie, kiedy taka babka leża w mokrej piżamie z jeszcze nie do końca czystym bobasem.

Potem - jak nakazują wszelkie zasady - leżałam z dzidkiem dobre 3 h (mają być przynajmniej 2h) "skóra do skóry". I dostałam pojedynczą sale, z własną łazienką! Bardzo ładną, odmalowaną, z widokiem i, znów, cudownym poczuciem komfortu psychicznego, ale i fizycznego. Zwłaszcza, że nasz pobyt przymusowo musiałyśmy przedłużyć...

Tak, żółtaczka. Raz, że mała miała wybroczyny na główce, a dwa, że miała nieprawdopodobne stężenie hemoglobiny we krwi. Dlatego poziom bilirubiny nie chciał schodzić przez 3 dobry. W zasadzie mimo fototerapii poziom był dokładnie jednakowo wysoki.

Fototerapia. Co to takiego? To nic innego jak forma solarium dla noworodków. Leży taki malec na czymś w rodzaju niedużej deski surfingowej z grubym kablem. W szpitalu nieformalnie nazywają to "naleśnikiem" - taki "billy bed". Świeci toto fluorescencyjnym niebieskim światłem i ma zmniejszyć ilość bilirubiny. A chodzi o to, by naświetlało się największą możliwą powierzchnię ciała dzidziusia. Czyli: malec leży na twardej deseczce w samym pampersie. I z "okularkami" na oczach. Specjalna opaska ma chronić oczy, ale jest zrobiona z jakiegoś śmiesznego materiały, który rozciąga się trwale bardzo szybko, przez co przy kręceniu głową, "okularki" się przesuwają. A ponieważ to światło może naprawdę zaszkodzić takiemu maluszkowi, trzeba tego bardzo pilnować. Umówmy się: dzieci tego nie lubią. Ja też bym nie lubiła. Niestety to nie jest tak, że pielęgniarki się tym zajmują, ale mamy. I taka, psychicznie i fizycznie zmęczona, musi walczyć teraz z płaczącym noworodkiem, który nie chce leżeć na tym dziwnym czymś. Jeśli jednak taka mama jakimś cudem spacyfikowała bobasa, to opaska wszystko potrafi zepsuć: dziecko się budzi, denerwuje i znów wszystko od początku. W rezultacie dziecko nie leży tyle, ile powinno.

Po 2 dobie, kiedy opaska już naprawdę słabo trzymała, budziłam się co godzinę, by to kontrolować. Walczyłam z Manią całą noc. I kiedy rano zrobiono badania, które pokazały, że fototerapia nie przyniosła pożądanych efektów - rozbeczałam się przy lekarzu i pielęgniarce. Jak bóbr. Nie chodzi o to, że chciałam do domu, ale ani psychicznie, ani fizycznie nie byłabym w stanie znieść kolejnej nocy w taki sposób. Zlitowali się i wzięli Małą do siebie. Noworodki płakały, więc nie rozróżniałam, w którym momencie płacze moja córa. Wzięłam kąpiel i na zmianę spałam, odpoczywałam i odciągałam pokarm, by nie faszerowały Mańki sztucznym mlekiem. Leżała tam cały dzień i pół nocy. Mój mały dzielniaczek. Następnego dnia rano ponowiono badania i w południe okazało się, że... bilirubina spadła i wychodzimy do domu!

Pierwsze godziny w nowym miejscu były trochę nerwowe, bo też Buńka nie umiała inaczej, tylko głośno przy niej mówić. I cieszyła się, ale też stęskniła za mną, więc chciała być głównie ze mną i opowiadać o wszystkim i o niczym. Wciąż uczy się jak się przy niej zachowywać, by dziecię nie dostało zawału. Ale Buńkę wciąż interesuje "o! żółta kupa! Mamusiu, żółta kupa!", czy "a co robi dzidziuś?", "ja tylko głaskam... delikatnie głowę" .

Kolejne dni pokazały, że nasze modły zostały wysłuchane, a obawy się nie spełniły: mała je i śpi. I próbuje odbić powietrze, którym się zachłystuje podczas łapczywego jedzenia. Nie ma porównania z Bulińcią, która od 4 doby miała kolki, była nerwowa, nie chciała jeść ani spać jak Bóg przykazał - do 5 miesiąca. Ale potem i tak jej wysoka wrażliwość utrudniała normalne funkcjonowanie jako niemowlaka. A tutaj: godzina 21, dzieci śpią. Mania budzi się koło 1 w nocy, więc wieczór mamy z eR. dla siebie.

Niestety nie mogło być idealnie. Ponieważ poród był bezproblemowy (i bezzabiegowy) uznałam, że koniec krwawienia w 5 dobie to nic nadzwyczajnego. Po powrocie do domu, nie mogłam się opamiętać - tak nagle i z taka mocą wszystko wróciło. Pojawił się ból. Następnego dnia zaczęłam się dziwnie czuć - słabo i bez życia. Kolejny dzień znów przyniósł niespodziankę: wszystko znów ustąpiło. I tak w kratkę kilka dni.
- Zadzwoń do lekarza i zapytaj, czy to normalne, umów się na wizytę, bo wyglądasz gorzej niż po porodzie - Jak on umie wesprzeć żonę, nie?

I tak zrobiłam.
- Niech pani przyjedzie dziś do szpitala. Jestem do 14 - powiedział.

Na miejscu, zbadał mnie i zrobił USG.
- No, pani macica zrobiła fikoła - powiedział.
- A co to znaczy? - zapytałam zaniepokojona, że macica się oderwała i wypięła tyłem.
- To tzw. tyłozgięcie - powiedział. - Kanał się zawinął do tyłu i blokuje oczyszczanie się i obkurczanie macicy.

Pokazał mi coś na kształt worka świętego mikołaja i wygiętym "ogonem".
- A tutaj w środku widać, że coś tam jest - i tu wyliczył kilka opcji. - W taki sposób będzie się oczyszczać jeszcze z półtora miesiąca. Niestety duże prawdopodobieństwo, że w tym czasie coś się tam wedrze, jakieś zakażenie lub po prostu zacznie się psuć.

Przełknęłam ślinę. Pewnie trzeba będzie chodzić na kontrolę, żeby sprawdzać jak się oczyszcza.
Kiedy usiadłam przy biurku pokazał mi wydruki i podparł głowę ręką i westchnął.
- Wydaje się, że najrozsądniej będzie zaprosić panią do szpitala i oczyścić za jednym razem - powiedział ciężko. Moja mina chyba też wskazywała na duży niepokój.
- Rozumiem - bąknęłam. - Na długo..?
- Przyjechałaby pani rano, zabieg około południa i po południu by pani wyszła.
Wiedział, że perspektywa wyjścia mnie przekona. W końcu mam kilkunastodniowe dziecko.
- Pani karmi naturalnie?
- Tak.
- Trzeba będzie coś zastępczego, albo odciągnąć, bo potem po zabiegu nie będzie pani mogła karmić chyba z 8h, ale to zależy od rodzaju znieczulenia.

Zdecydowaliśmy się na zabieg następnego dnia. Mama miała przyjechać do małej. W lodówce było jeszcze sporo odciągniętego pokarmu, powinny dać radę. Dodatkowo kupiliśmy sztuczne. Bardzo awaryjnie.

I powiem tak: gdyby nie to, że lekarz, który mnie prowadził wszystkim się zajął, na 100% nie wyszłabym tego samego dnia. Zabieg miałam jako pierwsza, chociaż były kobiety, które już sporo czekały. Wszystko trwało 10-15 min. Moment usypiania, bardzo interesujący. Człowiek się budzi jak po kilku latach regenerującego, mocnego snu. Jedyny mankament, że po wybudzeniu, nie można spać. Ostatecznie wszystko się udało, chociaż w piątek muszę przyjechać do szpitala na kontrolę.

- A już myślałam, że po porodzie moje przygody szpitalne się skończą i nie zawitam tu za szybko - powiedziałam na odchodne.
- Pani to ma pecha. Ale w końcu szpitale mają pomagać i mam nadzieję, że tym razem już definitywnie - odparł.


wtorek, 26 stycznia 2016

nr 14 , 10 stycznia



10 stycznia 2016 r.,
Niedziela


Ciąża: 27 tydzień, 3 dzień
Waga: 63,7 kg
Pogoda: Okropna. Szaro, mgliście, pada deszcz. Zero słońca, nie chce się żyć specjalnie.


9:00



Obudziłam się z bólem brzucha. Znów. Tylko tym razem był bardziej nieznośny. Na śniadanie no-spa. Na obiad no-spa z kromką chleba z masłem. Potem jakiś jogurt i niech ten dzień wreszcie się skończy...

Słów kilka o minionej nocy...

Jagódka budziła się często w nocy. Tak dla odmiany. A z jakiego powodu? Ano z powodu swoich nowych "przytulanek". Od księdza dostała dwa obrazki (bardzo ładne, swoją drogą): przedstawiający obudzenie pasterzy przez Anioła, a drugi z Matką Boską i Dzieciątkiem. I musiała z nimi spać.
- Nie ma...! - szlochała ze swojego łóżeczka. - Buuuu...!
- Czego nie ma? - pyta zaspanym głosiem eR.
- Nie ma... haniołka! - Wszystkie wyrazy na "a" ona musi zaczynać od "ha".
- Aniołka? - spytał skołowany.
- Zezuska! - doprawiła z jeszcze większym płaczem.
- Nie ma tych obrazków - wyjaśniłam po drugiej stronie łóżka.

Kiedy już eR. je odnalazł Mała przypomniała sobie, że miała jeszcze tego maleńkiego baranka. I znów bek.
Baranek, chociaż malutki, znalazł się ostatecznie. Na chwilę mieliśmy spokój. Ale mała wymusiła spanie w łóżku z nami. Po środku.
I zaraz zaczęła jęczeć, że:
- Poduuuusia...! - Chodziło jej o swojego jaśka z wizerunkiem Kubusia Puchatka, którego zostawiła w swoim łóżeczku.
Albo:
- Nie ma haniołka...! - Gdzieś wypadł jej któryś z obrazków.
Czy:
- Balaaanek! - Ten to się lubił zapodziać...

Kiedy sytuację udało się opanować, nim oboje straciliśmy panowanie nad swoimi głosami, nastała w końcu cisza.
Ale tylko na chwilę. Bulina znów zaczęła zawodzić. I od razu przeszła w dramatyczny szloch.
- Co tym razem? - stękął eR.
- Co się stało? - pytam ją.
- Siesieekę...!
Zgłupieliśmy.
- Co?
- Siesieeenkę...!
- A, piosenkę? - odblokowało mnie. - Zaśpiewać ci kołysankę?
- Tak. Haniołku. - Jeszcze słyszałam w jej głosie resztki płaczu, ale już wiedziała, że sytuacja zostanie opanowana. eR. prychnął po drugiej stronie łózka. Trudno stwierdzić, czy z niedowierzania czy ze śmiechu. Absurdalna sytuacja. Histeria, bo ona chce kołysankę. O aniołku.

Kołysanka jest bardzo ładna, ale tylko w jednej linijce pojawia się słowo "aniołek". Dla niej to jest kołysanka o aniołku. Niech będzie i niech już zaśnie.

Kołysanka prześpiewana dwa razy ochrypłym, przerywanym głosem i dziecko spało jak... niemowlę.
Skądinąd przegłupie to porównanie.

nr 13 , 9 stycznia




9 stycznia 2016 r.
Sobota


Ciąża: 27 tydzień i 2 dzień
Waga: 64 kg
Pogoda: Wyjątkowo przyjemnie. Świeci słońce, dokoła śnieg. Nie za wiele go, ale przynajmniej jest zimowo. Do czasu, aż stopniał częściowo w południowym słoneczku.


9:15

Koszmarna noc!
Zastanawiam się, jak to się dzieje, że to właśnie moje dziecko musi cyrkować w nocy. To już nie pierwszy raz, kiedy budzi się z powodu kaszlu, którego w ciągu dnia nie było. Dodatkowe nocne przebudzenia najczęściej wynikają z tego, że nie może znaleźć misia/ słonika/ kotka/ lalusi*. Ostatnio hitem stał się baranek, wielkość piąstki dwulatka. Sam pomysł spania z takim maleństwem to gwarancja gwałtownej pobudki w nocy.

Tym razem zbudziła się z powodu kaszlu. Było coś po czwartej. Katar, mimo że nie za duży, spływał jej do gardła i to on powodował ten głuchy kaszel. Mamy swój sprawdzony specyfik: Sinecod. Na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy nie zadziałał. Tym razem tż zadziałał, lecz później. I dopiero, kiedy córka zrozumiała, że kaszel nie jest czymś koniecznym: kaszlała na siłę, prowokując go. Na moje tłumaczenie odpowiedziała:
- Kaszleć cieba, mama. Cieba. - Była o tym święcie przekonana i dlatego właśnie zasnęła dopiero dobrze po piątej.
Spaliśmy w trybie "bez budzika" jak zabici do dziewiątej. Odkąd mamy Jagódkę, godzina ta brzmiała w moich uszach przynajmniej jak dwunasta w południe: istne szaleństwo. Tymczasem nie mogę powiedzieć, że się wyspaliśmy.

A tu kolęda. Ksiądz miał chodzić od dziewiątej, a my byliśmy dziewiątym domem. eR zerwał się do fryzjera. A to pierwszy studniówkowy weekend. Udało mu się zdążyć: piętnaście minut dłużej i przyjmowałybyśmy kolędę we dwie.

12:00

Ksiądz proboszcz okazał się niezwykle sympatyczny, co było dla nas naprawdę dużym, ale jakże miłym zaskoczeniem po tym, co usłyszeliśmy od naszego kuzynostwa. Cóż.
Mimo, że kościelny jakkolwiek niestary (bo "młody" jakoś już do niego nie pasuje) okazał się wyjątkowo nierozgadany i wszystko wskazywało na to, że kolędę po prostu będziemy musieli przetrwać. A z księdzem nie tylko dobrze się rozmawiało - nie wziął nic za kolędę.

Może to też nasze pozytywne nastawienie do zbliżających się Światowych Dni Młodzieży jakoś na niego wpłynęło. Uczę angielskiego, więc się ucieszył. To nie jest miasto, gdzie mówiących po angielsku nie sposób wyliczyć. To wieś, gdzie kilka osób lepiej zna ten język.

Tak czy inaczej kolęda zaliczona. Teraz trzeba się nastawić psychicznie, że Mała nie spała w południe, więc może dawać w kość pod wieczór. To wesele takie nie po drodze. Dobrze, że chociaż na te kilka godzin mama się zajmie Bulinką. Sama dziś czuję się jak dziecko, którym trzeba się zająć. Dwójka "dzieci" na głowie biednego eR. Coś takiego równa się naprawdę trudny wieczór.


22:14

Jagódka w końcu zasnęła. Padam na twarz, ale chyba jeszcze przez chwilę posiedzę z eR. Zamierza oglądać Interstellera, który trwa do pierwszej w nocy. Zwiastuję mu noc na kanapie, widząc to piwko i przygaszone światła: tylko choinka świeciła klimatycznie.

Wesele okazało się... trudne. Cały dzień uprzedzałam, że wrócimy wcześniej, bo nie czuję się dzisiaj dobrze. Do końca nie wiedziałam, czy uda mi się wytrwać na mszy i czy eR. nie powinien mnie jednak zostawić u rodziców z Małą na ten czas i przyjechać po mnie już na samo wesele. Zdecydowałam, że spróbuję. I tak uśmiechałam się (albo raczej starałam się uśmiechać), chociaż bliżej było temu do grymasu bólu. Jeszcze na siedząco - umówimy się - mogłam znieść kilka godzin. Odpadały tańce i pozycja stojąca. Kiedy dotarłam do stolika, eR. rzucił:
- Zobacz, kto będzie śpiewał..
- Uch..! - stęknęłam: to była M****a P***k. O ile nie zmieniła nazwiska po ślubie. I dodałam już ciszej: - Ten wieczór nie mógł się gorzej skończyć.

Byłyśmy na wojennej ścieżce. Chociaż wojenną bym jej nie nazwała. Po prostu nie ma żadnej wspólnej ścieżki. Ona udaje, że mnie nie zna. Ja już też. Kiedyś po tej jednej i jak się okazało ostatniej kłótni wyciągnęłam rękę - odrzuciła ją. Chyba dlatego, że mimo wszystko uważałam, że część racji jest po mojej stronie. I powinna to przyznać, bo taka była prawda. Dla dobra naszej - jak wówczas sądziłam - przyjaźni. Ale jeśli przyjaźń rozbija się o pieniądze (bo do tego się ta kłótnia niestety sprowadzała), to chyba nigdy przyjaźnią nie była.

Czyli miałam się świetnie bawić. Z bolącym ciążowym brzuchem i M.P., wyjącą radośnie w głośnikach. Co za radość. Chociaż przyznać muszę, że nie ma wstydu, jeśli chodzi o śpiew i grę zespołu. Może trochę jakoś za słabo (to nie tylko moje zdanie!). Albo źle coś nagłośnili. Taka opcja też była.

Po dwudziestej trzydzieści okazało się, że Bulinka nic nie jadła, nie chce i generalnie łobuzuje razem ze swoim kuzynem, więc zaserwowała moim rodzicom wieczorny sajgon. Oczywiście to spowodowało, że kompletnie straciłam formę i z nerwów oczywiście jeszcze bardziej rozbolał mnie brzuch. Dyskretnie zakomunikowałam eR., że nie ma wyjścia i ewakuujemy się w trybie przyspieszonym.

Jagódka zasnęła w samochodzie na dwie minuty przed tym, jak dotarliśmy do domu, więc rozmemłana jadła płatki na mleko i ostatecznie tuz przed dziesiątą zasnęła. I znów rozkaszlała się po godzinie, a potem po raz kolejny nad ranem. W obu przypadkach uratował nas Sinecod.

_______________________________________
* niepotrzebne skreślić
Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric