Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 lutego 2018

7 luty - o tym, jak wraz z białym puchem przyszło choróbsko

7 luty 2018 r.
Środa






14:45

Leżę w łóżku. Nie, żebym była jakoś przykuta, ale jednak normalne funkcjonowanie na dłużą metę odpada. Robię, co muszę, ale z daleka widać, że powinnam się wyleżeć w łóżku. Toteż z rozsądku nie biegam rozchełstana po sklepach, a leżę w dresie pod ciepłą kołdrą, z pudełkiem niekończących się chusteczek, ciepłą wodą z cytryną i herbatą z miodem, cytryną i sokiem malinowym. No i biorę te wszystkie "rutino-coś-tam" czy "...-pexy", które mają mnie postawić na nogi. Plus wietrzenie domu, oczywiście. Czyli walczę.

Dobrze, że dopiero dziś mnie tak konkretnie zwaliło z nóg. Wczoraj byłam na rozmowie kwalifikacyjnej i raczej chyba dość słabo wypadłabym z czerwonym nosem, szklistymi, "chorymi" oczami, mówiąc przez nos: "Jesteb przekodada, że idealdie dadaję się da to stadowisko."

Ale udało się: zatrudnienie o 26 lutego w szkole, jako nauczycielka WOS-u. Taaa, ja też się cieszę, że w końcu ktoś się odezwał. Szału nie ma, ale to otwiera przede mną możliwości, o których nie chcę na razie pisać. Zostawmy na razie ten entuzjazm, bo plany, jakie mam - jakkolwiek brzmiące cudnie - to wciąż niepewna sprawa. 




Właśnie przyjechali zamontować kominek. eR. oczywiście przyjechał, by wskazać im co, gdzie, jak i inne takie. Ja zamknęłam się w sypialni z bólem głowy i cholineksem w ustach. Chyba jednak spróbuję zasnąć. Wiem, że by mi to pomogło, chociaż zawsze mam trudności z zaśnięciem wciągu dnia. 

A jak u Was? Ponoć szalejąca w Czechach grypa chce bezprawnie przekroczyć granice naszego państwa. Słyszy się, że zbiera pierwsze żniwo. A kysz! , chciałoby się ją odgonić. Tylko, czy ona się w ogóle czegoś boi? Paskuda...


wtorek, 11 października 2016

11 października - smutna jesień z pozytywnym akcentem

11 października 2016 r.
Wtorek


Mania: 5 miesięcy, 3 tygodnie i 5 dni
Bu: 2 lata, 11 miesięcy, 3 tygodnie i 4 dni
Pogoda: A pogoda listopadowa, niech ja szlag! - za przeproszeniem. Jeszcze śniegu z deszczem brakuje do tak zwanego szczęścia






14:55
 

Jeden z tych dni, kiedy dziecko, które zazwyczaj mało śpi w dzień (chociaż powinno), pewnego dnia zasypia kamiennym snem na dwie godziny...

... a ty nie wiesz, czy powinnaś się niepokoić, czy z radością rzucić w wir pracy odkładanej tygodniami.

Oczywiście nigdy nie wiesz, kiedy taki dzień nadejdzie. Nastawiasz się, że - jak zwykle - dziecko obudzi się po trzech kwadransach (wersja optymistyczna), więc nawet nie myślisz, że mogłabyś coś zrobić.
 
Ja w takich sytuacjach zabieram laptopa i odpoczywam z małą. Zawsze mogę ją "dolulać", by zasnęła jeszcze na nadprogramowe 5-10 minut.

Kiedy się budzi, robię wszystko inne. Wróć: usiłuję. 
Bo bywają też dni okrutnie męczące. W czasie "skoku" albo przy ząbkowaniu, kiedy to dziecię buczy w zasadzie cały dzień. A ty musisz powiesić pranie bez niego na rękach. No przecież też bym się zbuntowała. Uch!

A późnym popołudniem, kiedy mąż wraca z pracy lubi palnąć, biedak nieświadomy: "nie noś jej, bo się potem od ciebie nie odklei". Włączam wówczas bajkę Starszej i rozpoczynam krucjatę przeciwko słownemu znęcaniu się nad matką, która słucha jęków dziecka od samego rana, więc ma już dość i niech sobie Tatuś tak jeden cały dzień znosi takie jęki a potem wieczorem "pozwala się dziecku wypłakać".
Kończy się to zazwyczaj pokojowo, zawarciem porozumienia o zajściu nieporozumienia.
 

Nie dalej jak wczoraj postanowiłam umyć lodówkę, bo kiedy ją otwierałam to było "coś tak czuć", jak mawiała moja śp. prababcia. 

Mania nie była zachwycona, że zostawiłam ją na "placu zabaw" z zabawkami, a sama sobie poszłam. Mój głos, jak się okazało, to nie było coś, co takiego półroczniaka mogłoby satysfakcjonować. Ale, jak wiemy, są takie prace w domu, które zaczęte po prostu muszą być dokończone. I do takich należy np. mycie lodówki. Musiałam jednak na tym poprzestać, bo dziecko buntowało się tak głośno i rozpaczliwie, że ostatnią półkę myłam drącymi rękami. Rozmrażanie musiałam sobie darować, bo - jak nic! - osiwiałabym w tym czasie.


15:06

Dziś po raz pierwszy od urodzenia (a nawet ciut wcześniej) będę miała korki! Jestem tak podekscytowana, jakby za drzwiami pokoju nie stało biurko, a lustro z jakimś cyber-przejściem do innego świata, w którym na godzinę jestem poddawana przyjemnym zabiegom relaksacyjnym, niczym w spa. Taki powrót do tego, co było przed, do mini-niezależności (to w końcu moja kasa, a nie jakieś tam 500+ czy macierzyński, który idzie głównie na pieluchy, mleko i inne takie). I kupię sobie za to buty. 

Ktoś pomyśli: śmiech na sali, żeby mi mąż nie dał na buty. Ależ on mi chce dać. Tylko to nie o to chodzi. Trudno wyjaśnić to komuś, kto zarabia. Ja zarabia(ła)m korepetycjami, z którymi musiałam skończyć na czas opieki nad dzieckiem. Nie potrafię opisać, jak mi źle z tym, że "mąż mi wydziela". To tak brzmi, chociaż nigdy tak nie wygląda. Nigdy nie było sytuacji, w której bym nie dostała tyle, ile potrzebuję. Bez cienia wątpliwości, że chcę za dużo. Zawsze dostanę. Na cokolwiek, co uważam, że jest potrzebne i służy. Nie trwonię kasy (nawet własnej) na coś, co stoi w kącie i zbiera kurz. Ale mimo wszystko zależność finansowa mi ciąży. 



Też tak macie? Niby nic, niby to moje zarabianie na ten moment jest symboliczne - Mania jest wciąż za mała, żebym mogła wrócić do dawania lekcji na pełen etat - a jednak zmienia wszystko. Samopoczucie przede wszystkim. Niektóre kobiety chcą wychodzić za mąż za milionera, by nie pracować, tylko dostawać. Nie umiałabym tak. Nie tak mnie nauczono. 

PS. U mnie dziś taka zupa. Spróbujcie kiedyś, bo u mnie wszyscy ją chwalą, że najlepsza cukiniowa :)

wtorek, 28 czerwca 2016

nr 41, 27 czerwca - Dzień, jak co dzień...



28 czerwca 2016 r.
Poniedziałek

Mania: 73 dni (2 miesiące i 13 dni)
Buńka: 2 lata i 8 miesięcy i 13 dzień
Waga: 60,1 kg
Pogoda: Jest ulga. Jest 22*C, pod chmurką. Jest świeżość i senność. Zaczyna się zwykły dzień Obywatelki Matki




8:10


Buńka i eR. pojechali. Ona do przedszkola, on do pracy.
Mania właśnie zrobiła sobie drzemkę, więc wstaję, żeby się ogarnąć i zjeść śniadanie.

Postanowiłam, że dziś zrobię coś dla siebie. Powinnam w końcu wznowić pisanie. Muszę wręcz.

Ogarnęłam wzrokiem dom. Tak, zrobię coś dla siebie, ale najpierw...

No właśnie. Podłogi wołają, żeby je przynajmniej odkurzyć, bo koty pomiaukują po kątach. Z kosza wylewają się ubrania, więc trzeba zrobić pranie, poprasować, bo urosła już górka ubrań, która już tylko będzie rosła, jeśli się jej nie pozbędę... Powinnam machnąć jakieś okno, coś ugotować, ale chyba dziś nie dam rady...

Dzień jak co dzień. Scenariusz wyjęty z mojego everyday life.
Kto tak ma, łapka w górę.

piątek, 18 marca 2016

nr 25, 18 marca - Pogoda = power



18 marca 2016 r., 
Piątek

Ciąża: 37 tydzień, 1 dzień
Waga: 69 kg (bez zmian i niech tak zostanie...)
Pogoda: Iście wiosenna. Pachnąca, przepełniona śpiewem ptaków, z tym swoim cudownym błękitnym niebem i zapachem ziemi. Chociaż u nas w ogrodzie trwają roboty porządkujące "chaos podwórkowy", więc ziemię to my na pewno czujemy bardziej :)


10:00 
 
Szalony dzień. Najpierw ostatnie już badania, czyli bieganie z ukrywanym w woreczku moczem po szpitalu i  i średniokomfortowym badaniem w kierunku GBS. I to wszystko bladym świtem. Dobrze, że spaliśmy u rodziców i nie musiałam zrywać się H. o nieludzkiej porze. 6:45 planowany wyjazd do szpitala od rodziców, by zdążyć nim tłumy rzucą się pod igłę, jak to się dzieje z momentem otworzenia punktu zakładu diagnostyki laboratoryjnej w szpitalu.
A tu - szok. Słonko świeci zapowiadając bajeczną pogodę, ale przymrozek trzyma. Drapanie samochodu u tej porze nie należy do najmilszych czynności. Przynajmniej zapalił. A mała mogła ten czas być z moją mamą.
 
Potem powrót, śniadanie i zawożę Buńkę do Klubu, robiąc po drodze zakupy. 

Wpadam do punktu obsługi PLAY (smsy wybiórczo nie chcą do mnie dochodzić i zastanawiam się jak wiele ważnych wiadomości do mnie nie mogło dotrzeć), ale niestety rozwiązanie, które kiedyś działało (wymiana karty SIM), okazało się nieskuteczne. Wiem, że mam przynajmniej kilka ważnych i zaległych wiadomości, a telefon milczy. Wydaje się, że czeka mnie wysłanie telefonu do serwisu. Na - uwaga - 20 dni! Przecież to jak wysłanie człowieka na bezludną wyspę! Zwłaszcza w mojej sytuacji: teraz to się wszytko może zdarzyć i po prostu mogę zacząć rodzić. A ja sama w domu na co dzień i bez telefonu będę po prostu udupiona, mówiąc dosadnie. 
Eh, tak to jest w tej naszej Polsce. Nie dostanę zastępczego telefonu, bo wszystkie zostały popsute. Wiadomo: po co szanować coś, co do nas nie należy, nie? Ta nasza prymitywna mentalność mnie dobija...

Dosłownie wpadam do domu rodziców po nasze manatki i pędzę, bo jeszcze do biblioteki, gdzie goni mnie termin oddania książek. Ale mimo zmęczenia, jestem pełna energii, zmobilizowana i jakaś optymistyczna. To na pewno dzięki pogodzie. Wczorajszy zły nastrój... jakiś taki depresyjno-nerwicowy w żadnym razie nie zwiastował dzisiejszego. 

13:45

Nie wychodzę z kuchni. Zanim ogarnęłam przestrzeń w domu, rozpakowałam wszystkie siaty, od razu zabrałam się za obiad. eR. i dwóch pracowników grzebią w ziemi małą koparką, doprowadzając powoli nasz ogród do stanu, który pozwalałby na wybudowanie porządnej wiaty na samochody i zadbanie o tzw. zielony teren. Myślę, że koło 15 po prostu zmiecie mnie z powierzchni ziemi ze zmęczenia.

20:28

Miałam rację. Jestem flak. Fizycznie, bo nadal mogę pisać, ale nawet brakuje mi sił, żeby się umyć. I pomyśleć, że jutro też robią. Cały dzień. Aż mi się zaczęło gorzej oddychać na samą myśl. 

czwartek, 28 stycznia 2016

nr 19, 28 stycznia



28 stycznia 2016 r.,
Czwartek

Ciąża: 30 tydzień, 0 dzień
Waga: 64,5 kg
Pogoda: Ciepło. Kwadrans przed ósmą był dziesięć stopni. Na plusie! Poza tym raczej szaro. I śnieg jest już niestety szary. 



9:01

Dziś trochę lepiej, chociaż ból odkręgosłupowy towarzyszy mi prawie cały dzień i noc. eR. zawiózł małą do Klubu, ja zjadłam śniadanie w łóżku (muesli z maślanką + kawa zbożowa), tak jak jem od tygodnia. I napawam się tym luksusem. O tej godzinie samotność mi nie doskwiera. W ogóle dziś, muszę powiedzieć, czuję się wyjątkowo zmobilizowana do działania. Nie, skąd, nie zamierzam rzucić się w wir sprzątania, bo kolejny weekend przepadłby, a ja spędziłabym go pod szyldem: "nie dotykać, nie zbliżać się, staram się nie istnieć a jednocześnie przetrwać". 

Niestety mija tydzień od ostatniego sprzątania i wiem (równa się z "przerabiałam to", a nie "tak zakładam"), że jeśli prysznic nie zostanie umyty w tym czasie, kamień osadzi się dużo trwalej na ściankach i baterii. A wygląda przeokropnie. Jakbym po prostu nie miała w zwyczaju go czyścić. 

Swoją drogą nie wiem, czy to kamień. To jakiś osad z wody, bo zostaje na każdej baterii w domu. Może ktoś zna jakiś środek, który by mi ułatwił czyszczenie tego? Pucuję naprawdę dobrym mleczkiem a ostatnio nawet środkiem do "uporczywych silnych zabrudzeń", czy coś w tym stylu. I efekt nie jest zadowalający...

9:11

Ostatnio widzę, że całodzienne sprzątanie (chociaż delikatne, z przerwami, bez forsowania i dlatego trwa cały dzień) tylko pogarsza sprawę. Muszę je sobie rozbić na dwa dni. Już ostatnio tak zrobiłam i było niestety tylko trochę lepiej, ale nic na to nie poradzę. Nie mogę jeszcze tego zwalić na eR. Bidula już i tak ledwo ciągnie. Już przebąkuje, że w sumie nie obraziłby się, gdybym miała wcześniej rodzić. 
- Cesarkę by ci zrobili i byłoby z głowy - mówi.
- Aha - przytakuję kpiąco - a potem przez ładnych parę tygodni przeklinałbyś moment, w którym chciałeś, żebym ją miała. Nawet nie wiesz, jak powoli, w stosunku do naturalnego porodu, dochodzi się po cesarce. 
-  Ale już byłoby po wszystkim - próbuje zawalczyć.
- Umówmy się: jak coś jest szybciej, nie znaczy, że jest lepiej - wzdycham. 
- No wiem przecież. - Jak zwykle on to wszystko wie. Strasznie typowo.
- Poza tym, teraz na ten moment zastępujesz mnie w pewnych kwestiach z H. A teraz wyobraź sobie, że masz musisz dalej się nią zajmować, bo ja nie jestem w stanie; do tego musisz mi pomagać przy wstawaniu, siadaniu, chodzeniu i zajmowaniu się dzieckiem - np podawać mi je do karmienia. - Dobiłam go.
To znaczy to jego marzenie. A może po prostu otworzyłam mu oczy, bo od jakiegoś czasu temat przepadł. I dobrze. 

Tak czy inaczej dziś postanowiłam przygotować więcej CV i podań o pracę. Niby złożyłam w kilka miejsc, ale teraz widzę, że muszę jeszcze o kilku pomyśleć, w innych miejscowościach. 

10:24

Dobrze, że mama postanowiła wziąć ten roczny urlop i zaoferowała mi pomoc przy dziecku na czas jaki będę w pracy.
- Zwariuję, jak nie zrobię sobie przerwy po tych dziewięciu latach pracy - mówi rozgoryczona. I zmęczona. A był kwadrans po ósmej. Rano.
- Ja się dziwię, że tyle wytrzymałaś - mówię do słuchawki telefonu.

A w skrócie praca mojej mamy to kwestie administracyjne szkoły wyższej. Plus projekty unijne, plus organizacja pobytu i nauki dla zagranicznych studentów, plus dodatkowa praca, która przecież zawsze się znajdzie. Limit godzin? Jest, ale kto by się nim przejmował, prawda? Bo przecież tak się złożyło, że dziś musi zostać dłużej.  Co prawda pojutrze może przyjść godzinę później, tylko nikt nie bierze pod uwagę tego, że godzina więcej po południu to więcej czasu dla rodziny. A godzina rano w pustym domu, bo pozostali już w pracy/ szkole? Nie daje nic. Dosłownie.

A relacja szef - pracownik? To najtrudniejszy temat. Tata, jako osoba naprawdę wyważona, spokojna, którą trudno wyprowadzić z równowagi na co dzień, robi się siny jak tylko słyszy o "eM."*. 
- Hej - dzwonię do domu pewnego razu, jest coś osiemnasta z hakiem. Mama pracuje do szesnastej trzydzieści. - Mama jest?
- Cześć. Nie, nie ma - odpowiada tata. On jest raczej lakoniczny przez telefon.
- A wiadomo kiedy będzie? - pytam, celowo używając strony biernej. Tego typu rozmowy mają miejsce dość często, więc z doświadczenia wiem, że tak zadane pytanie zabrzmi lepiej.
- Nie. A na pewno ja tego nie wiem - odpowiada. - Wciąż w pracy.
- Rozumiem.
Nie chcę denerwować taty. Już i tak widzę, że samo poruszenie tematu podniosło mu ciśnienie, dlatego to jemu mówię z jakim interesem dzwonię. 

Bardzo typowa rozmowa. Różnice zachodzą tylko w detalach. 
Jak zareagował mój tata na wieść, że jestem drugi raz w ciąży? Bardzo entuzjastycznie. Nawet za pierwszym razem aż tak go to nie cieszyło, jak teraz. Kolejny wnuk/czka, to raz. Ale od razu wspomniał, że mama nareszcie znajdzie sposób, żeby się zwolnić z pracy. Będzie miała pretekst do rozmowy.

Pretekst. Czy to już nie mówi wiele o tej pracy? Pracownik chce odejść - odchodzi. A w tym przypadku na samą myśl o rozmowie na ten temat człowiekowi się odechciewa.

I tu wchodzimy głębiej w temat, jakim jest uzależniający stosunek pracownika do pracodawcy. Nie mówimy to o jakimś zaćmieniu, klapkach na oczach i ślepym zapatrzeniu. Mówimy tutaj o bardzo destrukcyjnej (przede wszystkim psychicznie) relacji zbudowanej o zobowiązania i poczucie wdzięczności (wynikającej z dobrego wychowania). W główniej mierze, choć nie tylko. 

To koło jest zamknięte, chociaż niewątpliwie podsycane przez pracodawcę. Świadomie, czy nie - wolę tego nie wiedzieć, bo znam tę osobę osobiście. I dotyczy to nie tylko mojej mamy. Zaczyna się od sporej różnicy wieku. Od tego, że kiedyś rozmawiało się per "pan/i" a dziś już jest się na "ty". Z czasem, rzecz jasna, bo później jakoś ta granica wieku zawsze się zaciera. W następnej kolejności należy dołożyć "prezenty". Wszelkiej maści. Zaczynając od mnóstwa jedzenia (osoba ta zarządza też kateringiem, upraszczając sprawę), przez ubrania po sponsorowane wyjazdy, wycieczki (nie jakoś drogie, ale zawsze!). Osoba ta jest apodyktyczna i nie sposób jej odmówić. A już na pewno nie tak, by nie było z tego wojny. I potem kiedy pracodawca prosi o coś, to w głowie (czytaj: w podświadomości) siedzą wszystkie te placki, sukienki, bluzki, bielizna [sic!], wyjazdy... I w taki sposób od lat dziewięciu mama walczy z tą pseudohojnością. Chociaż widzę, jak psychicznie jest uwiązana. Ona "po prostu nie może". Nawet nie będę w skrócie opisywać, dlaczego doszło do tego, że moja mama się u tej osoby zatrudniła. Trochę nie było wyjścia (wersja mamy), ale trochę też przyzwyczailiśmy się (ani ja, ani siostra wówczas jeszcze nie byłyśmy zamężne) do poziomu życia, z którego - w razie gdyby oferty nie przyjęła - musielibyśmy zrezygnować. Ale tak naprawdę potrzeby nie było (wersja taty i moja). Zaznaczę, że to nie tak, że wszyscy naciskaliśmy na mamę, bo chcieliśmy żyć dostatnie, tylko jeden tata był przeciwny. Nie. Nas nie zapytano o zdanie, mama po prostu tak założyła. Tata był jednak bardzo przeciwny. I widzę, jak rośnie w nim rozgoryczenie, bo kolejne lata tylko utwierdzają go w przekonaniu, że miał rację. I miał. On to nawet przewidywał (mama się śmiała), a teraz kobieta mi mówi, że zwariuje. No pewnie. A nawet jak nie zwariuje, to czeka ich kryzys małżeński.

___________
*Skojarzenie z Bondem nie jest tu takie nietrafione. Nawet pasuje.
Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric