Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 kwietnia 2017

4 kwietnia - Czy można zrobić sobie urlop od macierzyństwa i jakieś-tam plany

5 kwietnia 2017 r.
Środa



Mania: 11 miesięcy, 2 tygodnie i 7 dni
Bunia: 3 lata, 5 miesięcy, 2 tygodnie i 6 dni
Waga: 57, 2 kg
Pogoda: Wiosenna. Nie rozpieszcza, jak w weekend dwudziestoma stopniami. Jest rześkawo, ale słonecznie. Wszystko puszcza jasnozielone pączki. Można oddychać głęboko.

Aktualizacja g. 15:00 : Teraz, po południu przeszła klasyczna wiosenna burza. Pachnie ozonem i wilgocią.



10:08


Ogarnęłam jakieś zakupy a teraz z kawą i ciastkiem (świetne to moje drugie śniadanie, co?) siadam do pisania normalnego "wpisu z życia", póki Maniula śpi. Błogosławiony czas ciszy.


Jak wyciągnęłam się z kontekstu dzieci


Byłam w Szkocji. Oh, jak mi to dobrze zrobiło. Cztery fantastyczne dni. Zarwane noce niekończącymi się rozmowami, cydr truskawkowo-limonkowy i chipsy warzywne (ok, były też zwykłe, ale jakoś nie zeszły, ciekawe czemu...). Godziny spacerów, wiatr i dźwięk dud. Muzea i zdjęcia, które w 1/4 skasowałam przez przypadek, ale to trzeba być mną, żeby to sobie tak urządzić. 

Pozwolę sobie wstawić kilka zdjęć, ale nie będę Was zanudzać. Edynburg jest piękny i zupełnie inny niż polskie miasta. Ale - co kto lubi. Niektórzy się zachwycają, inne kręcą nosami, bo drogo i widoki kamiennych zamków, parków usianych żonkilami już im tego nie rekompensują.





Cztery dni bez męża i dzieci. Nie wiem, kiedy ostatnio miałam cztery dni dla siebie. Bez myślenia o obiedzie (gotowaniu), o zakupach, sprzątaniu, zrobieniu prania, prasowaniu... A do tego nieprzerwany nocny sen. Siedem godzin. Cztery dni pod rząd. Matki mnie zrozumieją. I będą zazdrościć, he he, taki ze mnie złośliwiec. 

Czy to znaczy, że od dzieci zrobiłam sobie wolne? Takie, że poczułam się na nowo nastolatką? Ok, z tą nastolatką to minimalnie przesadziłam. Powiedzmy 20+. Dla waszej informacji, ostatniego marca skończyłam 29. I życie stanęło mi przed oczami. Kolejne to będzie 30. A po trzydziestce już nic nie będzie takie samo. Wydaje mi się, że jest po doświadczenie porównywane z wyjściem na mąż. Dla dzieci będę już po prostu stara.

Ten wyjazd otworzył mi oczy. Szeroko. Zobaczyłam siebie wyjęta z kontekstu, w którym wciąż są dzieci, mąż, dom, i czasem przytłaczająca rutyna dnia codziennego. Ten kontekst sprawiał, że czułam się jak staw kolanowy. Beze mnie to średni wszystko działa, ale tak naprawdę to raczej zlewam się z tłem, niż stanowię coś odrębnego. Tymczasem stałam tam. Bez tego wszystkiego, co zostawiłam w Polsce i dotarło do mnie, że jestem osobną jednostką, która coś sobą reprezentuje, a jej jestestwo nie zależy o dzieci, męża i domu... Wiecie, to nie tak, że to dla mnie balast i jedno wielkie ograniczenie. Tylko ja tak wsiąkłam w to moje życie, że przestałam być zauważalna przez samą siebie. A teraz znów jestem: ja. A obok mnie dzieci, mąż i dom i całe nasze wspaniałe życie. Nie jestem już spójnikiem. 

Ciekawe jest to, że przed wyjazdem nie powiedziałabym, że nim jest. Ale dopiero tam, kiedy byłam poza całym tym "kontekstem rodziny" dotarło do mnie, że jednak chyba byłam. Walczyłam, by nie być, ale to było jak bagno. Wyjazd wyrwał mnie z niego. Stanęłam obok i zobaczyłam je z boku. Teraz mogę je ominąć, a nie szarpać się z tym sama. Cudowne uczucie. Jak odetchnąć świeżym powietrzem. 



Jak na sprężynie


Kiedy uda ci się wskoczyć z impetem na sprężynę - niesie cię wysoko. Często zaskakująco daleko, chociaż z taką dziwną lekkością i łatwością. I tak mam teraz. Po powrocie czułam, że w końcu mam siłę wskoczyć na tę sprężynę. Wcześniej próbowałam, ale nie potrafiłam dłużej wytrwać przy swoich postanowieniach. Teraz czuję, że mam moc. Moc, by wskoczyć na sprężynę. A ona już mi pomoże. Sprawi, że praktycznie będę miała odwagę zrobić ten czy tamten krok, którego bałam się postawić - z różnych względów. Oto, w czym pomoże mi sprężyna:

1. Chciałam nie pić kawy, bo ponoć co za dużo, to niezdrowo. Ale ja kawę kocham miłością do grobowej deski. Ale postanowiłam już nie pić jej po godzinie 17. I najwyżej 2 średnie lub 3 bardzo słabe. Chyba, że stanie się cud i wyproszę eR., byśmy sobie ekspres kupili, taki trochę lepszy...

2. Idzie wiosna i zaatakuję się warzywami i owocami. Po zimie to się mi już tęskni za tą świeżością, prawdziwym smakiem...

3. Nie wiem, czy uda mi się ćwiczyć. Chciałabym. Ale jak nie, to przynajmniej godzinny szybki marsz (bez dziecka) np. pod wieczór. Osobno jeszcze z dzieckiem, ale taki z dzieckiem to się nie liczy, bo trudno byłoby go podpiąć pod zakładkę "fat-burner" :)

4. Znów przedwiosennie zaczynam intensywnie dbać o ciało (jakieś peelingi, balsamy), o włosy, twarz, stopy, dłonie... Widzę, że zwykła pielęgnacja i higiena to mało. A idą wakacje i... no właśnie. 

Można się postarać, bo w tym roku lecimy z dzieciorkami na Kanary (Gran Canaria). Odlot, co? Też mi się to wydaje abstrakcyjne. I w dodatku takie nadmuchane. A tymczasem trafiliśmy na wyprzedaż biletów lotniczych, a sam pobyt na miejscu nie jest droższy niż Włochy czy Chorwacja. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że nawet trochę taniej (jeśli mówimy o całkiem niezłym standardzie mieszkania, a nie klitki w domkach, które Polacy mają czelność wynajmować komuś nad Bałtykiem). Także tym razem będziemy byczyć się na plaży, zwiedzać wulkan i cieszyć się sobą (będziemy tam większą ekipą, też z dziećmi, więc nie będzie nudno).

5. Książki. Recenzuję sporo, ale to głównie te dla dzieci. Chcę znów wrócić do książek, bo prawie fizycznie czuje tę tęsknotę na nimi.

6. W końcu wezmę się za pisanie książki. O, rany. Napisałam to. Czyli jednak, klamka zapadła. Dobra, wróć: to nie tak, że coś nade mną wisi, lub czekam na wenę czy inne "bóstwo", bez pomocy którego jestem w stanie usprawiedliwić się przed sobą. To raczej kwestia przyjemności pisania. Nie jestem rzemieślnikiem. Nie chcę nim być. Dlatego nie piszę, bo muszę; ale dlatego, że chcę, że sprawia mi to ogromną przyjemność. Tworzenie świata, zatapianie się w nim, przeżywanie go... 

7. I ostatnie, ale nie najgorsze. Powiedziałabym, że to raczej taki rodzaj deseru. Jak tylko Mania wyfrunie do Klubu Malucha po Świętach, biorę się na poważnie za


A Wy macie jakieś postanowienia na wiosnę? A może już coś działacie? Dajcie znać w komentarzach! :)

czwartek, 24 marca 2016

nr 27, 24 marca



24 marca 2016 r., 
Czwartek

Ciąża: 37 tydzień, 6 dzień
Waga: 69 kg (tracę apetyt, dziś w ogóle kiepsko, tracę smak)
Pogoda: Cudowna, trzyma mnie przy życiu. Chociaż może nie przy życiu, ale dzięki niej funkcjonuję. Jakoś, ale nie zagrzebuję się w koc.


15:31

Obudziłam się całkiem niezła. Wczoraj wieczorem dokuczały mi skurcze przepowiadające. Miałam zmęczony brzuch, co od razu odbiło się na mojej formie (czy raczej jej braku). Miałam lekkie przeczucie, że coś mnie "zbiera", ale zignorowałam to. Już nie pierwszy raz w tym sezonie zimowym (o ile można go tak nazwać) wieczorne złe samopoczucie rozchodziło się po kościach. 

Ale dziś rano katar i ból gardła przy przełykaniu już sygnalizował, że coś się rozwija. No niestety nie przeskoczę tego, że nie mogę zażywać tego, co wszyscy. 

Zajechałam do Klubu z małą Buńką, która dziś była w lepszym nastroju niż wczoraj - poprawiło jej się, ewidentnie, po czym szybko do Rossmanna i do sklepu - ostatni szlif zakupowy przed Świętami. Nie chciałam już się tam pokazywać wiedząc, że tłumy, wielgachne zakupy, kolejki i przebrane towary nie są na moje nerwy. A na tym etapie ciąży w szczególności. 

Kiedy dojechałam do domu, okazało się, że jacyś pracownicy znów coś i eR. przywitał mnie słowami: 
- Zrobisz im kawę?
- O, matko,... - jęknęłam. Wziął ode mnie zakupy. Widział, że już byłam w średniej formie. - Źle się czuję. Jadłeś coś?
- Nie... - przyznał.
- To zrobię ci śniadanie, ale nie mam sił na robienie całej sterty kanapek dla nich także - wyznałam szczerze.
Ostatecznie to eR. robił tosty. Poszła cała wędlina

 - Ale kawę zrobię. I muszę się położyć. Jak ja przeżyję te korki, nie mam pojęcia...

Daję korepetycje. Z angielskiego i z historii. Dziś miałam mieć historię. Musiałam jeszcze wydrukować materiały i zadania na źródłach. Trochę tego było. A sił mało.

Dobrze, że pogoda mnie wspierała. Słońce wprost cudownie wpadało przez czyściutkie (dzięki Pani B.) okna. Dzięki temu mogłam się zmobilizować. Wypiłam herbatę, zjadłam papierowe muesli z kefirem... totalnie bez smaku (to wszystko przez katar). Ciężkie powieki, ból gardła... Ale nie odwołałam korepetycji. Mamy mało czasu, bo w maju dziewczyna ma maturę, a już w zeszłym tygodniu nie mogłyśmy się spotkać. No i w międzyczasie rodzę, co zablokuje ma na pewien czas korepetycje. Czyli musiałam zawalczyć, chociaż już w rękach miałam telefon. 

Udało się. 
A teraz leżę i zastanawiam się jak poskładam się do kupy, żeby odebrać H. z Klubu. eR. w Krakowie, najprawdopodobniej nie wyrobi się.



17:18

I stał się cud. Objechałam po Buńkę. I pewnie poszłybyśmy jeszcze na spacer, póki słońce świeci, ale chowamy się do domu, bo ja ledwo ciągnę. eR. wciąż w trasie. Święta, jak nie Święta. Zawsze Wielki Czwartek po południu to był taki szlif porządków i szykowanie się powoli do Triduum. Nie sposób zapomnieć, że dziś takie święto. A jednak. Od rana mam wrażenie, że jest środa. I to raczej nie Wielka Środa - ta z Wielkiego Tygodnia. Jestem wyjęta z kontekstu przez chorobę, przez ciążę... wszystkie dni są jednostajne, różnią się jakimiś drobiazgami. No i fakt, że mieszkam na wsi a nie w mieście powoduje, że człowiek nie odczuwa tego zabiegania przedświątecznego, nie nakręca się, nie odlicza dni, nie szaleje z ciastami, sałatkami i w ogóle jedzeniem. Dopiero wczoraj widziałam pierwsze oznaki zakupowego szaleństwa w markecie. Ale to też bez przesady, bo robię zakupy dobrze po 9, w czasie, kiedy nie ma zbyt wielu ludzi w sklepach.


Moje wynurzenia na temat szaleństwa jakie ogarnia ludzie tuż przed Świętami będą w kolejnym poście. Teraz się kładę z dużym kubkiem mocnej herbaty z miodem i cytryną. Smaruję się Amolem i modlę, żeby jutro było lepiej, a nie gorzej. Święta w takim stanie (gdzie tyle zobowiązań, że będziemy tu czy tam, urodziny któregoś z małych siostrzeńców eR....) byłyby koszmarem i prawdziwą męczarnią...



środa, 23 marca 2016

nr 26, 22-23 marca - Inspiracje Wielkanocne

To nie ja na tym zdjęciu, jakby kto pytał ;)



22 marca 2016 r.,
Wtorek


Ciąża: 37 tydzień, 5 dzień
Waga: 69, 2 kg (uff...)
Pogoda: Beznadziejna, mówiąc krótko. Deszczowa, mokra, wilgotna i nieprzyjemna.


20:56


Dziś dużo poleguję, bo wczoraj - naprawdę czuję się jak burżuj - była u mnie Pani B., która odstawiła mi dom, że wszystko lśniło. Takie porządki z cyklu tych generalnych (szafki, sprzęty) robiłam sobie systematycznie od miesiąca. To był ostatni, piękny szlif i najchętniej do porodu bym się wyprowadziła, by nie zepsuć efektu :). 

eR. usypia Bulinkę, która uparcie nie chce spać. Musi się wygadać przed snem i słyszę, że eR już traci powoli cierpliwość. Chyba niedługo będę musiała się tam udać i go zmienić, chociaż na tym etapie - nie ma co ukrywać - jest to dla mnie wyzwanie.






23 marca 2016r.,
Środa

Ciąża: 37 tydzień, 6 dzień
Waga: 69 kg. 
Pogoda: Trochę lepsza od wczorajszej. Nawet zapowiadała się dobrze koło godziny 8 rano. Słoneczko, zapach wiosny... ale od kilku godzin jest jakoś bezpłciowo - nie tylko szaro, ale jakoś tak wilgotno, jakby co jakiś czas padał deszczyk-kapuśniaczek.



17:14

Nie mam dziś apetytu. Zjadłam coś, ale raczej bez entuzjazmu i raczej symbolicznie, w ilościach również symbolicznych.

Dziś trochę przeglądałam zasoby Internetów w poszukiwaniu prostych świątecznych dekoracji. W sieci aż kipi od tych pięknych, czaso- i pracochłonnych. Większość z tych zdjęć nie zostało zrobionych w domu, w którym jest chociaż jeden mały berbeć. Ozdoby są piękne, ale czasu na ich zrobienie nie ma żadna mama. Najczęściej nie ma też możliwości uchronienia ich przed zniszczeniem. No, chyba, że dzieci ma "odchowane".

Okej, okej. Wiem, że są turbo-mamy, cyborgi, które jakimś cudem są w stanie ogarnąć porządki świąteczne, potrawy świąteczne, dzieci, męża i jeszcze robią takie zachwycające dekoracje. Ja tego nie potrafię. Ale czy w związku z tym muszę całkowicie z nich rezygnować? Znalazłam w internecie bardzo proste ozdoby. I najczęściej także tanie.

Może któraś z Was szuka podobnych prostych, ładnych dekoracji?


1. Rustykalnie wyglądające wazoniki-słoiki z uroczymi wiosennymi kwiatami. Od biedy, na moje oko wystarczy zamienić kwiaty na bazie i powiększyć słoik.




2. Odświętny stół na śniadanie wielkanocne. W zasadzie wszystkie elementy można "podmienić" tymi, które posiadamy w domu, kierując się ogólnym zamierzeniem.



3. Aranżacja stołu. Prostota na stole. Tym razem monokolorystycznie. I tutaj wydaje się być to kluczem. Nie mamy takich elementów, wybieramy takie w jednym kolorze.



4. Ostatecznie można postawić na wiosenną żywą zieleń i żółć i dodać wyjątkowo złożone - króliczki.

Bunny Fold for Napkins 

 5. Na talerzu, w ramach (jadalnej) ozdoby lub obok talerza, mała dekoracja. Prosta i szybka w wykonaniu, ale trzeba pamiętać o niej ze dwa tygodnie wcześniej, bo to rzeżucha. No i jest przy tym tania :)

2015 easter Table Centerpiece, 2015 easter party ideas
2015 easter Table Setting 

6.  Czasami wystarczy prostu bukiet (liście plus wiosenne kwiaty) wsadzić do doniczki z kilkoma jajkami. Jak widać na zdjęciu, nawet nie muszą być fantazyjnie ufarbowane.

This fresh take on a traditional Easter centrepiece uses mini chrysanthemums and hard-boiled eggs. Simply fill a small ... 


Znalazłam ponadto parę naprawdę fajnych, prostych i szybkich sposobów na dekorowanie pisanek. Ważne, że część z nich mogę zrobić razem z Buńką, która - jestem pewna - będzie zachwycona.

1. Pisanki ozdabiane papierowymi serwetkami. Prosta sprawa, zwłaszcza jak na taki efekt! Na pewno będziemy próbować. 

Jak przygotowac pisanki 

 2. Ozdabianie jajek odciskami palców. Nie muszą to być "obrazki". Mogą być po prostu ciapki. Abstrakcyjna sztuka. Myślę, że to właśnie ona przypadnie H. do gustu.

fingerprint-easter-egg-activity 

3. Pisanki w bohomazy. Dla dzieciaków idealny pomysł. Wystarczy farby "wrzucić" do woreczka. Nawet nie trzeba sobie rąk brudzić :)

decorate easter eggs in a bag 

4. Trzy unikalne sposoby farbowania jajek. Efekt jest czadowy, biorąc pod uwagę jak proste i tanie jest ich zrobienie. 

 - w bitej śmietanie z barwnikiem (to był szok, jak o tym przeczytałam)
A different way to dye
 - z użyciem alkoholu do przemywania ran i markerów (kolorowych)
A different way to dye

- w bibule

A different way to dye

 5. Oczywiście farbowanie w czerwonej kapuście i łupinach cebuli zawsze działa. Jeśli mamy złotą farbę, to dodatkowo możemy zrobić upstrzone na złoto jajka.

DIY Dyed Robin Eggs | HonestlyYUM

6. Użycie koloru w sprayu (np. złotego czy srebrnego) do ufarbowanych już jajek sprawi, że będą wyglądały świetnie, a nie zabierze ci masy czasu.

7. Ozdabiać można też "kropkując" jajka patyczkami do uszu, słomkami czy gumką od ołówka :)

A Wy macie jakieś metody? Będziecie w tym roku eksperymentować? A może spodobał się Wam któryś z pomysłów? Dajcie znać :)

 

 

piątek, 18 marca 2016

nr 25, 18 marca - Pogoda = power



18 marca 2016 r., 
Piątek

Ciąża: 37 tydzień, 1 dzień
Waga: 69 kg (bez zmian i niech tak zostanie...)
Pogoda: Iście wiosenna. Pachnąca, przepełniona śpiewem ptaków, z tym swoim cudownym błękitnym niebem i zapachem ziemi. Chociaż u nas w ogrodzie trwają roboty porządkujące "chaos podwórkowy", więc ziemię to my na pewno czujemy bardziej :)


10:00 
 
Szalony dzień. Najpierw ostatnie już badania, czyli bieganie z ukrywanym w woreczku moczem po szpitalu i  i średniokomfortowym badaniem w kierunku GBS. I to wszystko bladym świtem. Dobrze, że spaliśmy u rodziców i nie musiałam zrywać się H. o nieludzkiej porze. 6:45 planowany wyjazd do szpitala od rodziców, by zdążyć nim tłumy rzucą się pod igłę, jak to się dzieje z momentem otworzenia punktu zakładu diagnostyki laboratoryjnej w szpitalu.
A tu - szok. Słonko świeci zapowiadając bajeczną pogodę, ale przymrozek trzyma. Drapanie samochodu u tej porze nie należy do najmilszych czynności. Przynajmniej zapalił. A mała mogła ten czas być z moją mamą.
 
Potem powrót, śniadanie i zawożę Buńkę do Klubu, robiąc po drodze zakupy. 

Wpadam do punktu obsługi PLAY (smsy wybiórczo nie chcą do mnie dochodzić i zastanawiam się jak wiele ważnych wiadomości do mnie nie mogło dotrzeć), ale niestety rozwiązanie, które kiedyś działało (wymiana karty SIM), okazało się nieskuteczne. Wiem, że mam przynajmniej kilka ważnych i zaległych wiadomości, a telefon milczy. Wydaje się, że czeka mnie wysłanie telefonu do serwisu. Na - uwaga - 20 dni! Przecież to jak wysłanie człowieka na bezludną wyspę! Zwłaszcza w mojej sytuacji: teraz to się wszytko może zdarzyć i po prostu mogę zacząć rodzić. A ja sama w domu na co dzień i bez telefonu będę po prostu udupiona, mówiąc dosadnie. 
Eh, tak to jest w tej naszej Polsce. Nie dostanę zastępczego telefonu, bo wszystkie zostały popsute. Wiadomo: po co szanować coś, co do nas nie należy, nie? Ta nasza prymitywna mentalność mnie dobija...

Dosłownie wpadam do domu rodziców po nasze manatki i pędzę, bo jeszcze do biblioteki, gdzie goni mnie termin oddania książek. Ale mimo zmęczenia, jestem pełna energii, zmobilizowana i jakaś optymistyczna. To na pewno dzięki pogodzie. Wczorajszy zły nastrój... jakiś taki depresyjno-nerwicowy w żadnym razie nie zwiastował dzisiejszego. 

13:45

Nie wychodzę z kuchni. Zanim ogarnęłam przestrzeń w domu, rozpakowałam wszystkie siaty, od razu zabrałam się za obiad. eR. i dwóch pracowników grzebią w ziemi małą koparką, doprowadzając powoli nasz ogród do stanu, który pozwalałby na wybudowanie porządnej wiaty na samochody i zadbanie o tzw. zielony teren. Myślę, że koło 15 po prostu zmiecie mnie z powierzchni ziemi ze zmęczenia.

20:28

Miałam rację. Jestem flak. Fizycznie, bo nadal mogę pisać, ale nawet brakuje mi sił, żeby się umyć. I pomyśleć, że jutro też robią. Cały dzień. Aż mi się zaczęło gorzej oddychać na samą myśl. 

Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric