Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 stycznia 2018

25 stycznia - czyli o tym, jak niełatwo znaleźć czas

25 stycznie 2018 r.
Czwartek







22:05


Codziennie szukam czasu. Co za absurd - tak bardzo mnie goni czas, a ja go jeszcze szukam. Większym absurdem jest fakt, że mimo iż mnie goni - ja go nie potrafię znaleźć. Język polski jest przekombinowany, jak widać. 

Tymczasem czas ucieka (i równocześnie mnie goni? chyba zaczynam tracić kontrolę nad logiką). A ja zapętlona w pracę, dom i dzieci, chcąc - jak to ja - wszystko robić na 100% w najwyższej jakości. No to wiadomo, że gdzieś mnie zabraknie. Najczęściej brakuje mnie tam, gdzie jest najmniejsza strata. Mając za priorytet prawdziwe życie, to wirtualne zostaje zapuszczone. Ostatecznie lepiej w tę stronę, niż gdybym miała przekładać Obywatelkę Matkę nad siebie samą. Wówczas należałoby się martwić. 

Tylko co zrobić, by czas tak nie gnał do przodu? Leci na złamanie karku, tylko patrzeć, jak wybije sobie zęby na pierwszym-lepszym zakręcie. Ale dzielnie się trzyma. Nie to, co ja: ledwo nadążam. A jeszcze bym chciała korzystać z życia, jak to się mówi. I nawet być zrobiła coś w tym kierunku, tylko, że czas biegnie za szybko. Dni zlewają się się w tygodnie i nawet nie wiem, kiedy minął styczeń, no przysięgam. Przecież dopiero co był sylwester! I odnoszę wrażenie, że wiele rzeczy załatwiam mimochodem, przelotnie, że chciałoby się powiedzieć na kolanie

Bo nie ma czasu nawet siąść ze spokojem z kubkiem kawy. Ok, dobra, ostatnio nawet mam czas na kawę. Ale absolutnie nie mogę robić niczego innego przy okazji, inaczej zaraz ucieknie mi z głowy świadomość, że mam tę chwilę jednak dla siebie. Taką malutką. W przeciwnym razie większość życia umknie mi przy okazji

Tylko dzieci zaznaczają, że są nieśpieszne w tym swoim świecie cudownej nieświadomości czasu. Jeśli już coś mają z nim wspólnego, to to, że im się nudzi, bo czas się wlecze, kiedy są chore. Od razu człek się cieszy, że ma dzieci. Jak ja bym chciała, by czas chociaż na chwilę się dla mnie wlókł. Eh...




22:24

Jeszcze tylko napiszę, co wyszło z tego całego badania, o którym pisałam tutaj

Pojechałam do tego Krakowa, oczywiście na czczo, bo dyscyplina poranna, kiedy wstanie się w ostatnim momencie, uniemożliwia mi śniadanie. Najpierw dzieci do przedszkola, potem odstawić samochód na parking i do busa. I to wszystko tak, by zdążyć na tego o 8:05. Zdążyłam, chociaż sama nie wiem, jak. 

W busie, rzecz jasna, swoisty zapach, od którego robi się niedobrze w głowie. Tak, w głowie. Mnie się nigdy w busie nie robi niedobrze od żołądka, ale od głowy. Duszność, zapachy różnego rodzaju przeszkadzają mojej głowie, a nie żołądkowi. 

Na szczęście dojechałam pół godziny przed czasem, w sam raz, by kupić sobie jakieś śniadanie, zjeść i zajść do Kliniki. Wyjątkowo był to ładny dzień. Pamiętam, bo cały tydzień był szary, a tego dnia słońce aż mnie raziło. 

Przebyta droga do kliniki minęła mi szybko i bezboleśnie. Trochę żołądek się ścisnął, kiedy już weszłam na teren Szpitala klinicznego. Szybko jednak dotarłam na miejsce, starając się nie myśleć o tych wszystkich ludziach i o sobie sprzed dwóch lat. Nie musiałam długo czekać na badanie, poszło tak sprawnie, że po 20 minutach byłam po samym badaniu, ankiecie i krótkiej rozmowy z lekarką. 

Wracając, celowo zadzwoniłam do koleżanki, by nie myśleć za wiele o tym, co było. Lekarka jasno dała mi do zrozumienia, że szanse mam 50/50. I jeśli taka moja uroda, to tak będę miała w ciąży. Z drugiej strony, pierwsza ciąża była bezproblemowa i ostatecznie wcale ta trzecia nie musi być narażona na powtórkę z rozrywki.  

Plusem było niewątpliwie samo badanie, z którego dowiedziałam się, że wszystko się w normie. Cudne uczucie, jeśli ma się inne doświadczenia.







środa, 29 listopada 2017

29 listopada 2017 - zima i przerwa, której nie było




29 listopada 2017 
Środa
08:32


No i przyszła zima. Zimna, posypująca śniegiem, z jakimś porannym szronem i nieprzyjemną wilgocią w powietrzu. 

Nie, zima nie jest moją ulubioną porą roku. Zwłaszcza, kiedy o godzinie 6:45 rano za oknem jest jeszcze szaro, a ja muszę wstać, ubrać Manię, dobudzić Buńkę i przekonać, żeby się ubrała, uczesać obie dziewuszki, przygotować śniadanie dla Buńki do przedszkola (eh, ta jej skaza białkowa), wyubierać w ciepłe kurtki, czapki, szaliki, wsadzić do samochodu i wyjechać przed 7:30. W innym wypadku będziemy do przedszkola jechać pół godziny zamiast 10 minut. I wtedy w aucie potrafi się zrobić nerwowo. 

Nie, zdecydowanie zima nie jest najłatwiejszą porą roku. Dobrze, że chociaż dzieci się cieszą na widok śniegu. No dobra, ja też się cieszę, żeby je zachęcić. Jak byłam mała śnieg oznaczał Mikołaja, Święta i sanki. No i bałwana, oczywiście. 

Czyli dzieci się cieszą, a ja staram się robić po prostu wszystko po kolei, co trzeba. Wiecie, z automatu. Wtedy nie przeżywam uciążliwości poranków. 



9:10

Myślę o tym, że powinnam chyba napisać coś o tym, że niczego dawno nie pisałam. Ale chyba nie napiszę. Czasem po prostu jest tak, że w naturalny sposób życie wirtualne przechodzi na drugi plan, bo życie w realu jest po prostu ważniejsze. I tak powinno być. Poza internetem Obywatelka Matka zaczęła pracę na pełen etat. Wciąż jest jednak matką i musi godzić wiele obowiązków (pomińmy tu dyskretnie sezon na przeziębienia i wirusy żołądkowe, o które po prostu musieliśmy zahaczyć, ba jakżeby to się mogło odbyć bez nas!) 

Tylko nie zaczynajmy dyskusji z gatunku: A gdzie jest ojciec w tym czasie?. Ojciec zna swoje miejsce. Trochę to trwało (i czasem widzę, że trwa nadal), ale wszyscy czasami musimy się przestawić i nie zawsze jest to łatwe. Z wygodnego na mniej wygodny, z leniwego na pracowite życie itp. 

I nie mówię tu tylko o eR. Czy ja jestem święta?


czwartek, 9 marca 2017

9 marca - jeszcze w klimacie Dnia Kobiet - apel do kobiet.

9 marca 2017 r.
Czwartek

Mania: 10 miesięcy, 2 tygodnie i 8 dzień
Bunia: 3 lata, 4 miesiące i 2 tygodnie i 7 dni
Waga: 56 kg. Cały czas.
Pogoda: Jest szaro. I tak okrutnie smutno, że patrząc za okno można się rozpłakać. Albo rozchorować.




19:10




Dziś będzie apel. Z okazji Dnia Kobiet. Tak, celowo dzień po, bo wszyscy uzewnętrzniali swoje emocje dokładnie 8-go marca, więc mój apel przeszedłby w ogóle niezauważony.

Co to za apel i do kogo? No właśnie.
Wszyscy krzyczą, że kobiety takie poszkodowane, takie bidule, że obrażają nas określeniami z gatunku "słaba płeć"... Ja już nie wchodzę w to, czy rzeczywiście mężczyźni traktują nas jak gorszy gatunek. Tutaj jest kwestia mentalności. No i wychowania. Jeśli mężczyzna był wychowywany w domu, gdzie rządził facet, a kobita musiała wokół niego robić i nie usłyszała nawet zakichanego "dziękuję", to jak taki chłopiec ma być mężczyzną, który rozumie potrzeby kobiet? W tym temacie, jak już pisałam - wypowiedziano się na wszystkie możliwe sposoby, więc po co do tego jeszcze ja?

Ja bym chciała poruszyć problem, o którym mało kto mówi. Otóż kobiety same siebie dyskryminują, podkładają nogę, obmawiają wzajemnie, robią sobie świństwa i oczerniają nawet publicznie [sic!]. No cóż, taka mentalność. Chociaż oczywiście - jak wiemy - jeśli chodzi o biedną macicę, wszystkie w jej imieniu będą walczyć. Razem. No, bo przecież się wspierają.

Ale ja bym nawet nie chciała tu apelować do wszystkich kobiet. Chciałabym stanąć w obronie wizerunku młodej matki Polki, od której oczekuje się w ostatnich czasach więcej niż na stanowisku kierowniczym w korpo. Taka matka musi być przede wszystkim dobrą matką, wzorem do naśladowania i stać na straży małych dziecięcych brzuszków. Musi posiadać umiejętności organizatorskie i logistyczne, by wszystko tak poukładać w domu i życiu rodziny, by wszyscy byli zadowoleni. Nie zapominajmy, że matka musi umieć przyzwoicie gotować, malować bądź rysować i koniecznie śpiewać (3 latki wiedzą, o co chodzi). Najlepiej, by umiała sprzątać (nie wszystkie kobiety to potrafią!), była wysportowana (wyścigi z dziećmi, walka ze znoszeniem wózka ze schodów) a do tego zawsze uśmiechnięta i zadbana (tutaj potrzeba umiejętności magicznych, by makijaż zatuszował chroniczne niedosypianie).
A do tego oczekuje się, że będzie wydajnym pracownikiem (albo prowadziła swój biznes - taka mama siedząca w domu to po prostu wypowiadana z pogardą kura domowa).
Nie zapominajmy, że jest ona najczęściej czyjąż żoną. No cóż, musi ona dbać o męża. On o nią też, ale jednak wciąż dla tego męża to i tamto... W znaczeniu: powinna być i seksi, i zawsze "zrobiona" na twarzy, dobry ciuch, a nie jakiś powyciągany dres, no i oczywiście sprawy łóżkowe też powinny mieć się dobrze.
Plus powinna się realizować - wiecie - coś tworzyć, być fit, ćwiczyć albo przynajmniej biegać. Dobrze jeszcze, żeby w tym wszystkim była pasjonatką. 

Mało, nie? 

A jaki jest tak naprawdę wizerunek kobiety, która zdecydowała, że zostanie z dzieckiem w domu (może nie na stałe, ale na jakiś czas)? Jest to kobieta, która zrezygnowała z siebie. I nie tylko zatrzymała się, ale wręcz zaczyna cofać. Pasja? Taka matka przecież nie może mieć pasji przy tylu obowiązkach! Czyli to raczej bezkształtna masa (eh, te kilogramy po ciąży...), wiecznie niewyspana, z przetłuszczonymi włosami, o niezdrowej cerze nieregularnie jedzącej osoby. Koniecznie w dresie, w butach i płaszczu, w których chodzi już trzeci sezon. Dla wielu jest to obraz kobiety, która już raczej niczego wielkiego nie zrobi i nie osiągnie zbyt wiele. 

No to kobiety zaczęły walczyć z tym obrazem: zaczęły robić to wszystko jak roboty. Nieważne, co w domu, ważne, by pokazać światu, że mimo dziecka i tak nic mnie nie ogranicza, żeby ci wszyscy myślący stereotypami zakrztusili się tymi swoimi mylnymi przekonaniami. 

Ja nie wiem, czy o to chodzi. Ale ja nie chcę być fit. Nie chcę biegać w sportowych ciuchach, popijając powereidy. Nie, bo nie. Bo to nie mój styl. Jestem mamą. I chcę być szczęśliwa jako mama. Ja jestem z tych, którzy idą do celu powoli. Mam swoje marzenia, które spełnię, kiedy przyjdzie czas, bo "wszystko ma swój czas". Robię małe kroki. Nie zdobywam góry szturmem, spektakularnie. To, że ktoś nie widzi, że cały czas - chociaż każdy ma gorsze dni - staram się w tym kierunku coś robi, nie znaczy, że się kiszę w domu. Okey, czasami się w nim duszę i mam dość, bo potrzebuję odmiany. Ale idę dalej. A to, że tu nie piszę o tym, jaką górę zdobywam, to tylko dlatego, że nie chcę zapeszać. I ocenianie siedzącej w domu mamy jako tej, która nic nie robi dla siebie, tylko wypruwa sobie żyły dla dzieci (albo gorzej: nie robi w ogóle nic), bez poznania jej jest jakimś nieporozumieniem. Już nawet nie mówię, że to niesprawiedliwe potraktowanie sprawy, skoro wszyscy wiemy, że sprawiedliwości nie ma na tym świecie.

Może się niektórzy zdziwią, tak naprawdę jest. I prócz kilku wyjątków, wszyscy wciąż mnie wypytują, czy już coś robię. Bo skoro mam nerwicę i siedzę tylko w domu, to może powinnam coś zrobić dla siebie, dla samorozwoju, to bym o głupotach nie myślała. Ja już nie wchodzę w kulturę wypowiedzi, ale taki jest przekaz.

To teraz tak dla wszystkich: otóż robię wiele rzeczy dla siebie, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie dla kogoś, kto patrzy na innego człowieka przez pryzmat tego co widać na zewnątrz? 


Tak, przyznaję, że ostatnio u mnie bardziej kryzysowo, ale nerwica wraca do mnie teraz głównie w swej fizycznej postaci. Dlatego znów mogę ruszyć po marzenia. Tylko na ten moment stawiam mniejsze kroki.


piątek, 3 marca 2017

2 marca - jak po burzy... czasami wychodzi słońca, a czasami tylko trochę oczyści się powietrze




2 marca 2017 r.
Czwartek


Mania: 10 miesięcy, 2 tygodnie i 1 dzień
Bunia: 3 lata, 4 miesiące i 2 tygodnie
Waga: 56 kg. Mamy wagę. Więcej: mamy taka, co to te tłuszcze sprawdza, wodę i mięśnie - wyszło, że mam niedowagę. Ha ha)
Pogoda: Z gatunku "zima odchodzi"; pachnie starą trawą, której zapach podrywa wiatr. Niebo jest niebieskie błękitem przedwiosennym. Na drzewach jeszcze nie widać żadnych oznak nadchodzącej wiosny. Czyli jest tak jak pisałam: zima odchodzi, tylko jeszcze wiosna się trochę jakby spóźnia...




4 z minutami

Słyszę Maniulę wyraźnie. To znaczy, że jest głodna. Włączam automat: wstaję, kieruję się w stronę kuchni, zaświecam tam małe światło i robię mleko. Wracam. Biorę upłakane dziecko (tak, Mańka to jedna z tych, która w ciągu kilkunastu sekund zdąży się doprowadzić do takiego stanu, że cała rozchyłkana nie może się uspokoić). Kładę do naszego łóżka, gdzie od paru godzin po (co)nocnym koszmarze śpi także Buńka. Wciskam butlę w dziubol i zapada cudowna cisza, zakłócana jedynie dźwiękiem łapczywie przełykanego mleka. Śpię na boku. eR. też, bo przecież wzięliśmy sobie szersze łóżko, ale któż by przewidział, że dzieci będą zajmować więcej miejsca niż my razem? Kiedy butla zostaje opróżniona, Mania dostaje smoczek i przytula się do mnie. Zasypia szybko. A z nią i ja.



06:40

Otwieram oczy. Słyszę Maniulę. Czuję jej stopy, które kopią mój brzuch. I rączki, które bawią się moimi włosami. W zasadzie to dobrze, że się budzę; Mania nie zdąży wyrwać mi wszystkich włosów. Mańka zaczyna gadać. Przechodzi od tata do titi, przez dzidzidzidzi aż dochodzi do czegoś, co według mnie przypomina mama. Ale równocześnie może być czymś jeszcze innym.

Kręci się przy tym tak, że nie jestem w stanie zapanować nad nią w łóżku. Tymczasem Bunia śpi, jakby nas tam w ogóle nie było. Zazdroszcząc jej - wychodzę. Boli mnie to, jak nie wiem, ale wstaję, zabierając małego rozrabiakę do kuchni. Tam jem śniadanie, przyglądając się, jak Mania bawi się zabawkami. Robię sobie kawę. Wtedy wiem, że zaczyna się dzień. Kolejny, chociaż pewnie bardzo podobny do dziesiątków innych, które minęły i tych, które dopiero mnie czekają. 


Tak wyglądał dzisiejszy poranek, ale nie różnił się od tych wszystkich, które były, kiedy mnie tu nie było. No dobra, byłam, ale w inny sposób. Był to mój sposób na radzenie sobie z trudnościami natury psychicznej, tak bym to określiła. Po prostu wolałam zrobić coś pożytecznego, niż wciąż narzekać i się użalać - pisać recenzje.

Czy pomogło? W zasadzie trochę tak. Ale gdybym odpowiedziała, że nie do końca, to też byłaby to prawda. Przynajmniej zrobiłam coś konstruktywnego, z czego realnie możecie korzystać, zaglądając w zakładkę "Recenzje Mamy" w głównym menu na blogu, gdzie czekać będą na Was recenzje. Teraz nie będą pojawiać się tak często, ale na pewno co jakiś czas. Przedwczoraj była premiera książki Księga Dziecka Searsów (zapowiedź tutaj), która wczoraj do mnie przyszła. 10 marca pojawi się recenzja i już mogę Wam zdradzić, że jest to książka warta kupienia, serio. Wsiąkłam.



11: 28

Mania śpi. Piję kolejną kawę. Ostatnio w żyłach płynie mi głównie kawa. I to - o zgrozo - rozpuszczalna. Źle się czuję, śle sypiam, znów jadam jakieś gówno (w znaczeniu: jakieś chrupki Mańki, jakiś chleb z masłem, jakieś niedojedzone kanapki Buńki, jakieś ciastko, żelka, cukierka... aż się rzygać chce), boli mnie brzuch i głowa, źle mi się oddycha (nie, to nie smog, bo u nas powietrze jest ok ostatnio), czuję się wciąż bardzo zmęczona, ale wieczorami to się snuję, a nie poruszam... Ale nie narzekam. Już kiedyś o tym pisałam: jakie to bezproduktywne działanie. eR. nie wie. Widzi tylko, że chodzę zmęczona. Ale robię wszystko - zaciskam zęby i już. Chodzę na spacery, robię zakupy, chociaż mam bek na końcu nosa, jak wiem, że muszę je zrobić, sprzątam, coś gotuję, chociaż bez szału, raczej nazwałabym to "przygotowywaniem jakiegoś jedzenia do zjedzenia" usypiam Mańkę (chociaż ostatnio strasznie mi to długo schodzi...), odprawiam Buńkę do spania (ma fazę, że tylko z mamą idzie się myć i spać). Może nie jestem zajebistą żoną ostatnio, ale nie chcę się skarżyć, bo mnie samej na myśl, że słuchałabym po raz enty narzekać i żali robi się słabo. 

Wiecie dlaczego? Bo mój problem nie jest unikalny. To nawet nie to, że "inni ludzie mają prawdziwe problemy", bo ich dom spłonął w pożarze, do dzieci w Afryce głodują, bo... To nawet nie to, że ja jako matka mam przerąbane, bo wszyscy są przeciwko mnie, bo jestem ze wszystkim sama... Myślę, że w mojej sytuacji jest wiele kobiet. Ba! wiele więcej, niż wiele. I to mnie jakoś przytłacza: fakt, że mój problem dla wielu nie jest problemem, bo jest także codziennością, jak moja. Bo ja to przeżywam, jako naprawdę trudną sytuację, chociaż obiektywnie pewnie nie jest ona aż taka. Czy ja ten problem wyolbrzymiam? Nie, mi on naprawdę tak doskwiera. 

Dlatego nie piszę, o czym mowa. Już wystarczy, że ja to tak przeżywam i nie mogę się pozbierać. Jeszcze jakbym się miała przejmować, że się pół Internetu (dobra, chciałam się lepiej poczuć, chociaż o moim istnieniu w sieci wie zaledwie garstka ludzi, jak na rozległość sieci) się ze mnie śmieje...

Zaraz ktoś na mnie wyjedzie, że powinnam powiedzieć eR., bo przecież zaufanie, oszukiwanie, kręcenie... i on się i tak dowie, będzie mu przykro, że mu - niby - nie ufałam. Umówmy się, że jak ktoś na mnie wyjedzie, to wyjedzie. Jeszcze tego brakowałoby, żeby i on się śmiał.



Zapomniałam napisać, skąd ten dzisiejszy tytuł. Wiecie, czasem człowiek przechodzi różne burze w życiu, zawirowania, rewolucje, trudne sytuacje... Ale kiedy jakoś je pokona, przezwycięży, to ma nadzieje na to "słońce", że los się odwróci, że teraz to wiatr go będzie niósł, a nie wiał w oczy. 
Tymczasem powietrze minimalnie się oczyściło, człowiek lepiej widzi, ale jest bardzo zmęczony burzą. Ani wiatru, który miałby pomóc, ani słońca, które sprawiłoby, że człowiek się uśmiechnie, zmobilizuje do działania pozytywną energią... Nic. Stoi. Chociaż optymista powiedziałby: "... a to już wiele".




Miało być dziś bardziej optymistycznie, ale nie wyszło. 
Następnym razem. 


Kilka zdjęć ze spaceru pt.: "kiedy zima próbuje odejść, nie czekając na wiosnę"





poniedziałek, 12 grudnia 2016

11 grudnia - przewartościowanie, o tym jak zderzyłam się ze ścianą

11 grudnia 2016 r.
Niedziela


Mania: 7 miesięcy, 3 tygodnie i 5 dni
Bu: 3 lata, miesiąc, 3 tygodnie i 4 dni
Waga: Nie wiem. Chyba przestanę notować, bo odkąd nie mam wagi, trudno mi się zważyć. I o ten jeden element dnia jestem szczęśliwsza.
Pogoda: Trochę jakby szło przedwiośnie. Tylko, że mamy początek grudnia i śnieg byłby wskazany. No bo jak to tak...



Zderzenie ze ścianą


19:56


Ostatnio szanowny fejsbuk zaproponował mi wpis jednej z rozpoznawalnych blogerek parentingowo-lifestyle'owych. Prezentowała swoją pralkę. No i nie mogła się opamiętać z tych zachwytów, jaka ta pralka nie jest wspaniała, cicha, szybka, myśląca, sprytna a przy tym gustowna i dyskretna. Prawie jak człowiek jakiś. Nie, no lepsza, bo przecież człowiek nie zrobi ani tak cicho, ani tak szybko prania. Już nie wspominam o dyskrecji, guście i sprycie. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Ale wpis z cyklu "jak jesteś na kupnie pralki, to poczytaj", bo wpis jak za milion dolarów z mnóstwem artystycznych zdjęć.

Aż dochodzę do momentu, w którym porównuje ten cud techniki do swojego starego rzęcha, który - uwaga - nie miał nawet programu piorącego ręczniki. Czujecie? Szczena mi opadła, bo przecież program piorący ręczniki, to jak hamulec w samochodzie: nie wsiadasz, póki nie masz pewności, że tam jest. I to był ten moment, w którym stwierdziłam, że czas się stamtąd ewakuować.

Poczytujący ową blogerkę zapewne już się domyślają, o którą chodzi (ona zapewne nie ma bladego pojęcia, kim jestem, że bloga mam, o przejmowaniu się moim wpisem nie wspominając), ale to nieistotne: to naprawdę nic osobistego. Po prostu pomyślałam, że my - tak ogólnie blogerzy - zaczynamy się chyba zapominać i stawiać własne standardy jako te wzorcowe. No, umówmy się: stać cię na coroczne miesięczne wakacje na Hawajach (all inclusive, of kors), to się tym uciesz, ale nie próbuj wmawiać innym, że tydzień w podrzędnym hotelu nad polskim morzem to dno i pięć metrów mułu. Celowo użyłam tu czasownika "wmawiać", ponieważ blogerzy lifestyle'owi (ci poczytni, rzecz jasna, nie tacy jak ja z marginesu internetów) kreują rzeczywistość i wręcz potrzeby swoich czytelników. Oczywiście nikt im nie broni pisania, czego chcą. Pomyślałam jednak o tej obrzydliwej bezrefleksyjnej próżności Konradowego "moje". Aż mnie zemdliło. Zwłaszcza w kontekście nadchodzących powoli Świąt. Wiecie, zaraz się zacznie poruszanie tematu wigilii dla bezdomnych i te klimaty...

Bo czy ten program do prania ręczników to taki must have i to ja jestem taka zacofana? Wiadomość z ostatniej chwili: mam pralkę automatyczną (a nie Franię), która nie ma takiego programu.

Nasze potrzeby mylimy z pragnieniami czy wręcz ze zwykłymi chciejstwami. Można sobie mieć, co się chce. Ale wobec ludzi jest to trochę nie fair wpuszczanie ich w kanał wyimaginowanych potrzeb. Nie kreuję owej blogerki na zblazowaną dziewczynę, która żyje (na bardzo wysokim poziomie) z prowadzenia bloga. Nie mam nic do niej, powtórzę to. Tylko tak mnie tknęło, że powoli wielu z nas nie potrafi sobie wyobrazić życia bez gadżetów. GADŻETÓW, które - jak nazwa wskazuje - są tylko GADŻETAMI.

Od razu uprzedzę komentarze z gatunku: "ale ona najwidoczniej sama, własną ciężką pracą do tego doszła, to chyba może się tym pochwalić". No może. "I może sobie pisać na swoim blogu, wolność słowa jeszcze przysługuje wszystkim bez wyjątku, prawda?" Ano tak.

To w czym problem? Może się czepiam, bo jestem sfrustrowana własnym niepowodzeniem (w porównaniu z ową blogerką mój blog to porażka) - jak zapewne pomyślą niektórzy. Ale może trochę powinniśmy się otrząsnąć, stanąć z boku i zrewidować własne wartości. Czy przypadkiem nie będzie tak, że wielu z nas powie, jak to najbardziej w życiu ceni rodzinę, miłość i zdrowie? A potem okaże się, że tak naprawdę wielu pracuje, nie mając czasu dla rodziny (nie mówię o przypadkach, w których jest jeden słabo zarabiający, chwytający się każdej pracy 24/7, byleby było co do garnka włożyć). Często wielu ignoruje przeziębienie dzieci, posyłając je do szkoły i przedszkola, bo przecież trzeba iść do pracy - zdrowie dziecka nie ma tu znaczenia za bardzo... No i niby się kocha, ale tak naprawdę to raczej rzeczy materialne, a nie ludzi...

Nie mówię, że jestem święta. Ale po przeczytaniu wpisu u tej właśnie blogerki (która niestety posłużyła tutaj jako kozioł ofiarny, ale nie jest w tym odosobniona!), tak mną wstrząsnęło to stwierdzenie o tym programie do prania ręczników, że sama zaczęłam się nad sobą zastanawiać.


PS. Do momentu, w którym dziewczyna zaczyna pisać o tym nieszczęsnym programie, wpis był - jak każdy rozbudowany test (sponsorowany?) urządzenia. Nie wiem jednak, co było dalej. Nie miałam ochoty już czytać.



Możliwe, że teraz pojawi się ogólny lincz, bo przecież brać blogerska winna się wspierać. Tak, ale tylko w dobrych sprawach, to raz. A dwa, niestety to był tylko przykład, jakich wiele w internetach.

Bądź na bieżąco

Design by | SweetElectric